Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Žilina może namieszać
Słowacki rywal z Żyliny okazał się dla GieKSy trudniejszym przeciwnikiem niż wielu się spodziewało. Ambitnie zapracował na kolejne pucharowe zwycięstwo u siebie i podobnie jak w przypadku meczu z Hajdukiem, okazał się o bramkę lepszy również od nas. To stawia go w nieco lepszym położeniu przed rewanżem w Katowicach. Czy to wystarczy do awansu? Zapytaliśmy Jana Jasenkę, mieszkającego w Żylinie dziennikarza sportowego (Šport.sk), a przede wszystkim kibica MŠK.
W kim upatrywałeś faworyta dwumeczu z GKS Katowice przed rozpoczęciem rywalizacji i czy twoja opinia zmieniła się po pierwszym spotkaniu? Zakładałeś wygraną MŠK czy jest to dla ciebie niespodzianka?
Przed meczem uważałem, że będzie to wyrównane spotkanie, ale z lekkim wskazaniem na Katowice. GKS ma bardziej doświadczoną kadrę, kilku jakościowych zawodników, a w poprzednim sezonie osiągał dobre wyniki w wymagającej Ekstraklasie, która z roku na rok staje się coraz silniejsza. Po meczu muszę jednak przyznać, że spodziewałem się nieco więcej po GKS-ie. Z drugiej strony Žilina bardzo mi zaimponowała, bo potrafiła odwrócić losy spotkania, a później praktycznie przejęła nad nim kontrolę. Kwestia awansu pozostaje jednak otwarta i w rewanżu może wydarzyć się absolutnie wszystko. Katowiczanie mają już za sobą spotkanie z Wisłą w Krakowie, więc są w lepszym rytmie meczowym niż przed tygodniem. Dodatkowo będą mogli liczyć na pełny stadion i świetną atmosferę, choć czasem może to wywołać dodatkową presję na zawodnikach. Sam jestem bardzo ciekawy tego spotkania, ale jako Słowak i rodowity mieszkaniec Żyliny na pewno będę kibicował MŠK, mimo że w GKS-ie grają Adam Zreľák i Erik Jirka.
Podobnie jak przed rokiem MŠK mierzy się w LKE z polskim zespołem. Jak porównałbyś poziom i potencjał Ekstraklasy oraz słowackiej Niké Ligi?
Moim zdaniem tych lig nie da się porównać. Polska liczy około 40 milionów mieszkańców i dysponuje znacznie większym rynkiem, nie wspominając o ogromnym postępie gospodarczym, jaki osiągnęła w ostatnich latach. Jest to wyraźnie odczuwalne również w sporcie i piłce nożnej, gdzie jest zdecydowanie więcej pieniędzy – zarówno od sponsorów, jak i z praw telewizyjnych czy frekwencji na stadionach. Możemy wam tego tylko po cichu zazdrościć. Mimo wszystko nasza liga ma swoją jakość, a głównie dzięki Slovanowi mamy przyzwoity współczynnik UEFA. Ponadto szkolimy wielu bardzo utalentowanych młodych piłkarzy, a nasza liga pełni przede wszystkim rolę fabryki talentów.
MŠK w tych samych rozmiarach pokonało u siebie zarówno Hajduka, jak i GKS. Jak porównałbyś tych dwóch rywali oraz przebieg obu spotkań w Żylinie?
Piłkarze Žiliny prezentowali się znacznie lepiej, byli bardziej zgrani i pewni siebie zarówno w rewanżu z Hajdukiem, jak i w pierwszym meczu z Katowicami. Rytm meczowy robi swoje. Z mojej perspektywy Hajduk i Katowice to zespoły o porównywalnej jakości i podobnym potencjale. Žilina potrafi grać znakomicie na własnym stadionie, co ponownie potwierdziła, dlatego uważam, że oba kluby można ze sobą zestawiać pod względem poziomu.
Obie drużyny rozpoczęły w niedzielę rozgrywki ligowe. MŠK zremisowało 4:4 z FC Košice. Jak oceniasz grę zespołu w tym spotkaniu? Bardziej cieszy skuteczność ofensywy czy martwią błędy w defensywie?
Przede wszystkim warto zaznaczyć, że trener Pavol Staňo dokonał aż siedmiu zmian w wyjściowym składzie względem pierwszego meczu z GKS-em, co odbiło się na postawie na boisku. Cieszy jednak fakt, że mimo to Žilina pokazała się bardzo dobrze w ofensywie. Tego samego nie można jednak powiedzieć o obronie, bo przydarzyło się tam wiele prostych błędów. Może to być jednak cenna lekcja przed rewanżem w Katowicach. Jeśli chodzi o atak, Žilina wyglądała bardzo dobrze, a dzięki powracającemu po kontuzji Hiszpanowi Daniemu Hometowi potrafiła wykorzystać sytuacje, których wskaźnik xG prawdopodobnie nawet by nie uwzględnił. To zdecydowanie pozytyw dla zespołu.
Jak oceniasz występ Fabiana Bzdyla przeciwko GKS oraz jego dotychczasowy pobyt na Słowacji?
To jeden z największych talentów w naszej lidze i sprowadzenie go do Žiliny było znakomitym ruchem. Jego obecność w podstawowym składzie jest bardzo ważna i na dziś wręcz niezbędna. W meczu z GKS wykonał ogrom pracy i był prawdziwym liderem środka pola. Zrobił dokładnie to, czego się od niego oczekuje i myślę, że również w Katowicach może odegrać bardzo ważną rolę.
Słowacy pokazali u siebie, że potrafią narzucić GKS-owi swój styl gry. Czy uważasz, że na wyjeździe będą w stanie zrobić to samo? Z jakim nastawieniem wyjdą w czwartek na boisko?
Kluczowe będzie pierwsze 15–20 minut i wynik do przerwy. Jeśli Žilina nie da się onieśmielić atmosferą na stadionie, ponownie będzie w stanie narzucić GieKSie swój styl gry. Ma wielu młodych i szybkich zawodników, bo właśnie tak gra drużyna Pavola Staňo, a do tego dysponuje dużą kreatywnością w środku pola. Jeśli przetrwa początkowy napór GKS-u, może jej się to udać. Osobiście wierzę, że tak właśnie będzie.
Jakie cele stawia sobie MŠK w tym sezonie – zarówno w lidze, jak i w europejskich pucharach?
Trudno powiedzieć. W naszej lidze Slovan Bratysława jest absolutnym dominatorem – ponownie celuje w mistrzostwo i chce wreszcie zdobyć Puchar Słowacji, który w ostatnich latach wymykał mu się z rąk. Z drugiej strony uważam, że Žilina wyglądała dobrze zarówno w pierwszej kolejce Niké Ligi, jak i w europejskich pucharach, więc teoretycznie może namieszać. Pojawiają się też spekulacje, że ponieważ właściciel MŠK Žilina, Jozef Antošík, w przyszłym roku będzie obchodził 70. urodziny, klub może chcieć spróbować sięgnąć po mistrzostwo, bo udawało się to przy okazji jego 50. i 60. urodzin. To jednak tylko spekulacje, bo równie dobrze mógł to być zwykły zbieg okoliczności. Žilina z pewnością chce walczyć o czołowe miejsca w lidze, puchar Słowacji oraz osiągnąć dobry wynik w Europie. Wiele będzie zależało od transferów, bo klub słynie z tego, że sprzedaje swoich najlepszych piłkarzy za wysokie kwoty. Z jednej strony zarabia na tym pieniądze, z drugiej osłabia zespół i musi od nowa budować drużynę oraz szukać nowych liderów. Zobaczymy, jak będzie w tym roku. Na razie nikt jeszcze nie odszedł z klubu.
Jaki wynik przewidujesz w czwartkowym meczu w Katowicach i która drużyna awansuje do kolejnej rundy?
Wierzę, że awansuje Žilina i właśnie za nią będę trzymał kciuki. Jak już mówiłem, jestem Słowakiem i urodziłem się w Žilinie, więc trudno mi powiedzieć coś innego. Piłka nożna jest jednak nieprzewidywalna i potrafi zaskoczyć. Wierzę, że to „Šošoni” będą świętować awans, choć przeciwko Katowicom będzie to niezwykle trudne.
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.







































Najnowsze komentarze