Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: ze skrajności w skrajność

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Po przerwie na kadrę wracamy do ligowych emocji. Nam oczekiwanie na mecz z Wisłą Płock dłuży się szczególnie, bo chcemy jak najszybciej przerwać serię porażek. Nasi rywale chcą z kolei podtrzymać passę wyjazdowych zwycięstw. Przed sobotnim meczem zapytałem Michała Sporczyka z serwisu nafciarski.pl o nastroje przy Łukasiewicza, nerwy wystawione na próbę kolejnymi porażkami ich ulubieńców, wspomnienia z jesiennego dwumeczu i pomysł na grę Wisły w Wielką Sobotę.

Zdradzając nieco kulis, musieliśmy przełożyć pierwotny termin naszej rozmowy, bo aż do siedmiu meczów przeciągnęła się hokejowa rywalizacja GieKSy z Unią Oświęcim. W Katowicach mocno żyjemy także tą sekcją, natomiast w Płocku obok piłki kopanej prym wiedzie ta ręczna. Na ile przyciąga ona do hali kibiców ze Stadionu im. Kazimierza Górskiego?
W Płocku zauważalna jest pewna różnica między grupą docelową fanów piłki nożnej i ręcznej. Jakiś czas temu obie sekcje tworzyły jeden klub, natomiast w momencie, gdy piłka nożna zaczęła podupadać, pojawiła się informacja, że Orlen, który był wtedy głównym sponsorem, chce się wycofać z finansowania Wisły. Z tego powodu pojawił się pomysł rozdzielenia sekcji, aby piłka ręczna mogła zachować sponsora i nadal walczyć o najwyższe cele. W związku z tym kibice piłki nożnej poczuli się odrzuceni przez środowisko skupione wokół szczypiorniaka, który pozostał przy Orlenie. Obecnie oba kluby znów mają swoje miejsce w portfolio Koncernu, natomiast duża część kibiców piłkarskich wciąż pamięta tamten konflikt. Nastawienie do szczypiorniaka powoli się jednak zmienia i jeśli dziś pójdziemy na Orlen Arenę, to spotkamy tam dużą część kibiców obecnych również na stadionie. Nie podlega jednak dyskusji, że piłka nożna cieszy się w Płocku znacznie większą popularnością.

Wracając do piłki, złapaliście już oddech po niedawnej zadyszce, kiedy to doznaliście pięciu porażek z rzędu? Dawne demony sprzed trzech sezonów zamajaczyły gdzieś na horyzoncie?
Myślę, że wielu kibicom te demony zaczęły zaglądać w oczy. Pojawiały się nawet głosy, że czeka nas „powtórka z rozrywki” i zostaniemy frajerami nie tylko dekady, ale stulecia i już zawsze będzie się nam to wypominać. W samym klubie zostało niewielu ludzi, którzy pamiętają tamten feralny sezon, a wśród samych zawodników jest to tylko Łukasz Sekulski. Pozostali nie doświadczyli tego na własnej skórze. My jednak zaczynaliśmy się zastanawiać, czy obecna seria porażek może być zwiastunem czegoś naprawdę złego. Mimo to wśród kibiców i lokalnych dziennikarzy wiara w trenera Misiurę jest duża i nikt nie odważył się postawić tezy o konieczności zmiany trenera. Jednocześnie mieliśmy świadomość, że trener jedzie do Krakowa z nożem na gardle i obawialiśmy się, że seria trzech spotkań wyjazdowych może być momentem decydującym o przyszłości szkoleniowca. Stawialiśmy sobie pytanie, czy zarząd klubu wytrzyma ciśnienie w przypadku niekorzystnych wyników.

A jakie ciśnienie utrzymywało się wśród kibiców?
Mam wrażenie, że środowisko kibicowskie w Płocku jest dość specyficzne, co potwierdzają moje rozmowy z wieloma piłkarzami. Znajduje tutaj odbicie popularne powiedzenie, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Po serii zwycięstw zaczęliśmy liczyć punkty, których brakuje do mistrzostwa, a po ostatniej serii porażek wielu myślało już o spadku. Obecnie, po dwóch wyjazdowych zwycięstwach znów pisze się na przeróżnych forach o apetycie na europejskie puchary. Mam wrażenie, że popadanie ze skrajności w skrajność jest u nas w Płocku dość częste.

A co ty o tym myślisz? Bijecie się o puchary?
W 2006 roku Wisła zdobyła Puchar i Superpuchar Polski. W 2016 po wielu perturbacjach wróciliśmy do Ekstraklasy. Obecnie mamy rok 2026, więc gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl, że co dziesięć lat robimy w Płocku rzeczy wielkie. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby udało się dopisać kolejny sukces do tej listy. Mam jednak dużą dozę spokoju i chłodnej głowy, bo wychodzę z założenia, że górna połowa tabeli będzie dla nas sukcesem w sezonie beniaminka. Trzeba pamiętać, że po niechlubnym spadku w 2023 roku drużyna budowana była praktycznie od nowa, potrzebujemy więc czasu, aby okrzepnąć w Ekstraklasie. Kiedyś trener Michał Probierz nazwał europejskie puchary pocałunkiem śmierci dla polskich klubów. Obawiam się, że w tym sezonie awans Wisły do pucharów mógłby stać się dla nas takim właśnie pocałunkiem. Stabilizacja i rozwój są dla nas w tym momencie znacznie ważniejsze, aby za jakiś czas skutecznie zaatakować pierwszą piątkę i bez obaw podejść do walki w pucharach. I mimo że życzę nam gry w Europie, to boję się, że mogłoby się to obrócić przeciwko nam.

Analizując tabelę można zauważyć, że Wisła dysponuje najlepszą obroną w Ekstraklasie. W czym tkwi sekret szczelności waszej defensywy?
Trener Misiura bardzo często używa jednego określenia definiującego naszą obronę – jedność. Drużyna broni w jedenastu, podobnie zresztą atakuje, mimo że nie widać tego w statystyce zdobytych goli. Nie można więc zapisywać wszystkich zasług Marcinowi Kamińskiemu czy Andriasowi Edmundssonowi, który dziś gra w Veronie. Spójrzmy choćby na liczbę pojedynków w defensywie toczonych przez Łukasza Sekulskiego, który jest przecież napastnikiem. Daje to pełniejszy obraz drużyny, która broni się całym zespołem w sposób zaplanowany i przemyślany. Nie zakłócają tego nawet zmiany na poszczególnych pozycjach, np. w Białymstoku jednym ze stoperów był Quentin Lecoeuche, który jest nominalnym wahadłowym i nie bryluje warunkami fizycznymi. Tymczasem w meczu z Jagą odnalazł się tam świetnie, wspierany przez kolegów. Ważną rolę w tym systemie pełnią Dominik Kun i Wiktor Nowak, którzy mają za zadanie uprzykrzać życie rywalom i nie dopuszczać ich pod nasze pole karne. Rywale próbują więc dośrodkowań, co jest wodą na nasz młyn, bo mamy stoperów o bardzo dobrych warunkach fizycznych, którzy radzą sobie w takich pojedynkach. Do tego dochodzi bramkarz Rafał Leszczyński, który dużo widzi i doskonale przekazuje to kolegom z obrony.

Szczelną defensywą nie wygrywa się jednak meczów – trzeba dołożyć też coś z przodu. Tymczasem Wisła strzela na poziomie Arki Gdynia, czyli praktycznie najgorzej w lidze.
Na początku sezonu trener Misiura wielokrotnie powtarzał, że podstawą sukcesu w Ekstraklasie jest nietracenie goli, a strzelanie przyjdzie z czasem. Niestety, zimą z powodu kontuzji straciliśmy Jorge Jiméneza i Ibana Salvadora, a ciężar zdobywania bramek spadł na Łukasza Sekulskiego. Ten, jeśli ma dobry dzień – a dzięki Bogu w tym sezonie ma ich całkiem dużo – to potrafi strzelić gola z niczego. Zdarzają się jednak mecze, jak choćby z Piastem, kiedy Sekulski nie strzela, a my przegrywamy. Cieszy, że w ostatnim czasie pałeczkę od Łukasza przejmują inni, a ja zwróciłbym uwagę na Deniego Juricia, który ma wyjątkowego nosa do zdobywania bramek, a piłka często spada mu praktycznie pod nogi. W dalszej części sezonu to właśnie Jurić może być wiodącą postacią w naszej ofensywie.

Drugą kiepską statystyką, którą wprawdzie w ostatnich meczach udało się w końcu poprawić, jest postawa Wisły na wyjazdach. Nie licząc zwycięstw z Jagą i Cracovią, poprzedni komplet punktów wywieźliście z Częstochowy pod koniec lipca.
Pamiętam sezon, gdy trenerem Wisły był Maciej Bartoszek i prześladowała nas wtedy podobna klątwa wyjazdowa – u siebie wygrywaliśmy praktycznie wszystko, natomiast nie byliśmy w stanie wygrywać na wyjazdach. Nie byłem w stanie tego wytłumaczyć i podobnie jest dzisiaj. Mam wrażenie, że to wyłącznie zbieg nieszczęśliwych okoliczności. Nie byliśmy zwykle dużo gorsi od gospodarzy, a czasami wręcz prosiło się, aby wygrać, jak choćby w Gliwicach czy Warszawie, gdzie na tle słabej mimo wszystko Legii wyglądaliśmy bardzo dobrze, ale zawodziła skuteczność, a jedna akcja rezerwowych przeważyła o zwycięstwie Wojskowych. Trudno znaleźć logiczne wyjaśnienie tej kwestii – chyba powinniśmy jeździć na wyjazdy z jakimś szamanem.

Pojedynek w Katowicach kończy wasz wyjazdowy mini-maraton, który jak dotąd wreszcie okazuje się dla was owocny, bo przywieźliście komplet punktów zarówno z Białegostoku, jak i Krakowa, a więc aren, na których my ostatnio polegliśmy. W końcu wszystko zagrało?
W moim odczuciu Mariusz Misiura przywrócił Wisłę do ustawień fabrycznych, tzn. odłożył na bok chęć prowadzenia gry, narzucił znany z jesieni rygor w defensywie i skupił się na szybkich kontratakach i fazach przejściowych. Efekt był natychmiastowy, bo w Krakowie przeprowadziliśmy w zasadzie dwie akcje ofensywne i obie zakończyły się bramkami. Ponadto mam wrażenie, że Jagiellonia nieco nas zlekceważyła, szczególnie w pierwszej połowie myśląc, że mecz z będącą w dołku Wisłą wygra się sam. Tymczasem my pokazaliśmy naszą najlepszą stronę, czyli żelazną defensywę, bo mimo że w drugiej połowie Jaga dominowała, to stworzyła sobie tylko jedną sytuację zakończoną strzałem w słupek. Znowu gramy to, co jesienią wychodziło nam najlepiej.

Wydaje się, że trener Misiura w samą porę wyprowadził Wisłę z kryzysu, bo zbierały się nad nim czarne chmury. Jak się okazuje, krótka jest droga od fachowca do wuefisty.
Jak wspominałem wcześniej, łaska płockiego kibica na pstrym koniu jeździ. Pojawiły się opinie, że Mariusz Misiura to wuefista, który za dużo chodzi po podkastach i wywiadach, zamiast zajmować się trenowaniem. Moim zdaniem trener pracując z tą grupą ludzi potrzebował czasu, aby piłkarze zrozumieli wszystkie schematy i wypracowali jedność, o której wcześniej mówiłem. Tutaj zasługa trenera jest olbrzymia, bo jeśli chodzi o umiejętności miękkie, to Misiura jest najlepszym fachowcem w kraju, który potrafi dotrzeć do poszczególnych piłkarzy, scalając ich w dobrze funkcjonujący mechanizm. Krytyka trenera wynikała głównie z frustracji, bo kibice zawsze domagają się zwycięstw albo przynajmniej remisów. Nam to ostatnio nie wychodziło. Do tego doszła presja kibiców innych drużyn, którzy zaczynali się z nas naśmiewać, że idziemy drogą sprzed trzech lat wprost do pierwszej ligi. Część płockich kibiców szukała więc ujścia tego ciśnienia w krytyce trenera. Bardzo łatwo dać dziś temu wyraz w mediach społecznościowych. Zdecydowana większość fanów Wisły ma jednak świadomość, że na rozwój potrzeba czasu i nadal wierzy w trenera Misiurę.

Nie zapominajmy przecież, że zimową przerwę Wisła spędziła w fotelu lidera. GKS w tym samym czasie okupował miejsce spadkowe, tymczasem w przypadku wygranej w sobotę zrównamy się z wami punktami. Brałeś pod uwagę taki scenariusz jeśli chodzi o formę GieKSy?
Patrząc dziś w tabelę jestem w stanie uwierzyć, że Arka Gdynia może się utrzymać, a nawet Termalica spróbuje jeszcze podłączyć się do tej walki. Co do samej GieKSy, to czapki z głów przed trenerem Górakiem, który robi świetną robotę. Jeśli będzie miał czas i komfortowe warunki, to jest w stanie zrobić wielkie rzeczy z tą drużyną. Mając w składzie Bartka Nowaka stać was na bardzo wiele. Nowak ma sezon konia i uważam, że w tym momencie nie ma w Ekstraklasie lepszego piłkarza, a trener Górak potrafi wycisnąć z niego maksa. Do tego dochodzą filary obrony w postaci Jędrycha i Klemenza. Skuteczna defensywa i piłkarz robiący różnicę z przodu to niewątpliwie atuty GKS-u.

Jesienią zagraliśmy pucharowo-ligowy dwumecz. Jak wspominasz najpierw starcie w Pucharze, które w mojej pamięci zapisało się jako starcie katowickiego Nowaka z płockim?
Staram się nie wspominać tego meczu wcale i robię wszystko, by wyprzeć go z pamięci, mimo że czasem ktoś próbuje mi go przypomnieć. Dla mnie był to traumatyczny wieczór, a patrząc na Wisłę nie poznawałem tego zespołu. Wynikało to w pewnym stopniu z rotacji kadrowych, choćby wystawienia w bramce Stanisława Pruszkowskiego, choć to nie Stasiu jest głównym winowajcą tamtej porażki. Daleki jestem od opinii, że odpuściliśmy ten mecz, bo można jednocześnie grać dobrze w lidze i w pucharze, tak jak teraz robicie to wy. Z całego serca życze wam dojścia do finału i zwycięstwa na Narodowym, bo uważam, że z całej czwórki to GieKSa zasługuje na to najbardziej. Tamtego dnia w Katowicach nie byliśmy sobą, wyglądaliśmy na pogubionych i w mojej opinii Mariusz Misiura przekombinował w tym meczu. Być może wyszedł z założenia, że nie może zagrać dwóch takich samych spotkań w odstępie kilku dni, więc postanowił bardziej zamieszać w Katowicach licząc, że trener Górak też mocno zamiesza. Okazało się, że w rywalizacji na zaskoczenia trener Górak jest zdecydowanie lepszy i to spotkanie skończyło się tak, a nie inaczej. Kilka dni później w Płocku oglądaliśmy Wisłę, do której przyzwyczailiśmy się w lidze, a o podziale punktów zadecydował błąd Rafała Leszczyńskiego – wybaczony mu dawno, bo odrobił go z nawiązką w kolejnych spotkaniach.

Bramkarz rzeczywiście popełni wtedy błąd, ale nie byłoby go bez ambitnej szarży Wasielewskiego. Mimo wszystko mieliście poczucie, że to wy bardziej zasługiwaliście tego wieczora na zwycięstwo?
Tak, uważam, że gdyby nie ta sytuacja, to trzy punkty zostałyby w Płocku. Jednak przygotowując się do tamtego meczu na nafciarski.pl zwracałem uwagę, że zawodnicy GieKSy, a wśród nich Wasielewski, zawsze idą do końca na stykowe piłki i drogo zapłaciliśmy za gapiostwo Rafała, który powinien wiedzieć, że w każdej chwili obok niego może pojawić się rywal. Jestem jednak przekonany, że Leszczyński wyciągnął odpowiednie wnioski i w sobotę podobnego błędu nie powtórzy.

Odczarowaliście ostatnio wyjazdowe boiska. Wiecie, co robić w Katowicach, by kontynuować zwycięską serię?
Myślę, że trener Misiura będzie bazował na ustawieniach fabrycznych zespołu – zamkniecie środka pola, zepchnięcie GieKSy do bocznych sektorów i kasowanie waszych dośrodkowań jeszcze przed lub w samym polu karnym. Mam też świadomość, że będziemy musieli się mocno bronić przed waszymi stałymi fragmentami gry, bo w wykonaniu GKS-u jest to broń zabójcza. Wasz duet stoperów potrafi zrobić krzywdę rywalom, więc trzeba będzie bardzo uważać. Jeżeli uda nam się złapać korzystny rezultat, to następnym krokiem będzie zabijanie meczu i próba dowiezienia prowadzenia do ostatniego gwizdka.

Jaki wynik typujesz?
Serce podpowiada mi, że wygramy 2:1, a rozsądek mówi, że powtórzymy wynik z jesieni z Płocka.

Rozmawiamy w przededniu finału baraży o udział w Mistrzostwach Świata. Czytelnicy znają już wynik, natomiast na tle dyskusji o powołaniu, a raczej jego braku dla Bartka Nowaka, dostrzegasz kogoś w Wiśle, który mógłby zasłużyć na powołanie? Być może właśnie piłkarz o tym samym nazwisku?
Wierzę, że jesteśmy w stanie wygrać ze Szwedami, choć mam duży niedosyt po meczu z Albanią, bo momentami wyglądaliśmy na jej tle naprawdę słabo. Co do Bartka, to uważam, że brak powołania dla niego to nie kontrowersyjna, ale wręcz skandaliczna decyzja selekcjonera. Rozumiem argumentację, że trener Urban nie chciał wprowadzać piłkarzy bez doświadczenia, ale z drugiej strony pojawił się Rózga, który też tym doświadczeniem w pierwszej reprezentacji nie grzeszy. Uważam, że Nowak ze swoją charakterystyką i sercem do gry, a przede wszystkim obecną formą, dałby reprezentacji zdecydowanie więcej niż choćby Rózga czy Grosicki, który dziś odpowiada chyba głównie za atmosferę w szatni. Rozumiem, dlaczego Grosik powołanie otrzymał, ale znalazłbym kilka nazwisk, które moim zdaniem nie musiały znaleźć się w kadrze, a jednak się znalazły. Jeśli natomiast chodzi o Wisłę, to być może będzie to kontrowersyjne, ale w tym momencie mógłby coś dać kadrze Marcin Kamiński, który ma umiejętności i doświadczenie, a choć nie błyszczy pod względem szybkości, to ma odpowiednie cechy wolicjonalne, które na co dzień pokazuje w Płocku. Z kolei najodpowiedniejszym miejscem dla Wiktora Nowaka jest w tej chwili kadra Jerzego Brzęczka – niech się tam rozwija i zdobywa doświadczenie.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dawid Kudła GKS!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.

Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.

Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.

Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.

Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.

Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.

Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.

GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.

Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.

W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.

W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.

Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.

Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.

Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.

A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa bawi się w Opalenicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.

Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.

Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.

„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.

To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.

Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.

No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.

I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.

Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.

Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!

Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.

Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.

Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.

PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!

Kontynuuj czytanie

Kibice Piłka nożna

Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.

Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.

W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.

Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.

Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.

Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.

W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.

Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.

Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.

Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.

Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.

W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.

Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.

Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!

Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.

JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.

Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.

Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.

Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga