Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: zaufanie i współpraca przynosi owoce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

fot. K. Timoszuk – Jagiellonia.net

W jesiennym meczu w Katowicach piłkarze GieKSy dość niespodziewanie wykorzystali moment zadyszki Mistrza Polski z Białegostoku i dzięki temu zwycięstwu chyba ostatecznie uwierzyli, że mogą jak równy z równym rywalizować z każdym na boiskach Ekstraklasy. Tymczasem Jagiellonia szybko się pozbierała i dziś znowu liczy się w walce o mistrzowski tytuł. Przed niedzielnym meczem porozmawialiśmy z Andrzejem Jakubowskim, redaktorem naczelnym serwisu Jagiellonia.net o ambicjach i marzeniach, zimowych transferach i naszym poprzednim meczu, a na deser wymieniliśmy się wrażeniami co do poziomu sędziowania w polskich rozgrywkach, na przykładzie pucharowego meczu Jagi na Łazienkowskiej.

Dla wielu polskich drużyn występy w europejskich pucharach okazywały się „pocałunkiem śmierci”. Tymczasem Jagiellonia skutecznie łączy w tym sezonie grę na trzech frontach, na przekór tej obiegowej opinii.
Postawą w lidze, Pucharze Polski (rozmawiamy przed ćwierćfinałowym meczem Jagiellonii z Legią – przyp. red.) i Lidze Konferencji udowadniamy, że da się to połączyć, a w błędzie są ci, którzy mówią, że to niewykonalne. Trener i dyrektor sportowy zbudowali drużynę z piłkarzy, którzy albo zostali pozyskani po długich negocjacjach, albo, jak Pululu czy Hansen, odbudowali formę w Białymstoku. Jednocześnie sztab nauczył się w odpowiedni sposób gospodarować siłami zawodników, co pozwala na pogodzenie występów we wszystkich rozgrywkach, chyba po raz pierwszy w Ekstraklasie. Nawet Lech Poznań grając kilka lat temu z sukcesami w Lidze Konferencji, w lidze prezentował się znacznie poniżej oczekiwań. Nam się to udaje. Duża w tym zasługa sztabu odpowiadającego za regenerację i kwestie medyczne, mając na względzie zwłaszcza wymagające mecze wyjazdowe. Każdy w klubie jest świadomy wyzwań, przed którymi stoimy i swoją pracą przyczynia się do tego, aby w każdym meczu drużyna pokazywała się z jak najlepszej strony.

Nie byłoby sukcesów Jagiellonii, gdyby nie mądre zarządzanie, ale i odrobina ryzyka, bo postawienie na młodego trenera „na dorobku” w sytuacji realnego zagrożenia spadkiem było odważnym posunięciem prezesa.
Poprzedni prezes, Wojciech Pertkiewicz, zapisał się złotymi literami w historii naszego klubu. Obserwowałem z bliska, jak musiał się mierzyć z wieloma wyzwaniami, zwłaszcza natury finansowej. Dość powiedzieć, że na początku jego pracy na kontraktach w Jagiellonii było 95 zawodników, w niektórych przypadkach zarabiających niemałe pieniądze. Wiele pracy kosztowało uporządkowanie tych tematów, aby doprowadzić klub do ładu. Dopiero wtedy można było zacząć budować. Przez lata w Białymstoku pracowało wielu trenerów, jak na przykład Piotr Nowak, Bogdan Zając czy Maciej Stolarczyk, którzy nie pozostawili po sobie dobrego wrażenia. Za kadencji trenera Ireneusza Mamrota Jagiellonia grała dobrze, zdobywając wicemistrzostwo i dochodząc do finału Pucharu Polski, a istotną rolę w sztabie pełnił wtedy bardzo młody Adrian Siemieniec, zbierając pierwsze szlify. Potem zaczął samodzielną pracę z młodzieżą i w drużynie rezerw. Wykorzystał daną mu szansę: rezerwy za jego kadencji prezentowały się bardzo dobrze. W styczniu 2023 r. przeprowadziliśmy z nim wywiad na naszym kanale Youtube. Wiele rzeczy, o których wtedy mówił, dziś znajduje odzwierciedlenie w funkcjonowaniu pierwszej drużyny. Swój udział ma w tym także dyrektor sportowy Łukasz Masłowski. Kluczem do sukcesu Jagiellonii jest fakt, że określona grupa ludzi nadających na tych samych falach zebrała się w odpowiednim miejscu i czasie i to zagrało.

Na początku poprzedniego sezonu pewnie nikt nie wskazywał was jako głównych faworytów do mistrzostwa. Jak sami ocenialiście możliwości drużyny na tamtym etapie?
Zanim jeszcze przyszły dobre wyniki, dużo rozmawialiśmy w gronie redakcyjnym na temat metod pracy i postępów, jakie robi drużyna pod okiem Adriana Siemieńca. Były podstawy przypuszczać, że jego praca zarówno z zespołem, jak i indywidualnie z poszczególnymi zawodnikami, wsparta odpowiednimi transferami może przynieść owoce. Szybko się to potwierdziło i zdobyliśmy wymarzone Mistrzostwo Polski. Już w poprzednich latach byliśmy blisko, ale ani Michałowi Probierzowi, ani Ireneuszowi Mamrotowi ta sztuka się nie udała. W mojej ocenie zbyt zachowawczo podchodzono wtedy do walki o tytuł, w decydujących momentach zdejmując nogę z gazu. Uważam, że przegrywaliśmy wtedy mistrzostwo na własne życzenie. Zrobił to dopiero trener Siemieniec stawiając na odpowiednich zawodników, którzy uwierzyli w jego filozofię i to przyniosło rezultaty.

Jakie są dziś oczekiwania kibiców co do sportowych celów drużyny?
Głównym celem jest obrona mistrzowskiego tytułu, a gdyby udało się dołożyć do tego zdobycie Pucharu Polski, byłoby to spełnienie marzeń i dowód na to, że klub podąża właściwą drogą i praca wykonywana w Jagiellonii przynosi oczekiwane owoce. Łatwo nie będzie, bo drużyny, które próbują zdetronizować Jagiellonię, czyli przede wszystkim Lech i Raków, mają równie duże ambicje i możliwości, aby sięgać po tytuły. Może się zdarzyć, że Jagiellonia będzie grała i punktowała lepiej niż w ubiegłym sezonie, a mistrza nie zdobędzie. Trzeba się z tym liczyć. Podstawą dalszego rozwoju klubu jest natomiast awans do europejskich pucharów i zbieranie doświadczenia na arenie międzynarodowej. Ponadto, w kolejnym sezonie drużyna na pewno się zmieni pod względem personalnym, bo dobre występy poszczególnych zawodników nie zostaną niezauważone w Europie i trudno będzie zatrzymać tych najlepszych w Białymstoku.

Czy klub jest przygotowany na taką sytuację i szuka odpowiednich zmienników? Co na tym etapie można powiedzieć o zimowych transferach?
Norbert Wojtuszek trafił zimą do Białegostoku z Górnika Zabrze jako potencjalny zastępca Michala Sáčka, moim zdaniem jednego z najlepszych prawych obrońców w lidze. Dyrektor Masłowski wspominał, że już wcześniej planowano transfer Wojtuszka do Jagiellonii. Ten w zasadzie z miejsca wskoczył do pierwszego składu. Mimo że jest młody, to ma już doświadczenie na boiskach ekstraklasowych i gwarantuje odpowiednią jakość. W meczu LKE z FK Bačka Topola dwukrotnie uchronił zespół przed stratą bramki. Drugi transfer, który zasługuje na wyróżnienie to Amerykanin Leon Flach, który robi kapitalną robotę w środku pola. Takie uzupełnienia kadry pozwalają pozytywnie patrzeć na dalszą część sezonu. Jest szansa powalczyć na każdym froncie.

A może uda się załatać ewentualne dziury w składzie wychowankami na miarę Oskara Pietuszewskiego? Jak w Białymstoku wygląda praca z młodzieżą?
Trudno zakładać, że akademia będzie regularnie dostarczać wychowanków na najwyższym poziomie. Często jest to loteria. W Jagiellonii od dawna szkolimy młodzież na dobrym poziomie, regularnie zajmujemy wysokie miejsca w rozgrywkach juniorskich, natomiast jest bardzo niewielu zawodników, którzy mocniej zaznaczyliby swoją obecność na poziomie seniorskim. Oskar Pietuszewski dał się poznać z dobrej strony już w wieku 14 lat. Występował wtedy w roczniku o dwa lata starszym i pomagał drużynie odnosić sukcesy. Stopniowo był przygotowywany do debiutu w drużynie seniorów, a my często pytaliśmy o to trenera apelując, aby dał mu szansę. Trener wprowadził go do zespołu na swoich zasadach i dziś jest to piłkarz, który „nie pęknie” na Łazienkowskiej czy w europejskich pucharach. Debiutował przecież w wieku 16 lat na Johan Cruijff Arena w meczu z Ajaksem i był jednym z najlepszych zawodników Jagiellonii. W ten sposób zapracował sobie na kolejne szanse w tym sezonie. Ale nie on jeden może odegrać większą rolę w zespole. Bartosz Mazurek zbiera dobre noty w drużynie rezerw i wyróżniał się w okresie przygotowawczym. Jest silny, dobrze czuje się w ofensywie i jest w stanie przełożyć to na liczby. Natomiast u trenera Siemieńca hierarchia jest jasna i obaj muszą ciężko pracować na swoje szanse.

Czy w GieKSie jest piłkarz, którego chętnie widziałbyś w Jagiellonii?
Nawet gdyby Adrian Błąd miał tylko jedną zdrową nogę to wolałbym, żeby zagrał u nas, bo za każdym razem, gdy gra przeciwko nam, to napsuje nam sporo krwi.

W ćwierćfinale LKE trafiliście na zespół z Belgii, choć były duże szanse na wylosowanie Legii. Z kim wolałbyś grać na tym etapie europiejskich pucharów?
Osobiście bardzo dobrze oceniam samo losowanie, bo chciałem trafić na Cercle Brugge. Z Legią gramy często, a puchary to okazja do sprawdzenia się na tle przeciwników z Europy. Ponadto uważam, że stać na awans zarówno nas, jak i Legię, więc dlaczego nie mielibyśmy mieć dwóch drużyn z Polski w kolejnej fazie LKE? Jagiellonia pokonała Molde w Białymstoku, więc równie dobrze może to zrobić Legia w dwumeczu.

Tydzień temu graliście ligowy mecz w Krakowie i choć do przerwy mieliście wszystko pod kontrolą, to druga połowa przybrała nieoczekiwany scenariusz i Cracovia doprowadziła do remisu. Która twarz Jagiellonii jest prawdziwa?
Trudno to oceniać przez pryzmat jednego spotkania. Duże znaczenie ma tutaj podejście mentalne do samego meczu i reagowanie na poszczególne jego fazy. W Krakowie wyglądało to trochę tak, jakby drużyna nie wyszła z szatni na drugą połowę. Straciła dość przypadkową bramkę, bo wątpię, czy młody Fabian Bzdyl zdobędzie kiedykolwiek gola podobnej urody. Sami biliśmy mu brawo, bo chciałoby się częściej oglądać takie akcje młodych Polaków, wychowanków swoich klubów. Im bliżej było końca meczu, tym bardziej „śmierdziało” wyrównującym golem, który padł na pięć minut przed końcem. Gdybym miał oceniać, to powiedziałbym, że bardziej „prawdziwa” jest ta Jagiellonia z pierwszej połowy. Cały czas zbieramy doświadczenie związane z grą o najwyższe cele, mamy młodą drużynę i trenera. Podobnie jest zresztą u was, bo trener Górak ma krótki staż w Ekstraklasie, a macie podobną do naszej wizję futbolu. Cieszę się, że przebija się coraz więcej szkoleniowców z nowoczesnym podejściem do pracy, a odchodzą czasy trenerów „strażaków”. Generalnie w lidze nie został już nikt poza Janem Urbanem i Jackiem Zielińskim, ale oni zawsze wyróżniali się fachowością i otwartością na zmiany.

Mniej więcej na tym samym etapie poprzedniej rundy dopadł was mały kryzys i przegraliście trzy z czterech meczów, między innymi w Katowicach. Było nerwowo?
Na tamtym etapie sezonu nawet przez moment nie było zagrożenia, że trener straci zaufanie dyrektora sportowego czy zarządu. Dyrektor Masłowski bardzo często jest w szatni, na bieżąco informowany przez trenera o sytuacji drużyny. Jak powiedział nam w jednym z wywiadów, częściej rozmawia telefonicznie z trenerem Siemieńcem niż z własną żoną. Dlatego jest między nimi zaufanie i współpraca w diagnozowaniu problemów zespołu i metod ich przezwyciężania. Moim zdaniem na tamtym etapie drużynie po prostu brakowało pary. Nikt tego oficjalnie nie powiedział, ale w pewnym momencie przygotowanie fizyczne zaczynało szwankować. Graliśmy dużo, letnia przerwa była stosunkowo krótka i znalazło to odbicie na formie piłkarzy.

O ile porażkę z Lechem, nawet tak wysoką, można było przełknąć, to zero punktów w starciu mistrza z beniaminkiem musiało być rozczarowaniem.
Nasza porażka w Katowicach była niespodzianką, ale nie ulega wątpliwości, że przegraliśmy zasłużenie. W związku z występami w europejskich pucharach Jagiellonia miała prawo przełożyć ten mecz, jednak ostatecznie się na to nie zdecydowała. Z obecnych wypowiedzi trenera wynika, że zespół nauczył się już w odpowiedni sposób gospodarować siłami, co można też rozumieć w ten sposób, że wtedy nie funkcjonowało to jak należy. Dopiero z czasem wypracowano odpowiednią formę przygotowania do meczów i regulowania obciążeń.

Jagiellonia od dawna próbuje zyskiwać przewagę na boisku cierpliwym rozgrywaniem piłki od tyłu. Przeważnie wychodzi wam to doskonale, ale zdarzają się też wpadki, jak choćby w Katowicach.
Aby grać w takim stylu, potrzebne jest duże zaufanie pomiędzy bramkarzem a obrońcami. Trzeba dobrać graczy o odpowiednim profilu, którzy potrafią utrzymać nerwy na wodzy przy rozegraniu piłki. Jeśli nie ma do tego wykonawców, to kończy się jak w spotkaniu Widzewa z Pogonią, który próbował tak grać i dostał cztery „klapsy”, za co posadą zapłacił trener Myśliwiec. Mimo to uważam, że lepiej stracić trzy bramki, strzelając przy tym pięć. Doceniam ofensywne podejście do futbolu, a ciężko ogląda się mecze rozgrywane w stylu Rakowa. Zdecydowanie ciekawsze są takie mecze jak wasz w Lublinie, gdzie obie drużyny stawiają na grę do przodu, dając kibicom dobre widowisko, bo w piłce chodzi przede wszystkim o rozrywkę. Zapytano mnie niedawno, czy chciałbym, żeby Jagiellonia grała w Lidze Mistrzów jak Slovan Bratysława, przegrywając wszystkie mecze, ale zarabiając znacznie więcej pieniędzy. Ja uważam, że niekoniecznie byłoby to dla nas dobre. Takie wyniki jak zwycięstwo w Kopenhadze po golu w ostatniej minucie czy totalna dominacja nad Molde u siebie, pozostawiają lepsze wrażenie w odbiorze kibiców niż porażka z renomowanym rywalem w Lidze Mistrzów.

Przy okazji ostatniego meczu w Białymstoku z FK Bačka Topola wiele mówiło się o frekwencji na stadionie przy Słonecznej 1. Jest problem z zainteresowaniem kibiców?
Zainteresowanie Jagiellonią jest duże, choć czasem mam wrażenie, że niektórzy niedzielni kibice kręcą nosem i trochę wybrzydzają jeśli chodzi o konkretne mecze. Tak nie powinno być, bo kibice powinni licznie stawiać się na trybunach, niezależnie od terminu czy rangi przeciwnika. W rzeczywistości bywa z tym różnie, choć z drugiej strony trudno oczekiwać, że w lutowy wieczór na stadionie będzie dużo dzieci, które szybko zmarzną i nie będą mieć frajdy z oglądania meczu. Na szczęście w niedzielę pogoda będzie lepsza, więc o frekwencję nie trzeba się martwić. Swoją drogą, wielu narzekało na frekwencję przed meczem z FK Bačka Topola, a tymczasem przyszło ponad 10 tysięcy widzów.

W niedzielę do Białegostoku wróci Lukas Klemenz, który kilka lat temu reprezentował wasze barwy, a przed laty ważną rolę w Jagiellonii odgrywał Dawid Plizga, mocno związany z Katowicami. Pamiętacie jeszcze tych piłkarzy?
Pamiętamy Dawida bardzo dobrze, bo przez trzy lata zagrał u nas sporo meczów i strzelił kilka ważnych bramek. Z kolei Lukas Klemenz trafił do Białegostoku właśnie z Katowic i wiązano z nim duże nadzieje. Nie wszystko zagrało jednak jak trzeba, może nie był to dla niego odpowiedni moment. Bardzo pracowity piłkarz i pozytywny człowiek. Cieszę się, że daje radę i wciąż utrzymuje się na poziomie Ekstraklasy.

Jak twoim zdaniem będzie wyglądał nasz niedzielny pojedynek?
Spodziewam się, że GKS od początku ruszy do ataku i jeśli Jagiellonii uda się wybronić i przejąć inicjatywę, to możecie mieć problemy. Jeśli natomiast strzelicie bramkę jako pierwsi, to może być różnie.

Pokusisz się o wytypowanie wyniku?
Obstawiam wygraną Jagiellonii 2:1.

Po pucharowym meczu z Legią nie mogłem nie skontaktować się z tobą raz jeszcze, aby wymienić się wrażeniami. Jednak trudno oczekiwać analizy meczu pod kątem sportowym, gdy to nie piłkarze grali główne role na boisku.
Po takim meczu trudno się skupić na pracy, a w rozmowach dominuje jeden temat. Jestem zniesmaczony tym, co wydarzyło się w Warszawie. Generalnie w tym sezonie poziom sędziowania w Polsce woła o pomstę do nieba. Jeśli polska piłka ma iść do przodu, to takie sytuacje nie mogą mieć miejsca. Mam poczucie, że ukradziono nam ten awans, a sędziowie pomagają Legii uratować sezon i wepchnąć ich do europejskich pucharów. Nie podyktowano karnego po zagraniu ręką Szkurina, chociaż w analogicznej sytuacji w meczu Ruchu z Koroną karny był. Sędzia Marciniak tłumaczy dziś w mediach, że nie było dostatecznie dobrego ujęcia, które potwierdziłoby zagranie ręką. Tymczasem nawet w powtórkach telewizyjnych było to doskonale widoczne. Z kolei w sytuacji z rzutem karnym po faulu na Oskarze Pietruszewskim VAR w ogóle nie powinien był interweniować. Błędy sędziów były ewidentne i nie zdziwiłbym się, gdyby w niedzielę próbowano to jakoś „zrekompensować” Jagiellonii w meczu z GKS. Swoją drogą, skoro po meczu przed kamerami stają piłkarze i trenerzy, to dlaczego nie pyta się sędziów o konkretne decyzje, które niejednokrotnie mają większy wpływ na przebieg meczu? Ze stricte sportowego punktu widzenia powinniśmy byli rozstrzygnąć ten mecz na swoją korzyść, bo mogliśmy strzelić co najmniej trzy gole. Wtedy być może nie przeszkodziłyby nam w awansie nawet takie błędy sędziów. Od momentu, kiedy z powodu kontuzji z boiska zszedł Wojtuszek, nie mieliśmy już alternatywy i graliśmy głównie przez Dušana Stojinovića, który też zmaga się z kontuzją. Tamtą stroną Legia wyprowadziła dwie akcje bramkowe Morishity i było po zawodach. Szczególnie ten drugi gol, gdy piłka wypadła z bramki przez dziurę w siatce, jest ciekawą puentą tego, jak sędziowie wywiązywali się tego dnia ze swoich obowiązków. Życzę Ruchowi Chorzów, aby w półfinale trafił na Legię i pokonał ich na Stadionie Śląskim.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dawid Kudła GKS!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.

Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.

Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.

Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.

Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.

Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.

Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.

GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.

Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.

W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.

W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.

Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.

Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.

Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.

A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa bawi się w Opalenicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.

Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.

Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.

„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.

To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.

Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.

No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.

I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.

Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.

Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!

Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.

Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.

Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.

PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!

Kontynuuj czytanie

Kibice Piłka nożna

Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.

Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.

W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.

Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.

Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.

Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.

W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.

Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.

Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.

Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.

Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.

W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.

Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.

Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!

Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.

JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.

Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.

Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.

Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga