Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: „wajcha” zbyt mocno wychylona do tyłu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Nie mają ostatnio zbyt powodów do zadowolenia kibice Miedziowych. Ich zespół wprawdzie rzadko przegrywa, ale styl gry nie przyprawia fanów Zagłębia o gęsią skórkę. Czy cel zawsze uświęca środki? Przed meczem z GieKSą zapytaliśmy przedstawiciela społeczności miedziowego Twittera, znanego na tym portalu jako „trzy rogi karny”.

Da się zauważyć, na co zresztą sam zwróciłeś uwagę, że miedziowy Twitter jest jedną z najbardziej sceptycznych, a wręcz pesymistycznych społeczności w naszej ekstraklasowej bańce. Mimo to na pewnym etapie ubiegłego sezonu razem z Filipem z Lubina półżartem, półserio zastanawialiśmy się, czy Europa jest gotowa na Rafała Góraka i Leszka Ojrzyńskiego. I faktycznie, do ostatniej kolejki biliśmy się o te puchary. Czułeś, że są one na wyciągnięcie ręki? I jak przyjąłeś ostateczne rozstrzygnięcie, że to jednak GieKSa wyprzedziła was w tym wyścigu?
Patrząc przez pryzmat stylu, w jakim graliśmy w tamtym sezonie, absolutnie nie wydawało mi się to możliwe, że zagramy w pucharach. Decyduje jednak tabela, więc trudno było nie brać tego pod uwagę, bo długo byliśmy w czołówce. Nie bez powodu zaplanowałem urlop tak, aby w ostatniej kolejce pojechać za drużyną do Białegostoku. Wyjazd był fajny, choć niekoniecznie szczęśliwy. Trzeba jednak przyznać, że ostateczne rozstrzygnięcia były bardziej sprawiedliwe i logiczne, bo gra Miedziowych w ostatnich miesiącach wyglądała żenująco i zresztą nadal tak wygląda. Najczęściej przepychaliśmy zwycięstwa kolanem i choć zwykle broniliśmy dobrze, to nic poza tym. Dopóki Marcel Reguła grał z przodu z Leonardo Rochą, to mieliśmy czym straszyć, jednak po odejściu Portugalczyka trudno się było spodziewać, że jednym zawodnikiem ofensywnym można zrobić puchary, nawet w tak dziwnym sezonie jak ubiegły.

Jego końcówka przyniosła wiele emocji, a pikanterii dodają jej ostatnie doniesienia związane z trenerem Jagiellonii, który przed meczem z GieKSą kontaktował się z arbitrami, aby spróbować uniknąć zawieszeń za kartki w finałowym meczu z Zagłębiem. Zagrożony był m.in. Pululu, który w Katowicach kartki nie dostał, a w Białymstoku zdobył zwycięskiego gola. Twoim zdaniem jest to afera czy burza w szklance wody?
Mimo że Adriana Siemieńca darzę dużą sympatią, to miałem podobne przemyślenia, że chodziło właśnie o nasz mecz – ten jeden, który dzielił nas od pucharów. Mimo że w poprzednich spotkaniach prezentowaliśmy się raczej słabo, to akurat w Białymstoku wyglądało to nieźle, a warto przypomnieć, że karnego dla Zagłębia nie wykorzystał wtedy Reguła. Przed meczem wygrana Miedziowych wydawała mi się poza zasięgiem, jechałem tam kompletnie bez żadnych oczekiwań i nadziei, tymczasem przy odrobinie szczęścia mogliśmy wywieźć z Białegostoku korzystny rezultat. Wracając jednak do Siemieńca uważam, że gdyby chodziło o jakiegokolwiek innego trenera, to afera byłaby gruba, jednak sympatia, jaką powszechnie wzbudza, powstrzymuje środowisko piłkarskie przed ciągnięciem tego tematu. Być może cała sytuacja nie wpłynęła bezpośrednio na wynik meczu w kontekście korupcyjnym, ale z pewnością nie była etyczna. Ciężko więc nie myśleć o tym, że w tle całej sytuacji było Zagłębie i to właśnie mecz z Jagiellonią ostatecznie pozbawił nas nadziei na puchary.

W poprzednich rozmowach z kibicami Zagłębia jak bumerang wracała kwestia zarządzania klubem. W ostatnich dniach nastąpiło poważne tąpnięcie i znów czekają was zmiany. Czy będą to zmiany na lepsze?
W mojej bańce przyjęliśmy decyzję o odwołaniu prezesa Jeża z ulgą, trudno jednak mówić o zmianach, skoro nie znamy jeszcze jego następcy. W klubie zarządzanym przez spółkę Skarbu Państwa może się przecież skończyć kolejną nominacją prezesa według klucza politycznego. Sam nie byłem zwolennikiem prezesa, a okres jego rządów uważam za jeden z najgorszych odkąd pamiętam. Ponadto, zupełnie nie rozumiem zwolnienia dyrektora sportowego w samej końcówce okienka transferowego. Wyglądało to na próbę ratowania stołka prezesa, jak widać nieskuteczną. W ten sposób pozbawiono klub możliwości reakcji na ostatniej prostej, gdy można jeszcze poczynić kadrowe wzmocnienia. Na marginesie zostawiam fakt, czy działalność dyrektora Ulatowskiego można oceniać pozytywnie. Spośród letnich transferów na ten moment broni się tylko Alomerović, a bramkarz, obok stopera, jest moim zdaniem ostatnią pozycją, na której potrzebowaliśmy wzmocnień. Trudno więc mówić, że jest to zwolnienie niezasłużone, natomiast timing tej decyzji jest moim zdaniem kompletnie nietrafiony.

Spotkałem się z opiniami, że powodem zwolnienia Ulatowskiego nie był brak transferów przychodzących, ale brak wychodzącego w postaci sprzedaży Marcela Reguły. Dla klubu byłby to z pewnością zastrzyk gotówki, jednak dla kibiców pozbycie się jednego z najciekawszych polskich piłkarzy młodego pokolenia nie byłoby dobrą wiadomością.
Nie wiem, czy rzeczywiście takie były powody zwolnienia dyrektora, ale dochodziły do mnie podobne głosy. Brak sprzedaży Reguły z pewnością utrudnił planowanie budżetu, natomiast osobiście bardzo się cieszę, że Marcel zostanie z nami przynajmniej do zimy, bo jest to piłkarz z potencjałem, jakiego ja w Lubinie nie pamiętam. Oprócz tego, że jak na swój wiek jest wybitny piłkarsko, to jest też związany z naszą społecznością, a takich charakterów potrzebujemy. Dawno nie mieliśmy piłkarza, z którym utożsamiałoby się tak wielu kibiców. Pomijając fakt, że nie wierzę w możliwość zastąpienia Reguły piłkarzem o zbliżonym potencjale, to po prostu cieszę się, że będziemy mogli jeszcze kilka razy zobaczyć go w Ekstraklasie w pomarańczowej koszulce. Z drugiej strony Borussia Dortmund to wielki klub i dla Marcela byłby to spory awans, gdyby jednak miał to być klub z niższej półki, to zupełnie nie widzę sensu takiego transferu. Tym bardziej, że mówiło się o kwotach, które moim zdaniem są stanowczo poniżej wartości tego piłkarza. Gdyby udało się zatrzymać Regułę w Lubinie aż do młodzieżowego Euro, to po tym turnieju cena za niego jeszcze wzrośnie.

W jednym z materiałów na kanale Meczyki redaktor Dawid Dobrasz ocenił, że Zagłębie Lubin jest największym przegranym letniego okienka transferowego, głównie za sprawą niedoprowadzenia do sprzedaży Reguły, ale też braku odpowiedniego zastępstwa dla Radwańskiego i innych wzmocnień. Twoja ocena pracy pionu sportowego jest równie surowa?
Mimo że oceniam to okienko bardzo źle, to nie wiem czy jesteśmy największym przegranym tego okresu, a już szczególnie z powodu braku sprzedaży Marcela. Uważam, że poziom sportowy kadry został utrzymany, choć byłem fanem Adama Radwańskiego w Zagłębiu. Sprowadzenie Sebastiana Kerka z Arki oceniałbym lepiej, gdyby chodziło o uzupełnienie składu, a nie zastępstwo dla Radwańskiego. Na moją ocenę pionu sportowego rzutuje też fakt, że Adam chciał zostać w Lubinie, jednak nie było takiej woli po drugiej stronie. Co do opinii redaktora Dobrasza uważam, że na przykład Piast Gliwice osłabił się dużo bardziej niż my, więc nie podzielam jego zdania, nie pierwszy zresztą raz.

Kibice GieKSy szczególnie uważnie śledzili losy innego zawodnika, który ostatecznie trafił do Lubina. Mowa tu o Filipie Szymczaku, który był przymierzany do GKS-u po raz trzeci, ostatecznie jednak wylądował u was. Mamy czego żałować?
Moim zdaniem powinniście się cieszyć, że do tego transferu nie doszło. Poza meczem w Warszawie, gdzie dał całkiem niezłą zmianę, w pozostałych spotkaniach wyglądał raczej słabo. Osobiście jednak nie potrafię być szczególnie krytyczny wobec naszych napastników w sytuacji, gdy cały zespół nawet nie próbuje grać ofensywnie. Jednak sam fakt, że Szymczak wyglądał kiepsko na tle Siarki Tarnobrzeg, mówi sam za siebie. W kolejnym meczu z Wieczystą zastąpił go Reguła, który nie jest przecież nominalnym napastnikiem, a po przerwie na boisko wyszedł nie Szymczak, a Kossídis, który jest raczej daleko od pierwszego składu. Możecie więc się cieszyć, bo w obecnej formie Szymczak nie byłby wzmocnieniem waszego ataku.

Trudno szukać dużych nazwisk na liście transferów przychodzących, jednak Zagłębie nigdy nie było rekinem na piłkarskim rynku, stawiając raczej na wychowanków swojej akademii. Czy młodzież nadal jest siłą Miedziowych?
Po części tak, ale w mniejszym stopniu niż kilka lat temu. Wydaje mi się, że zostaliśmy nieco z tyłu pod względem infrastruktury, ponadto młodzi piłkarze mają coraz więcej trudności z przeskoczeniem z rezerw do pierwszej drużyny. Moim zdaniem wynika to z faktu, że drużyna Leszka Ojrzyńskiego gra w zupełnie innym stylu niż rezerwy i zespoły z CLJ, które próbują grać bardziej ofensywnie. Trudno więc odnaleźć się wychowankom w pierwszym zespole. Szkoda, że swoich szans nie dostają tacy zawodnicy jak Cyprian Popielec, bo uważam go za duży talent, który z jakiegoś powodu nie pasuje do koncepcji trenera Ojrzyńskiego. W meczu pucharowym wyglądał moim zdaniem nienajgorzej, ale i tak został zmieniony w przerwie, a z Wieczystą nie usiadł nawet na ławce.

Co do samego meczu pucharowego, nie można chyba powiedzieć o nim zbyt wiele dobrego. Siara – zwykło się mówić w takich sytuacjach…
Siara okrutna, choć mam wrażenie, że największa dla kibiców, bo w klubie niektórzy będą szukać usprawiedliwień dla tego wyniku. Współczuję chłopakom, którzy w środku tygodnia pojechali taki kawał drogi, aby wspierać piłkarzy w Tarnobrzegu. Drużyna nie wyglądała jednak tego dnia poważnie. O ile nie mam pretensji o samą konstrukcję składu, bo uważam że postawienie na młodych piłkarzy w meczu z rywalem z poziomu rozgrywkowego naszych rezerw jest w porządku, natomiast nie mamy prawa popełniać takich błędów indywidualnych jak choćby przy drugiej bramce.

Mnie zaskoczył z kolei fakt, że na listę strzelców wpisał się Arkadiusz Woźniak, o którym myślałem, że dawno jest „po drugiej stronie rzeki”. Jaką rolę pełni dziś w ekipie Miedziowych?
Komunikat z klubu był jednoznaczny – Arek przestał być częścią pierwszego zespołu. Tymczasem w meczu pucharowym pojawił się na boisku, to właśnie on, a nie Szymczak wykorzystał rzut karny, a w ostatniej minucie trafił z rzutu wolnego w poprzeczkę. Przy całej sympatii do Arka widać, że coś tu się nie zgadza, przynajmniej na poziomie komunikacji. Do tego jednak jesteśmy niestety przyzwyczajeni. Trudno mi oceniać tę sytuację, bo o ile charakteru Woźniakowi nigdy nie można było odmówić, to jeśli obrało się jakąś drogę, to warto się jej trzymać.

Co do występów ligowych Zagłębia, rzuca się w oczy defensywny styl, dzięki któremu jednak właściwie nie przegrywacie. Jak więc oceniasz decyzje taktyczne Leszka Ojrzyńskiego?
Rozumiem, że mamy zdecydowanie większy potencjał w defensywie niż z przodu, natomiast uważam, że „wajcha” jest stanowczo zbyt mocno wychylona do tyłu. Oczy krwawiły oglądając ostatni mecz z Wieczystą.

Widziałem wasze komentarze, w których pokazywaliście ujęcia z tego meczu, w momentach desperackiej wręcz obrony Zagłębia wszystkimi zawodnikami w swoim polu karnym.
Takich sytuacji w pierwszej połowie było kilka, a graliśmy przecież z beniaminkiem. Wieczysta ma wprawdzie kilku niezłych piłkarzy, ale nie przesadzajmy. Mihael Mlinarić, który był sprowadzany do Zagłębia jako zastępca Rochy, w meczu z Wieczystą długimi fragmentami grał w jednej linii z „szóstkami”. Tak najczęściej ustawia zespół trener: dwie szóstki, do tego pięciu typowych obrońców, a nie jak w waszym przypadku wahadłowi, którzy mają wiele walorów ofensywnych. U nas zdarzało się, że na boku obrony występował nominalny stoper, jak z Wieczystą Roman Jakuba. Do tego wspomniani dwaj defensywni pomocnicy i operujący blisko nich napastnik – ustawiając się w ten sposób trudno liczyć na fajerwerki w ofensywie.

Tak konsekwentna gra przynosiła jednak efekty, choćby w postaci długo niezdobytego w ubiegłym sezonie stadionu w Lubinie. Dopiero w styczniu przyjechała do was GieKSa i odniosła tam zwycięstwo. Jak wspominasz pojedynki z ekipą z Katowic?
Każdy mecz z wami wyglądał w zasadzie podobnie – kiedy widzę, jak piłka trafia do Pana Piłkarza Bartosza Nowaka, to spodziewam się najgorszego. Nowak nastrzelał nam sporo goli w ostatnich meczach i mam wrażenie, że nawet jak gramy nieźle, to prędzej czy później właśnie on zaliczy gola lub asystę. Wydaje się, że gra GieKSy jest w miarę prosta, oparta o wyraźnego lidera, którego może wam zazdrościć większość zespołów Ekstraklasy.

Sobotni mecz Zagłębia z GieKSą ma mieć szczególną oprawę, bo świętujecie jubileusze, zarówno klubu, jak i właściciela – spółki KGHM. Czuć atmosferę święta? I czy do tego święta dostosuje się Leszek Ojrzyński, a jego zespół spróbuje dać kibicom więcej emocji w ofensywie niż zazwyczaj?
Absolutnie nie spodziewam się, że trener zmieni cokolwiek w naszej grze. Obstawiam, że wyjdziemy w mocno defensywnym zestawieniu, aczkolwiek zdarzało się, że grając przeciw zespołom nastawionym mocno ofensywnie, a za taki uważam GKS, to takie pojedynki nie wyglądały z naszej perspektywy źle ani piłkarsko, ani wynikowo. Gdybym więc miał stawiać pieniądze, to typowałbym zwycięstwo GieKSy, ale nie zdziwi mnie również korzystny dla nas rezultat. Co do organizacji samego jubileuszu, to jest to dla nas duże rozczarowanie. Nie da się pozbyć wrażenia, że KGHM robi z tego wydarzenie skoncentrowane wokół firmy, a nie klubu i samego meczu. Klubowy marketing też pozostawia wiele do życzenia, a promocja tego meczu jest nikła. W czwartek piłkarze sprzedawali bilety na mecz w jednej z galerii handlowych i na tym w zasadzie atrakcje się kończą. Tym samym sprzedaż wejściówek nie idzie najlepiej, mimo to Przodek będzie wypełniony, co jest już stałym obrazkiem na naszym stadionie. To duży progres względem ostatnich lat.

Jakie masz przeczucia przed sobotnim meczem jeśli chodzi o wynik?
Uważam, że GieKSa jest faworytem tego meczu i moim zdaniem wygra, chociaż jak mówiłem wcześniej, nie zdziwi mnie żaden rezultat. Mimo to na kuponie postawiłbym dwójkę i powtórkę ze styczniowego meczu – 0:2 dla gości.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Niezłomność i perełki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.

Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.

Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.

Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.

Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.

Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.

Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.

Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.

Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.

Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.

Trenerze Urban. Ty wiesz co.

Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.

Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.

Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.

Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.

Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.

W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.

W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.

No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.

W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.

Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Szkurin show w Zabrzu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

 

 

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga