Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: „Legia to Legia” nie wystarczy, by być w czołówce
O Legii mówi się praktycznie wszędzie, bo klub ze stolicy nieustannie jest na celowniku ogólnopolskich mediów sportowych. Zjawisko to nasila się jeszcze bardziej, gdy stołecznym nie idzie najlepiej. Z drugiej strony stała obecność wojskowych w mediach przekłada się na fakt, że klub ma swoich sympatyków nie tylko w Warszawie. Taka też jest historia Filipa Lewandowskiego z serwisu Legionisci.com, z którym spotkałem się w Katowicach, aby zapytać go o nastroje w stolicy, nadzieje na wyjście z kryzysu i oczekiwania przed jutrzejszym meczem z GieKSą.
Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, przemknęło mi przez myśl, czy aby Lewandowski z Warszawy to nie zbieżność nazwisk ze znanym skądinąd piłkarzem. Tymczasem rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana, bo nie jesteś z Warszawy, a my spotykamy się w Katowicach.
Pochodzę z Wielkopolski, ale miłość do Legii zakiełkowała we mnie niejako w spadku. Męskie grono w rodzinnym domu od zawsze żyło piłką, natomiast w latach 90. nie było tyle meczów w telewizji co dziś, a całe pokolenia wychowywały się między innymi na występach Legii w Lidze Mistrzów – pamiętne mecze z Rosenborgiem, Spartakiem czy Panathinaikosem. Mój ojciec, choć pracując w poznańskiej gastronomii miał okazję poznać wiele osób związanych z Lechem, mimo wszystko śladem dziadka wybrał Legię. Moja historia nie mogła więc być inna. Z uwagi na otoczenie szkolne nie było łatwo, natomiast z biegiem lat utwierdziłem się w tym postanowieniu. Zaczęliśmy jeździć na mecze Legii, a niedawno dołączyłem do redakcji serwisu Legioniści.com.
Skąd więc wziąłeś się w Katowicach?
Z tych okolic pochodzi moja narzeczona. Mieszkamy w Katowicach od ponad dwóch lat, bo spodobało mi się na Śląsku.
Mimo to udaje ci się regularnie jeździć na mecze Legii?
Tak, szczególnie po dołączeniu do redakcji mam okazję obsługiwać również wyjazdy, więc co najmniej dwa razy w miesiącu jestem na meczach Legii, a czasem nawet częściej. Kiedy graliśmy w Lidze Konferencji, bywało ciężko, natomiast teraz mój kalendarz jest luźniejszy. Oczywiście, w piątek będę na Nowej Bukowej.
Szukając kontaktu do kolejnego rozmówcy z Warszawy poprosiłem jednego z twoich kolegów o kogoś o mocnych nerwach i chłodnym spojrzeniu. Pewnie nie łatwo o kogoś takiego w waszej obecnej sytuacji.
Nie wiem, czy akurat tą drogą trafiliśmy na siebie, ale raczej wpasowuję się w te ramy. Odkładając na bok negatywne emocje, które od dłuższego czasu dominują w Warszawie, w ubiegłym roku zapisaliśmy jednak na swoim koncie zarówno Puchar i Superpuchar Polski, jak również przyzwoite występy w Lidze Konferencji. Z tego powodu niektórzy przymknęli oko na pewne negatywne sprawy, które kiełkują tu od dłuższego czasu – wieloletni ciąg złych decyzji, nieprzemyślanych lub spóźnionych ruchów i brak spójnej strategii. Przykładem może być zarówno liczba, jak i kwalifikacje trenerów, którzy w ostatnich latach przewinęli się przez Legię, a w ostatnim czasie powierzenie zespołu na ponad dwa miesiące tymczasowemu trenerowi bez doświadczenia i odpowiedniego sztabu. To wszystko doprowadziło nas do miejsca, w którym dziś jesteśmy. Dlatego ja nie jestem zaskoczony obecną sytuacją, bo uważam, że od jakiegoś czasu dryfowaliśmy w tym kierunku, ale nie wszyscy tutaj zdawali sobie z tego sprawę.
Powtarzając za serwisem Weszło: czy Legia spadnie z ligi? – to jest pytanie… Jak na nie odpowiesz?
Ostatnio coraz głośniej mówi się w mediach, że trzy uznane kluby – Legia, Widzew i Pogoń, są realnie zagrożone spadkiem. Mogę się pod tym podpisać. Sytuacja jest dynamiczna, bo wystarczy wygrać dwa mecze z rzędu i pozycja jednego czy drugiego klubu się poprawi. Mimo to liczby są bezlitosne i prawdopodobieństwo spadku jednego z tych zespołów jest bardzo duże. Czy będzie to Legia? Do momentu rozpoczęcia rundy zupełnie nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Zakładałem, że zatrudnienie Marka Papszuna pociągnie za sobą rewolucję, jednak zmiany zachodzą powoli, a przegrany mecz z Koroną zasiał we mnie wiele wątpliwości. Stąd moja obawa, że spadek jest możliwy, dlatego dziś trzeba się cieszyć z każdego punktu, który może być na wagę złota w końcowym rozrachunku.
Taki scenariusz miał miejsce w Gdyni – punkt wyszarpany po dwóch golach Antonio Čolaka w samej końcówce. Patrząc, jak Arka gra u siebie, a w jakim miejscu jest Legia, jak odczytywać ten wynik?
Uważam, że musimy się nauczyć doceniać takie momenty, co nie znaczy, że należy przejść nad nimi do porządku dziennego. W kontekście naszej obecnej sytuacji radość po meczu w Gdyni jest uzasadniona. Dziś wciąż pokutuje podejście, że Legia to Legia i to wystarczy, aby zawsze być w czołówce. Tymczasem bez mozolnej pracy na wielu polach nie można odnieść sukcesu. Naszej społeczności trudno się pogodzić z tym, że warto się cieszyć z mniejszych rzeczy niż tylko mistrzostwo.
Przez lata Legia wypracowała sobie pozycję ligowego potentata do tego stopnia, że niemal każdy z moich poprzednich rozmówców z Warszawy stwierdzał, że sezon bez mistrzostwa to sezon stracony. Jak więc odnaleźć się w dzisiejszych realiach?
Wiele rzeczy się zmieniło na przestrzeni ostatnich lat, zarówno w samej Legii, jak i w naszej rzeczywistości ligowej. Nie podlega dyskusji, że poziom Ekstraklasy znacznie się podniósł. Trzeba brać pod uwagę, że coraz więcej drużyn jest konkurencyjnych w stosunku do Legii, a jakość, czy na boisku, czy w sztabach szkoleniowych, stale rośnie. Przykładem może być GieKSa i osoba trenera Góraka, mimo że nie zawsze było wam łatwo. Sam łapię się na tym, że w każdym sezonie bezwzględnie chciałbym mistrzostwa, jednak poziom rywali rośnie i nawet z outsiderami trzeba się namęczyć, aby odnieść zwycięstwo. Dziś żaden zespół nie może brać za pewnik miejsca na podium, a co dopiero mistrzostwa.
W poprzedniej kolejce graliśmy z Widzewem i nie sposób uciec od pewnych analogii: dwie uznane firmy, wysokie oczekiwania, tymczasem pozycja w tabeli fatalna. Ciśnienie rośnie, ale Maciej z Widzewa podkreślał, że w ich przypadku jest to głównie presja zewnętrzna. Jak jest w Warszawie?
W naszym środowisku też jest to zauważalne, ale też nieuniknione, przede wszystkim ze względu na markę i wielkość klubu. Negatywne nastroje wśród kibiców z pewnością podkręcają media, natomiast ludzie zarządzający klubem nie mogą się im poddawać. Muszą działać na chłodno, zgodnie z odpowiednią strategią, a nie pod wpływem emocji, a z tym ostatnio różnie bywa. Przykładem może być niekończąca się saga z napastnikiem czy awaryjne ściągnięcie Vladana Kovačevicia, którego na szybko wymyślił trener Feio. Nie przełożyło się to na poprawę wyników sportowych, natomiast aby wypożyczenie bramkarza w ogóle było możliwe, Legia musiała wykupić za rekordową kwotę Rubena Vinagre ze Sportingu, ponieważ Portugalczycy przekroczyli limit FIFA i nie mogli oddać na wypożyczenie kolejnego zawodnika. Tymczasem Vinagre wyraźnie spuścił z tonu, a na domiar złego złapał poważną kontuzję i w tym sezonie już nie zagra.
Legia przyzwyczaiła się do pewnego standardu, jeśli chodzi o transfery, zarówno co do ilości, jak i jakości. Tymczasem w obecnym okienku w zasadzie nie ma kadrowych wzmocnień, mimo że tabela wskazuje taką potrzebę. Czy można przejść nad tym do porządku dziennego?
Przyczyn zimowej stagnacji należy upatrywać w poprzednim okienku transferowym. Dyrektor sportowy Michał Żewłakow często używa pojęcia „payroll”, czyli lista płac, która latem została naciągnięta do granic możliwości. Pomijając Miletę Rajovicia, transferów gotówkowych nie było zbyt wiele, za to wynagrodzenia dla sprowadzonych za darmo zawodników z Kacprem Urbańskim na czele muszą być potężnym kosztem. Dlatego możliwości finansowe Legii są dziś mocno ograniczone i poza transferem Rafała Adamskiego z Pogoni Grodzisk, który ma zostać ogłoszony lada chwila (rozmawiamy kilka godzin przed oficjalnym komunikatem klubu – przyp. red.), nie spodziewam się kolejnych ruchów. Kadra skonstruowana latem wydaje się solidna, trzeba ją jednak właściwie poukładać.
Trener Papszun potrzebuje wielkiej łyżki, by odpowiednio mocno zamieszać w tym warszawskim kotle, czy bardziej przydałaby mu się czarodziejska różdżka, bo do poprawy waszej sytuacji potrzeba wręcz cudu?
Wiążę z trenerem duże nadzieje i ma on moje zaufanie. Wszyscy widzieliśmy, co udało mu się osiągnąć w Rakowie, z którym potrafił również wychodzić z kryzysu. Swój warsztat potwierdził trofeami zdobytymi w Częstochowie. Osobiście szansy na wyjście Legii z kryzysu upatruję właśnie w jego pracy.
Wracając do Adamskiego, sprowadzenie na Łazienkowską zawodnika z 1. ligi trwa zadziwiająco długo. Z drugiej strony, czy dla takiego napastnika Legia to odpowiedni rozmiar kapelusza?
Timing tej transakcji na pewno nie jest najlepszy, bo można było dopiąć ten temat przed zimowym obozem przygotowawczym. Tymczasem wyciągamy zawodnika z klubu partnerskiego, jakim można nazwać Pogoń Grodzisk, w ostatnich dniach okienka transferowego. Być może w klubie liczyli, że Mileta Rajović odpali, tymczasem po dwóch kolejkach jest tylko gorzej. Zarówno forma sportowa, jak i stan mentalny napastnika wciąż pozostawiają wiele do życzenia, czego dowodem jest zmarnowany karny przeciwko Koronie. Wcześniej również okazywał irytację, a w czasie jednego ze sparingów podarł nawet koszulkę po kolejnej zepsutej akcji. Zamiast budować pewność siebie, coraz bardziej się frustruje.
Czy trener Papszun jest w stanie go naprawić?
Przed rozpoczęciem rundy wiosennej starałem się szukać pozytywów i życzyłem sobie, że trener do niego dotrze i Rajović zacznie w końcu trafiać. Na razie nic na to nie wskazuje, bo presja na niego stale rośnie, więc chyba przydałby mu się odpoczynek na zresetowanie głowy.
Być może w piątek na boisko w Katowicach wybiegnie więc właśnie Adamski?
Wygląda raczej na to, że w meczu z Arką wyklarował się napastnik pierwszego wyboru, a będzie to Antonio Čolak. Trzeba by się sporo cofnąć, aby przypomnieć sobie, kiedy ostatnio nasz napastnik zdobył dwa gole. Moim zdaniem to właśnie on zagra od początku w piątek.
Czy dziś wymieniłbyś Miletę Rajovicia na Ilję Szkurina?
Chyba tak. Mam dobre zdanie o Szkurinie, pamiętając sporo sytuacji, w których brakowało mu szczęścia, gdy obijał słupki lub poprzeczki. W przeciwieństwie do Rajovicia umiał odnaleźć się w polu karnym, zdobywając dla Legii pięć goli, w tym jednego w Katowicach. Pod względem sportowym znajduję u niego wiele cech dobrego napastnika. Z kolei dużo się mówi o jego introwertycznym charakterze i być może dlatego nie odnalazł się w naszym legijnym „piekiełku”, gdzie bodźców do zawodnika dociera znacznie więcej niż gdzie indziej. Dlatego nie do końca odpalił, ale kilka razy zaprezentował topowy jak na nasze warunki poziom, jak choćby z zimną krwią wykończona akcja na 4:2 w finale Pucharu Polski, który był dla nas sprawą życia i śmierci. Podobnie było w Superpucharze z Lechem.
W jakiejkolwiek formie Legia by nie była, to w ostatnim czasie z GieKSą radziła sobie bez większych problemów, zarówno w Warszawie, jak i Katowicach. Jak wspominasz tamte pojedynki?
Za czasów Goncalo Feio szło nam z wami zaskakująco łatwo. Adam Zreľák otworzył wprawdzie wynik spotkania w Warszawie, ale Steve Kapuadi szybko wyrównał, a jeszcze przed przerwą Chodyna wyprowadził nas na prowadzenie po asyście Vinagre’a. I mimo że GieKSa wyglądała dobrze i stwarzała zagrożenie pod naszą bramką, szczególnie po rzutach rożnych, to kolejne gole zdobywali tylko gospodarze. W Katowicach jedne z lepszych zawodów w barwach Legii zagrał Claude Gonçalves, do tego dochodzi gol Szkurina. Swoje wybronił też Tobiasz, bo GieKSa do ostatnich minut walczyła o remis. Zwycięstwo pozwoliło nam zachować szanse na ligowe podium, jednak ostatecznie skończyliśmy na piątym miejscu. Z kolei latem zwycięskie bramki padały w ostatnich minutach, więc też łatwo nie było.
Tydzień temu Legia wyrównała swój niechlubny rekord 11 ligowych spotkań bez zwycięstwa. Jak widzisz szanse na niepoprawienie go w piątek?
Kalkulując na chłodno, bardziej prawdopodobne jest poprawienie tego rekordu niż przerwanie fatalnej passy. Wyjazd do Katowic będzie trudny – z uwagi na miejsce zamieszkania regularnie oglądam GieKSę, bo jestem ciekawy, jak rozwija się ten projekt. Spodziewam się fajnej otoczki kibicowskiej, a pełny stadion będzie wspierał drużynę będącą na fali. Jako jedyni nie straciliście wiosną gola, na dodatek pokonanie Widzewa musi być pozytywnym bodźcem dla zawodników. Mogą poczuć, że nie warto bać się kogokolwiek w tej lidze, a tym bardziej drużyny, która nie potrafi wygrać od 11 spotkań. Jako atuty GieKSy wskazałbym przede wszystkim zachowanie bez piłki – intensywność, asekuracja, zabezpieczanie przestrzeni. Ciężko grać z GKS-em w piłkę, potrzeba dużo umiejętności w środku pola, by skutecznie wychodzić spod waszego pressingu. Przed Legią poważny sprawdzian i mimo że nasuwa mi się zdanie, że remis będzie naszym sukcesem, to kibicowskim sercem liczę na zwycięstwo. Gdyby tak się jednak nie stało, to z szacunku dla rywala remisu nie uznałbym za porażkę.
Jesteś przesądny?
Nie i nawet nie zwróciłem uwagi, że zagramy w piątek trzynastego. Zobaczymy, dla kogo ta data będzie pechowa.
Jaki więc wynik obstawiasz?
Pozostanę optymistą, bo im bliżej meczu, tym głośniej daje znać o sobie emocjonalna strona kibica. Dlatego stawiam na 2:1 dla gości, które ucieszy całą Warszawę.
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















Najnowsze komentarze