Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: jakość po stronie Lecha
Historia pojedynków GieKSy z Lechem sięga lat 70. ubiegłego wieku. Wiele z nich pamięta red. Józef Djaczenko z serwisu kibicpoznanski.pl, autor wielu publikacji o Poznaniu i Lechu, redaktor naczelny pierwszego Magazynu Kolejorz, autor m.in. takich książek jak „Alfabet Lecha Poznań” czy „Stadion. Magia Bułgarskiej”. Przed niedzielnym meczem porozmawialiśmy nie tylko o historii, ale także o wzlotach i upadkach Lecha w obecnym sezonie, szansach na upragnione mistrzostwo oraz personalnych związkach GieKSy z Kolejorzem.
Czy w tym sezonie Lech zasłużył na Mistrzostwo Polski?
Jeśli dziś ma najwięcej zwycięstw, strzelił najwięcej goli i dzięki temu zdobędzie najwięcej punktów, to pewnie tak. A nawet jeśli ktoś powie, że nie zasłużył, to pozostałe drużyny nie zasłużyły jeszcze bardziej. Faktem jest, że Lech wielokrotnie zawodził, grał nierówno, kiepsko sobie radził na wyjazdach, a jesień miał bez porównania lepszą niż wiosnę. Mimo tych wszystkich mankamentów dziś ma najwięcej punktów i mam nadzieję, że dołoży jeszcze te ostatnie, potrzebne do mistrzostwa.
Przed ostatnią ligową kolejką, która odwróciła kolejność w czołówce, jakie odczucia dominowały wśród kibiców Lecha? Wiara w ostateczny sukces czy poczucie zmarnowanej szansy?
Poczucie zmarnowanej szansy było wyczuwalne od dawna, kiedy Lech jako lider nie wykorzystywał kolejnych szans na odskoczenie rywalom. Na początku tego roku po fatalnej grze przegrał na wyjeździe z Lechią, a tydzień później uległ u siebie Rakowowi. Wtedy wydawało się, że wszystko jest już stracone. Tymczasem później rozegrał kilka fantastycznych spotkań i sytuacja się odwróciła, ale zamiast powiększać przewagę, wypuściliśmy z rąk zwycięstwo w Radomiu po golu w ostatniej minucie i daliśmy się wyprzedzić Rakowowi. Rozgoryczenie było duże. Na szczęście zespół szybko się podniósł i w następnym meczu rozbił Puszczę strzelając osiem bramek – jedna piękniejsza od drugiej. Kiedy okazało się, że Raków dość niespodziewanie przegrał z Jagiellonią, wróciła nadzieja na ostateczny tryumf, jednak aby tak się stało, trzeba było pokonać Legię w Warszawie. Lech zagrał pragmatycznie, koncentrując się na neutralizowaniu ataków Legii, a wykorzystał to, co ma najlepszego – niezwykłą jakość piłkarską takich zawodników jak Gholizadeh, który nie błyszczał, ale w kluczowym momencie – mówiąc w języku koszykarskim – znalazł swoją klepkę i zdobył w zasadzie identycznego gola jak w poprzednim meczu z Puszczą. Warto jeszcze wspomnieć instynktowną interwencję Pereiry, która uchroniła nas przed stratą gola. Dzięki temu znów otwiera się szansa na mistrzostwo, ale trzeba pamiętać, że nikt za darmo punktów Lechowi nie odda.
W ubiegłym sezonie zarzucano władzom Lecha, że bez walki oddały mistrzostwo po rundzie jesiennej, nie decydując się na odpowiednie wzmocnienia i przede wszystkim obsadzając Mariusza Rumaka w roli szkoleniowca. Nie obawialiście się, że bez zimowych wzmocnień historia może się powtórzyć?
W całej układance najważniejszy jest trener i pod tym względem nie powtórzono tamtego błędu. Mariusz Rumak kojarzy się kibicom Lecha z największymi wpadkami w europejskich pucharach, kiedy odpadaliśmy z Žalgirisem Wilno czy islandzkim Stjarnan. Z kolei Niels Frederiksen całkowicie przeobraził nasz zespół, nauczył piłkarzy gry ofensywnej i intensywnej, potrafi wydobyć z kluczowych piłkarzy to, co najlepsze. Co prawda wiosną nie jest już tak dobrze jak jesienią, ale zdarzały się fantastyczne mecze jak z Widzewem, Pogonią czy wspomniany wcześniej z Puszczą. I kiedy wydawało się, że Raków nie wypuści juz z rąk prowadzenia w tabeli, przyszła porażka z Jagiellonią i teraz wszystko jest w naszych rękach.
Lech być może nie imponuje dziś głębią składu, ale wygląda na to, że liderzy zespołu złapali formę we właściwym momencie.
Duża w tym zasługa Nielsa Frederiksena. W tym sezonie Lech nie wzmocnił znacząco kadry, ale trener potrafi w pełni korzystać z umiejętności Sousy, Ishaka czy Gholizadeha. Ali długo leczył kolejne kontuzje i był uważany za niewypał transferowy, bo dochodził do zdrowia o wiele dłużej niż się tego spodziewano. Tymczasem okazało się, że to brylant, który gra efektownie i skutecznie. Jakości w Lechu nie brakuje, bo przecież jest jeszcze Patrik Wålemark, który długo dochodził do formy, ale kiedy wreszcie pokazał pełnię swoich umiejętności, to widać, że jest to piłkarz z innej półki, mający przecież w swoim CV mistrzostwo Holandii z Feyenoordem.
Czy w tym samym szeregu można ustawić Antoniego Kozubala?
Chyba jeszcze nie. Kozubal to piłkarz o ogromnym potencjale, ale raczej jeszcze nie na dziś. Owszem, w niektórych meczach nie odstaje i daje drużynie wiele, ale czasem też zawodzi i gra słabo. Jest to jednak w pełni zrozumiałe w przypadku tak młodego zawodnika i nikt nie ma do niego pretensji. Moim zdaniem pokazuje więcej niż można się było spodziewać i kiedyś będzie wielkim piłkarzem. Jesteśmy wdzięczni GieKSie, że oszlifowała ten talent – Kozubal wrócił z wypożyczenia do Katowic jako gracz bez porównania lepszy niż w momencie, gdy opuszczał Lecha.
Swoje trzy grosze dołożyliśmy także do tego, że Lech ma wreszcie bramkarza, który jest pewnym punktem drużyny.
Mówi się, że Lech ma najlepszą akademię w Polsce, ale jednocześnie nie brakuje głosów, że potrafimy szkolić wszystkich oprócz bramkarzy. Lech sprowadzał na tę pozycję różnych piłkarzy, ostatnio np. z Holandii, ale nie znalazł właściwego kandydata, dopóki nie błysnął Mrozek. To, że w Poznaniu nie mają oka do bramkarzy potwierdza fakt, że Mrozek po powrocie z wypożyczenia w Katowicach wylądował w rezerwach, po czym przeniósł się do Stali Mielec na zasadzie transferu medycznego. Tam okazał się super wzmocnieniem, co więcej – dwukrotnie zatrzymał Lecha i ani razu nie dał się pokonać. Zapadła więc decyzja o sprowadzeniu go z powrotem i od tego czasu Mrozek nie oddaje miejsca między słupkami. Wcześniej zdarzały mu się błędy, ma jeszcze pewne mankamenty, szczególnie przy wyprowadzaniu piłki, ale już dziś jest to kawał solidnego bramkarza.
Macie jeszcze nadzieję, że Filip Szymczak okaże się w przyszłości wzmocnieniem ofensywy Lecha?
Filip dobrze rokował jeszcze w czasach trenera van den Broma, który dawał mu szanse występów nawet w wyjściowym składzie, nie na pozycji napastnika, ale tuż za nim. Szymczak spisywał się tam doskonale, walczył w środku pola, rozgrywał piłkę, ale też wchodził w pole karne i strzelał bramki. Wydawało się wtedy, że będzie z niego wiele pożytku. W pewnym momencie coś się jednak zatrzymało, szczególnie pod okiem Mariusza Rumaka Szymczak przestał się rozwijać. Szansą dla niego było pierwsze wypożyczenie do Katowic i moim zdaniem wrócił od was jako lepszy piłkarz. Nie był to jednak rozwój, który gwarantowałby mu miejsce w składzie Lecha. Trudno mi przewidywać, jakie decyzje zostaną wobec niego podjęte.
Ma Pan szczególne wspomnienia dotyczące rywalizacji Lecha z GKS-em?
W kontekście GieKSy pozwolę sobie sięgnąć pamięcią do zamierzchłej przeszłości, kiedy rozpoczynał się okres nazywany u nas „karnawałem Lecha”. Na przełomie lat 60. i 70. Poznań nie miał swojej drużyny w ówczesnej 1. lidze – Lech, Olimpia i Warta błąkały się na peryferiach futbolu. W 1971 r. Lech awansował wreszcie do 2. ligi i chciał iść za ciosem po kolejny awans. Jesienią tego roku do Poznania przyjechał GKS Katowice. Ten mecz został rozegrany awansem w środku tygodnia, późnym wieczorem, na stadionie milicyjnego klubu Olimpia, który był wyposażony w oświetlenie. Na trybunach zasiadło dobre 30 tysięcy ludzi mających nadzieję, że Kolejorz wykona kolejny krok w stronę awansu. Przewaga Lecha była przytłaczająca, nie przekładała się jednak na gole za sprawą jednego człowieka – Franciszka Sputa, który bronił w niemożliwych wręcz sytuacjach. Co ciekawe, niedawno Lech zorganizował spotkanie z byłymi gwiazdami. W pewnym momencie rozmowa zeszła właśnie na temat tego pamiętnego spotkania. Ryszard Matłoka, który w 89. minucie zdobył wtedy zwycięskiego gola, wspominał, że wszyscy w Lechu byli wściekli na Sputa, że tak długo nie dał się pokonać. Atmosfera tamtego spotkania była niesamowita i do dzisiaj jest wspominana. Tak wyglądał pierwszy kontakt Lecha z GKS-em Katowice.
Ostatecznie Lech awansował wtedy na najwyższy szczebel rozgrywek, natomiast GKS spędził na zapleczu kilka kolejnych sezonów.
Z tamtego okresu szczególnie zapadł mi w pamięci Henryk Górnik – piłkarz nomen omen górniczego klubu. Znakomity pomocnik, który dwukrotnie pomógł GieKSie wywalczyć upragniony awans. W kolejnych latach walczyliśmy ze sobą o puchary i choć GKS nigdy nie zdobył mistrzostwa, to często meldował się w europejskich rozgrywkach. Mieliście wielu dobrych piłkarzy, jak Piotr Piekarczyk, Jerzy Wijas, czy w późniejszych latach śp. Adam Ledwoń i Kazimierz Węgrzyn. Natomiast nie można mówić o GKS-ie nie wspomniawszy Jana Furtoka, który był gwiazdą nie tylko polskiej ligi, ale też Bundesligi. Mecze Lecha z GKS-em w latach 90. były bardzo zacięte, szczególnie za sprawą wyjątkowo zadziornego piłkarza, jakim był Piotr Świerczewski. Bywało nerwowo i zdarzały się nawet bójki na boisku, bo „Świr” nie dawał sobie w kaszę dmuchać, a nasi piłkarze też byli nieustępliwi. Wyniki były różne – raz wygrywali jedni, raz drudzy, zarówno przy Bułgarskiej, jak i przy Bukowej.
Miał Pan okazję odwiedzić stary stadion GieKSy?
Bywałem na tym stadionie nie raz – w latach 90. był to jeden z najnowocześniejszych obiektów. Pamiętam, jak za jedną z bramek powstawała imponująca, stroma trybuna. Wydawało się, że będzie to piękny stadion, niestety nie udało się go dokończyć.
Jest jeszcze jedna postać, która łączy nasze kluby: Krzysztof Gajtkowski.
Gajtek przywołuje w Poznaniu wesołe wspomnienia, bo był wyjątkowo barwnym człowiekiem i krąży wiele anegdot z nim związanych. Typowy Ślązak – sympatyczny, ale zadziorny, bardzo związany z GKS-em. Przy okazji jego transferu pojawiły się pewne nieporozumienia między Piotrem Dziurowiczem a Radosławem Majchrzakiem, prezesem Lecha, dotyczące płatności za ten transfer. GKS miał wtedy ogromne problemy finansowe i Dziurowiczowi zależało, aby przelew za Gajtkowskiego został zrealizowany na różne konta. Nie wszystko się zgadzało, więc prezes GKS-u rozkazał wręcz Gajtkowskiemu powrót do Katowic. Ten uciekł ze zgrupowania przez okno, wsiadł do samochodu i wrócił na Śląsk. Na szczęście udało się wyjaśnić wszystkie nieporozumienia i Gajtek trafił ostatecznie do Lecha. Do dzisiaj wspominamy, że kilka razy kradziono mu samochód, bo szczerze mówiąc nienajlepiej go pilnował. Potem musiał płacić okup, żeby go odzyskać. Pewnego dnia poprosił jednego z pracowników klubu o wysłanie faksu. Na informację, że faks poszedł, oburzył się mówiąc z charakterystycznym śląskim akcentem: Jak poszedł? Przecież widza, że dalej tu leży!
Gajtkowski to jednak nie tylko zabawne anegdoty, ale też przyzwoity poziom sportowy.
W czasie, gdy do Lecha wchodziła Amica jako inwestor, chciała zostawić najlepszych piłkarzy z dotychczasowej kadry. Władzom Lecha zależało jednak, aby odzyskać prywatne pieniądze zainwestowane w transfer Gajtkowskiego, którego widziała u siebie Korona Kielce. Stąd pośpiech, aby zdążyć go wytransferować przed połączeniem klubów. Ludzie związani z Amicą mieli potem pretensje, że wypuszczono tak dobrego napastnika. W Kielcach Gajtek również błysnął, strzelając sporo bramek. Jeśli chodzi o jego wystepy w Lechu, należy przypomnieć mecz z Pogonią w 2003 r. w którym strzelił pięć goli. Mnie natomiast najbardziej zapadł w pamięć wyjazd do Ostrowca w tym samym roku. Kibice Lecha i KSZO są zaprzyjaźnieni, więc na trybunach panowała przyjazna atmosfera. W drugiej połowie Gajtkowski strzelił gola dającego Lechowi prowadzenie do bramki, za którą siedzieli najzagorzalsi kibice, po czym zdjął koszulkę i nieco prowokacyjnie okazywał radość tuż przed sektorem gospodarzy, czym rozzłościł zarówno kibiców KSZO, jak i Lecha. Kilka minut później zszedł z boiska i dostał burę za swoje zachowanie. Odpowiedział w swoim stylu: to jeszcze nic, zobaczycie co zrobia na GieKSie! W Katowicach graliśmy tydzień później i przegraliśmy po golu brazylijczyka Léo, a Gajtkowski, mimo że rozegrał cały mecz, bramki nie zdobył.
Przed naszą rozmową odtworzyłem sobie skrót ostatniego meczu GieKSy w Poznaniu. Co ciekawe – nie załapała się do niego ani jedna nasza ofensywna akcja. Przewaga Lecha była aż tak przytłaczająca?
Przypominam sobie co najmniej kilka sytuacji stworzonych przez GKS, który nie grał źle. Za to Lech u siebie wygrywał wtedy wszystko, strzelając mnóstwo goli. Tydzień wcześniej Legia wyjechała z Poznania z bagażem pięciu bramek, wcześniej Jagiellonia przegrała 0-5. Mimo to czuliśmy respekt przed GieKSą, bo bardzo sprawnie radzicie sobie z przenoszeniem piłki z obrony pod pole karne rywala. Gracie bardzo dobrze z piłką przy nodze, także za sprawą graczy z Poznania, bo Marcin Wasielewski rozkwitł w Katowicach, a w Lechu grał głównie w rezerwach. Z zaciekawieniem patrzę też, jak coraz lepiej odnajduje się u was Alan Czerwiński. Swego czasu imponował w Zagłębiu i cieszyłem się, gdy Lech sprowadzał go do siebie. Miał dobre momenty, ale gdy przyszedł Joel Pereira, to zabrakło dla niego miejsca w składzie. GKS ma kilku piłkarzy, których będzie się trzeba bać w niedzielę.
Nasz pojedynek może być kluczowy dla ostatecznych rozstrzygnięć w lidze. Czy ta presja może przytłoczyć Lecha na boisku beniaminka?
Gdyby nie mecz z Legią, odpowiedziałbym, że tak. Lech nie wydawał się dotąd drużyną, która idzie jak po swoje i zdarzało się, że nie unosił ciężaru niektórych spotkań. GKS jest klasowym zespołem, co potwierdza wysokie jak na beniaminka miejsce w tabeli. Mimo to więcej jakości jest po stronie Lecha i bez dwóch zdań musimy wygrać w Katowicach. Mam jednak cichą nadzieję, że dzień wcześniej dla Lecha zagra trener Jacek Zieliński i jego Korona, która podejmuje Raków. Wtedy Lech nie musiałby aż tak spinać się na GieKSę. Kibice Lecha życzyliby sobie, żeby GKS nie walczył jak za ojczyznę, ale jestem przekonany, że wasi piłkarze nie położą się przed Lechem i będą chcieli się pokazać z jak najlepszej strony.
Przy korzystnym rozstrzygnięciu w Kielcach możecie świętować mistrzostwo już w niedzielę.
Mam wielką nadzieję, że tak właśnie będzie i stawiam na niewielkie zwycięstwo Lecha. Liczę, że walka o mistrzostwo będzie sportowa, uczciwa i po puchar ostatecznie sięgnie zespół lepszy, któremu bardziej zależy na przechyleniu szali na swoją korzyść. Dlatego w ciemno biorę jednobramkowe zwycięstwo Lecha: 1-0 lub 2-1.
Polskie kluby doskonale radziły sobie w tym sezonie w europejskich rozgrywkach. Czuliście żal, że możecie to tylko obserwować z boku?
Na pewno, choć to nie pierwszy raz, gdy Lech nie załapał się do pucharów. Jest jednak satysfakcja, że polskie drużyny potrafią rywalizować na tym poziomie i dzięki temu w przyszłym sezonie wystarczy zająć drugie miejsce, by grać w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Kto wie, być może Katowice powalczą o to dodatkowe miejsce w pucharach. Tego wam życzę, bo GKS jest zasłużonym klubem dla polskiej piłki i może się podobać, bo pod okiem trenera Góraka robi widoczne postępy, a przy odpowiednich transferach może być tylko lepiej. GKS może wyrosnąć jako solidny rywal dla Lecha, ale mam nadzieję, że dopiero w przyszłym sezonie.
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















Najnowsze komentarze