Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: jakość po stronie Lecha
Historia pojedynków GieKSy z Lechem sięga lat 70. ubiegłego wieku. Wiele z nich pamięta red. Józef Djaczenko z serwisu kibicpoznanski.pl, autor wielu publikacji o Poznaniu i Lechu, redaktor naczelny pierwszego Magazynu Kolejorz, autor m.in. takich książek jak „Alfabet Lecha Poznań” czy „Stadion. Magia Bułgarskiej”. Przed niedzielnym meczem porozmawialiśmy nie tylko o historii, ale także o wzlotach i upadkach Lecha w obecnym sezonie, szansach na upragnione mistrzostwo oraz personalnych związkach GieKSy z Kolejorzem.
Czy w tym sezonie Lech zasłużył na Mistrzostwo Polski?
Jeśli dziś ma najwięcej zwycięstw, strzelił najwięcej goli i dzięki temu zdobędzie najwięcej punktów, to pewnie tak. A nawet jeśli ktoś powie, że nie zasłużył, to pozostałe drużyny nie zasłużyły jeszcze bardziej. Faktem jest, że Lech wielokrotnie zawodził, grał nierówno, kiepsko sobie radził na wyjazdach, a jesień miał bez porównania lepszą niż wiosnę. Mimo tych wszystkich mankamentów dziś ma najwięcej punktów i mam nadzieję, że dołoży jeszcze te ostatnie, potrzebne do mistrzostwa.
Przed ostatnią ligową kolejką, która odwróciła kolejność w czołówce, jakie odczucia dominowały wśród kibiców Lecha? Wiara w ostateczny sukces czy poczucie zmarnowanej szansy?
Poczucie zmarnowanej szansy było wyczuwalne od dawna, kiedy Lech jako lider nie wykorzystywał kolejnych szans na odskoczenie rywalom. Na początku tego roku po fatalnej grze przegrał na wyjeździe z Lechią, a tydzień później uległ u siebie Rakowowi. Wtedy wydawało się, że wszystko jest już stracone. Tymczasem później rozegrał kilka fantastycznych spotkań i sytuacja się odwróciła, ale zamiast powiększać przewagę, wypuściliśmy z rąk zwycięstwo w Radomiu po golu w ostatniej minucie i daliśmy się wyprzedzić Rakowowi. Rozgoryczenie było duże. Na szczęście zespół szybko się podniósł i w następnym meczu rozbił Puszczę strzelając osiem bramek – jedna piękniejsza od drugiej. Kiedy okazało się, że Raków dość niespodziewanie przegrał z Jagiellonią, wróciła nadzieja na ostateczny tryumf, jednak aby tak się stało, trzeba było pokonać Legię w Warszawie. Lech zagrał pragmatycznie, koncentrując się na neutralizowaniu ataków Legii, a wykorzystał to, co ma najlepszego – niezwykłą jakość piłkarską takich zawodników jak Gholizadeh, który nie błyszczał, ale w kluczowym momencie – mówiąc w języku koszykarskim – znalazł swoją klepkę i zdobył w zasadzie identycznego gola jak w poprzednim meczu z Puszczą. Warto jeszcze wspomnieć instynktowną interwencję Pereiry, która uchroniła nas przed stratą gola. Dzięki temu znów otwiera się szansa na mistrzostwo, ale trzeba pamiętać, że nikt za darmo punktów Lechowi nie odda.
W ubiegłym sezonie zarzucano władzom Lecha, że bez walki oddały mistrzostwo po rundzie jesiennej, nie decydując się na odpowiednie wzmocnienia i przede wszystkim obsadzając Mariusza Rumaka w roli szkoleniowca. Nie obawialiście się, że bez zimowych wzmocnień historia może się powtórzyć?
W całej układance najważniejszy jest trener i pod tym względem nie powtórzono tamtego błędu. Mariusz Rumak kojarzy się kibicom Lecha z największymi wpadkami w europejskich pucharach, kiedy odpadaliśmy z Žalgirisem Wilno czy islandzkim Stjarnan. Z kolei Niels Frederiksen całkowicie przeobraził nasz zespół, nauczył piłkarzy gry ofensywnej i intensywnej, potrafi wydobyć z kluczowych piłkarzy to, co najlepsze. Co prawda wiosną nie jest już tak dobrze jak jesienią, ale zdarzały się fantastyczne mecze jak z Widzewem, Pogonią czy wspomniany wcześniej z Puszczą. I kiedy wydawało się, że Raków nie wypuści juz z rąk prowadzenia w tabeli, przyszła porażka z Jagiellonią i teraz wszystko jest w naszych rękach.
Lech być może nie imponuje dziś głębią składu, ale wygląda na to, że liderzy zespołu złapali formę we właściwym momencie.
Duża w tym zasługa Nielsa Frederiksena. W tym sezonie Lech nie wzmocnił znacząco kadry, ale trener potrafi w pełni korzystać z umiejętności Sousy, Ishaka czy Gholizadeha. Ali długo leczył kolejne kontuzje i był uważany za niewypał transferowy, bo dochodził do zdrowia o wiele dłużej niż się tego spodziewano. Tymczasem okazało się, że to brylant, który gra efektownie i skutecznie. Jakości w Lechu nie brakuje, bo przecież jest jeszcze Patrik Wålemark, który długo dochodził do formy, ale kiedy wreszcie pokazał pełnię swoich umiejętności, to widać, że jest to piłkarz z innej półki, mający przecież w swoim CV mistrzostwo Holandii z Feyenoordem.
Czy w tym samym szeregu można ustawić Antoniego Kozubala?
Chyba jeszcze nie. Kozubal to piłkarz o ogromnym potencjale, ale raczej jeszcze nie na dziś. Owszem, w niektórych meczach nie odstaje i daje drużynie wiele, ale czasem też zawodzi i gra słabo. Jest to jednak w pełni zrozumiałe w przypadku tak młodego zawodnika i nikt nie ma do niego pretensji. Moim zdaniem pokazuje więcej niż można się było spodziewać i kiedyś będzie wielkim piłkarzem. Jesteśmy wdzięczni GieKSie, że oszlifowała ten talent – Kozubal wrócił z wypożyczenia do Katowic jako gracz bez porównania lepszy niż w momencie, gdy opuszczał Lecha.
Swoje trzy grosze dołożyliśmy także do tego, że Lech ma wreszcie bramkarza, który jest pewnym punktem drużyny.
Mówi się, że Lech ma najlepszą akademię w Polsce, ale jednocześnie nie brakuje głosów, że potrafimy szkolić wszystkich oprócz bramkarzy. Lech sprowadzał na tę pozycję różnych piłkarzy, ostatnio np. z Holandii, ale nie znalazł właściwego kandydata, dopóki nie błysnął Mrozek. To, że w Poznaniu nie mają oka do bramkarzy potwierdza fakt, że Mrozek po powrocie z wypożyczenia w Katowicach wylądował w rezerwach, po czym przeniósł się do Stali Mielec na zasadzie transferu medycznego. Tam okazał się super wzmocnieniem, co więcej – dwukrotnie zatrzymał Lecha i ani razu nie dał się pokonać. Zapadła więc decyzja o sprowadzeniu go z powrotem i od tego czasu Mrozek nie oddaje miejsca między słupkami. Wcześniej zdarzały mu się błędy, ma jeszcze pewne mankamenty, szczególnie przy wyprowadzaniu piłki, ale już dziś jest to kawał solidnego bramkarza.
Macie jeszcze nadzieję, że Filip Szymczak okaże się w przyszłości wzmocnieniem ofensywy Lecha?
Filip dobrze rokował jeszcze w czasach trenera van den Broma, który dawał mu szanse występów nawet w wyjściowym składzie, nie na pozycji napastnika, ale tuż za nim. Szymczak spisywał się tam doskonale, walczył w środku pola, rozgrywał piłkę, ale też wchodził w pole karne i strzelał bramki. Wydawało się wtedy, że będzie z niego wiele pożytku. W pewnym momencie coś się jednak zatrzymało, szczególnie pod okiem Mariusza Rumaka Szymczak przestał się rozwijać. Szansą dla niego było pierwsze wypożyczenie do Katowic i moim zdaniem wrócił od was jako lepszy piłkarz. Nie był to jednak rozwój, który gwarantowałby mu miejsce w składzie Lecha. Trudno mi przewidywać, jakie decyzje zostaną wobec niego podjęte.
Ma Pan szczególne wspomnienia dotyczące rywalizacji Lecha z GKS-em?
W kontekście GieKSy pozwolę sobie sięgnąć pamięcią do zamierzchłej przeszłości, kiedy rozpoczynał się okres nazywany u nas „karnawałem Lecha”. Na przełomie lat 60. i 70. Poznań nie miał swojej drużyny w ówczesnej 1. lidze – Lech, Olimpia i Warta błąkały się na peryferiach futbolu. W 1971 r. Lech awansował wreszcie do 2. ligi i chciał iść za ciosem po kolejny awans. Jesienią tego roku do Poznania przyjechał GKS Katowice. Ten mecz został rozegrany awansem w środku tygodnia, późnym wieczorem, na stadionie milicyjnego klubu Olimpia, który był wyposażony w oświetlenie. Na trybunach zasiadło dobre 30 tysięcy ludzi mających nadzieję, że Kolejorz wykona kolejny krok w stronę awansu. Przewaga Lecha była przytłaczająca, nie przekładała się jednak na gole za sprawą jednego człowieka – Franciszka Sputa, który bronił w niemożliwych wręcz sytuacjach. Co ciekawe, niedawno Lech zorganizował spotkanie z byłymi gwiazdami. W pewnym momencie rozmowa zeszła właśnie na temat tego pamiętnego spotkania. Ryszard Matłoka, który w 89. minucie zdobył wtedy zwycięskiego gola, wspominał, że wszyscy w Lechu byli wściekli na Sputa, że tak długo nie dał się pokonać. Atmosfera tamtego spotkania była niesamowita i do dzisiaj jest wspominana. Tak wyglądał pierwszy kontakt Lecha z GKS-em Katowice.
Ostatecznie Lech awansował wtedy na najwyższy szczebel rozgrywek, natomiast GKS spędził na zapleczu kilka kolejnych sezonów.
Z tamtego okresu szczególnie zapadł mi w pamięci Henryk Górnik – piłkarz nomen omen górniczego klubu. Znakomity pomocnik, który dwukrotnie pomógł GieKSie wywalczyć upragniony awans. W kolejnych latach walczyliśmy ze sobą o puchary i choć GKS nigdy nie zdobył mistrzostwa, to często meldował się w europejskich rozgrywkach. Mieliście wielu dobrych piłkarzy, jak Piotr Piekarczyk, Jerzy Wijas, czy w późniejszych latach śp. Adam Ledwoń i Kazimierz Węgrzyn. Natomiast nie można mówić o GKS-ie nie wspomniawszy Jana Furtoka, który był gwiazdą nie tylko polskiej ligi, ale też Bundesligi. Mecze Lecha z GKS-em w latach 90. były bardzo zacięte, szczególnie za sprawą wyjątkowo zadziornego piłkarza, jakim był Piotr Świerczewski. Bywało nerwowo i zdarzały się nawet bójki na boisku, bo „Świr” nie dawał sobie w kaszę dmuchać, a nasi piłkarze też byli nieustępliwi. Wyniki były różne – raz wygrywali jedni, raz drudzy, zarówno przy Bułgarskiej, jak i przy Bukowej.
Miał Pan okazję odwiedzić stary stadion GieKSy?
Bywałem na tym stadionie nie raz – w latach 90. był to jeden z najnowocześniejszych obiektów. Pamiętam, jak za jedną z bramek powstawała imponująca, stroma trybuna. Wydawało się, że będzie to piękny stadion, niestety nie udało się go dokończyć.
Jest jeszcze jedna postać, która łączy nasze kluby: Krzysztof Gajtkowski.
Gajtek przywołuje w Poznaniu wesołe wspomnienia, bo był wyjątkowo barwnym człowiekiem i krąży wiele anegdot z nim związanych. Typowy Ślązak – sympatyczny, ale zadziorny, bardzo związany z GKS-em. Przy okazji jego transferu pojawiły się pewne nieporozumienia między Piotrem Dziurowiczem a Radosławem Majchrzakiem, prezesem Lecha, dotyczące płatności za ten transfer. GKS miał wtedy ogromne problemy finansowe i Dziurowiczowi zależało, aby przelew za Gajtkowskiego został zrealizowany na różne konta. Nie wszystko się zgadzało, więc prezes GKS-u rozkazał wręcz Gajtkowskiemu powrót do Katowic. Ten uciekł ze zgrupowania przez okno, wsiadł do samochodu i wrócił na Śląsk. Na szczęście udało się wyjaśnić wszystkie nieporozumienia i Gajtek trafił ostatecznie do Lecha. Do dzisiaj wspominamy, że kilka razy kradziono mu samochód, bo szczerze mówiąc nienajlepiej go pilnował. Potem musiał płacić okup, żeby go odzyskać. Pewnego dnia poprosił jednego z pracowników klubu o wysłanie faksu. Na informację, że faks poszedł, oburzył się mówiąc z charakterystycznym śląskim akcentem: Jak poszedł? Przecież widza, że dalej tu leży!
Gajtkowski to jednak nie tylko zabawne anegdoty, ale też przyzwoity poziom sportowy.
W czasie, gdy do Lecha wchodziła Amica jako inwestor, chciała zostawić najlepszych piłkarzy z dotychczasowej kadry. Władzom Lecha zależało jednak, aby odzyskać prywatne pieniądze zainwestowane w transfer Gajtkowskiego, którego widziała u siebie Korona Kielce. Stąd pośpiech, aby zdążyć go wytransferować przed połączeniem klubów. Ludzie związani z Amicą mieli potem pretensje, że wypuszczono tak dobrego napastnika. W Kielcach Gajtek również błysnął, strzelając sporo bramek. Jeśli chodzi o jego wystepy w Lechu, należy przypomnieć mecz z Pogonią w 2003 r. w którym strzelił pięć goli. Mnie natomiast najbardziej zapadł w pamięć wyjazd do Ostrowca w tym samym roku. Kibice Lecha i KSZO są zaprzyjaźnieni, więc na trybunach panowała przyjazna atmosfera. W drugiej połowie Gajtkowski strzelił gola dającego Lechowi prowadzenie do bramki, za którą siedzieli najzagorzalsi kibice, po czym zdjął koszulkę i nieco prowokacyjnie okazywał radość tuż przed sektorem gospodarzy, czym rozzłościł zarówno kibiców KSZO, jak i Lecha. Kilka minut później zszedł z boiska i dostał burę za swoje zachowanie. Odpowiedział w swoim stylu: to jeszcze nic, zobaczycie co zrobia na GieKSie! W Katowicach graliśmy tydzień później i przegraliśmy po golu brazylijczyka Léo, a Gajtkowski, mimo że rozegrał cały mecz, bramki nie zdobył.
Przed naszą rozmową odtworzyłem sobie skrót ostatniego meczu GieKSy w Poznaniu. Co ciekawe – nie załapała się do niego ani jedna nasza ofensywna akcja. Przewaga Lecha była aż tak przytłaczająca?
Przypominam sobie co najmniej kilka sytuacji stworzonych przez GKS, który nie grał źle. Za to Lech u siebie wygrywał wtedy wszystko, strzelając mnóstwo goli. Tydzień wcześniej Legia wyjechała z Poznania z bagażem pięciu bramek, wcześniej Jagiellonia przegrała 0-5. Mimo to czuliśmy respekt przed GieKSą, bo bardzo sprawnie radzicie sobie z przenoszeniem piłki z obrony pod pole karne rywala. Gracie bardzo dobrze z piłką przy nodze, także za sprawą graczy z Poznania, bo Marcin Wasielewski rozkwitł w Katowicach, a w Lechu grał głównie w rezerwach. Z zaciekawieniem patrzę też, jak coraz lepiej odnajduje się u was Alan Czerwiński. Swego czasu imponował w Zagłębiu i cieszyłem się, gdy Lech sprowadzał go do siebie. Miał dobre momenty, ale gdy przyszedł Joel Pereira, to zabrakło dla niego miejsca w składzie. GKS ma kilku piłkarzy, których będzie się trzeba bać w niedzielę.
Nasz pojedynek może być kluczowy dla ostatecznych rozstrzygnięć w lidze. Czy ta presja może przytłoczyć Lecha na boisku beniaminka?
Gdyby nie mecz z Legią, odpowiedziałbym, że tak. Lech nie wydawał się dotąd drużyną, która idzie jak po swoje i zdarzało się, że nie unosił ciężaru niektórych spotkań. GKS jest klasowym zespołem, co potwierdza wysokie jak na beniaminka miejsce w tabeli. Mimo to więcej jakości jest po stronie Lecha i bez dwóch zdań musimy wygrać w Katowicach. Mam jednak cichą nadzieję, że dzień wcześniej dla Lecha zagra trener Jacek Zieliński i jego Korona, która podejmuje Raków. Wtedy Lech nie musiałby aż tak spinać się na GieKSę. Kibice Lecha życzyliby sobie, żeby GKS nie walczył jak za ojczyznę, ale jestem przekonany, że wasi piłkarze nie położą się przed Lechem i będą chcieli się pokazać z jak najlepszej strony.
Przy korzystnym rozstrzygnięciu w Kielcach możecie świętować mistrzostwo już w niedzielę.
Mam wielką nadzieję, że tak właśnie będzie i stawiam na niewielkie zwycięstwo Lecha. Liczę, że walka o mistrzostwo będzie sportowa, uczciwa i po puchar ostatecznie sięgnie zespół lepszy, któremu bardziej zależy na przechyleniu szali na swoją korzyść. Dlatego w ciemno biorę jednobramkowe zwycięstwo Lecha: 1-0 lub 2-1.
Polskie kluby doskonale radziły sobie w tym sezonie w europejskich rozgrywkach. Czuliście żal, że możecie to tylko obserwować z boku?
Na pewno, choć to nie pierwszy raz, gdy Lech nie załapał się do pucharów. Jest jednak satysfakcja, że polskie drużyny potrafią rywalizować na tym poziomie i dzięki temu w przyszłym sezonie wystarczy zająć drugie miejsce, by grać w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Kto wie, być może Katowice powalczą o to dodatkowe miejsce w pucharach. Tego wam życzę, bo GKS jest zasłużonym klubem dla polskiej piłki i może się podobać, bo pod okiem trenera Góraka robi widoczne postępy, a przy odpowiednich transferach może być tylko lepiej. GKS może wyrosnąć jako solidny rywal dla Lecha, ale mam nadzieję, że dopiero w przyszłym sezonie.
Felietony Piłka nożna Piłka nożna kobiet
Runda pełna absurdów #2
Nie będziemy ukrywać, że wraz z redaktorem Flifenem po naszym jesiennym artykule liczyliśmy na nieco spokojniejszą wiosnę i w efekcie krótszy wpis, pozwalający na wakacyjny odpoczynek. Nasze przewidywania okazały się jednak równie skuteczne jak Mileta Rajović… Zapraszamy zatem do obszernej lektury naszej selekcji najzabawniejszych absurdów z wiosny sezonu 2025/26!
Boże miej tę ligę w opiece
Lechia wcale nie spadła (PZPN ich nienawidzi, zobacz jak) – Niektóre kluby do ostatniej kolejki biją się o utrzymanie, co bardziej temperamentne jeszcze kilka dni po zakończeniu sezonu próbują odwoływać się od jakiejś niezrozumiałej decyzji sędziowskiej. Lechia Gdańsk poszła o krok dalej, w oświadczeniu jasno dając do zrozumienia, że utrzymała się w lidze i odebranie jej punktów było wręcz nielegalne. Kto wie – być może jeszcze o tym wątku usłyszymy na starcie sezonu, gdy Lechia będzie domagała się przywrócenia do Ekstraklasy?

Lechia jest bezczelna – Szanowny spadkowicz uraczył swoich fanów prozaicznym wytłumaczeniem kolejnych odejść z klubu – to przez ten krwiożerczy PZPN! Cały sezon Lechia była o włos od utrzymania i sami pracownicy klubu mówili, że nie przejmują się tą karą. Po spadku nagle wszystko się odmieniło, powrócił zakaz transferowy, a zza kulis znów zaczęły wychodzić informacje o pustce w kasie. Trudno wyobrazić sobie rozprawę, gdzie dorośli ludzie będą próbowali pozwać ligę za to, że spłaciła za nich ich własne długi i przymykała oko na dantejskie sceny za kulisami. Z drugiej strony, Paolo Urfer jest prawnikiem i nawet sam Pan Bóg pewnie nie wie, czy Lechia jednak nie zagra w tegorocznej Lidze Mistrzów.
Oświadczenia nad oświadczeniami – Był kiedyś pewien europoseł o imieniu Janusz, który każde wystąpienie kończył słowami “a poza tym sądzę, że…”. Lechia Gdańsk publikuje komunikaty niemal żywcem wyjęte z jego wypowiedzi: “Odszedł ten i ten, z powodu tego i tego, dziękujemy. A poza tym PZPN poniesie odpowiedzialność za bestialskie zrujnowanie naszego klubu i powinien zostać zniszczony, nie dziękujemy”.
Źródło: Strona Główna Klubu i Akademii – Lechia Gdańsk
Przerwanie meczu po odpaleniu 10 rac przez Legię na Arenie Katowice – Pan Damian Sylwestrzak na chwilę wstrzymał grę za sprawą dymu ogarniającego murawę na stadionie, w trosce o zdrowie zawodników i poziom widowiska. Nie udało się niestety ustalić, jaki stadion został zadymiony, bowiem piłkarze nie potrafili doszukać się rzekomej chmury uniemożliwiającej działanie naszego niezawodnego systemu wideoweryfikacji. Jak się okazało, obawy arbitra były jednak słuszne – VAR nie mógł zauważyć Kacpra Tobiasza rzucającego się z uściskami na Szkurina podczas akcji ofensywnej.
Rzut za trzy punkty Kowalczyka z Termalicą – Są różne style piłkarskie: misterne Catenaccio, morderczy Gegenpressing czy też sławetna Tiki-taka. Mateusz Kowalczyk postanowił wprowadzić jednak element innej dyscypliny, po wrzucie z autu zapisując sobie niemalże bezpośrednią bramkę, jedynie z przyczyn legislacyjnych uznanych za samobójczą. Miny dziennikarzy i kibiców zasiadających na trybunach, którzy zobaczyli ten ewenement na skalę światową – bezcenne. Europa nie jest gotowa na nasze sztuki piłkarskie!
Kolejny trener Widzewa, ale tym razem to już naprawdę ostatni! – Każdy z nas w swoim życiu kupił nieco zbyt dużą paczkę chrupek “bo będzie na dwa dni”. Włączamy mecz, a kilka chrupnięć później okazuje się, że paczka już jest pusta. Nieco podobnie miał pan Dobrzycki z kupnem trenerów, bowiem od 2025 roku w Widzewie pracowało już 5 wyszukanych szkoleniowców na lata, każdy z coraz to lepszą argumentacją i CV. Ostatecznie skończyło się na panicznym zatrudnieniu żelaznego Ako Vukovicia, który przyszedł, wywalił ego “gwiazd” tej ligi na bruk i kazał wypierniczać wszystkie piłki w kosmos. Od jednego chrupnięcia na weselu Widzew niemal spadł z ligi, a to byłoby całkiem spore osiągnięcie jak na miliardera.

Bergier kopiący rożne jako najlepszy strzelec Widzewa – Inni trenerzy go nienawidzą, zobacz jak! Poprzednik Vukovicia miał dość niecodzienny plan na Widzew Łódź, wszak wysyłanie walczaka i najlepszego strzelca do kopania rzutów rożnych przy okienku transferowym za miliony monet brzmi jak żart primaaprilisowy. Sęk w tym, że szanowny Pan Czapeczka nawet nie zdołał do tegoż kwietniowego dnia dotrwać, a taki absurdalny pomysł mógł mu tylko w tym pomóc.
Gesty Sebastiana “zwykłego chłopaka” Bergiera do kibiców Korony – W zaledwie kilka sekund skutecznie odświeżył niechęć kibiców do swojej osoby. Gdyby ten gest był jeszcze spontaniczny i szybko się opanował, mógłby to wytłumaczyć jakąś prowokacją, co i tak było już głupie i obelżywe. Wszystko odbyło się już jednak w dość spokojnych jak na wyjazd warunkach po meczu. Zawodnik uskutecznił *machanie ręką na wysokości bioder jednoznacznym gestem* kilka razy, dla pewności szyderczo się uśmiechnął i splunął na murawę. Ech… WIDEO
Najdroższy rozdawacz kwiatów w historii – Cała liga przeżyła szok po pierwszych transferach Widzewa Łódź, a szczególnie po wydaniu ponad 5 milionów euro na Osmana Bukariego, skrzydłowego prosto z MLS. Okazało się, że Osman w warunkach polskiej ligi odnajduje się co najwyżej przeciętnie, a kiedy w Łodzi pojawił się Vuko, to Ghańczyk został wysłany na trybuny. Klub znalazł mu nowe zajęcie zgodnie z kwalifikacjami – na dzień kobiet został zatrudniony do rozdawania paniom kwiatów przed stadionem.
Kapaudi zatrzymany przez prezydenta, a Bukari przez wizę – Obrońca Widzewa regularnie jest zawodnikiem szerokiego składu Demokratycznej Republiki Konga, nie powinno więc nikogo dziwić, że w marcu pojechał on do swojej ojczyzny pomóc jej w awansie na Mistrzostwa Świata. Misja została zakończona sukcesem, a DRK awansowała na mundial po raz pierwszy od ponad 50 lat! Sukces okazał się tak wielki, że aż prezydent zwołał spotkanie z piłkarzami na tydzień po historycznym meczu. Problem w tym, że według reguł FIFA reprezentacje muszą “oddać” zawodników klubom w przeciągu dwóch dni, a tutaj minął ponad tydzień. W tym samym czasie Bukari walczył w polskim konsulacie w Nigerii o uzyskanie pozwolenia na pracę.
Dawid Szwarga kapituluje – Trener Dawid Szwarga znany jest z nowinek technologicznych i ma łatkę analityka, choć czasem mówi się o jego brakach w budowaniu szatni. W jego ostatnim starciu jako trener Arki Gdynia z Koroną Kielce kamery wychwyciły, jak rzucił soczyste “Pie***lę to” i ostentacyjnie usiadł na ławce. Oficjalnym powodem rozstania był rozjazd wizji budowy klubu, co wcale nie wyklucza prawdziwości dwóch mocnych słów trenera.

Arka Gdynia (i nie tylko) bojkotuje groundkeeperów – Raczej nikt nie wyobraża sobie meczów NBA rozgrywanych na betonie, jazdy na łyżwach po bruku, czy gry w piłkę na kartoflisku. Ten aspekt został zakwestionowany przez parę ekip, które wpadły na to samo pytanie: “Jak kiepska może być murawa?”. I w ten sposób Arka Gdynia rozegrała parę kolejek na kretowisku, murawa Poznania w Pucharze Polski wyglądała, jakby nikt jej przez miesiąc nie podlewał, a w Radomiu z tego powodu nawet odszedł trener. Niby tylko zwykła trawa, a tyle z nią kłopotów.
Krzykliwa reklama Legii z Oyakatą – W ciągu istnienia każdego klubu zdarzają się takie momenty, że wszystkim sympatykom aż chce się krzyczeć ze złości. Takie emocje mogły towarzyszyć kibicom Legii, gdy na horyzoncie realnie pojawiło się widmo spadku, chociaż jeszcze przed chwilą zespół brał udział w europejskich pucharach. Ewidentnie tym kierowali się marketingowcy klubu ze stolicy, kiedy w ramach reklamy pewnej zupki instant kazali aktorowi z całej siły krzyknąć pośrodku niczego i… zacząć przygotowywać tę właśnie zupkę. Tych, których ta reklama ominęła, zapraszamy do seansu, bo tego nie można przegapić. WIDEO
Bezlitosny Excel sprzedał Kapaudiego – Dwóch wytrwale zarabiających klubowych dyrektorów sportowych zadało sobie pytanie – po co mieć jakiegokolwiek obrońcę? Marek Papszun zdołał jeszcze złapać zawodnika za rękę przy podpisywaniu kontraktu z Cremonese i przywrócić go do drużyny, by usłyszeć że…i tak muszą go sprzedać, bo nie ma pieniędzy. Zawodnik przeszedł do Widzewa, Legia i tak miała czerwony Excel, a obronę zapełniał pomocnik Rafał Augustyniak z mędrcem Arturem Jędrzejczykiem. Rotacje, zmiany, rezerwy? Wychodzi na to, że to chyba jakieś pojęcia motoryzacyjne.
Wyprzedaż w Legii – Jakby tego było mało, na koniec sezonu budżet stołecznego klubu zaczął pękać w szwach. Nie było to jednak z powodu przepełnienia, a z powodu nerwowego szukania ostatnich monet przez kolejnych dyrektorów. Błyszczący na początku sezonu Nsame ponoć bardzo chciał zostać i zejść z pensji, aprobował to nawet sam Marek Papszun – nic z tego nie wyszło, zawodnik odszedł za darmo do Pogoni Szczecin. Z klubu odeszło (stan na 4 lipca) aż 14 zawodników, a sensowne pieniądze otrzymano jedynie za Barcię i Leszczyńskiego. Z Urbańskim nawet (proszę usiąść) rozwiązano umowę, choć jego przyjście było owiane sporym sukcesem. Żeby było zabawniej, po tej fali i wcześniejszych zmianach w szkółce młodzi zawodnicy podobno zaczęli wypytywać o możliwość zmiany klubu. Gratulujemy Legii konsekwencji – od mistrza do klasy średniej, w końcu cel osiągnięty!
Odwołana kartka Rafała Augustyniaka – Wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby sędzia pokazał po taktycznym faulu żółty kartonik i zaznaczył, że następny taki faul poskutkuje wylotem z boiska. Piotr Lasyk zapewne taki miał zresztą zamiar, jednak po konsultacjach z VAR-em zmieniono to na czerwoną kartkę. Marek Papszun wyszedł na konferencję, niejako wymanifestował jej anulowanie i… PZPN anulował kartonik, nie przyznając w zamian nawet prawidłowej żółtej kartki. Skoro tak sztywno trzymamy się przepisów, jest jedna drużyna, która z powodu zaległości finansowych powinna już dawno znajdować się na niższych szczeblach rozgrywkowych – ich też czeka anulowanie sezonu?

Rajović strzela w swoją drugą nogę przed pustą bramką – Tu nawet nie ma o czym pisać, to trzeba zobaczyć. Jak to mawia młodzież: przednia zabawa, że hoho! WIDEO
PZPN przenoszący Superpuchar przed ostatnią kolejką – Polski Związek Piłki Nożnej (lub czegoś w tym rodzaju) bardzo chciał oddać Wrocławiowi to, co udało się koncertowo zepsuć w poprzednim sezonie zakończonym spektakularnym spadkiem. Dodatkowo miała to być chyba też kara za niewpuszczenie kibiców Wisły Kraków. Oprócz reprezentacji miał się tam pojawić… Wróć, w żadnym momencie nie miał się tam pojawić Superpuchar Polski. Niektórym “baronom” taki pomysł przyszedł do głowy, ale społeczności Górnika i Lecha Poznań bardzo szybko dały znać, że nie będą brać udziału w takiej degrengoladzie i albo jadą do Poznania, albo na wakacje. Nie ma to jak bohaterskie tworzenie problemów, by potem po cichu się z nich wycofywać.
Bitwa pod Gołębnikiem – Derby w polskiej piłce rzadko kiedy odbywają się w neutralnej atmosferze, ale wszystko ma swoje granice. Te zostały przekroczone, kiedy po meczu Radomiaka Radom z Koroną Kielce kibic gospodarzy wtargnął na stadion i ruszył na Tamara Svetlina, którego chronić musiał Konrad Cebula. W międzyczasie butelka rzucona przez innego kibica Radomiaka znalazła dyrektora marketingu Korony, który z całą zakrwawioną głową musiał opuścić boisko. Skończyło się na symbolicznej karze i braku konsekwencji, bo już kilka kolejek później radomscy kibice chwalili się na Twitterze wnoszonymi małpkami.
Kiko Ramires i herb Radomiaka – Ja wiem, co wielu z Was sobie pomyśli: przecież jeszcze niedawno Radomiak nie miał swojego herbu! Tamta sprawa została jednak rozwiązana, o czym prawdopodobnie nie usłyszał pewien były trener Radomiaka. Kiko Ramires, bo o nim mowa, wrzucił na swojego Twittera (nowomowa: X) piękną grafikę z pożegnalną wiadomością skierowaną do kibiców z Radomia. Większość osób skupiła się jednak nie na samej treści, której nic zarzucić nie można, a na stworku w lewym górnym rogu oraz w tle posta. Po chwili Kiko zrozumiał swój błąd i wrzucił poprawioną wersję – a przynajmniej tak to sam ochrzcił, bo nie wyglądało to dużo lepiej. Losowe artefakty, wrzucona cyrylica… Sami rzućcie okiem na te dzieła wprost z profili społecznościowych szkoleniowca.
Źródło: Twitter Kiko Ramiresa
Gonçalo Feio, przygód część kolejna – Mecz 24. kolejki Ekstraklasy pomiędzy Radomiakiem Radom a GieKSą nie jest czymś, co postronny kibic będzie wspominał z wypiekami na twarzy. Zresztą, prawdopodobnie już poza sprzymierzeńcami obu ekip nikt już o jego przebiegu nie pamięta. Kolorytu temu dniu nadał za to znany z tego, że nadaje kolorytu wielu dniom, Goncalo Feio. Znany z rzucania biurowymi przedmiotami ówczesny trener Radomiaka tym razem wdał się w polemikę na temat stanu murawy z miejscowym radnym. W pewnym momencie politykowi siadły nerwy i przyłożył Portugalczykowi, na co ten zareagował rzuceniem papierów. Tak zakończyła się kolejna przygoda Feio w Polsce, ponownie rzuceniem – kuwetą w Motorze, ofertą Legii i teraz papierami.
Minimalistyczny Motor Lublin – Przez ostatnie pocovidowe lata w Ekstraklasie tendencja w rozwoju ligi oraz w ilości wydawanych w niej pieniędzy była raczej wzrostowa. Czasem jednak zdarzają się jednostki, które muszą się przeciwstawić wszystkim trendom, tym razem tę rolę przejął Zbigniew Jakubas. Po sezonie przez Lublin przeszło tornado, zabierające ze sobą aż 12 piłkarzy pierwszego składu. Całe szczęście, że Bright Ede nie uległ pokusie milionowej oferty z Chelsea, inaczej Motor musiałby radzić sobie także bez niego. Po drodze z klubu wywiało też Mateusza Stolarskiego, a powstały w ten sposób wakat został od razu zajęty przez Mariusza Misiurę. Były trener Wisły Płock jest bardzo ceniony przez pana Jakubasa, co objawiało się już wcześniej, gdy prezes dyskutował z nim o grze Motoru… kiedy trenerem był jeszcze Stolarski.
Kibole Lecha, kible Widzewa – To nie jest przypadek, że prawie za każdym razem to są toalety. Tym razem obsługa sanitariów przerosła kibiców Lecha Poznań, którzy pozostawili po sobie widok jak na załączonym obrazku. Szkody pozostawione przez fanatyków łódzki klub wycenił na kilkaset tysięcy złotych, a fani z Poznania zadeklarowali się, że uregulują wszystkie koszta. Dobre chociaż to, lecz może warto zainwestować w edukację od podstaw i rozdawanie przed wyjazdami skróconych instrukcji obsługi toalet. Panowie kibole – porcelana da się lubić!

Thomasberg mówiący, że jego piłkarze bali się wygrać z Termalicą – Nie regulujcie odbiorników, to najprawdziwsze słowa trenera Pogoni Szczecin! Po lutowym remisie z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza szkoleniowiec rzucił nowe światło na kwestię formy Pogoni – jego piłkarze po prostu żyli w strachu przed zdobyciem trzech punktów. “Pojawiła się obawa przed zwycięstwem, to nie powinno się wydarzyć” – to brzmi bardziej jak cytat z twórczości Walaszka, niż słowa poważnego trenera na konferencji prasowej po remisie z ostatnią drużyną ligi.
Juwara na wagarach w Berlinie – Miasto, w którym na każdej ulicy leży 60 Euro, może wydawać się wszystkim atrakcyjnym miejscem. Czasem jednak przed pojechaniem tam powinno się sprawdzić, czy na następny dzień nie gra się spotkania w Ekstraklasie. O tej części zapomniał Musa Juwara, który służbowym autem oznaczonym jego nazwiskiem (!) przejechał się do stolicy kraju Autobahn. W efekcie skrzydłowy został odsunięty od składu pierwszej drużyny Pogoni. To znaczy, oficjalnie został przesunięty z powodu drobnego urazu, lecz od tego czasu (czyli połowy lutego) reprezentant Gambii ani razu nie wszedł na boiska Ekstraklasy. Plotki głoszą, że klub już w tym okienku spróbuje pozwolić zawodnikowi iść swoją ścieżką.
O takim Alexie H., co chciał wpłacić na zbiórkę – Pomysły Pana Prezesa są zasadniczo po prostu skrajne: tu zwyzywa kogoś od sodomity służącego siłom ciemności, tu osobiście przyjdzie pogratulować kibicom rywali zwycięstwa. Pod koniec kwietnia postanowił, powiedzmy… Dołączyć? W każdym razie coś w tym stylu, do zbiórki Patryka Łatwoganga na Fundację Cancer Fighters. Skąd nasze zawahanie w doborze słowa? Prezes podrzucił do internetu cennik, za każdy kolejny wygrany mecz Pogoni dorzucając coraz więcej do puli. To jest, obiecując dorzucenie, bowiem już w ostatnich minutach pierwszego starcia zakończyła się szalona passa zwycięstw w liczbie 0, powodując lawinę szydery na social mediach.

PROSZĘ ODDAĆ NASZA DZIAŁKA! – Zarząd pod właścicielstwem Roberta Platka, składający się z Murata Colaka i Davida Amdurera sprezentował dość specyficzną konferencję prasową. Mocno podkreślono totalny brak profesjonalizmu byłej prezes Filipiak przy nagłym rozstaniu z Cracovią, bardzo ładnie prosząc (i to w języku polskim!) o zwrot srebra rodowego, jakim jest działka Cracovii. Została ona sprzedana za ułamek ceny firmie Pani Filipiak, a zarządzający podkreślali gotowość nie tylko do walki prawnej, ale też do odkupienia gruntów dla klubu. Z plusów, przynajmniej za działkę nie zapłaciła Ekstraklasa – doceniamy!
6 zespołów mających w 29. kolejce po 37 punktów (ta liga nie jest poważna) – W innych ligach jedni kibice emocjonują się walką o puchary i mistrza, drudzy każdego dnia wstają z przerażeniem spoglądając w tabelę niższej ligi. W Polsce postanowiono opatentować coś zupełnie nowego, nielimitowane emocje dla każdego. Czy Twój klub spadnie, awansuje, a może zbankrutuje? Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie, a sytuację w tabeli śledzili ze śmiechem nawet zagraniczni użytkownicy Twittera. Walka o spadek – legendarne motto wszystkich klubów Ekstraklasy.
Nosił Podolski razy kilka – Słyszysz: boiskowy bandytyzm, myślisz: Podolski. W tej rundzie ponownie nowy właściciel Górnika Zabrze stracił kontakt z bazą – tym razem uderzył z pięści Ameyawa w brzuch. Kiedy z kolei to Braut Brunes bez ceregieli zameldował się na jego kostce, był pierwszym, który uspokajał swoją drużynę i w wywiadzie po meczu rzucił: „Czasami są emocje, tak to jest. Ja to rozumiem„. Trzymanie się własnych zasad Lukasa jest godne uznania, lecz chyba nie na tym powinien polegać futbol, by trofea zdobywać kosztem zdrowia innych.
Sebastian Madejski nie zostanie skoczkiem wzwyż – Początek kwietniowego spotkania, niby nic groźnego. Katastrofalnie nieudane dośrodkowanie (a może i nawet strzał?) już ma przekuć się w kontrę, gdy wtem… Kamil Kosowski wykrzykuje: “Dał się zrobić jak junior!”. Piłka z 17. metra na wprost bramkarza powędrowała w jego rękawice, Madejski jednak był nieco zaskoczony i wypiąstkował pionowo do góry. Samo to nie skończyłoby się feralnym golem, gdyby później nie zatoczył się przy ocenie toru lotu piłki i nie wskoczył wprost w plecy napastnika, który bezproblemowo skierował piłkę głową do siatki. WIDEO

Nieuznana bramka po samosfaulowaniu się – Zremisowany mecz 31. kolejki z Piastem przez Koronę Kielce nie pozwolił drużynie oddalić się od miejsc premiowanych spadkiem, choć w końcówce aż huczało od kontrowersji. Arbitrzy odgwizdali faul jednej nogi obrońcy na drugiej, nie czekając na finał akcji i ewentualny udział VAR-u, a szkoleniowiec Korony otrzymał za prostesty czerwony kartonik: WIDEO
Trenerowi Zielińskiemu biją piłkarza, ale klub mówi, że nie – Szkoleniowiec Korony stwierdził po tym spotkaniu na konferencji prasowej, że jeden z jego piłkarzy został pobity przez kibiców. Nie zgodził się z tym stwierdzeniem… sam klub, wydając oświadczenie, aby nie wierzyć takim informacjom latającym po mediach. Zapomnieli jednak dopisać, że źródłem tego newsa jest ich własny trener. Koniec końców okazało się, że racja była po stronie klubu – nietykalność cielesna żadnego z piłkarzy nie została naruszona, a interpretacja sytuacji przez Jacka Zielińskiego była efektem kilku niefortunnych zdarzeń.
#SzacunekDlaArbitra – Proponujemy #litościdlakibiców. Wymyślanie takiej akcji po absurdalnie tragicznym roku sędziowania i tuż przed feralną 21. kolejką… Brzmiało to po prostu jak szukanie tanich wymówek i niedostrzeganie prawdziwego problemu obecnego sędziowania Ekstraklasy. Można by było w końcu wytłumaczyć przepis o zagraniu ręką (chyba że naprawdę losuje go żółw na wozie VAR), upublicznić komunikację sędziowską, poprawić szkolenie nowych sędziów – albo poprosić, żeby fani siedzieli cicho na czterech literach, bo co ich to obchodzi, a może i nawet przeprosili.
Sędziowskie koło fortuny w 21. kolejce – Cały świat został opanowany przez nowoczesne technologie usprawniające sędziowanie… Cały? Nie, jest jedna osada dzielnie stawiająca opór! Pan Adam Lyczmański doszukał się po tej kolejce aż 6 znaczących błędów sędziowskich, całkiem niezły wynik. Sędziowie na cały weekend zupełnie zapomnieli, jak i za co dyktuje się rzuty karne, co poskutkowało wypaczeniem wyników kilku spotkań. To wszystko chwilę po akcji opisanej powyżej…
Spalony z rzutu rożnego w 22. kolejce – Przepisy Gry jasno stanowią, jak profesjonalni sędziowie powinni prowadzić profesjonalne mecze profesjonalnej ligi profesjonalnej piłki nożnej. Ciągle okazuje się jednak, że równie dobrze sędziować mógłby legendarny Franciszek Smuda „na czuja”, bowiem przepisy są dość luźno – o ile w ogóle – rozumiane i stosowane. Jeden z takich śmiesznych podpunktów w tej księdze tłumaczy pozycję spalonego i jest tam napisane czarno na białym – nie można podyktować spalonego po zagraniu stojącej piłki spod chorągiewki. Chwila… Nie można? To patrz teraz! W meczu Piasta Gliwice arbitrowi udało się spłatać takiego psikusa, normalnie wszyscy śmiali się i dokazywali.
Honorable mentions
Zagłębie “XD” Sosnowiec – Pewnie wielu z czytelników pamięta czasy, gdy to Zagłębie występowało w Ekstraklasie, a jeszcze nie tak dawno zapowiedziało wielki projekt i budowę klubu na miarę Europy. Po 13. kolejce zespół był o włos od czołówki i wygrał cztery mecze z rzędu. Jak się okazało, były to niemal ostatnie zwycięstwa w tym sezonie, przez następnych 18 odbytych spotkań udało się Sosnowiczanom zwyciężyć aż zawrotny raz i z hukiem się spie… Spiesznie spaść z ligi. Szykawka, Sobczak (z kontraktem na czołówkę 1. Ligi, został odsunięty od składu po czterech miesiącach), Janiszewski, Rakels; nazwiska przecież okazałe jak na szczebel rozgrywkowy, a nie dały rady mocarnemu Sokołowi Kleczew i skompromitowały się 1:7 z Olimpią Grudziądz. Serdecznie gratulujemy wyniku sportowego, a ciekawskich kibiców zapraszamy na derby ze Spartą Katowice!
Trenerzy legendarnego spadkowicza – A propos „iścia” na dno, sportowa próba reakcji na katastrofalną formę nadeszła aż trzykrotnie. Marek Gołębiewski nie zanotował wyśnionych rezultatów, Wojciech Łobodziński (na chwilę) poprawił sytuację punktową, w marcu przyszedł na 2,5 roku (tak naprawdę to ledwie trzy tygodnie, szybko poszło) Grzegorz Bąk, a spadek przypieczętował Tomasz Łuczywek. Tomasz Łuczywek jest już 25. szkoleniowcem (nie licząc duetów) w ostatniej dekadzie, co daje nowego szkoleniowca co 4 miesiące. Czas wprowadzić jakiś limit szkoleniowców w jednym sezonie, inaczej Zagłębiu niedługo zabraknie nowych nazwisk.
TEN spalony Dżesiki Jaszek z Czarnymi Sosnowiec – Gdyby ktoś kiedyś próbował Wam wmówić, że VAR nie jest potrzebny, prosimy o pokazanie mu tej stopklatki. Sędzia oczywiście ma prawo do pomyłki, jednak przy tak świetnej widoczności i ustawieniu odgwizdanie pozycji spalonej jest równoznaczne, co typowanie Cracovii do wygrania ligi po dwóch tygodniach rozgrywek. Czy obie te rzeczy się zdarzyły w tym sezonie? Zgadza się, i za to kochamy naszą polską piłkę!

Źródło: TVP Sport
Dwie twarze Sandecji Nowy Sącz według Rafała Wolsztyńskiego: Rafał Wolsztyński był bezkonkurencyjnie najlepszym strzelcem Sandecji, mimo to klub zdecydował się podobnież wymusić na nim odejście przed końcem umowy i nie wypłacał mu pensji, co upublicznił sam zainteresowany. Finalnie okazało się, że zawodnik otrzymał część pieniędzy i… postępowanie dyscyplinarne do kompletu. Zakończyło się na niesmaku wśród kibiców, przeprosinach Wolsztyńskiego “za możliwe wprowadzenie w błąd” i odejściu zawodnika. A po czyjej stronie ostatecznie leżała wina? Dobre pytanie.
Sprzedaż kobiecego WKS-u, ale tak w sumie to nie – W marcu punkt kulminacyjny osiągnęły pogłoski o przeniesieniu struktur WKS-u do innego zespołu żeńskiego futbolu. Sfrustrowane piłkarki wystosowały oświadczenie już po spotkaniu, na którym i tak zabrakło osób decyzyjnych: “Usłyszałyśmy, że decyzja o sprzedaży została już podjęta. (…) W tym przypadku zostałyśmy potraktowane skrajnie przedmiotowo.” A na czym się zakończyło? Rzecz jasna na oświadczeniu, tym razem Jacka Sutryka: “Nigdy nie było niczyim zamiarem ani intencją instytucjonalne osłabianie lub likwidacja sekcji żeńskiej Śląska (…) Moi współpracownicy nie zrealizowali postawionych przed nimi zadań.” No i fajnie, tylko szkoda, że szczerze poinformować można było dopiero po upublicznieniu całej sprawy – inaczej jeszcze ktoś mógłby posądzać kogoś o uczciwość, czy nawet przyzwoitość.
Liga Legia plus ekstra po meczu Lech – Legia – 4:0, totalna anihilacja i praktycznie już przyklepany tytuł mistrzowski. Kibice z Poznania z niecierpliwością pewnie czekali na analizę i pochwały w studio po spotkaniu, jednak skończyło się na kolejnym odcinku pt. Studio Łazienkowska. Cóż, może kiedyś Legia była na ustach większości Polski, ale pora na pogodzenie się z faktem, że w naszej lidze są też inne zespoły. Serio!
Termalica Bruk-Bet “pogromca Pomorzan” Nieciecza – Parostatkiem w piękny rejs, statkiem na słoniu – w piękny rejs… Drużyny z Trójmiasta bardzo zasmuciły się na wieść o spadku Termalici, nie dopuszczając do gry słoników o nic w ostatnich kolejkach. Dogadały się na wynik 2:3 w dwóch ostatnich potyczkach i jako gest dobrej woli przekazały im po trzy punkty, jednak bezczelna Termalica odwdzięczyła się jedynie ograbieniem ich z szans na utrzymanie, kto to widział! W efekcie cała trójka spadła z ligi, a to właśnie ta Termalica grająca już o przysłowiową pietruszkę schodziła ze sceny z najszerszym uśmiechem.
Nagroda dla wytrwałych
Jeśli udało Wam się dotrzeć aż tutaj, doceniamy wytrwałość i zapraszamy do kącika ornitologicznego – Pan Alex Haditaghi znalazł nowego dyrektora VAR! TWITTER
Hokeiści GieKSy już za kilkanaście dni powrócą na lód, by rozpocząć przygotowania do sezonu 2026/27. Korzystając z przerwy – Wierzba spotkał się z Bartoszem Fraszko na godzinną rozmowę.
Dajcie znać, jak Wam się podobał odcinek. Prosimy także o pomoc w wypromowaniu podcastu poprzez lajki, udostępnienia, oceny w aplikacjach itd. Nie obrazimy się także na dyskusję w komentarzach. Z góry dzięki!
Możesz nas wesprzeć finansowo (odsłuchanie kosztuje 5 zeta, a komentowanie 19,64 ;)):
Konto:
Santander
87 1090 1186 0000 0001 2146 9533
SK 1964
ul. Bukowa 1a, 40-108 Katowice
Tytułem: Podcast hokej
PAY PAL:
E-mail: [email protected]
Tytułem: Podcast hokej
Posłuchaj archiwalne podcasty:
Jesteśmy dostępni także na Spotify:.


Najnowsze komentarze