Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: GKS jest faworytem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Kiedy kończy się maj, GieKSa pakuje walizki i jedzie nad morze. Była pamiętna Gdynia, był też Gdańsk, a tym razem będzie Szczecin, choć tu zdania są podzielone, czy Szczecin leży nad morzem, czy morze nad Szczecinem. Niemniej jednak w sobotę nie będziemy plażować, a bić się o europejskie puchary. Rywalem będzie Pogoń, dla której to spotkanie nie ma już w zasadzie żadnego ciężaru gatunkowego. Z jakim nastawieniem wyjdą na boisko? Zapytałem Daniela Trzepacza, który współtworzy serwis pogonsportnet.pl, prowadzi audycję PogońFM w Radiu Szczecin, a przede wszystkim od wielu lat śledzi z trybun poczynania Portowców na boiskach Ekstraklasy i nie tylko.

W całym szaleństwie obecnego sezonu to właśnie Pogoń Szczecin okazała się drużyną, która jako pierwsza zapewniła sobie spokój, czyli uniknięcie spadku i brak szans na Europę. W porównaniu do poprzednich sezonów, w których do końca biliście się o puchary, jest to pewna odmiana. Rozczarowanie czy chociaż mała ulga, że nie musicie się dziś martwić utrzymanie?
Obecny sezon nazwałbym przejściowym, czasem przebudowy, bo nieco ponad rok temu zmieniły się władze w klubie. Przyznam, że odkąd chodzę na stadion Pogoni, a mija już 30 lat, to ten sezon wyssał ze mnie najwięcej energii. Czuję, jakby te rozgrywki trwały pięć lat, bo tyle się działo na boisku i wokół niego – raz było dobrze i wesoło, innym razem smutno i przykro. W ostatnim czasie Pogoń rozpieściła kibiców, bo od pięciu lat nie wypadaliśmy ze ścisłej ligowej czołówki plus dwa finały Pucharu Polski. Mimo że zakończenie było typowe dla Pogoni, czyli bez konkretnej zdobyczy w postaci trofeum, o którym wciąż marzymy, to przyzwyczailiśmy się, że do końca liczymy się w walce o najwyższe cele. Stąd też dało się wyczuć rozczarowanie obecnymi rozgrywkami, bo kibice liczyli na więcej. Zapowiedzi Alexa Haditaghiego były śmiałe – nowy właściciel lubi pompować balonik oczekiwań. Przed sezonem napisał odezwę do piłkarzy, w której zapowiadał „rok nieśmiertelności”, w którym mogą zapisać się w historii klubu, zdobywając dla niego pierwsze trofeum.

Z tych zapowiedzi wyszło niewiele, a Pogoń przez długi czas martwiła się o utrzymanie. Czułeś obawy związane z ryzykiem spadku?
Był taki moment, kiedy naprawdę bałem się o nasze utrzymanie w Ekstraklasie. Na początku rundy wiosennej przegraliśmy w Lublinie z Motorem i zremisowaliśmy u siebie z Bruk-betem, a ja nie dostrzegałem żadnego punktu zaczepienia, na którym można by budować optymizm. Kiedy José Pozo wskoczył na wysoki poziom, to złapał kontuzję i wypadł na wiele miesięcy. Wcześniej podobny los spotkał Rajmunda Molnára, a później także Linusa Wahlqvista. W porównaniu do poprzednich, spokojnych lat, w których nie było żadnych afer i zamieszania wokół Pogoni w mediach, ostatni okres był zupełnie inny. Dlatego cieszę się, że te rozgrywki się kończą, bo widać nawet po piłkarzach, ile ich kosztował ten sezon. Kibice też są zmęczeni, ale chciałbym podkreślić, że zawsze byli wierni. Nawet kiedy nie szło, bilety się wyprzedawały, także na mecz z GKS-em, który dla nas jest „o pietruszkę”, główna pula wejściówek jest dawno wyprzedana. Fani cały czas wierzą, że te lepsze momenty znów przyjdą.

Co więc musi się zmienić, żeby kolejny sezon nie był podobny do obecnego, a bardziej do tych poprzednich? Ewolucja czy rewolucja?
Mam nadzieję, że włodarze klubu wyciągnęli wnioski z tego sezonu, a moim zdaniem przeprowadzili zbyt dużą rewolucję i byli łatwowierni myśląc, że wymiana tak wielu ogniw na piłkarzy młodszych, bardziej atletycznych przyniesie natychmiastowy skutek. Liczę, że lekcja została odrobiona i osoby za to odpowiedzialne wiedzą już, jak należy budować drużynę na kolejny sezon. Nie chciałbym następnej rewolucji, choć zdaję sobie sprawę, że część piłkarzy będzie musiała odejść, bo nie spełniła pokładanych w nich nadziei. Pojawią się też nowe nazwiska i mam nadzieję, że będą bardziej przemyślane.

Wszechobecnie podkreślany rozwój Ekstraklasy przejawia się między innymi w sprowadzaniu do Polski piłkarzy o uznanych nazwiskach. Także w Pogoni szerokim echem odbiły się transfery Sama Greenwooda czy Benjamina Mendyego. Jak z perspektywy czasu ocenić te ruchy?
Trzeba indywidualnie oceniać każdy transfer, bo część wydawała się mieć ręce i nogi, a część od razu sprawiała wrażenie problematycznych. Tak było w przypadku Mendyego, który od kilku lat nie grał w piłkę na poważnym poziomie, a przed transferem do Pogoni nie poradził sobie w Szwajcarii. Magia nazwiska działała, ale nie jest to już ten sam piłkarz co przed laty. Rozegrał w Pogoni nieco ponad 300 minut, najczęściej wchodzi z ławki, natomiast trzeba mu oddać, że jest pozytywną postacią w szatni, a młodzi zawodnicy wchodzący do zespołu wypowiadają się o nim w samych superlatywach. To powinien być jednak tylko dodatek, a najważniejsze dzieje się na boisku. Tutaj Mendy nie dał praktycznie nic. Jeśli natomiast chodzi o Greenwooda, to wszyscy ostrzyliśmy sobie zęby na ten transfer, bo przychodził piłkarz z doświadczeniem w Premier League i Championship – większość piłkarzy z Ekstraklasy chciałaby mieć taki wpis w CV. Coś jednak poszło nie tak i wszystko wskazuje na to, że są to ostatnie dni Greenwooda w Pogoni – klub będzie chciał się z nim rozstać, a on sam chyba też nienajlepiej czuje się w Szczecinie.

Jak wspomniałeś, sobotni mecz z GieKSą nie będzie miał dla was takiego ciężaru gatunkowego, do jakiego przyzwyczailiście się w poprzednich latach. Macie jednak pewien wpływ na to, jak ostatecznie ukształtuje się ligowa tabela i kto załapie się na ostatnie miejsce pucharowe. Ten temat budzi u was jakiekolwiek emocje?
W mediach społecznościowych pojawiały się oczywiście komentarze, że Legia będzie się uśmiechać do Pogoni, aby ta stanęła na wysokości zadania i pokonała GKS. Ważniejsze jest jednak, że nasi piłkarze muszą zmazać plamę z tego sezonu i powoli odbudowywać zaufanie kibiców. Powinni stworzyć widowisko, po którym będzie się nam chciało czekać na kolejny sezon. Do tego potrzebna jest walka i zaangażowanie, którego w wielu meczach brakowało. Kibice, którzy w sobotę wypełnią trybuny przy Karłowicza, oczekują właśnie takiego podejścia do sobotniego pojedynku.

Zostawiając na boku podejście mentalne, jak oceniasz formę sportową zarówno Pogoni, jak i GKS-u na finiszu tego sezonu?
GKS może imponować w rundzie wiosennej. Trener Górak wykonał świetną pracę i z drużyny wskazywanej jako jeden z kandydatów do spadku zrobił zespół walczący o puchary. W ciekawy sposób zbudował zespół, po części z piłkarzy niechcianych w innych klubach. Takim jest na przykład Bartosz Nowak, którego w głosowaniu kapituły PKO BP Ekstraklasy wskazałem jako pomocnika sezonu. Wysoko, bo na drugim miejscu, umieściłem samego trenera, podobnie jak wśród obrońców wskazałem na Arkadiusza Jędrycha. Należy docenić, że po raz kolejny wytrzymano w Katowicach trudniejszy moment i pozwolono pracować trenerowi. Dlatego ja podchodzę do naszego meczu z przeświadczeniem, że to GKS jest faworytem, bo gra równo, przyjemnie dla oka, tworząc masę sytuacji pod bramką rywala. Z kolei Pogoń potrafiła dominować, np. z Zagłębiem Lubin, ale nie przekładało się to na wiele okazji, a bardziej na utrzymanie przy piłce i grę po obwodzie, bez jakiegoś błysku. Taki błysk dostrzegałem za to w przypadku GieKSy w większości meczów, które miałem okazję oglądać. Ekstraklasa bywa jednak przewrotna, więc trudno cokolwiek przewidywać.

Chciałem zapowiedzieć, że okazję, aby przypomnieć się szczecińskiej publiczności, będą mieli Kacper Łukasiak i Marcel Wędrychowski, natomiast w pierwszej kolejności powinni oni przypomnieć o sobie katowickim fanom, bo ostatnio grają mało albo wcale. Spodziewałeś się po nich więcej?
Nie ukrywam, że liczyłem na więcej, bo w Pogoni Kacper był na krzywej wznoszącej – wyglądał coraz lepiej i zasługiwał na więcej minut niż dostawał. Wcześniej był królem strzelców Centralnej Ligi Juniorów i moim zdaniem spędził w tej drużynie zbyt dużo czasu – powinien był szybciej trafić na poziom seniorski. W końcu trafił na wypożyczenie do Skry Częstochowa, w której nie mógł pokazać swojej kreatywności w ofensywie. Dlatego wydawało się, że transfer do GKS-u będzie dobrą decyzją. Z kolei w przypadku Marcela byłem nieco zaskoczony przysłuchując się jego rozmowie z Bartkiem Czetowiczem z wszczecinie.pl, jeszcze na przedsezonowym obozie w Opalenicy. Marcel mówił, że trener Górak widzi go jako ofensywnego pomocnika i chce spróbować gry na tej pozycji. Dziwiłem się temu, bo w mojej opinii jest to typowy skrzydłowy, których w formacji GKS-u de facto nie ma. Stąd też byłem zaskoczony, że zdecydował się na ofertę GKS, a nie Arki Gdynia, gdzie grałby na swojej nominalnej pozycji. Widziałem go kilka razy w tym sezonie i delikatnie mówiąc nie błyszczał, dlatego uważam, że wybór GieKSy nie był jednak dobrą decyzją. Kibicuję obu chłopakom, bo wspominam ich bardzo dobrze – zawsze skromni, otwarci na rozmowę. Życzę im, aby kolejny sezon był dla nich przełomowy, czy to w Katowicach, czy w innym otoczeniu, jeśli tak zdecydują.

Trudno dziś przewidywać, w jakim zestawieniu zagra Pogoń – pełna mobilizacja czy też przegląd kadr, natomiast wiemy na pewno, że nastąpi zmiana w bramce. W kadrze Portowców jest aż siedmiu golkiperów – który z nich zastąpi Cojocaru?
Wydaje mi się, że tutaj nie będzie promocji młodzieży, a swoją szansę dostanie Krzysztof Kamiński, dla którego będzie to najprawdopodobniej pożegnanie ze Szczecinem. Jego kontrakt ma opcję przedłużenia o rok, ale nie słychać, aby klub miał z niej skorzystać.

Kartkowa absencja rumuńskiego bramkarza to dla was powód do zmartwień?
Dla Cojocaru był to z pewnością najtrudniejszy sezon odkąd trafił do Pogoni, bo nigdy wcześniej nie musiał pracować tak intensywnie, czy to na linii, czy na przedpolu, dlatego że linia defensywna wyglądała zazwyczaj lepiej. Dzisiaj Valentin jest na czele ligowej statystyki obronionych strzałów – tylko w pierwszej połowie meczu z Jagiellonią interweniował kilkanaście razy, natomiast błąd na wagę zwycięstwa rywali sprawił, że w głosowaniu kibiców w naszym serwisie otrzymał najniższą notę spośród wszystkich zawodników – moim zdaniem niesłusznie. To fakt, że zdarzyło mu się kilka karygodnych błędów, ale to wciąż klasowy bramkarz na miarę drużyny bijącej się o najwyższe cele w Ekstraklasie. Najważniejsze w tym aspekcie jest wzmocnienie całej linii obrony.

Chciałbym cię teraz zabrać na wycieczkę tropem kilku wspomnień. Pierwsze to listopadowy wieczór 2010 roku, kiedy do Szczecina przyjechał GKS, który zgarnął komplet punktów po prawdziwym d(r)eszczowcu – i emocji, i strug deszczu było aż nadto. Co ciekawe, bramkę na wagę zwycięstwa strzelił Nowak – nie Bartosz, a Gabriel.
Byłem wtedy pracownikiem klubu, jako jednoosobowe biuro prasowe, bo takie wtedy były realia. Pamiętam doskonale, nawet to, z którego miejsca na starym stadionie obserwowałem ostatnie akcje meczu. W tamtym okresie jako obiecujący junior wchodził do pierwszego zespołu Marcin Juszczak i mam przekonanie, że ten mecz zniszczył mu karierę. Miał wtedy kilka doskonałych okazji, powinien był strzelić co najmniej dwa gole, to się jednak nie udało. Po tamtym spotkaniu Juszczak przepadł i już nigdy nie wypłynął na szersze wody, mimo że miał „papiery” na duże granie.

Kolejny, także listopadowy pojedynek, ale w 2023 roku, to mecz Pogoni nie z GieKSą, ale ze Stalą Mielec, w której barwach pewien sympatyczny Białorusin trzy razy trafił do szczecińskiej siatki.
Ilja Szkurin ma jakiś patent na Pogoń, bo także w finale Pucharu Polski strzelił nam gola w barwach Legii. W pojedynku ze Stalą mieliśmy duże oczekiwania, wielu już przed meczem dopisywało sobie trzy punkty, skończyło się jednak inaczej. Mam nadzieję, że w sobotę Szkurin zapomni, jak się strzela gole Pogoni.

Kolejne spotkanie nie dotyczy wprawdzie Pogoni, natomiast mam wrażenie, że śledziła je większość piłkarskich kibiców w Polsce. W sobotę po raz trzeci z rzędu zakończymy sezon na Pomorzu – poprzednie dwa wypady były udane, ze szczególnym akcentem na ten do Gdyni w 2004 roku.
Mecz z Arką na wagę bezpośredniego awansu do Ekstraklasy, który stał się waszym udziałem, co przez długi czas nie było oczywiste. Śledziłem to spotkanie, aby jak najszybciej poinformować w naszym serwisie, kto będzie rywalem Pogoni w następnym sezonie. Z pewnością był to dla was ważny dzień, choć jeszcze dwa tygodnie wcześniej procentowe szanse na taki sukces były niewielkie.

Podobnie ma się rzecz dzisiaj – jeszcze niedawno nasze szanse na puchary były iluzoryczne, tymczasem mecz w Szczecinie może dać spełnienie tych marzeń. Zanim jednak zapytam o sobotę, porozmawiajmy o – jakże by inaczej – listopadowym meczu w Katowicach.
Pogoń zaczynała wtedy łapać oddech pod wodzą trenera Thomasberga. Byliśmy tuż po zwycięstwie 5:1 z Zagłębiem i jechaliśmy do Katowic z dużymi nadziejami. Nie mogłem być na tym meczu, natomiast mój kolega Dominik Markiewicz (w ubiegłym sezonie opowiedział naszym czytelnikom o Pogoni – przyp. red.), który jeszcze godzinę przed meczem pisał mi, że ten może się nie odbyć z powodu gęstej mgły – nie było widać ani drugiej bramki, ani nawet środka boiska. Mieliśmy zupełnie inne oczekiwania co do wyniku końcowego, jednak GKS konsekwentnie wypunktował wtedy Pogoń i wygrał zasłużenie. Mimo że Portowcy stwarzali okazje bramkowe, to gospodarze byli konkretniejsi. Zobaczymy, co przyniesie rewanż. Wczoraj miałem okazję wymienić kilka wiadomości z Lukasem Klemenzem i wiem, że wasi piłkarze jadą do Szczecina mocno zmobilizowani.

Gdyby sobotni mecz rozgrywany był w Katowicach, byłbym spokojniejszy o wynik, bo GKS jest najlepszy w lidze u siebie, a Pogoń na wyjazdach gra w kratkę. Tymczasem atut własnego boiska będzie po stronie Portowców. Da się to odczuć na trybunach?
W Szczecinie łatwiej nam o momenty zrywów, kiedy niesieni dopingiem piłkarze potrafią wspiąć się na wyżyny. Pod okiem Thomasa Thomasberga Pogoń miała być pragmatyczna, szukająca punktów w każdym meczu, tymczasem zdarza się nam grać nieco naiwnie, szczególnie na wyjazdach. U siebie wygląda to lepiej, chociaż wracając wspomnieniami do poprzednich sezonów, kiedy do Szczecina przyjeżdżały Jagiellonia, Lech czy Legia, to graliśmy z nimi jak równy z równym. Teraz piłkarsko było widać różnicę na korzyść rywali. Mieliśmy momenty, które przekładały się na zwycięstwa u siebie, ale raczej nie były to wielkie widowiska, w których dominowaliśmy.

Na koniec podziel się swoimi przewidywaniami zarówno na rezultat naszego meczu, jak i na końcowe rozstrzygnięcia w Ekstraklasie.
W sobotę niech to będzie rewanż za 2010 rok i 4:3 dla Pogoni – mecz szalony i zwariowany, ale tym razem na naszą korzyść. Trzecim spadkowiczem nie będzie Widzew, a zobaczymy, czy Lechia będzie w stanie zapunktować za trzy w Niecieczy. Jeśli tak, to z ligi spadnie Piast po porażce w Łodzi. Jeśli natomiast chodzi o ostatnie miejsce w pucharach, to życzę go wam mimo porażki w Szczecinie.

A kto wskoczy do Ekstraklasy z pierwszoligowych baraży?
Trzymam kciuki za Ruch Chorzów. Niech awansują trzy wielkie firmy – będą fajne mecze, budzące dodatkowe emocje kibicowskie, bo nie da się ukryć, że dla was Ruch jest szczególnym rywalem.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dawid Kudła GKS!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.

Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.

Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.

Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.

Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.

Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.

Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.

GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.

Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.

W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.

W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.

Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.

Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.

Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.

A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa bawi się w Opalenicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.

Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.

Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.

„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.

To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.

Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.

No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.

I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.

Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.

Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!

Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.

Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.

Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.

PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!

Kontynuuj czytanie

Kibice Piłka nożna

Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.

Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.

W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.

Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.

Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.

Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.

W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.

Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.

Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.

Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.

Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.

W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.

Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.

Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!

Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.

JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.

Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.

Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.

Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga