Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Bułgarska znów naszym atutem
Nie jest łatwo zostawić za sobą czwartkowe wydarzenia z Częstochowy. Ekstraklasa jednak nie zwalnia i już w niedzielę zmierzymy się z głównym kandydatem do mistrzostwa Polski, i to na jego terenie. Jak nasze szanse w tym starciu widzą w Poznaniu? Zapytaliśmy Radosława Laudańskiego, twórcę kanału @poznanskiexpress, poświęconego Lechowi Poznań.
W Katowicach nie opadły jeszcze emocje po pucharowym starciu z Rakowem. Śledziłeś tę rywalizację?
Niestety, obowiązki nie pozwoliły mi oglądać całego meczu, śledziłem tylko dogrywkę i rzuty karne. Widziałem jednak wiele meczów GieKSy w tym sezonie i mam wrażenie, że jest to drużyna, z którą faworytom nie gra się łatwo. GKS sprawiał już problemy i Lechowi, i Rakowowi, także Jagiellonia przekonała się o tym w Pucharze Polski. Szkoda, że nie udało się wam awansować, bo śląski finał to było coś, na co czekali kibice, nie tylko na Śląsku, ale pewnie w całej Polsce. Byłby to jasny sygnał, że piłka nożna w tym regionie zrobiła duży krok do przodu i firmy, które kiedyś były wielkie, powoli nawiązują do swojej historii.
Ostatnimi laty związki Lecha z Pucharem są burzliwe. Na trofeum czekacie już 17 lat, po drodze było pięć przegranych finałów. W drużynie, co roku walczącej o mistrzostwo, Puchar schodzi na dalszy plan?
Z perspektywy kibica chciałoby się po ten puchar w końcu sięgnąć, bo wyjazd na Stadion Narodowy, niebieska ściana za jedną z bramek i świętowanie zwycięstwa to wciąż marzenie, którego nie udało się spełnić. Spójrzmy prawdzie w oczy – kiedy Lech po raz ostatni sięgał po Puchar Polski, na świat przychodzili kibice, którzy za chwilę będą pełnoletni. Jak na klub tej rangi to zdecydowanie za długie oczekiwanie na sukces w tych rozgrywkach. Kilka razy zabrakło nam jakości, czasem trochę szczęścia, a czasem można było odnieść wrażenie, że Puchar nie wszystkich w klubie „grzał” tak, jak powinien. Piłka idzie trochę w tym kierunku, że zespoły walczące o mistrzostwo i wysokie cele w Europie krajowy puchar traktują ulgowo, z największymi rotacjami kadrowymi, dlatego coraz częściej dochodzi do niespodzianek we wczesnych fazach. Dopiero od ćwierćfinałów czy półfinałów waga Pucharu rośnie i tak bywało w Poznaniu. Na mecz z Górnikiem wyszedł wprawdzie podstawowy skład, który chwilę wcześniej grał z KuPS w Lidze Konferencji, więc koniec końców zabrakło pary w rywalizacji z Zabrzanami. Dało o sobie znać granie co trzy dni.
Dyskutowaliśmy kiedyś z Rafałem Nowakiem z TerazPasy.pl, czy lepiej odpadać we wczesnych fazach, jak wtedy Cracovia z Sandecją, a GKS z Unią Skierniewice, czy też walczyć do końca i przegrać jak Pogoń w Warszawie albo my w czwartek w Częstochowie. Lech zna smak finałowej porażki. Co jest bardziej gorzkie?
Myślę, że mimo wszystko lepiej odpaść w pierwszej rundzie, bo nie ma wtedy takich oczekiwań i zawiedzionych nadziei. Najgorzej jest dojść do finału i go przegrać, bo trudno się „odkręcić” po takiej porażce. Trzy przegrane finały z Legią nie zostawiły wprawdzie takich ran w naszych sercach, bo stołeczni byli wtedy czołową ekipą w Polsce, natomiast porażka z Rakowem w sezonie 2021/22, kiedy walczyliśmy z nimi zarówno o mistrzostwo, jak i o puchar, bolała bardzo mocno. Najtrudniejszy do przetrawienia był jednak przegrany finał z 2017 roku z Arką Gdynia. Kibice Kolejorza już w drodze na stadion świętowali zdobycie Pucharu, tymczasem Leszek Ojrzyński i jego ekipa sprawili nam niemiłą niespodziankę. Ten mecz do dzisiaj wspominany jest w Poznaniu jako przeklęty, a Radosławowi Majewskiemu, który wciąż świetnie gra w Zniczu Pruszków, do dzisiaj wypomina się zmarnowane sytuacje w tamtym pojedynku. Myślę, że kibice GKS-u odczuwają dziś podobne emocje, które porównałbym nawet do przegranego barażu Polski ze Szwecją. Jest smutek z porażki, ale też i duma z postawy zespołu i walki do samego końca. Piłkarze i kibice GKS-u nie powinni spuszczać głów, bo sprawili wiele problemów faworytom.
Nie brakuje opinii, że pojedynek GieKSy z Rakowem urasta do rangi meczu sezonu. Wcześniej takim mianem określano wasz ligowy mecz z tym samym rywalem. Jak wspominasz jego przebieg?
Jeśli chodzi o poziom emocji, to był to chyba najlepszy mecz przy Bułgarskiej, na jakim byłem. Oczywiście trudno go porównywać do spotkania z Piastem w poprzednim sezonie, kiedy stawialiśmy pieczęć na mistrzostwie Polski, ale nie pamiętam drugiego meczu, w którym byłoby tyle zwrotów akcji, dramaturgii, walki do samego końca i zwycięskiego gola w ostatniej minucie, zdobytego przez wyśmiewanego do niedawna Yannicka Agnero. Bułgarska wtedy eksplodowała! Jest to jeden z tych meczów, po którym najmłodsi kibice zakochują się w futbolu.
Patrząc na rosnącą formę Lecha w rundzie wiosennej, można już powoli wkładać szampany do poznańskich lodówek?
Spokojnie, cały czas jest dużo pracy do wykonania. Mamy dwa punkty przewagi nad Jagiellonią, a Lech został liderem całkiem niedawno. Mimo to można zauważyć, że klaruje się sytuacja w czołówce – Kolejorz się ogarnął i wykorzystując słabość rywali jest dziś na najlepszej drodze do obrony mistrzostwa. Na dziś zespół gra powtarzalnie, a nowe nabytki dobrze się wprowadziły: Leo Bengtsson robi różnicę, bardzo dobrze radzi sobie Pablo Rodríguez, dobre momenty ma też Taofeek Ismaheel, co może zaskakiwać kibiców ze Śląska pamiętających go z Górnika. Jesteśmy faworytem do mistrzostwa Polski, ale koncentracja musi być na najwyższym poziomie. Moim zdaniem, jeśli przy obecnej sytuacji w tabeli i punktowaniu rywali Lech nie zostanie Mistrzem Polski, bo przypomnę, że Jagiellonia zdobyła zaledwie 8 punktów w dziewięciu ostatnich meczach, to będzie dla nas jeszcze bardziej bolesne niż w 2018 za czasów Nenada Bjelicy, kiedy po wygranej fazie zasadniczej wypuściliśmy mistrzostwo w dodatkowych siedmiu kolejkach.
W każdym sezonie cel Lecha w Ekstraklasie nie może być inny niż mistrzostwo. Mimo to rundę jesienną kończyliście na siódmym miejscu, z sześcioma punktami straty do lidera. Wkradło się zwątpienie w końcowy sukces?
Runda jesienna w naszym wykonaniu była daleka od ideału, a niektórzy kibice podejrzewali, że Niels Frederiksen może tego nie przetrwać. Wpadka na Gibraltarze, pechowa porażka z Rayo Vallecano, do tego 1:3 z Arką Gdynia – wielu spodziewało się, że będzie to koniec trenera. Wiosną przyszły porażki z Lechią i Piastem, jednak Niels Frederiksen po raz kolejny pokazał, że potrafi wychodzić z trudnych sytuacji. Przez dłuższy czas chyba nikt w Poznaniu nie wierzył, że uda się obronić mistrzostwo, w końcówce rundy jesiennej pojawiła się jednak nadzieja w perspektywie wiosny, kiedy miało wrócić kilku ważnych, kontuzjowanych piłkarzy. Wrócił Golizadeh, który odmienił Lecha, stając się jednym z liderów. Istotne było jednak, że straty z jesieni były na tyle małe, że wiosną udało się skutecznie podłączyć do walki o najwyższe cele.
Trener mimo kryzysów zachował posadę i trwają rozmowy na temat przedłużenia wygasającej w czerwcu umowy. Jakie podejście mają do niego kibice? Frederiksen jest dzisiaj „hot or not”?
Teraz raczej hot. Gdy pojawiła się informacja podana przez Michała Mitruta z Canal+, że przedłużenia umowy z trenerem nie będzie, to kibice zareagowali raczej sceptycznie. Wydaje mi się, że Frederiksen kupił zaufanie fanów rewanżowym meczem z Szachtarem Donieck, bo widzieliśmy w czwartek, jak Ukraińcy pokonali 3:0 w Krakowie AZ Alkmaar, tymczasem Lech zdołał tam wygrać 2:1 i pokazał się z niezłej strony. Wcześniej dużym zarzutem w stosunku do trenera było to, że nie potrafi odpowiednio ustawić zespołu na mecze z rywalami w Europie. Frederiksen zadał kłam tej tezie i pokazał, że może dać pewną dozę stabilizacji w Lechu. Być może nie wszystko jest jeszcze idealne, ale całokształtem trener zasłużył na nową umowę. Inna sprawa, czy ją podpisze. Trenerzy ze Skandynawii często są mile widziani w Bundeslidze, ponadto Dania po odpadnięciu w barażach do Mistrzostw Świata będzie szukała nowego selekcjonera. Niels Frederiksen ze swoim doświadczeniem byłby niezłym kandydatem na to stanowisko. Nie wszystko będzie więc zależeć od decyzji władz Lecha.
W rozmowie przed jesiennym meczem GieKSy z Lechem Mateusz Jarmusz określił Lecha mianem „ishakozależnego”. Patrząc na statystyki, niewiele się tu zmieniło i wciąż dużo w Poznaniu zależy od formy szwedzkiego napastnika.
Rzeczywiście, jeśli nie ma Ishaka, to ofensywa Lecha wygląda dużo gorzej. Podczas ostatniego meczu z Jagiellonią Mikael zostawił na boisku serce i wybiegał wiele kilometrów – wystarczy to porównać do stylu Agnero i wtedy widać najlepiej, kim dla Lecha jest Mikael Ishak. Takiego napastnika dawno w Poznaniu nie było i pewnie długo nie będzie. Szwed pisze w Lechu swoją historię, będąc pewnym zaprzeczeniem nowoczesnego futbolu, gdzie nie ma przywiązania do barw i często zmienia się kluby. Ishak z pewnością miał bardziej atrakcyjne oferty, mimo to zdecydował się pozostać w Poznaniu. Co do tej „ishakozależności”, to moim zdaniem Lech jest zależny od formy liderów poszczególnych formacji: w obronie jest to Mońka, którego z Jagiellonią musiał zastąpić Skrzypczak, rozgrywając chyba najlepszy mecz w naszych barwach; w pomocy takim graczem jest Pablo Rodríguez, który reguluje tempo gry, potrafi posłać nieszablonowe podanie, ponadto sporo pracuje w defensywie; z przodu liderem, a jednocześnie najważniejszym piłkarzem jest właśnie Ishak, więc to od tych zawodników najwięcej dziś zależy.
Lech ma praktycznie równy bilans, porównując mecze domowe z wyjazdowymi. Na bolączkę słabszej postawy u siebie zwracał uwagę jesienią Mateusz Jarmusz, wiosną jest z tym jednak dużo lepiej. Twierdza Bułgarska będzie jednym z atutów Lecha w niedzielnym pojedynku z GieKSą?
Zaczynamy czuć, że Bułgarska znowu stała się naszym atutem. Wyniki Lecha w domu są ostatnio dużo lepsze, podczas gdy wcześniej irytowaliśmy się porażkami i remisami, a także sporą liczbą traconych goli. W niedzielę Kolejorz będzie zdecydowanym faworytem, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że GKS nie punktuje zbyt dobrze na wyjazdach i będzie miał w nogach pucharowy mecz z Rakowem. Jestem ciekawy, czy porażka w Częstochowie nie podłamie GieKSy, bo awans na pewno wzmocniłby was mentalnie, co w pewien sposób mogłoby zniwelować zmęczenie fizyczne. Tutaj cios po odpadnięciu w karnych i pogrzebanie marzeń o finale na Narodowym może być swego rodzaju obciążeniem. Z drugiej strony GKS udowadniał, że potrafi grać z Lechem, bo oba mecze w Katowicach były dla nas bardzo trudne, mimo że w obu spotkaniach udało się zrealizować nasze cele. Zwycięski w kontekście mistrzostwa okazał się remis w poprzednim sezonie, choć niewiele brakowało, aby GieKSa pokrzyżowała nasze plany. Jesienią Katowiczanie również mieli sporo argumentów, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Byłem na majowym meczu w Katowicach i byłem pod wrażeniem atmosfery na waszym stadionie – kibice są blisko murawy i czuje się piłkarskie emocje, zarówno te z boiska, jak i z trybun. To na pewno udziela się waszym piłkarzom. Powiedziałem nawet trenerowi Górakowi, że z żadnym wyjazdowym rywalem nie gra się Lechowi tak ciężko, jak z GKS-em. Inaczej sprawa wyglądała przy Bułgarskiej – przewaga Kolejorza nie podlegała dyskusji i szczerze mówiąc podobnego scenariusza spodziewam się w niedzielę.
Na przedmeczowej konferencji trener Frederiksen został zapytany o postawę GKS-u zarówno w Pucharze, jak i w Ekstraklasie. Stwierdził, że mimo odpadnięcia w czwartek wciąż możemy się liczyć w walce o miejsca w lidze premiowane grą w Europie. Jak ty oceniasz formę GieKSy, szczególnie w kontekście faktu, że rundę wiosenną rozpoczynaliśmy w strefie spadkowej?
Obserwując GKS od momentu powrotu do Ekstraklasy ani razu nie miałem przeświadczenia, że możecie spaść do 1. ligi. Nawet gdy byliście w strefie spadkowej, to na boisku wyglądaliście raczej dobrze, a na miejsce w lidze rzutował przede wszystkim nienajlepszy początek sezonu. Przebudowa zespołu po odejściu Repki i Bergiera musiała chwilę potrwać, ale z czasem efekty przyszły. Bartek Nowak złapał formę życia i dla mnie obecne miejsce GKS-u nie jest zaskoczeniem. Myślę, że stać was na miejsce w czołowej piątce, dostrzegam u was sporo piłkarskiej jakości i ten śląski charakter, o który zadbał trener. Konkurencja jest duża, ale GieKSa ma sporo argumentów, by zakończyć ten sezon z podniesioną głową.
Do końca sezonu coraz bliżej i można już przymierzać się do pierwszych rozstrzygnięć. Z pozycji lidera śledzicie też to, co dzieje się na dole tabeli, gdzie zakopała się ekipa, która jeszcze niedawno walczyła z wami o mistrzostwo, a także druga, która jak najszybciej do tej walki chciałaby się włączyć?
Prawda jest taka, że bez wygranej z Lechem Widzew byłby praktycznie pogrzebany, a te trzy punkty trzymają ich jeszcze na powierzchni. Aż trudno w to uwierzyć patrząc, jak wielkie pieniądze zostały tam wpompowane. Co do Legii uważam, że ostatecznie się utrzyma – efekty pracy Marka Papszuna powoli widać, a od jego przyjścia stołeczni są piątą najlepiej punktującą drużyną w lidze. Ostatni mecz z Pogonią w ich wykonaniu wyglądał już bardzo dobrze. Z pewnością w Poznaniu jest duża grupa kibiców, którzy trzymają kciuki za spadek obu tych ekip, ale wydaje się to mało prawdopodobne. Moim zdaniem mocniej w tę walkę zamiesza się jeszcze Radomiak, zobaczymy też, co będzie z Cracovią, a spać spokojnie nie może też ani Pogoń, ani tym bardziej Arka. Znaków zapytania jest sporo i końcówka sezonu z pewnością będzie emocjonująca.
Kto wie, czy w maju nie będziemy się bardziej ekscytować walką na dole, jeśli Kolejorz utrzyma dobrą formę i rozstrzygnie walkę o tytuł odpowiednio wcześnie.
Też mam takie przeświadczenie, że jeśli będziemy grali swoje, to mistrzostwo przyjdzie znacznie szybciej niż w ubiegłym sezonie. Nie wierzę, że któryś z naszych rywali będzie w stanie złapać serię zwycięstw, dlatego nie spodziewam się końcowych rozstrzygnięć dopiero w ostatniej kolejce.
Biorąc to wszystko pod uwagę, w niedzielę należy się spodziewać pełnej dominacji Lecha i niezagrożonego zwycięstwa gospodarzy? Jest jakiś margines na niespodziankę?
Trudno mi wskazać mecz Lecha, w którym od pierwszej do ostatniej minuty kontrolowalibyśmy przebieg boiskowych wydarzeń. Nawet w pojedynku z Termalicą podopieczni Marcina Brosza mieli swoje momenty, gdzie wydawało się, że ruszą do odrabiania strat. GKS również będzie miał takie szanse na zaskoczenie naszej obrony, ale śmiem twierdzić, że w niedzielę zagracie z najlepszym Lechem, z jakim do tej pory przyszło wam mierzyć się w Ekstraklasie. Jesteśmy w ostatniej fazie walki o mistrzostwo, po kontuzjach wrócili kluczowi piłkarze, więc spodziewam się dwubramkowego zwycięstwa Kolejorza.
Jesienią Mateusz trafił wynik bezbłędnie, a jakiego ty masz nosa?
Stawiam na 3:1 dla Lecha.
Zaczęliśmy od Pucharu Polski i na Pucharze chciałbym zakończyć. Za niecałe dwa tygodnie w półfinale krajowego pucharu zmierzą się w Poznaniu kobiece drużyny Lecha i GKS-u. Damska sekcja futbolowa wzbudza zainteresowanie kibiców? Jak oceniasz jej poziom?
Kobieca piłka w Poznaniu wciąż raczkuje i nie sposób twierdzić, że te mecze budzą zainteresowanie całej społeczności. Kibiców jednak przybywa – pamiętam choćby mecz, w którym podopieczne Alicji Zając zapewniły sobie awans do Ekstraligi, to na poznańskie Morasko przyszła całkiem spora grupa, aby podziękować dziewczynom za ten sukces. Mecz z GKS-em będzie bardziej prestiżowy, bo zostanie rozegrany przy Bułgarskiej i będziemy się starali pobić rekord frekwencji na meczu piłki kobiecej. Ponadto warto wspomnieć, że ta drużyna jest budowana od zera, sportowo walcząc o kolejne awanse – zupełnie inaczej niż w przypadku klubów, które kupując licencje skracają sobie drogę do Ekstraligi. I choć wyniki w lidze są całkiem niezłe, to w rywalizacji pucharowej faworytem będzie jednak GKS.
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















Najnowsze komentarze