Felietony Piłka nożna
„Oczekiwany, oczekiwana”
To, co wydarzyło się wczoraj na stadionie przy Limanowskiego przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Mimo że szans na zwycięstwo GieKSie nie ujmowaliśmy, to jednak perspektywa starcia na wyjeździe z jedną z najlepszych polskich drużyn w ostatnich latach, kazała myśleć, że każdy punkt osiągnięty w Częstochowie będzie należało uznać za sukces. Drużyna Marka Papszuna nie ukrywała mistrzowskich aspiracji i po początkowym przeciętnym sezonie w ich wykonaniu, wkrótce zaczęli punktować bardzo mocno. Do meczu z GKS rywale ostatnią porażkę ponieśli w sierpniu, od tamtego czasu notując dwanaście spotkań bez porażki.
Jeszcze rok temu obie ekipy dzieliła przepaść. W listopadzie 2023, gdy Raków wygrywał w piątej kolejce Ligi Europy ze Sturmem Graz na wyjeździe, przy okazji mając za sobą też remis ze Sportingiem Lizbona, GKS lizał rany po spektakularnej porażce w Krakowie z Wisłą, a po chwili miał zagrać kluczowy – jak się później okazało – remisowy mecz z Arką Gdynia w katowickim śniegu.
Zespół Rafała Góraka w tym meczu pokazał po raz kolejny, że drużyna notuje ciągły rozwój. Zaskakujące dla wszystkich obserwatorów może być chyba to, w jakim tempie ten rozwój się odbywa. W Canal Plus powiedzieli, że GKS w ogóle nie wygląda jak beniaminek, że swoją dojrzałością w grze prezentuje się jak rasowy ligowiec. Trudno się z tym nie zgodzić. Choć błędy się pojawiają, to katowiczanie pokazują, że wiedzą, czym się tę ekstraklasę je i po prostu nie pękają.
„Ekstraklasa takich błędów nie wybacza” – ktoś mógłby ten wyświechtany slogan powtarzać po awansie GKS do ekstraklasy. I tak, i nie. Bo jeśli zobaczymy na pojedynczą sytuację gdy Dawid Kudła podał pod nogi Brunesa, a po chwili Ivi Lopez trafił do siatki, to można by to tak określić. No ale właśnie tu dochodzimy do bardzo ważnej kwestii, którą na konferencji pomeczowej poruszył trener Rafał Górak.
Cała ta praca szkoleniowca i sztabu choć ma wartość merytoryczną samą w sobie, opiera się jeszcze o pewną filozofię czy psychologię, która można powiedzieć jest czymś większym, jest jakimś odgórnym założeniem i bazą, dopiero na której można wykonywać już stricte piłkarską, taktyczną i każdą inną merytoryczną pracę w danej dziedzinie.
„Oczekiwać oczekiwanego” – coś bardzo wydawałoby się prostego i banalnego, a jednak wcale nie tak oczywistego. W wielu sytuacjach życiowych jesteśmy zaskoczeni sytuacjami, które przecież albo w ciągach przyczynowo-skutkowych, albo ze względu na czystą statystykę, musiały się przydarzyć. Przykłady można wymyślać do woli. Jeśli jedziesz na wakacje i liczysz na fajną pogodę, ale okaże się, że większość dni jest pochmurna i deszczowa, to choć jest to coś niezadowalającego, to jednak statystycznie może się taki tydzień przydarzyć. Jednak czy jesteśmy do tego przygotowani? Czy mamy odpowiednie ubrania? Czy mamy plan B, czyli na przykład pójście do muzeum zamiast smażenia się na plaży?
Piłkarze muszą być przygotowani na niesprzyjające sytuacje na boisku. Jak przy wyprowadzaniu piłki, wynikającym ze sposobu gry, zawalił Haliti w meczu Jagiellonii na Bukowej i Adrian Błąd strzelił gola, tak teraz taka sytuacja spotkała GKS. Oczywiście to był indywidualny błąd Dawida Kudły, ale błąd, który po prostu się zdarza. Nie jesteśmy Mistrzami Świata, choć… przypomnijcie sobie jak na turnieju w Spodku w meczu Górnika z Wisłoką, Lukas Podolski podwórkowo „kiwał się” metr przed swoją bramką, stracił i rywal strzelił gola.
To co różnicuje najlepsze światowe drużyny, dobre, średnie, słabe i beznadziejne, to częstotliwość tych błędów i umiejętność radzenia sobie z nimi. To wszystko wynika oczywiście z jakości – piłkarzy i trenerów. Ale ostatecznie piłka nożna to gra błędów. W trakcie pisania tego artykułu oglądam mecz Widzewa z Cracovią i drugi raz w ciągu tygodnia piłkarz podaje do swojego bramkarza i… strzela tym samym samobójczą bramkę.
Straciliśmy gola po błędzie w początkowej fazie drugiej połowy i wydawało się, że gospodarze już będą dominowali do końca meczu. Nic z tych rzeczy. GieKSa nie złamała się po raz pierwszy i doprowadziła do rzutu karnego. I to kolejna sytuacja, którą przytoczył trener – zdarza się w piłce jedenastki nie wykorzystać. Tak więc w ciągu kilku minut strzeliliśmy sobie gola i zmarnowaliśmy jedenastkę. Idzie się załamać.
Gdzieś tam była nadzieja, że po rzucie rożnym od razu zdobędziemy bramkę, jak niegdyś Marek Kubisz w meczu z Odrą Wodzisław na Bukowej. Nadal istniało jednak ryzyko podłamania. GieKSa się otrzepała bardzo szybko z kurzu po raz drugi i po chwili po kapitalnej akcji Mateusza Kowalczyka była już znowu na prowadzeniu.
Być może łatwo jest z takiej opresji wyjść w starciu z dużo słabszym przeciwnikiem. Ale ile razy słyszeliśmy to, że „takie sytuacje w takim meczu należy wykorzystywać”, bo innych nie będzie. Pewnie, że należy. Jednak jeśli się nie wykorzysta, trzeba dążyć do wykreowania kolejnych.
„Rzeczy oczekiwane nas nie demolują” – to jest chyba kwintesencja tego, co sprawia, że GKS Katowice w trudnych sytuacjach, wychodzi z opresji. Ba, wychodzi naprawdę bardzo szybko.
Wystarczy spojrzeć na jesień. Te tracone w końcówkach bramki, płacz i zgrzytanie zębów po meczach z Zagłębiem i Widzewem. Potem oklep na Górniku. Co robi GieKSa? Wychodzi na Pogoń i gra może wtedy najlepszy mecz w sezonie, a po chwili gromi Puszczę. Fatalna porażka z Koroną? Nie ma sprawy, odbijemy sobie w meczu z Cracovią, nawet jeśli przeciwnik wyrówna w doliczonym czasie gry. Mecz przy Kałuży to historia.
Ilość sytuacji, w której GieKSa się wykaraskała z tarapatów w tym sezonie jest naprawdę duża. Nie mówię już nawet o szpitalu w drużynie w pewnym momencie. To, że katowiczanie mają w tym momencie 29 punktów to jest jakieś kuriozum, ale… pozytywne. Kuriozum dla nas, bo kto by się tego spodziewał. A nie jest to jak widać przypadek, bo zwycięstwa nie są oparte na szczęściu, tylko solidnej, dobrej lub bardzo dobrej grze.
Ktoś powie, no ale po co popełniać tyle błędów i musieć z nich wychodzić? Nie wiem, po co, może po to, żeby piłka dawała emocje? Nieraz czytam opinie zblazowanych kibiców drużyn, które odnoszą sukcesy w piłce praktycznie cały czas – Real, City, na naszym podwórku Legia czy Lech (choć tu z tymi sukcesami bym się wstrzymał). Wystarczy jeden słabszy sezon lub nawet kryzys formy na jakiś czas, żeby pojawiał się płacz. Brak problemów coś odbiera z romantyzmu kibicowania. Naprawdę nieraz miałbym ochotę wielu osobom powiedzieć, zaprasza do kibicowania GieKSie w ostatnich dwudziestu latach, przed awansem do ekstraklasy.
Odnośnie tych „oczywistości”, o których mówi trener, przypomina mi się filozofia Jacka Gmocha z dawnych lat, który chciał skomputeryzować czy zmatematyzować futbol, zminimalizować działanie przypadku w prowadzonych przez jego drużynach. Zdania do dziś są podzielone czy piąte miejsce na Mundialu ’78 było sukcesem. Jedni uważają, że po srebrnym medalu z MŚ 1974, wzmocnienie Lubańskim i kilkoma młodymi zawodnikami, z Nawałką na czele, było porażką. Z drugiej strony Polacy grali z Niemcami, Argentyną, Brazylią… Gdyby nie słynne zamieszanie z rzutem karnym, gdyby bohater spotkania Mario Kempes został wyrzucony z boiska za wybicie piłki z pustej bramki a la Luis Suarez. Tam nasza drużyna narodowa się nie pozbierała, ale miała przeciw sobie całą Argentynę. A może Jacek Gmoch nie wziął pod uwagę kwestii mentalnych?…
Dziś minęło niemal pół wieku od tych wydarzeń. Świat idzie do przodu i żeby wygrywać, choć nadal trzeba być lepszym od przeciwnika, to wymagania wzrastają. Kiedyś piłkarze przed meczami pili i palili, ale byli lepsi, bo inni też pili i palili. Teraz profesjonalizm się zwiększa i jeśli ktoś nie ma bardzo dużego talentu, musi prowadzić się umiarkowanie dobrze. Coraz większy nacisk kładzie się na dziedziny, na które w przeszłości się nie patrzyło. Mentalność jest jedną z nich, zapewne równie ważną, jak inne.
Powinniśmy sobie uzmysłowić, co się dzieje – GieKSa wygrywa z Rakowem, który dwa lata temu w cuglach zdobył Mistrzostwo Polski. To absolutnie niesamowita sprawa i od początku zeszłego roku przeżywamy z naszym klubem piękny czas.
Nie mam niepokoju, że trener i ta drużyna spocznie na laurach, więc czasem jakąś laurkę można napisać. Jeśli przegrają w koszmarny sposób, jak z Koroną, to laurki nie będzie. Ale nie będzie też dramatu, bo ta drużyna udowodniła, że obraną drogę ma po prostu dobrą, pewną i stabilną. A w dobrym, pewnym i stabilnym raz na jakiś czas zdarza się zwykły klops.
Zupełnie jak w życiu.
PS A co do gola Kowala, to jest to kolejna bramka w tym sezonie po wrzucie piłki z autu. Nie w typowej formie stałego fragmentu i dośrodkowania, ale fakt jest faktem.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?
W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.
Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.
Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.
Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.
Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.
Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Najnowsze komentarze