Piłka nożna
Misz masz w pomocy
W dzisiejszym artykule zajmiemy się pomocnikami. Zarówno jesienią, jak i wiosną w formacji pomocy następowały w trakcie rundy duże roszady, choć na pewno nie były one spowodowane kłopotem bogactwa czy świetną formą zawodników, a wręcz odwrotnie. Trener Brzęczek na wiosnę kombinował jak mógł, ale z tym zestawem kadrowym ciężko było osiągnąć większe sukcesy.
Defensywni pomocnicy
Pewniakiem w tej rundzie na tej pozycji był Łukasz Pielorz i był to jedyny zawodnik, o którego obecność w składzie mogliśmy być pewnym. To jednak dla Łukasza była bardzo, bardzo przeciętna runda. Niby mówi się, że jak defensywny pomocnik jest niewidoczny, to dobrze, bo wykonuje wtedy czarną robotę, ale to jednak jest taka półprawda. Potrafimy widzieć i docenić świetną grę w destrukcji, jak choćby postawę Pielorza w ostatnim meczu 2015 roku w Sosnowcu. Na wiosnę to był symbol przeciętności – nie grał bardzo źle, ale też nie mogliśmy powiedzieć, że to forma wystarczająca na walkę o ekstraklasę. Po kiepskim meczu z Arką, Łukasz zaskakująco w Kluczborku był bardzo aktywny, a przy kontrach nawet znajdował się w polu karnym rywala. Jeszcze z Miedzią w Legnicy zanotował bardzo dobry występ w drugiej połowie, kiedy faktycznie rządził i dzielił w środku boiska. W większości spotkań grał na poziomie noty 5, czyli nieco poniżej przeciętnej. Mocno się frustrował na decyzję sędziów w niektórych meczach, ale też to była frustracja związana z postawą zespołu. W meczu z Chojniczanką rywale hasali sobie w środku pola i co rusz zagrywali prostopadłą piłkę – Łukasz nie może na takie coś pozwolić. W końcówce rundy wobec kontuzji innych został wycofany na środek obrony.
Trener Brzęczek nie miał wielkiego pola manewru, jeśli chodziło o partnera dla Łukasza. Przy okazji dodajmy, że o ile Pielorz jest zawodnikiem stricte defensywnym, to ten drugi już od jakiegoś czasu ma pewne pole do udzielania się w ofensywie – to taki defensywno-ofensywny pomocnik. Tutaj aspirowali do tego Sławomir Duda i Povilas Leimonas. Nie brakowało jednak innych rozwiązań, jak stawianie na bardziej ofensywnych zawodników w pojedynczych meczach – Filipa Burkhardta czy Krzysztofa Wołkowicza.
Sławek zagrał na początek z Arką – słabiutko i na Kluczbork już nie wyszedł (pojawił się dopiero w końcówce). To dość specyficzny zawodnik, który większą liczbę meczów gra słabo, a 2-3 w rundzie notuje na poziomie zawodnika meczu. Tak było z Pogonią, kiedy zmienił kontuzjowanego Burkhardta w 40. minucie i był najlepszy, rozprowadzał akcję i może z różnym skutkiem, ale rozruszał grę ofensywną. Pamiętamy oczywiście o możliwości roszad w pionie i czasem zawodnik, który wyjściowo jest na defensywnym pomocniku przejmuje nieco więcej zadań ofensywnych. To tak jak wymienność pozycji napastnika z ofensywnym pomocnikiem. Na dziesiątce został Sławek w nagrodę ustawiony w Legnicy, ale o tym później. To co u Sławka ostatnio irytuje to próba gry niekonwencjonalnej, jakichś zagrań fałszem, piętą w momencie, kiedy trzeba po prostu podać prosto do partnera. Troszkę sobie drwiliśmy z tego, że to katowicki Ronaldinho, ale zawodnik nieraz pokazywał, że jak gra prosto to mogą być z tego efekty. Czasem można było odnieść wrażenia, że gra tak od niechcenia. Kolejne mecze były średnie, choć nie tragiczne. Za to w Bydgoszczy po raz kolejny był zawodnikiem meczu, starał się być głównym rozgrywającym, strzelał z dystansu coraz, coraz to lepiej, aż w końcu trafił w piękny sposób do siatki. W ostatniej kolejce z Wisłą było już spokojniej, ale grał też bardziej defensywnie.
Drugi z defensywnych pomocników to Povilas Leimonas. Popularny w Katowicach Lemoniada nie ma dobrej prasy wśród kibiców. Na wiosnę też nie grał pierwszych skrzypiec. W pierwszych meczach tylko wchodził na końcówki z ławki, aż w końcu zagrał z Miedzią. Przeciętnie, ale z bardzo dobrym klkunastominutowym okresem, kiedy notował celne podania i był głównym kreatorem gry. Ale to była chwila. Zagrał z Bełchatowem i Sandecją, z czego w tym drugim meczu jego strata zapoczątkowała akcję bramkową dla rywali. Fatalnie spisał się z Olimpią i został zmieniony w przerwie. Potem ze Stomilem mógł zanotować dwa kluczowe podania, a miał super sytuacje, ale podawał za mocno lub tracił. Z Chojniczanką było średnio, ale strzelił ważnego kontaktowego gola. Końcowe spotkania były już średnie, z niezłym w Bydgoszczy. Z Wisłą zagrał na stoperze.
W początkowej fazie grywał też tu Filip Burkhardt, który miał udział w zwycięstwie w Kluczborku, bo dobrze rozprowadzał akcje bramkowe. Niestety z Pogonią przy próbie strzału odniósł kontuzję i nici były z wiosny. A z Wisłą oglądaliśmy Krzysztofa Wołkowicza, który jednak wydawał się mocno zagubiony na tej pozycji.
Ofensywny pomocnik
Tutaj najwięcej spodziewaliśmy się po Bartoszu Iwanie. Co prawda najlepszą akcję podczas obecnego pobytu w GieKSie zanotował w 15. sekundzie swojego re-debiutu w Grudziądzu, ale jednak pamiętaliśmy jego postawę z czasów Adama Nawałki i liczyliśmy, że może to wróci. Niestety już pierwszy mecz z Arką był wprost tragiczny w wykonaniu Bartka. W drugim meczu z Kluczborkiem wydawało się, że odbił się od dna – strzelił gola i grał dobrze. W spotkaniu z Miedzią trener postawił na Sławomira Dudę, w nagrodę za dobry występ z Siedlcami. Okazało się jednak, że na dłuższą metę dziesiątka nie jest najlepszym rozwiązaniem dla Sławka. Lepiej to wygląda gdy atakuje jeszcze bardziej z głębi pola, właśnie z 60-70 metra. Szkoleniowiec widział, co się święci z Ajwenem i na Bełchatów zawodnik znów nie wyszedł w podstawowym składzie. Tym razem na boisku pojawił się Krzysztof Wołkowicz i rozegrał niezłe zawody. Z Sandecją było już słabo, a do tego Wołek powinien wylecieć z boiska, gdyż to on popchnął rywala, a nie Alan Czerwiński. Z Olimpią było już bardzo słabo, podobnie jak w przypadku Iwana.
Szkoleniowiec mając straszny ból głowy z obsadą dziesiątki zaczął kombinować. I na Rozwój w ataku wystawił Tomasza Zahorskigo, a do pomocy wycofał Grzegorza Goncerza. Ten manewr był potem powtarzany kilkukrotnie. Wyglądało to średnio, Gonzo nie wywiązał się z roli rozgrywającego (choć często także praktycznie jako drugiego napastnika) jakoś spektakularnie. Ale w Bydgoszczy grał bardzo dobrze i w końcu strzelił bramkę. Jeszcze w międzyczasie w meczach ze Stomilem i Chojniczanką zagrał Iwan, ale były to dwa tragiczne występy i trudno się było dziwić, że trener nie chce już stawiać na tego zawodnika.
Lewa i prawa pomoc
Skrzydła w GieKSie to bolączka od kilku lat. W praktyce co rundę mamy non stop roszady, rozpaczliwe próby wystawiania nowych zawodników, w nowych konfiguracjach, a ciągle nie ma efektu w postaci szybkiego, celnie podającego i ogólnie efektywnego bocznego pomocnika.
Takim miał być na prawej stronie Maciej Bębenek. Jesienią co prawda najpierw grał fatalnie, ale w środku rundy był najlepszym zawodnikiem GieKSy (do kontuzji). Niestety na wiosnę zawodził coraz to bardziej, aż w końcu – podobnie jak Iwan – stracił na dobre miejsce w składzie i do końca sezonu już nie grał (co prawda trener Brzęczek mówił, że to przez kontuję, ale…).
Bębenek zaczął od meczu z Kluczborkiem i kilka meczów rozegrał na poziomie noty 5,5-6, tak więc niczym absolutnie nie zachwycił. Z jego gry praktycznie nie było większego pożytku. Przełomem mógł być mecz z jego byłą drużyną – Sandecją. W pierwszej połowie grał bowiem bardzo dobrze i nawet wywalczył karnego. W drugiej, kiedy wszystko się posypało, posypał się także i Maciej. Nie asekurował, nie gonił rywali, którzy przeprowadzali skuteczne akcje ofensywne. Jeszcze nieźle spisał się z Olimpią, ale z Rozwojem było już bardzo słabo i zaczął się zjazd z formą – z przeciętnej w beznadziejną. Teraz już noty były na poziomie 3 w trzech meczach z rzędu (z Bytovią była nawet dwójka) i to oddaje mizerię tego zawodnika. Trener Brzęczek chyba powoli tracił cierpliwość i mecz z Chojniczanką był ostatnim występem Maćka.
Tym, który miał błyszczeć po stronie lewej był Adrian Frańczak lub Krzysztof Wołkowicz – tradycyjnie zawodnik 1-2 meczów na rundę. Z Arką w przypadku Wołka było bardzo słabo, z Kluczborkiem natomiast dobre zawody i gol. Generalnie nie było źle. W Legnicy został wystawiony w ataku, ale gola strzelił już po wycofaniu do pomocy. Z Miedzią i Bełchatowem grał Frańczak – średnio. Bardzo słabo Adrian natomiast wypadł z Sandecją, w pamięci mamy przede wszystkim kiks i w konsekwencji faul w polu karnym, po którym sędzia podyktował jedenastkę. Zarówno Wołek jak i Frańczak zaliczyli jeszcze kilka meczów na skrzydle pomocy, ale efektów z tego nie było żadnych.
Swoje kilka minut mieli jeszcze na skrzydłach młodzi: Patryk Szymański, Paweł Szołtys i Przemysław Sawicki.
Najlepiej zaprezentował się Szymański, który jak już wiemy, stał się zawodnikiem Jagiellonii Białystok. Z aktywów to najpierw w dwie minuty po jego wejściu na boisko padła bramka, w której miał pewien udział. Zawodnik w niektórych meczach wchodził z ławki i trochę wiatru robił, ale ciekawi byliśmy jego występu od pierwszej minuty. Tak się stało z Bytovią, ale cała drużyna zagrała beznadziejnie. Z Chojniczanką również wyszedł w podstawowym składzie, ale bez efektywności. Odwrotnie było w Bydgoszczy, wszedł na ostatnie 20 minut i GieKSa strzeliła trzy bramki, a jedną z nich Patryk. To było prawdziwe wejście smoka. Z Wisłą zagrał od początku – również dobrze. Uważamy, że pozbycie się tego zawodnika może odbijać się czkawką…
Paweł Szołtys – nie będzie kłamstwem, jeśli powiemy, że gdyby nie absencje Mateusza Kuchty, to Paweł mógłby nie powąchać murawy. Z Arką zagrał od pierwszej minuty, bardzo kiepsko. Potem w kilku meczach, gdy wchodził na zmianę pisaliśmy, że rozruszał nieco grę ofensywną, a z Pogonią po ciekawej akcji wypracował zwycięskiego gola. Potem jednak było już bardzo słabo – nawet jak wychodził w pierwszym składzie – z Olimpią i Rozwojem. Z Chojniczanką dalej było słabo, ale zanotował asystę z rzutu rożnego, kiedy Zahorski wyrównał. Z Chrobrym to był już istny dramat, same straty i złe podania. Generalnie ta wiosna była bardzo mizerna w wykonaniu zawodnika, na jesień prezentował się lepiej.
Przemysław Sawicki zaczął z Arką, ale potem musiał czekać do wystepu aż do meczu z Chrobrym. Na ostatnie dwa mecze wyszedł w pierwszym składzie. Nie pokazał w tych meczach w zasadzie nic, choć w Bydgoszczy był całkiem aktywny.
No i na deser – Oskar Stanik, który w doliczonym czasie gry zmienił Sawickiego (dlatego tu go ujmujemy) i strzelił cudowną bramkę – palce lizać, do dziś jesteśmy pod wrażeniem tego gola!
Podsumowanie
Szczerze mówiąc formacja pomocy na następny sezon to wielka niewiadoma. Nadal nie wiemy, kto odejdzie, kto zostanie. Faktem jest, że jedynym pewniakiem był Łukasz Pielorz. Cała reszta to były rotacje. Raz Łukaszowi towarzyszył Duda, raz Leimonas, czasem inni. Jako rozgrywający zawodził Iwan, trener próbował Wołkowicza, Goncerza, ale nadal to było kombinowanie niż pewność. Na skrzydłach to już zupełnie był misz masz. Tu mieliśmy coraz słabszego Bębenka, tutaj bezproduktywnego Wołkowicza. Kombinowanie z Szołtysem również nic nie dawało.
To wszystko sprawia, że linia pomocy wydaje się całkowicie do przebudowy. W Bębenka co prawda jeszcze można wierzyć, ale pojawia się pytanie, czy zawodnik jest przygotowany mentalnie. Zobaczymy, jakie będą kolejne ruchy kadrowe.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

Mecza
18 czerwca 2016 at 13:33
Iwan nie podobał mi się już za czasów Nawałki mimo że strzelił kilka bramek, on po prostu za mało biega. Przyszedł do nas kilka lat starszy i miał być zbawieniem.
obiektywny
18 czerwca 2016 at 15:11
Szymański nie stał się zawodnikiem Jageilonii.