Piłka nożna Prasówka
Media o wczorajszym meczu: Kapitalny mecz w Częstochowie
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania półfinałowego Pucharu Polski Raków Częstochowa – GKS Katowice.
weszlo.com – Raków wstał niczym feniks z popiołów! To nie czas, by go skreślać
Poznaliśmy drugiego finalistę Pucharu Polski! Drugiego maja na Stadionie Narodowym z Górnikiem Zabrze zmierzy się Raków Częstochowa, który pokazał, że awans można wywalczyć, mimo absolutnie fatalnych 45 minut. Piłkarze Łukasza Tomczyka w imponujący sposób wstali z kolan i odwrócili losy rywalizacji, tworząc przy tym naprawdę kapitalne widowisko.
[…]Gra Medalików też często w ostatnich tygodniach pozostawiała wiele do życzenia, więc po pierwszej połowie półfinału z GieKSą większość – w tym także i my – raczej już skreślała wicemistrzów Polski.
Zwyczajnie nie było argumentów, przemawiających za tym, że Raków będzie w stanie jeszcze się podnieść. A jednak, zamknął nam usta i w kilkanaście minut przerwy, jakby stał się całkowicie nową drużyną. Ekipa spod Jasnej Góry po fenomenalnym boju wywalczyła awans do finału, ale jednocześnie dokonała czegoś może i bardziej istotnego – udowodniła, że to zdecydowanie za szybko, by ją skreślać.
[…] A GKS częściej się bronił, ale gdy już wychodził z atakiem, to praktycznie za każdym razem robiło się gorąco pod bramką Oliwiera Zycha. Zwłaszcza w pierwszych minutach bazował na szybkich atakach i stałych fragmentach. Po jednym z nich bardzo ładne uderzenie z dystansu oddał Sebastian Milewski, którym mocno postraszył bramkarza rywala.
Z biegiem czasu Katowiczanie coraz chętniej decydowali się także na próby odbiorów bliżej bramki Rakowa i to okazało się niezwykle skuteczne. Piłkarze gospodarzy popełniali kolejne błędy, gubili się, byli mocno niedokładni, a przeciwnicy skrzętnie z tego korzystali. Pierwszy gol to właśnie odbiór na połowie rywala, świetne zachowanie Nowaka, który podał do pozostawionego bez opieki Jirki. W polu karnym zdążył przyjąć piłkę, jeszcze ją sobie poprawić, spojrzeć jak ustawiony jest bramkarz i wciąż bez nacisku ze strony przeciwnika oddać strzał. Podobnie jak w kilku poprzednich meczach, wyjątkowo bierna postawa defensorów Medalików.
Tych strat Rakowa na własnej połowie było jednak znacznie więcej. Po fatalnym zachowaniu Iviego Lopeza, w doskonałej okazji znalazł się Nowak, ale jakby litując się nad byłym zespołem, uderzył niecelnie. Kolejna zbliżona sytuacja, to kąśliwy strzał Jirki, z którym zdołał poradzić sobie Zych.
W końcu gospodarze się doigrali, a to za sprawą Oskara Repki. Były piłkarz GieKSy najpierw przez swoją nieuwagę w bardzo prosty sposób stracił piłkę, a chwilę później był mocno spóźniony, przy próbie powstrzymania Nowaka. Bezsprzeczny karny, który pewnie został wykorzystany przez Arkadiusza Jędrycha.
Po przerwie mogliśmy odnieść wrażenie, jakby w czerwonych koszulkach na boisko wybiegli kompletnie inni piłkarze, niż ci, którzy grali przez pierwsze 45 minut. Raków wyglądał jakby w przerwie sztab szkoleniowy użył czarodziejskiej różdżki i stworzył całkiem nowy zespół. To błyskawicznie dało efekty. Najpierw – w końcu – szybka, składna akcja, kilka wymienionych podań i po dobrym wykończeniu Brunesa gospodarze złapali kontakt.
Chwilę później niezwykle ambitnie powalczył Paweł Dawidowicz i udało mu się wywalczyć rzut rożny dla swojego zespołu. Dośrodkowanie Ameyawa, główka Racovitana i drugie trafienie Medalików. Nie minęło nawet pięć minut drugiej połowy, a już znów tablica wyników pokazywała taką samą wartość dla obu stron.
Kolejne fragmenty drugiej połowy pokazały, że te dwa trafienia nie były dziełem przypadku, tylko rzeczywiście, na boisku jest już kompletnie inny Raków. Już nie notował tylu strat, nie pozwalał rywalowi na tak wiele i zaczął znacznie lepiej radzić sobie w ataku. Całkowicie przejął kontrolę i regularnie niepokoił Dawida Kudłę. GKS był bezradny niczym Raków w pierwszej odsłonie i tylko odpierał kolejne ataki. Była choćby kolejna dobra próba Brunesa.
Piłkarze Łukasza Tomczyka w końcu dopięli swego. Mocno pechowa interwencja Martena Kuuska, ale ręka i podyktowany rzut karny nie podlegał dyskusji. Piłkę uderzoną z 11. metra przez Brunesa odbił Kudła, tyle że szczęście znów było po stronie gospodarzy. Dobitkę wykorzystał Lamine Diaby-Fadiga. Mimo sporych wątpliwości, sędziowie VAR uznali, że bramka została zdobyta zgodnie z przepisami.
Raków naprawdę grał dobrze, mógł się podobać, wydawało się, że w pełni kontroluje przebieg spotkania, ale zemściło się to, jak słabo wyglądał w pierwszej części. Gdyby nie tylko jeden gol przewagi, to nie musiałby do samego końca drzeć o końcowy wynik. A tak, wystarczyło, że w polu karnym rywala świetnie odnalazł się Adam Zrelak. Po jego uderzeniu znów mieliśmy remis.
GKS był nawet o krok, by w doliczonym czasie gry zadać decydujący cios. W polu karnym po kontakcie z Racovitanem upadł Borja Galan. Sędzia początkowo odgwizdał spalonego, jednak po analizie VAR okazało się, że ofsajdu nie było, ale przewinienia rumuńskiego stopera gospodarzy również. Tylko to spowodowało, że kwestia awansu do finału w podstawowym czasie pozostała nierozstrzygnięta.
Długo się wydawało, że w dogrywce oba zespoły będą grały już na przeczekanie. Przeważy stawka spotkania i zmęczenie, które było mocno widoczne u wielu zawodników. W pierwszej części dokładnie tak to wyglądało. Tylko że ostatni kwadrans tej 120-minutowej rywalizacji znów dostarczył kolejne wielkie emocje tego wieczoru. Najpierw po rzucie wolnym trafił Leonardo Rocha – swoją drogą, niezwykle symboliczne, że akurat on – ale to zamiast podłamać GieKSę, dało jej sporo animuszu do ataku.
Goście rzucili wszystkie siły do ofensywy i to w końcu dało oczekiwany rezultat. Kapitalne uderzenie z dystansu Emana Markovicia sprawiło, że oglądaliśmy już ósmą bramkę w tym meczu i jednocześnie doprowadziło to do serii rzutów karnych.
W końcowej batalii Raków pokazał swoją wyższość. Gospodarze pewnie wykorzystali wszystkie swoje próby, a bohaterem tego widowiska został Oliwier Zych. Najpierw przez 120 minut kilkukrotnie swoimi interwencjami ratował zespół, a w serii jedenastek popisał się kolejnymi dwoma skutecznymi paradami. Wyczuł interwencję Erika Jirki oraz Sebastiana Milewskiego, czym wprowadził wicemistrzów Polski do wielkiego finału Pucharu Polski.
dziennikzachodni.pl – Dramatyczny bój i zwroty akcji w półfinale STS Pucharu Polski. Zadecydowały karne
W rozegranym 9 kwietnia meczu półfinałowym STS Pucharu Polski Raków Częstochowa rywalizował z GKS Katowice. Spotkanie było bardzo dramatyczne i obfitowało w zwroty akcji, a kibice zobaczyli w nim aż osiem bramek. Zwycięzcę wyłoniły dopiero rzuty karne.
[…] Czwartkowy mecz w Częstochowie był znacznie ciekawszy niż ostatni ligowy pojedynek na tym stadionie. Obie drużyny grały otwarty futbol, a kibice wypełniający trybuny kameralnego obiektu nie mogli narzekać na nudę oglądając dramatyczny bój pełny zwrotów akcji, który zakończył się konkursem rzutów karnych.
Gospodarze musieli radzić sobie na ławce bez trenera Łukasza Tomczyka, który pauzował za czerwoną kartkę obejrzaną w PP w Świdniku jeszcze w ubiegłym roku, gdy prowadził Polonię Bytom. Młody szkoleniowiec oglądał spotkanie z wysokości trybun.
Na początku spotkania bramkarza Rakowa postraszył uderzeniem Sebastiana Milewskiego z woleja, ale Oliwier Zych zdołał odbić piłkę. Częstochowianie odpowiedzieli strzałem Iviego Lopeza z rzutu wolnego, z którym poradził sobie Dawid Kudła.
Podopieczni trenera Rafała Góraka objęli prowadzenie po golu Erika Jirki. Słowak prezcyjnie uderzył z 10 m w długi róg, a asystę przy tym trafieniu zaliczył Bartosz Nowak. Były pomocnik Częstochowian po stracie Iviego Lopeza mógł podwyższyć wynik, ale będąc sam na sam z bramkarzem strzelił obok słupka.
Nowak dał o sobie znać jeszcze przed przerwą, gdy w polu karnym Rakowa sfaulował go były gracz Katowiczan Oskar Repka. Sędzia odgwizdał jedenastkę, którą pewnie wykorzystał kapitan GieKSy Arkadiusz Jędrych.
W I połowie GieKSa była zespołem lepszym bezlitośnie wykorzystując błędy Rakowa. W przerwie w szatni Częstochowian musiało być gorąco, bo po zmianie stron na boisko wyszedł odmieniony zespół gospodarzy, który błyskawicznie odrobił straty. Najpierw po podaniu Jeana Carlosa do siatki trafił Jonatan Braut Brunes, a 2 minuty później po centrze z rogu Michaela Ameyawa główką do wyrównania doprowadził Bogdan Racovitan.
Teraz to Katowiczanie popełniali proste błędy. Wprowadzony w II połowie na boisko Marten Kuusk bezsensownie dotknął piłki ręką w polu karnym i tym razem jedenastkę mieli gospodarze. Strzał Brunesa obronił Kudła, ale wobec dobitki Lamine Diaby-Fadigi był już bezradny. Sędziowie VAR długo analizowali czy piłkarze przy karnym nie wbiegli wcześniej w szesnastkę, ale ostatecznie uznali gola.
Emocje były ogromne, a piłkarzom puszczały nerwy, czego efektem były przepychanki Zycha z Jędrychem w bramce Częstochowian. Sędzia doliczył do regulaminowego czasu gry aż osiem minut i w czwartej z nich po akcji rezerwowych goście doprowadzili do dogrywki. Po centrze Emana Markovicia wyrównał Adam Zrelak.
W dogrywce gola dla Rakowa strzelił rezerwowy Leonardo Rocha muskając piłkę głową po dośrodkowaniu Karola Struskiego. Katowiczanie atakowali jednak do końca i Eman Marković doprowadził do karnych. W nich lepsi okazali się Częstochowianie, bo jedenastek nie wykorzystali Jirka i Milewski.
Pięć gorących wniosków po dramatycznym półfinale Pucharu Polski Rakowa z GKS Katowice
W czwartek 9 kwietnia Raków Częstochowa grał w półfinale STS Pucharu Polski z GKS Katowice. Walka o awans do finału, w którym czekał już Górnik Zabrze, była bardzo zacięta. Zobacz pięć gorących wniosków po dramatycznym meczu Raków – GKS Katowice.
Półfinały mecz STS Pucharu Polski Rakowa z GKS Katowice dostarczył ponad 5 tysięcy kibiców na zondacrypto Arenie i setkom tysięcy przed telewizorami ogromnych emocji. Spotkanie było bardzo dramatyczne, a sytuacja na boisku zmieniała się jak w kalejdoskopie. Ostatecznie po rzutach karnych do finału PP awansowali Częstochowianie i 2 maja zagrają na PGE Narodowym z Górnikiem o to trofeum oraz 5 mln zł premii.
Zobacz pięć gorących wniosków po pojedynku Rakowa z GKS Katowice:
1. Wspaniałe widowisko w Częstochowie. O tym meczu będzie się bardzo długo pamiętać. Emocje były ogromne, a kibice obejrzeli przez 120 minut aż osiem bramek. Dramaturgia i zwroty akcji sprawiły, że fani zagryzali palce z nerwów, a na koniec obejrzeli rzuty karne, bo to dopiero one wyłoniły zwycięzcę pojedynku dwóch drużyn z województwa śląskiego.
2. Ważna rola rezerwowych we współczesnej piłce. Trzeciego gola dla Rakowa strzelił zawodnik, który wszedł na boisko po przerwie, a wyrównanie dla GieKSy padło po akcji zmienników. W dogrywce również do siatki trafili rezerwowi zdobywając w sumie połowę bramek w tym spotkaniu. To dobrze świadczy o nosie szkoleniowców, którzy trafili ze zmianami, nawet jeśli nie każdy z nich mógł siedzieć na trenerskiej ławce i jak Łukasz Tomczyk musiał dyrygować zespołem z trybun.
3. Za dużo sędziowskich kontrowersji. To był kolejny mecz w Częstochowie, w którym bardzo dużo mówiło się o pracy arbitrów. Nie wszystkie decyzje Karola Arysa były zrozumiałe, mimo wsparcia dla sędziego ze Szczecina z wozu VAR, a tłumaczenie, że Lamine Diaby-Fadiga dobijając karnego Jonatana Brunesa co prawda wbiegł w pole karne, ale nie dotknął nogą trawy, choć jest zgodne z przepisami gry w piłkę nożną, jest po prostu kuriozalne. Najwyższa pora uprościć zalecenia dla arbitrów, a nie je komplikować.
4. Raków ma patent na GKS Katowice. To był trzeci w tym sezonie mecz tych dwóch klubów i po raz trzeci lepsze okazały się „Medaliki”. W PKO Ekstraklasie Częstochowianie pokonali Katowiczan różnicą jednej bramki zarówno na wyjeździe jak u i siebie po trafieniach Jonatana Brauta Brunesa. Teraz Norweg też trafił do siatki, ale o sukcesie gospodarzy zadecydowała seria jedenastek.
5. Oliwier Zych bohaterem Częstochowian. Bramkarz Rakowa puścił w tym spotkaniu cztery gole, a jednak to on został jego bohaterem broniąc rzut karny Erika Jirki. Wypożyczony z Aston Villi golkiper stracił ostatnio miejsce w składzie „Medalików”, ale Kacper Trelowski w pojedynku z Widzewem doznał kontuzji i Zych w wielkim stylu wrócił między słupki.
Kibice GieKSy dopingowali swój zespół w Częstochowie. Fani z Katowic wypełnili sektor gości
W czwartkowe popołudnie 9 kwietnia Raków grał w półfinale STS Pucharu Polski z GKS Katowice. Fani Katowiczan wypełnili sektor gości na zondacrypto Arenie i głośno dopingowali swój zespół w Częstochowie.
Półfinałowe starcie Rakowa z GKS Katowice cieszyło się dużym zainteresowaniem kibiców. Sympatycy futbolu wypełnili trybuny kameralnego stadionu w Częstochowie.
Na zondacrypto Arena pojawili się też fani GieKSy, którzy szczelnie zapełnili sektor gości. Katowiczanie dostali na to spotkanie 300 biletów i właśnie tylu kibiców drużyny trenera Rafała Góraka pojawiło się pod Jasną Górą.
Ubrani w klubowe barwy sympatycy GKS tworzyli w sektorze za bramką prawdziwą „żółtą ścianę”. Goście głośno dopingowali swój zespół starając się wspierać piłkarzy z Katowic walczących o pierwszy od blisko 30 lat awans do finału Pucharu Polski.
Po pierwszej połowie przyjezdni mieli świetne humory, bo ich drużyna prowadziła 2:0, ale w drugiej odsłonie nie mieli powodów do radości, gdyż w po przerwie gospodarze z nawiązką odrobili straty. W doliczonym czasie gry ku ich wielkiej radości Adam Zrelak doprowadził jednak do dogrywki, ale po rzutach karnych zasmuceni wracali na Śląsk.
gol24.pl – Sędziowie przekręcili GKS Katowice w półfinale z Rakowem Częstochowa? Kontrowersje w meczu o finał na PGE Narodowym
W środę, Górnik Zabrze został pierwszym tegorocznym finalistą Pucharu Polski. Zabranie ograli Zawiszę Bydgoszcz 1:0. W czwartek odbędzie się drugi półfinał. Raków Częstochowa zmierzy się z GKS-em Katowice. Jeśli wygrają goście, w Warszawie dojdzie do Śląskiego Klasyka!
[…] W drugim półfinale Raków Częstochowa zmierzy się z GKS-em Katowice. Dla Rakowa będzie to szansa na czwarty finał Pucharu Polski w ostatnich sześciu latach!
Lekkim faworytem jest Raków, ale GKS Katowice nie jest łatwym rywalem. W tabeli PKO Ekstraklasy, oba kluby ze sobą sąsiadują. Medaliki są na 6. miejscu, a Katowiczanie na 7. miejscu w tabeli. Mają identyczną liczbę punktów – po 39. Raków wyprzedza rywali o jedną bramkę i przez dwie wygrane w tym sezonie, oba po 1:0. Raków w ostatnich pięciu meczach z GKS-em wygrał cztery razy. Jedyna porażka miała miejsce w lutym 2025 roku 1:2.
Jeśli wygra GKS Katowice, to w wielkim finale w Warszawie dojdzie do starcia dwóch ekip ze Śląska.
No i mamy dwie kontrowersje w półfinale STS Pucharu Polski. Sędzia nie zdecydował się po analizie VAR przyznać rzutu karnego dla GKS Katowice za rzekomy faul na Borjy Galanie. Wcześniej pojawiły się także wątpliwości dotyczące wcześniejszego wbiegnięcia w pole karne Lamine’a Diaby’ego Fadigi podczas skutecznej próby dobitki rzutu karnego.
– Dobra decyzja sędziego głównego, faulu nie było, spalonego też nie było – mówił w studiu TVP Sport ekspert i były reprezentant Polski Jakub Wawrzyniak. Co dokładnie wydarzyło się w ostatnich minutach przed dogrywką? Chodzi o sytuację, w której Racovitan wpadł w rywala, a następnie trącił go lekko uniesioną nogą.
Ja te sytuacje widziałem inaczej. Nie rozumiem dlaczego nie było dla nas karnego w ostatniej akcji czasu regulaminowego. Nie wiem dlaczego gol Fadigi został uznany. Boli mnie to, ale gratuluję Rakowowi – tłumaczył z kolei po meczu oburzony trener gości Rafał Górak, który kontrowersyjne sytuacje widział zupełnie inaczej..
– Jestem dumny z drużyny i pokazu śląskiego charakteru. Porażki uczą. Jestem dumny z chłopaków. Dziękuję im, dziękuję kibicom – zakończył na konferencji prasowej (cytat za Kamilem Głębockim).
Kontrowersją było też wyraźne wcześniejsze wbiegnięcie Lamine’a Diaby’ego Fadigi w pole karne podczas wykonywania rzutu karnego przez Jonatana Brauta Brunesa, którego uderzenie obronił i odbił przed siebie stojący w bramce przyjezdnych Dawid Kudła. – Wbieganie „bez dotykania stopą”: Przepisy dotyczą pozycji zawodnika, a nie tylko miejsca pierwszego kontaktu z podłożem. Jeśli część ciała zawodnika znajduje się nad linią pola karnego lub za nią przed strzałem, jest to traktowane jako przewinienie, o ile ma wpływ na grę – przypomniał przepisy na portalu X użytkownik Kamil Wilk.
– Ja Ci wyjaśnię, po prostu błąd sędziego, VAR-u i wszystkich świętych. Tutaj nie można uznać bramki – dodał swoje trzy grosze Zbigniew Boniek.
sportowefakty.wp.pl – Raków w finale Pucharu Polski! Kapitalny mecz w Częstochowie
Kapitalne starcie w półfinale Pucharu Polski w Częstochowie. Po dogrywce Raków zremisował GKS-em Katowice 4:4. W rzutach karnych lepsi okazali się gospodarze.
[…] W Częstochowie faworytem był Raków, ale swoje ambicje miał dobrze grający GKS. I to właśnie ekipa z Katowic jako pierwsza zaczęła zagrażać Oliwierowi Zychowi. W 6. minucie Sebastian Milewski uderzył z dystansu. Bramkarz końcami palców wybił piłkę na rzut rożny.
Gospodarze odpowiedzieli po niewiele ponad kwadransie. Ivi Lopez uderzył z rzutu wolnego z ok. 30 metrów. Dawid Kudła wybił piłkę ponad poprzeczkę. Osiem minut później cieszyć mogli się goście. W polu karnym piłkę zgrał Bartosz Nowak. Przyjął ją Erik Jirka i niepilnowany z ok. dziesięciu metrów pokonał Zycha.
Częstochowianie po stracie gola pogubili się. W 28. minucie podali piłkę… Nowakowi, który w sytuacji sam na sam uderzył tuż obok słupka. Po chwili groźnie z dystansu przymierzył Jirka. Zych kolejny raz uratował swój zespół.
W 36. minucie błąd w tyłach popełnili z kolei goście. Przed szansą stanął Jonatan Braut Brunes. Kudła odbił piłkę, po chwili ponad poprzeczką uderzył Mateusz Struski.
Trzy minuty później Raków miał kolejny problem. Oskar Repka nadepnął w polu karnym Nowaka. Sędzia podyktował rzut karny, którego na gola pewnym strzałem zamienił Arkadiusz Jędrych.
Po zmianie stron gospodarze potrzebowali zaledwie czterech minut, aby wyrównać. W 47. minucie precyzyjny, płaski strzał z ok. 20 metrów oddał Brunes. Kudła nie był w stanie sięgnąć piłki.
Kilkadziesiąt sekund później Lamine Diaby-Fadiga dośrodkował, a niepilnowany Bogdan Racovitan głową z sześciu metrów pokonał Kudłę. Gospodarze poczuli siłę, GKS pogubił się. Gospodarze szukali swojego pierwszego w meczu prowadzenia. Brakowało im jednak zimnej krwi pod bramką gości.
[…] W dogrywce dużo mniej działo się pod bramkami. Piłkarze już nie mieli tylu sił i nie zamierzali odkrywać się przed rywalem. Dopiero w 110. minucie gospodarze stanęli przed szansą na zdobycie zwycięskiej bramki. Fadiga uderzał z siedmiu metrów, ale przestrzelił.
Chwilę później padł gol dla gospodarzy. Karol Struski dośrodkował z rzutu wolnego, a Leonardo Rocha głową wpakował piłkę do bramki strzeżonej przez Dawida Kudłę. Raków nie dowiózł jednobramkowego prowadzenia. W 116. minucie Eman Markovic uderzył z dystansu. Nie do obrony!
O wszystkim zadecydować miały rzuty karne. W nich w 3. serii strzał Erika Jirki obronił Zych. W 4. kolejce bramkarz Rakowa odbił strzał Sebastiana Milewskiego. Gospodarze byli bezbłędni.
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















Najnowsze komentarze