Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu: Podbudowany GKS czy pogrążony w kryzysie Widzew?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wieczornego pucharowego spotkania GKS Katowice – Widzew Łódź. 

dziennikzachodni.pl – Piłkarze GKS Katowice piszą nową historię. We wtorek zagrają o awans i pieniądze. Tylko ta godzina…

We wtorek o 20.45 na Nowej Bukowej rozpocznie się mecz ćwierćfinałowy Pucharu Polski GKS Katowice – Widzew Łódź.

Piłkarze GKS Katowice po raz ostatni w ćwierćfinale rozgrywek o Puchar Polski grali w edycji 2003/04. Uporali się wówczas z Amicą Wronki (3:0 u siebie i 1:1 na wyjeździe), dzięki czemu awansowali do półfinału, w którym przegrali z Lechem Poznań 1:2 i 2:4.

Był to ostatni sukces klubu z Bukowej, nad którym zbierały się już czarne chmury. Dwa lata później GKS spadł z Ekstraklasy, a ze względu na bankructwo finansowe rozpoczął odbudowę od czwartej ligi. Do elity powrócił dopiero po blisko dwóch dekadach, jesienią 2024. W beniaminkowym sezonie zespół Rafała Góraka w Pucharze dotarł do 1/16, teraz już zameldował się w ćwierćfinale pokonując po drodze u siebie po dogrywce Wisłę Płock (4:2), na wyjeździe ŁKS Łódź (2:1) i na Nowej Bukowej Jagiellonię Białystok (3:1).

We wtorek o 20.45 GKS zmierzy się w Katowicach z Widzewem Łódź. Godzina może stanowić pewien problem – w przypadku dogrywki i rzutów karnych kibice wrócą do domów po północy.

Oprócz awansu do półfinału stawką są pieniądze. Za 1/4 premia wynosi 190.000 zł, kolejna runda podwaja kwotę przelewu. Z Łodzi z kolei docierają wieści, że ten mecz to być albo nie być dla trenera Widzewa Igora Jovicevicia.

GKS po Puchar sięgał trzykrotnie. W 2026 roku przypada 40-lecie pierwszego takiego triumfu. Od ostatniego mijają 33 lata.

gol24.pl – Mecz prawdy w Pucharze Polski

Wtorkowy mecz GKS Katowice – Widzew Łódź wyłoni nam pierwszego półfinalistę STS Pucharu Polski. Z medialnych doniesień wynika, że trener gości Igor Jovicević gra już o posadę.

[…] Widzew miał zawojować wiosną Ekstraklasę. Na razie jest w niej jednak największym rozczarowaniem, o czym świadczą kolejne porażki i miejsce w tabeli – w strefie spadkowej, przedostatnie. – Pieniądze trzeba umieć wydawać – mówi Zbigniew Boniek (dla Prawdy Futbolu) o transferach za łącznie około 100 mln złotych. – Gdyby miał dziś ich sprzedać to pewnie ciężko byłoby wziąć z 20-30 procent tej kwoty. Jest mi przykro! Wydawało mi się, że trener sobie poradzi. Sytuacja jest jednak szalenie ciężka.

Miesiąc temu Widzew już przegrał w Katowicach, tyle że w lidze. Teraz stawką jest pozostanie w grze o Puchar Polski gwarantujący udział w eliminacjach Ligi Europy. A to jest już właściwie jedyny (poza wywalczeniem utrzymania!) cel Łodzian na resztę sezonu. Media już w roli „strażaka” wymieniają byłego selekcjonera Czesława Michniewicza.

laczynaspilka.pl – Podbudowany GKS czy pogrążony w kryzysie Widzew. Kto zrobi krok w kierunku Europy?

Patrząc wyłącznie na budżety faworytem zdecydowanym wtorkowego spotkania powinien być Widzew. Sportowo sytuacja jest jednak zgoła odwrotna i to właśnie zwycięstwo łodzian będzie uznawane za małą niespodziankę.

Dla ekipy z Łodzi Puchar Polski to ostatnia szansa na uratowanie tego sezonu, w kontekście wywalczenia trofeum oraz przepustki do europejskich pucharów. Bo takie były założenia jeszcze kilka tygodni temu. – Nie patrzymy na europejskie rozgrywki, ale wiemy, że Puchar Polski może mocno nam w tym pomóc – mówiono w trakcie przerwy zimowej, gdy do Widzewa trafiali kolejni uznani zawodnicy. Z drugiej strony dzisiaj największym osiągnięciem Widzewa będzie… utrzymanie, bo sytuacja w PKO BP Ekstraklasie robi się coraz mniej ciekawa. Widzew jest przedostatni, do ostatniej bezpiecznej lokaty traci dwa punkty – Arka ma jednak spotkanie rozegrane mniej – i to co jeszcze kilka tygodni temu wydawało się nierealne, dzisiaj jest coraz większym zagrożeniem.

W tym natłoku ligowych zmartwień pucharowa potyczka może być swoistym oderwaniem, naprowadzeniem na zwycięskie tory. Wszyscy w Łodzi zdają sobie jednak sprawę, że o to będzie bardzo ciężko. GKS Katowice pod wieloma względami to przeciwieństwo Widzewa. Bo chociaż finansowo nie znajduje się tak zupełnie na przeciwległym biegunie, to jednak dzisiaj więcej oba kluby dzieli niż łączy. W natłoku zmian, które w Widzewie są traktowane jako jedyna recepta na lepsze jutro, trener Rafał Górak bije rekord ciągłości pracy przy ulicy Bukowej. – Przeżyliśmy wiele w klubie, były momenty, gdy już właściwie byłem zwolniony, ale wtedy właśnie dobra i efektywna praca przynosiła efekty. Dzisiaj cały czas zbieramy tego owoce – mówi Górak, który w Katowicach pracuje od 2019 roku, a drużynę przejmował jeszcze w drugiej lidze.

Widzew drogę przeszedł podobną, ale dzisiaj ma zdecydowanie większe ambicje. W tym roku nie przekłada tego jednak na wynik sportowy. Łodzianie z pięciu tegorocznych meczów ligowych wygrali tylko jeden, na wyjeździe z Wisłą Płock. W miniony weekend przegrali z Pogonią Szczecin, która również przed tym meczem nie miała łatwej sytuacji. – Są takie momenty w piłce, gdy czasami nie wychodzi. To jest moje zadanie, by z tego trudnego momentu wyjść, poszukać rozwiązań. Bo na boisku kontrolujemy mecze, ale wyników z tego nie ma, niestety. To musimy zmienić. Kluczem jest zawsze zdobycie bramki, bo to wzmacnia zespół mentalnie – mówi szkoleniowiec Widzewa, Igor Jovićević, który bierze pełną odpowiedzialność za obecną sytuację drużyny. – Przez trudny okres przechodzimy wszyscy razem, zespół, sztab szkoleniowy i ja – dodaje.

W Katowicach nastroje zupełnie inne, bo chociaż przez długi czas wydawało się, że ubiegłoroczny beniaminek będzie bronił się przed spadkiem, to dzisiaj bliżej mu do czwartego miejsca niż do strefy spadkowej. A katowiczanie mają jeszcze spotkanie zaległe z Jagiellonią Białystok z rundy jesiennej. – Teraz nie myślimy jednak o lidze, najważniejsze jest spotkanie pucharowe z Widzewem. Mecz ten w pewien sposób zdefiniuje nasze cele na rundę wiosenną, bo stać nas na wiele. Chcemy awansować do najlepszej czwórki PP, a potem powalczyć o wielki finał. Ale najpierw trzeba pokonać Widzew – mówi Marcel Wędrychowski, który w miniony weekend, w meczu z Górnikiem Zabrze, zdobył pierwszą swoją bramkę w trójkolorowych barwach.

Sobotni mecz był dla katowiczan próbą generalną przed spotkaniem Pucharu Polski. – Zastanawialiśmy się ze sztabem nawet nad trzema zmianami w składzie, biorąc pod uwagę mocne strony Górnika, ale myśleliśmy już także o pucharowym meczu – mówił po sobotnim spotkaniu trener Górak, który ma jasny cel na wtorkowy wieczór. – Prawda jest taka, że każde zwycięstwo buduje morale zespołu i nas wszystkich. Czujemy się silni, zjednoczeni i mocni. Mamy swoje marzenia i zagramy o półfinału Pucharu Polski – dodawał.

[…] Wtorkowy pojedynek szczególny będzie zapewne dla Sebastiana Bergiera. Najlepszy strzelec Widzewa, jeden z najlepszych snajperów całej ligi, w poprzednim sezonie reprezentował jeszcze barwy GKS-u. Latem rozstał się z klubem jako wolny zawodnik, mimo że otrzymał nową propozycję z Katowic. Atmosfera wokół samego odejścia nie była zatem najlepsza. – Ja zawsze będę darzył sporą sympatią klub z Katowic, bo wiele tutaj osiągnęliśmy. Teraz skupiam się już jednak na Widzewie – mówi 26-letni napastnik, który w tym sezonie ma już na swoim koncie jedenaście goli. W Pucharze Polski na listę strzelców się jeszcze nie wpisał.

W ekipie gospodarzy najwięcej będzie zależeć od Bartosza Nowaka. 32-latek rozgrywa najlepszy sezon, niektórzy dopominają się nawet jego powołania do reprezentacji Polski. Nie ulega wątpliwości, że od postawy Nowaka najbardziej zależna jest gra GieKSy, zwłaszcza w środkowej strefie boiska. – To na pewno bardzo dobry mój czas, ale bez wsparcia kolegów by się to wszystko nie odbyło – mówi skromnie były piłkarz Rakowa Częstochowa czy też Górnika Zabrze. Szczególny to może być wieczór również dla defensywnego pomocnika gospodarzy, Mateusza Kowalczyka. 21-latek chociaż pochodzi z Warszawy, to na szerokie piłkarskie wody wypłynął w barwach lokalnego rywala Widzewa, Łódzkiego Klubu Sportowego.

expressilustrowany.pl – Piłkarze Widzewa grają o honor, trener o uratowanie posady

Nie ma się co czarować. Atmosfera w Widzewie jest podła. Piłkarski zespół, choć wzmocniony transferami za dziesiątki milionów euro, kompletnie zawodzi w ekstraklasie.

Nadarza się okazja, by trener Igor Jovićević i jego piłkarze choć na jakiś czas przywrócili uśmiechy na twarze widzewskich kibiców.

Dziś w ćwierćfinale Pucharu Polski GKS Katowice podejmie przy Nowej Bukowej Widzew. Początek spotkania o godz. 20.45. O awansie decyduje jeden mecz i w przypadku, kiedy po 120 minutach będzie remis, zwycięzcę wyłonią rzuty karne.

Nie od dziś wiadomo, że wywalczenie Pucharu Polski to najkrótsza droga na europejskie boiska. Szansa walki o to trofeum może uratować ten sezon dla społeczności RTS.

GKS i Widzewa walczyły o ekstraklasowe punkty w sobotę, ale piłkarze tych drużyn wracali do domów w diametralnie odmiennych nastrojach. Łodzianie po słabym spotkaniu przegrali 0:1 z Pogonią Szczecin, musieli mierzyć się z uzasadnioną krytyką ze strony swoich fanów. Z kolei katowiccy zawodnicy przyjmowali gratulacje, po wygraniu derbów Górnego Śląska z Górnikiem Zabrze (3:1).

[…] Pewnie chorwacki szkoleniowiec łódzkiej drużyny zdaje sobie sprawę, że gra dziś nie tylko o poprawę atmosfery wokół klubu, ale chyba przed wszystkim o swoją zawodową przyszłość. Piłkarze zaś walczą o zawodowy honor i potwierdzeni tego, że warto była na nich wydać wiele milionów euro.

widzewtomy.net – Zapowiedź meczu GKS Katowice – Widzew Łódź

Normalnie człowiek cieszyłby się, że jego drużyna ma okazję do szybkiej rehabilitacji po nieudanym spotkaniu. Nie jednak w Widzewie, gdzie do jutrzejszego spotkania wszyscy podchodzą z wielkim niepokojem. Porażka sprawi, że ostatnie nadzieje kibiców można przełożyć na przyszły sezon, a pozostanie jedynie rozpaczliwa walka o utrzymanie.

[…] Widzew posiada zawodników jakościowych i nie mamy do tego absolutnie żadnych wątpliwości, ale są zarządzani w zły sposób, bo innego wytłumaczenia nie ma. To nie funkcjonuje. Pytanie, czy zacznie funkcjonować jutro, bo obawiamy się, że nie. Całą nadzieję należy opierać na tym, że GKS Katowice będzie miał gorszy dzień, a nam dopisze szczęście i uda się w jakikolwiek sposób wepchnąć piłkę do bramki rywala. Bo na odpowiedni plan na to spotkanie nawet nie liczymy.

„Gieksa” jest natomiast w znacznie lepszej sytuacji. Na pięć spotkań rundy wiosennej wygrali trzy, raz remisowali i tylko raz przegrali. Należy również, że w zremisowanym starciu z Legią sędziowie popełnili rażące błędy na niekorzyść drużyny ze Śląska. Na grę jutrzejszych gospodarzy patrzy się po prostu z przyjemnością, a nawet i z zazdrością. Mają pomysł, który efektywnie realizują, wykorzystując przy tym najlepsze cechy dostępnych zawodników. Katowiczanie w ostatniej kolejce pewnie pokonali Górnik Zabrze 3:1 i awansowali na dziesiąte miejsce w tabeli i tracą zaledwie cztery punkty do piątego miejsca, które może premiować grą w europejskich pucharach.

GKS ma jedną z najniższych średnich posiadania piłki na mecz w lidze i wszyscy przed meczem wiemy, że gospodarze oddadzą piłkę Widzewowi, który mając ją pod nogami, po prostu się męczy. Mają dziewiątą ofensywę ligi, która zdobyła trzydzieści jeden bramek, a straciła tylko jedną więcej. Współczynnik xG (piąty najgorszy w Ekstraklasie) wskazuje, że powinni strzelić dwadzieścia osiem goli, czyli trzy mniej niż mają. Oddają średnio dziewięć strzałów na mecz (piąty najgorszy wynik w lidze), z czego średnio pięć to strzały celne i jest to siódmy najlepszy rezultat w lidze. Są również piątą drużyną z najwyższą średnią sprintów na spotkanie.

Igor Jovićević nie tak dawno w Katowicach był i już z GKS-em przegrał. Dla nas naturalne jest, że powinny zostać wyciągnięte wnioski, a biorąc pod uwagę liczebność sztabu, to i powinien zostać wymyślony nie tylko plan B, ale i C oraz D. Taka bezradność w zbieraniu drugich piłek i w grze w powietrzu po prostu nie może się powtórzyć. Bo plan na tamto spotkanie po godzinie, a upierdliwi powiedzą, że już po pierwszej połowie, był nieskuteczny, a wręcz absurdalny.

widzew.com – Zero kalkulacji

Obecna sytuacja pierwszej drużyny Widzewa Łódź przypomina boksera zagonionego na ringu do narożnika, gdzie musi przyjmować ciosy od rywali. Niektóre nie osiągają celu, ale niektóre są bolesne w skutkach. Dlatego pucharowy mecz z GKS-em Katowice ma rangę pojedynku wagi superciężkiej.

Nie chodzi bynajmniej o to, że we wtorkowy wieczór w walce o półfinał STS Pucharu Polski spotka się dwóch największych faworytów tych rozgrywek. To mecz wagi superciężkiej przede wszystkim dla piłkarzy Widzewa. Nie tylko z powodu jego stawki, ale również z powodu ostatniej szansy na pokazanie się na piłkarskim ringu jako „fighter”, który jako zespół potrafi przetrwać najcięższe ciosy i wrócić do walki o zwycięstwa.

[…] Szansę, którą trzeba wykorzystać. Również na przełamanie niemocy z ostatnich spotkań. W meczach przeciwko Cracovii i Pogoni czerwono-biało-czerwoni strzelili zero goli i zdobyli jeden punkt. Katowiczanie wiosną prezentują się bardzo dobrze (bilans ligowych gier to 3-1-1), zaliczając między innymi ligowe zwycięstwo 1:0 nad Widzewem. Dlatego Łodzian czeka trudne wyzwanie, tym bardziej że gospodarze po raz ostatni przegrali u siebie 8 listopada ubiegłego roku.

To również szansa na odczarowanie strzeleckiej niemocy w pucharowych starciach z GieKSą. Wprawdzie w finale Pucharu Polski 1985 łódzki Widzew pokonał rywala z Katowic w serii rzutów karnych, ale wcześniej przez 120 minut gry nie padły bramki. W kolejnej pucharowej konfrontacji, w ćwierćfinale PP 1989/90, najpierw było 0:0 w Łodzi, a potem 2:0 dla GKS-u w stolicy Górnego Śląska. Wreszcie półfinał Turnieju Tysiąca Drużyn w 1997 roku. Drużyna trenera Franciszka Smudy miała szansę na dublet, niestety przegrała 0:2 przy Bukowej.

Najwyższy czas odczarować to pucharowe zero i pokazać, że Widzew Łódź to drużyna, która chce powalczyć o coś więcej niż nerwowy finisz sezonu…

lodzkisport.pl – Widzew potrzebuje cudu

Trudno być optymistą przed kolejną rundą STS Pucharu Polski. Z taką grą, jaką od dawna prezentuje Widzew, awans do półfinału będzie cudem.

[…] A zdobycie trofeum to wciąż cel Widzewa. W lidze drużynie Igora Jovicievicia idzie fatalnie, zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli. Nikt już nie marzy nawet o środku tabeli. Byle być nad kreską i się utrzymać.

Przez puchar można wejść do Europy. To możliwe, bo wystarczy wygrać jeszcze tylko trzy razy. Możliwe są w ogóle cztery scenariusz na koniec sezonu. Pierwszy najbardziej optymistyczny i w tej chwili przez kibiców wymarzony – drużyna sięga po STS Puchar Polski i utrzymuje się w lidze. Drugi: nie ma pucharu, ale jest utrzymanie. Trzeci – nie ma ani wygranej w rozgrywkach pucharowych, ani utrzymania. Ostatni – Widzew nie sięga po trofeum, ale w elicie zostaje.

Droga do ćwierćfinału nie była łatwa. Widzew pokonał Bruk-Bet Termalicę Nieciecza, Zagłębie Lubin oraz Pogoń Szczecin. Tylko z Miedziowymi grał u siebie. GKS z kolei wygrał z Wisłą Płock, ŁKS-em i Jagiellonią Białystok. Też miał więc trudno, o ile nie trudniej od Widzewa. I też ma ochotę zagrać w maju na najważniejszym polskim stadionie. Jest przecież tak blisko.

W lidze katowiczanom idzie lepiej. Jeszcze niedawno byli zespołem na poziomie Widzewa, w strefie spadkowej, teraz zajmują już 10. miejsce. Nad Widzewem mają 6 punktów przewagi. W ostatniej kolejce drużyna Rafała Góraka pokonała Górnika Zabrze 3:1. Za grę zbiera dobre recenzje. Na pewno to ona jest faworytem wtorkowego starcia.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.

Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.

***

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.

Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.

Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.

W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.

Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.

Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.

Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.

Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.

Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.

Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.

Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.

Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.

Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.

Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.

Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.

Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.

Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.

Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.

 

A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.

Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.

Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.

Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.

Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.

Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.

Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.

***

Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.

W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.

Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.

Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.

Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.

Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.

Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.

Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.

Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.

Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.

Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.

Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.

Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.

Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.

Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.

Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.

Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.

Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.

Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.

Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.

Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.

Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.

Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.

W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.

A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!

I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.

No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.

W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!

Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:

„Szanowni Klienci!

W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.

Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.

Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.

Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.

Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.

***

Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.

Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.

Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.

Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.

W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.

Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.

Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.

Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.

Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.

W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.

Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.

Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.

– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?

– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.

– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”

– Nie mam pojęcia.

Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?

To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.

Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.

Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.

Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.

Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.

Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.

Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.

***

W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.

To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga