Piłka nożna Prasówka
Media o meczu: Lech był w opałach, GKS znów dał show
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Lech Poznań – GKS Katowice 3:3 (0:1).
weszlo.com – Lech i GKS zadbały, by na finiszu ligi nie zabrakło emocji
Przez większość pierwszej połowy zapowiadało się na kolejne niemrawe widowisko, jakich w tej kolejce nie brakowało. Jak bardzo musieli żałować ci, którzy uznali, że mają już dość i wolą zamiast oglądać drugą połowę iść na spacer. Lech i GKS po przerwie wsadzili nas na karuzelę, z której żal było zsiadać, gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni.
No nie wszedł Lech w tę pierwszą połowę, jakby chciał wysłać do reszty ligi sygnał, że o odebraniu mu mistrzostwa może co najwyżej pomarzyć. W ofensywie to była jakaś kompletna apatia, totalny brak pomysłu na to, jak ukąsić rywala. Do momentu straty gola to była właściwie jedna sensowna akcja z ładną wymianą podań między Walemarkiem i Ishakiem, zakończona zmarnowaniem patelni przez Bengtssona.
W dodatku Kolejorz prosił się o kłopoty, bo GKS, który w tych początkowych minutach wyglądał znacznie konkretniej, z łatwością dochodził do sytuacji strzeleckich. Straszyli piłkarze Rafała Góraka po rzutach rożnych (w pierwszej połowie mieli ich dziewięć i przy wielu z nich śmierdziało golem) i wreszcie trafili po dośrodkowaniu, choć akurat z gry. Piłkę w pole karne dorzucił Czerwiński, Pereira przypomniał sobie o tym, że warto by w jakikolwiek sposób przeszkodzić rywalowi dopiero, gdy ten już składał się do strzału, więc Marković skorzystał i trafił na 1:0.
Gol jednak zadziałał na gospodarzy jak zimny prysznic, bo końcówka pierwszej części meczu to był zdecydowanie ich lepszy fragment. Na tyle dobry, że padł choćby ich pierwszy celny strzał, oddany przez Ishaka.
Lechici wyszli tak samo podrażnieni na drugą część spotkania i okazało się – co za zaskoczenie – że jednak opłaca się oddawać strzały. Rodriguez na przykład kopnął tak, że wydawało się, że do bramki nie trafi, ale piłka odbiła się pechowo od Jędrycha i jednak do siatki wpadła.
No i niby Lech się obudził, zaczął stwarzać więcej zagrożenia na połowie rywala, ale na swojej nadal pozwalał rywalowi na wiele. Choćby Jagiełło tylko przyglądał się jak Marković biegnie z piłką w kierunku pola karnego, ale nie reagował, tak jak Gholizadeh stał w pobliżu, ale nie pilnował Nowaka, do którego Norweg zagrał. No a Nowak z piłką na lini pola karnego bez problemu wypatrzył czekającego na podanie Szkurina i, jak to Nowak, znakomicie go obsłużył. To był popis bezradności Lecha w obronie – Skrzypczak ruszył do Nowaka kompletnie bez przekonania, opuszczając pozycję, Pereira z podobnym zaangażowaniem przeszkodził Szkurinowi w przejęciu piłki, na koniec Mońka poszedł wślizgiem na raz, więc Białorusin z łatwością go minął, a następnie pokonał Mrozka, mimo że Pereira starał się jeszcze rozpaczliwie przeszkadzać (w taki sposób, że piłka po jego interwencji odbiła się do Mońki i wróciła do Szkurina).
Lech z zeszłego sezonu to starcie pewnie by przegrał, bo z odrabianiem strat kompletnie sobie na radził (w sumie wywalczył tylko jeden punkt w meczach, w których pierwszy stracił gola, co symboliczne, był to mecz z GKS-em Katowice), tymczasem pokazał, że teraz prowadzenie rywali już go nie podłamuje. Żeby to jednak zrobić, potrzebował zmian. Trio Walemark – Bengtsson – Ishak kompletnie rozczarowało, a po wejściu Hakansa, Palmy i Agnero trybuny w Poznaniu uwierzyły, że wynik jest jeszcze do odwrócenia.
Fin i Honduranin zaliczyli naprawdę imponujące wejście. Pierwszy pokazał, że szybkość jest jego wielkim atutem – w pojedynku biegowym nie dał szans rywalom i kontrę napędzoną świetnym podaniem Palmy sfinalizował strzałem w pełnym biegu z linii pola karnego.
Nie pocieszyli się jednak tym remisem za długo gracze Nielsa Frederiksena, bo GKS po zaledwie pięciu minutach znów prowadził. Po raz kolejny kapitalną robotę wykonał Marković – napędził akcję zagraniem do Wasielewskiego, ruszył za nią w pole karne i znalazł się w nim w samą porę, by dobić piłkę odbitą przez Mrozka po strzale Jirki.
I Lech znowu się z tego dźwignął, znów po akcji zmienników. Dobrze zastawił się Agnero, po zgraniu Jagiełły piłka trafiła do Gholizadeha, który znalazł czyhającego w szesnastce Palmę. Hondurain potańczył w polu karnym z Czerwińskim, wygrał to starcie, a następnie precyzyjnym uderzeniem pokonał Strączka.
Strączka, który w końcówce swoimi interwencjami uratował skórę gościom – doskonałym wyjściem przy strzale Hakansa i wcześniej przy uderzeniu głową Agnero.
Być może gdyby mecz jeszcze trochę potrwał, Lech w końcu by coś wcisnął, bo w końcowym fragmencie napierał, natomiast całościowo trudno powiedzieć, by wynik był niesprawiedliwy. Po tym, jak Kolejorz przespał pierwszą połowę i jakie prezenty rozdawał pod swoją bramką, nie może narzekać na remis.
W kontekście ligowych rozstrzygnięć wyjaśniło się natomiast niewiele. Ani Lech nie ustawił się w dużo lepszej pozycji w walce o mistrzostwo, ani GKS nie wykonał jakiegoś wyraźnego kroku w kierunku pucharów. Liczba goli sprawia jednak, że przynajmniej mamy poczucie, iż obie drużyny zasłużenie są na tych pozycjach, na których są.
sport.tvp.pl – Szalony mecz w Poznaniu. Lech był w opałach, GKS znów dał show
Cóż to był za szalony mecz! Lech Poznań trzykrotnie przegrywał, ale za każdym razem potrafił odrobić straty. Lider PKO BP Ekstraklasy ostatecznie zremisował u siebie z GKS-em Katowice 3:3 (0:1), ale ma tylko dwa punkty przewagi nad drugim Zagłębiem Lubin.
[…] Na Bułgarską przyjechał GKS Katowice, który 9 kwietnia stoczył szalone starcie w półfinale STS Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa. Choć podopieczni Rafała Góraka prowadzili do przerwy 2:0, ostatecznie odpadli z rozgrywek, przegrywając w serii rzutów karnych. Starcie z Lechem miało równie szalony przebieg, a pierwsza połowa również zakończyła się pod dyktando katowiczan. GieKSa skutecznie komplikowała życie gospodarzom swoim mocnym pressingiem. W 38. minucie gola głową strzelił Eman Marković, który przecież trzy dni wcześniej w Częstochowie popisał się kapitalną bramką.
GieKSa w meczu z Rakowem błyskawicznie straciła gola po rozpoczęciu drugiej połowy. Katowiczanie przeżywali swoiste deja vu w Poznaniu. W 48. minucie Arkadiusz Jędrych niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki. Dwanaście minut później GieKSa znów była na prowadzeniu, gdyż Ilja Szkuryn świetnie zachował się w polu karnym, ogrywając obrońców Lecha. W 74. minucie Luis Palma uruchomił w pole karne Daniela Haakansa, który zachował zimną krew w polu karnym i perfekcyjnie zakończył sytuację sam na sam z Rafałem Strączkiem.
Zaledwie cztery minuty później do siatki znów trafił Marković, który pospieszył z dobitką po strzale Erika Jirki. Na tym poznański rollercoaster się nie zatrzymał. W 80. minucie Palma wykończył podanie Aliego Gholizadeha. Lech do przerwy grał kiepsko, ale w drugiej połowie pokazał charakter i kawał dobrego futbolu. To był piłkarski rock’n’roll. Mecz na sporej intensywności, opiewający o co najmniej kilka zwrotów akcji. Lech oddał sześć celnych strzałów, GieKSa dziewięć.
Kolejorz mimo wszystko może pluć sobie w brodę, że pozwolił wejść sobie GieKSie na głowę. Ma 46 punktów i na sześć kolejek przed końcem ma tylko dwa „oczka” przewagi nad drugim Zagłębiem Lubin i trzy nad Jagiellonią Białystok oraz Górnikiem Zabrze. GKS Katowice jest siódmy (40 pkt).
dziennikzachodni.pl – Fantastyczne widowisko i sześć bramek w Poznaniu
W rozegranym 12 kwietnia meczu 28. kolejki PKO Ekstraklasy Lech Poznań zremisował z GKS Katowice. Ponad 35 tysięcy widzów zasiadających na trybunach obejrzało fantastyczne widowisko, w którym padło aż sześć bramek.
W niedzielne popołudnie zmierzyły się dwie najlepiej punktujące drużyny PKO Ekstraklasy w tym roku, które uraczyły kibiców wspaniałym spektaklem. Katowiczanie przyjechali do Poznania do ponad dwugodzinnym czwartkowym boju w półfinale STS Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, ale po drużynie Rafała Góraka, w której zadebiutował Marius Olsen, nie było widać zmęczenia. Dość powiedzieć, że goście trzykrotnie obejmowali w tym spotkaniu prowadzenie.
GieKSa w I połowie była zespołem lepszym od mistrza Polski. Ilja Szkurin co prawda nie wykorzystał świetnej okazji strzelając tuż nad poprzeczką, ale w 38 minucie goście objęli prowadzenie. Po dośrodkowaniu Alana Czerwińskiego Eman Marković uprzedził w polu karnym Joela Pereirę i wpakował piłkę do siatki okupując tego gola rozcięciem skóry na głowie.
Prowadzący w tabeli Lech po stracie gola mocno nacisnął na Katowiczan i kilka razy pod ich bramką zrobiło się gorąco, ale Rafał Strączek do przerwy nie dał się pokonać. Zaraz po zmianie stron bramkarz GieKSy jednak skapitulował po samobójczym trafieniu Arkadiusza Jędrycha. Kapitan gości tak pechowo dotknął piłki brzuchem po dośrodkowaniu Pablo Rodrigueza, że ta wpadła do siatki.
Katowiczanie odpowiedzieli akcją marzeniem. Marković z Bartoszem Nowakiem wymienili podania na jeden kontakt wypuszczając w bój Szkurina, a Białorusin wbiegł w pole karne i pokonał bramkarza Bartosza Mrozka, który przecież przez dwa sezony występował na Bukowej. Lech wyrównał po szybkiej kontrze, którą celnym strzałem zakończył Daniel Haakans.
Nie był to jednak wcale koniec emocji. W końcówce swojego drugiego gola zdobył Marković. Norweg popisał się skuteczną dobitką po uderzeniu Erika Jirki. Poznaniacy błyskawicznie jednak wyrównali, gdy Luis Palma dał pokaz swojego talentu po podaniu Ali Gholizadeha. Później szalę wygranej na korzyść gospodarzy mogli przechylić Yannick Agnero i Haakans, ale Strączek popisał się kapitalnymi interwencjami.
ekstraklasa.org – Lech 3:3 GKS: Do 3 razy sztuka? Niekoniecznie
Trudny sprawdzian lidera. W Poznaniu Lech 3-krotnie gonił wynik i ostatecznie oba kluby musiały zadowolić się 1 punktem.
Największy hit weekendu z PKO Bank Polski Ekstraklasą kibice zobaczyli w ostatnim niedzielnym spotkaniu. GKS Katowice aż 3 razy wychodził na prowadzenie, ale Kolejorzowi za każdym razem udawało się wyrównać. Najlepszym zawodnikiem spotkania był Eman Marković, który – podobnie jak w meczu z Bruk-Bet Termalicą Nieciecza – popisał się dubletem. Bilans w Poznaniu: 23 mecze – 11 zwycięstw Lecha, 6 remisów, 6 zwycięstw Katowiczan.
gloswielkopolski.pl – Co za emocje! Kolejorz trzy razy doprowadzał do wyrównania. Kanonada przy Bułgarskiej
W niedzielę Lech Poznań miał ogromne szanse uczynić kolejny krok w drodze do obrony mistrzostwa kraju. Niestety udało się to tylko połowicznie. Po szalonym emocjonującym meczu zremisował w obecności 36 tys. widzów z GKS Katowice 3:3.
Prawie komplet kibiców od początku meczu przecierał oczy ze zdumienia. Spodziewano się, że Kolejorz rozegra ten mecz na własnych warunkach, przejmie inicjatywę i zmusi gości do głębokiej defensywy. Stało się jednak zupełnie inaczej. Lech Poznań źle wszedł w to spotkanie, nie potrafił wymienić 2-3 podań i swoją niedokładnością napędzał rywali. Zupełnie nie widać było, że w czwartek piłkarze Gieksy grali 120 minut w półfinale Pucharu Polski. Lech Poznań nie miał pomysłu, jak dobrać się do gości, a co gorsze sam nie radził sobie z pressingiem podopiecznych Rafała Góraka. GKS wcale nie zamierzał się barykadować pod swoją bramką. Grał szybciej, składniej i wyglądał jak zespół, który wie, jak wykorzystać słabszą dyspozycję lidera.
Kapitalną szansę zmarnował w 23 min. Szkurin, ale groźnie pod bramką Mrozka było już kilka razy wcześniej. Bramkarz Kolejorza ratował zespół też po niefortunnej interwencji Ishaka. Kapitan był bliski strzelenia samobója. Po 35 minutach po w strzałach 5:1 prowadzili goście, przewaga w kornerach była jeszcze większa – 7:0. Gol dla Katowiczan „wisiał w powietrzu”, choć gdyby w 25 min. świetną okazję wykorzystał Bengtsson, to Lech Poznań prowadziłby w tym meczu. Chwilę później jednak goście dopięli swego. Dośrodkował były piłkarz Lecha Alan Czerwiński, a Eman Marković uprzedził Joela Pereirę i mierzonym uderzeniem głową wpisał się na listę strzelców. Bardzo słabo grający lechici „obudzili się” dopiero w końcówce pierwszej odsłony. Przedzierał się Walemark, ale uderzył wysoko nad bramką. Pierwszy celny strzał oddał w doliczonym czasie gry Mikael Ishak, ale bramkarz GKS poradził sobie z tym uderzeniem.
Druga część zaczęła się optymistycznie dla Lecha. Już w 47 min. Pablo Rodriguez tak zagrał piłkę do Ishaka, że odbiła się ona od pleców Arkadiusza Jędrycha i wpada do bramki GKS! Kolejorz poczuł wiatr w plecy, zaatakował z większą energią, ale podanie do Mikaela Ishaka okazało się zbyt mocne dla kapitana mistrzów Polski. W 60 min. kibice znów przeżyli zimny prysznic. GKS wykorzystał słabą postawę naszej defensywy i drugą nieudaną interwencję Pereiry. Do odbitej od placów Mońki piłki dopadł Szkurin i było 1:2. W 68 minucie trener Niels Frederiksen przeprowadził aż trzy zmiany. Za Ishaka, Walemarka oraz Bengtssona weszli Agnero, Palma oraz Hakans. I była to dobra decyzja, bo po akcji Palmy z Hakansem w 74 min. Kolejorz po raz drugi doprowadził do wyrównania. Fin popisał się efektownym sprintem i kapitalnym strzałem. Bramkarz GKS był bez szans.
To nie był jeszcze koniec emocji.
W 78 min. GKS trzeci raz wykorzystał chaos w poznańskiej obronie. Źle obliczył lot piłki Gurgul, strzał Jirki obronił Mrozek, ale wobec dobitki Emana Markovica był bezradny. Kolejorz potrafił odpowiedzieć jednak po raz trzeci. Do remisu 3:3 doprowadził Luis Palma, który do asysty dorzucił gola. Honduranin dostał piłkę w polu karnym i uderzył tuż przy słupku. Ten szalony mecz mógł zakończyć się wygraną lidera. W doliczonym czasie gry świetnie dwukrotnie spisał się bramkarz GKS Rafał Strączek, który obronił strzały Agnero oraz Hakansa.
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















Najnowsze komentarze