Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu: GKS Katowice wyrzucił Widzew z Pucharu Polski

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Widzew Łódź 1-1 (1-0, 1-1, 1-1), po rzutach karnych 4-2.

dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice zobaczyli pierwsze rzuty karne na Nowej Bukowej. A w nich GieKSa pokonała Widzew i zagra w półfinale Pucharu Polski!

[…] W przeciwieństwie do lutowego starcia w Ekstraklasie tym razem to Widzew zaczął mocno. W pierwszych dziesięciu minutach trzy razy sprawdził formę Rafała Strączka. Gospodarze mieli problem z dokładnym rozegraniem akcji, ale gdy już im się to udało od razu padł gol. Podobnie jak miesiąc wcześniej bramkarza pokonał Lukas Klemenz. Tym razem stoper dokonał tego nie głową, a nogą, uprzedzając Sebastiana Bergiera, co sprawiło dodatkową satysfakcję kibicom GieKSy pamiętających napastnikowi odejście z Bukowej w dość kiepskim stylu. Asystę przy trafieniu zapisał na swoje konto Alan Czerwiński.

Wtedy z wypełnionego po brzegi sektora fanów Widzewa rozległo się skandowanie domagające, by ich piłkarze zaczęli wreszcie grać. W połączeniu z plotkami mówiącymi, że stawką spotkania jest także posada trenera Igora Jovicevicia można się domyślać, że ciśnienie na ławce gości wzrosło niepomiernie. Do przerwy wynik już się nie zmienił, chociaż w ostatniejn akcji pierwszej połowy Ilia Szkurin powinien trafić z 8 metrów na 2:0, ale skończyło się na rzucie rożnym.

Takie okazje lubią się mścić. GKS o tym, że to prawda przekonał się szybko. W 53 minucie był bowiem już remis. Obrona gospodarzy pogubiła się po rzucie wolnym Juljana Shehu, a Andi Zeqiri z bliska kopnął piłkę do siatki.

W 62 minucie powiedzenie o zemście postanowił sprawdzić Sebastian Bergier marnując stuprocentową okazję wynikającą z błędu defensywy GKS-u. Tak się jednak nie stało i po 96 minutach meczu konieczna była dogrywka.

Zaczęło się od falowych ataków GKS-u i kapitalnego trafienia przewrotką Mateusza Wdowiaka. Gol nie został jednak uznany, bo nominalny napastnik był na spalonym. Do akcji wkroczył jednak VAR sprawdzając czy chwilę wcześniej nie było zagrania ręką, ale także w tym przypadku decyzja była negatywna dla gospodarzy. Katowiczanie najwyraźniej nie chcieli rzutów karnych, bo atakowali falami. Próbowali nawet strzelać z… rzutów rożnych, ale bramka Widzewa była jak zaczarowana. Co więcej, to Fran Alvarez miał piłkę meczową, ale ostatecznie tuż przed godziną 23.30 doszło do konkursu jedenastek, które – jak wynikło z losowania – miały być strzelane na bramkę, za którą siedzieli kibice gości.

W karnych jako pierwszy pomylił się Fran Alvarez, którego uderzenie w pierwszej serii obronił Rafał Strączek. Po dwóch seriach było 2:1 (trafili Arkadiusz Jędrych i Bartosz Nowak) i Damian Rasak podwyższył na 3:1. Po trzech seriach bylo 3:2. Do piłki podszedł Sebastian Milewski i było 4:2. Widzew znalazł się pod ścianą. Mariusz Fornalczyk i przestrzelił nad poprzeczką! GKS awansował do półfinału!

Tak się składa, że w tym roku przypada 40-lecie pierwszego z trzech triumfów GKS-u w Pucharze Polski. Do powtórzenia tamtej wielkiej historii pozostały już tylko dwa kroki. Półfinałowego rywala Katowiczanie poznają w piątek, w samo południe.

gol24.pl – Widzew Łódź odpadł z STS Pucharu Polski po rzutach karnych. Mariusz Fornalczyk zawalił decydującą próbę

Po regulaminowym czasie gry i dogrywce w pierwszym ćwierćfinale GKS Katowice – Widzew Łódź był bramkowy remis 1:1, a więc rzuty karne musiały zdecydować o awansie do półfinału STS Pucharu Polski. Na gola z pierwszej połowy Lukasa Klemenza w drugiej odpowiedział Andi Zeqiri, ale w serii jedenastek swoje próby zmarnowali Fran Alvarez i Mariusz Fornalczyk.

Zaczęło się od fatalnej pierwszej połowy dla przyjezdnych. W 28. minucie Lukas Klemenz wbił piłkę do siatki, a tylko dzięki refleksowi bramkarza łódzkiego zespołu Bartłomieja Drągowskiego w doliczonym czasie gry nie schodzili do szatni z dwubramkową stratą. Kompromitacja podopiecznych trenera Igora Jovicevicia wisiała w powietrzu, ale po zmianie stron na chwilę wrócili do gry i byli w stanie kilkakrotnie z powodzeniem nawet zagrozić bramce Rafała Strączka.

Jedno z dośrodkowań w pole karne na gola zamienił Szwajcar Andi Zeqiri. W 53. minucie zamknął akcję na dalszym słupku i doprowadził do remisu, a tym samym do dogrywki w ćwierćfinale.

Sędzia z powodu rac odpalonych przez kibiców w drugiej połowie doliczył do regulaminowego czasu aż sześć minut. Te jednak nie przyniosły rozstrzygnięcia i o awansie miało zdecydować dodatkowe 30 minut gry. Na boisku zameldował się m.in. skrzydłowy Widzewa Mariusz Fornalczyk, który miał dać jakość na skrzydle. Skrzydłowy efektownie ograł obrońcę, lecz jego strzał pozostawił wiele do życzenia – piłka poszybowała wysoko nad poprzeczką. Z kolei Mateusz Wdowiak po dośrodkowaniu Bartosza Nowaka trafił nawet do siatki, ale sędzia dopatrzył się spalonego.

W rzutach karnych skuteczniejsi okazali się gospodarze przy Nowej Bukowej. Ozdobą konkursu jedenastek była próba największej gwiazdy, będącego w ostatnich meczach w rewelacyjnej formie – Bartosza Nowaka, który pokonał Drągowskiego efektowną podcinką.

expressilustrowany.pl – Widzew przegrywa walkę o puchar, Widzew na kolanach. Koniec złudzeń. Czas na radykalne decyzje

Widzew Łódź odpadł w ćwierćfinale Puchar Polski po porażce z GKS Katowice. I nie byłoby w tym nic hańbiącego, gdyby nie styl i okoliczności – bezradność, chaos, a na końcu przegrane rzuty karne, które tylko przypieczętowały smutny obraz drużyny nie tylko pogubionej mentalnie, ale grającej bez żadnej koncepcji i taktyki.

Rzuty karne to loteria – mówi się od lat. Problem w tym, że wcześniej Widzew wyglądał jak zespół, który na tę „loterię” zapracował własną indolencją. Brak pomysłu na grę, przewidywalność, zmiany dokonywane jakby na oślep. Kibice Widzewa coraz częściej nie pytają już „czy”, ale „kiedy” coś się zmieni. Cierpliwość, która wśród fanów bywała imponująca, dziś wyraźnie się wyczerpała.

widzewtomy.net – GKS Katowice – Widzew Łódź 1:1 (1:0, 1:1), kr. 4:2

Nie zadecydowało dziewięćdziesiąt minut, ani sto dwadzieścia. Sprawę awansu rozstrzygnęły rzuty karne, w których GKS był nieomylny i wyeliminował Widzew Łódź z rozgrywek Pucharu Polski.

[…] Pierwsza dobra okazja nadeszła w 3. minucie, a jej autorem byli Łodzianie. Wygrał pojedynek o piłkę Andi Zeqiri i od razu podał do lepiej ustawionego Sebastiana Bergiera. Polak podprowadził piłkę pod pole karne i zagrał do Juljana Shehu, który zdecydował się na dogranie piłki na dalszy słupek. Tam był Samuel Kozlovsky, który strzałem głową sprawdził czujność Rafała Strączka. Kolejna akcja i znów Widzew. Wrzucał z autu Marcel Krajewski, a piłka spadła na skraj pola karnego. Zeqiri opanował futbolówkę i oddał strzał, ale znów bronił Strączek. Tym sposobem RTS w pięć minut oddał więcej celnych strzałów, niż w sobotę w Szczecinie. 9. minuta i dobrze w pressingu popracowali Widzewiacy. Udało się odebrać piłkę pod polem karnym rywala, ale nie skorzystał z prezentu Shehu, który strzelił prosto w bramkarza gospodarzy.

W 16. minucie dobre podanie otrzymał do lewej strony Kozlovksy, który wpadł w pole karne, a rywal bardzo ryzykowanym wślizgiem powstrzymywał Słowaka. Podniosła się ławka Widzewa Łódź, ale arbiter nie miał wątpliwości i rzutu karnego nie podyktował. Chwilę później Łodzianie znów z dobrą okazją. Wrzucał z autu Krajewski, ale tym razem krótko do Zeqiriego. Ten od razu odegrał piłkę do młodzieżowego reprezentanta Polski, który dograł ją na głowę Emila Kornviga. Niestety futbolówka po koźle przeleciała nad poprzeczką. W 28. minucie po raz pierwszy do głosu doszli Katowiczanie. Piłka wrzucona z autu w pole karne, a to zagranie przedłużył Arkadiusz Jędrych. Zrobił się mały kocioł w widzewskiej szesnastce, ale udało się futbolówkę wybić przed pole karne, choć ta trafiła pod nogi rywala. Jeden z graczy „Gieksy” zagrał piłkę miękko za linię obrony Łodzian, a tam urwał się Lukas Klemenz, który z bliskiej odległości pokonał Bartłomieja Drągowskiego.

Doliczony czas pierwszej połowy i drugi wypad gospodarzy na połowę Widzewiaków. Środkiem pomknął pewnie Eman Marković, który pod polem karnym podał do lewej strony do Bartosza Nowaka. Najlepszy strzelec GKS-u ładnym podaniem znalazł Ilję Szkurina. Białorusin miał sytuację stuprocentową, ale lepszy w tym pojedynku okazał się Drągowski, który sparował piłkę na słupek. Gospodarze mieli jeszcze rzut rożny, ale dopuścili się faulu w ofensywie. Chwilę po jego odgwizdaniu sędzia Myć zakończył pierwszą połowę, po której Widzew tak jak przed miesiącem, zszedł do szatni ze stratą jednej bramki.Futsal Widzew transmisje

Po przerwie rzucił się do ataku Widzew. Bergier pressowany przy linii końcowej wycofał do Shehu, który posłał bardzo dobre dośrodkowanie w pole karne, a głową uderzał Kornvig. Duńczyk wszedł nieco pod piłkę, przez co jego strzał powędrował nad poprzeczką. RTS poszedł za ciosem. Dobrze zabrał się Shehu z piłką i musiał go faulować Mateusz Kowalczyk, za co obejrzał żółtą kartkę. Wydawało się, że Albańczyk będzie uderzał, ale zagrał sprytnie do lewej strony do Kozlovskyego. Ten dograł futbolówkę płasko spod linii końcowej, a do siatki wpakował ją Zeqiri! Chwilę później po rzucie rożnym próbował jeszcze piętą Szwajcar, ale zrobił to zbyt lekko i pewnie bronił Strączek. Świetnie zaczęli drugą połowę czerwono-biało-czerwoni.

62. minuta i na dwudziestym metrze od bramki rywala piłkę przechwycił Kornvig. Duńczyk od razu zagrał do Bergiera, który był w stuprocentowej sytuacji. 26-letni napastnik musi zamieniać takie sytuacje w gola. Podszedł do piłki jednak zbyt czytelnie i można było się spodziewać, gdzie będzie strzelać. Szkoda, że nie spróbował uderzenia po krótkim słupku. Od sześćdziesiątej drugiej minuty w zasadzie nic się nie wydarzyło. Aktywniejszy był Widzew, który śmiało można stwierdzić, że miał z gry więcej, ale nie wynikały z tego żadne konkrety. W ostatnim kwadransie i doliczonym czasie gry obie ekipy nie wychodziły ochoczo do ofensywy. Zarówno jedna, jak i druga strona nie chciała zaryzykować.

W trzecią część tego spotkania ponownie lepiej weszli goście, którzy kilkukrotnie dośrodkowywali piłkę w pole karne, ale bez pozytywnego skutku. Uderzał jeszcze Kornvig, ale był blokowany. Gospodarze pierwszy wypad na połowę rywala przeprowadzili w 97. minucie. Dobrze znalazł się z prawej strony jeden z piłkarzy „Gieksy”, który miękko dośrodkował futbolówkę w pole karne, a tam był niekryty Wdowiak. Zawodnik GKS-u strzałem nożycami pokonał Drągowskiego. Sędzia liniowy od razu podniósł chorągiewkę, alarmując pozycję spaloną. Interweniował VAR i bramka ostatecznie nie została uznana. Upiekło się czerwono-biało-czerwonym. W minucie sto drugiej odgryzł się Widzew. Z prawej strony piłkę przed pole karne zagrał Isaac, gdzie był Shehu. Futbolówka podskoczyła Albańczykowi przed strzałem, przez co uderzył bardzo nieczysto. Dosyć niespodziewanie wyszedł z tego bardzo niezdarny lob i musiał interweniować Strączek. Mieli Łodzianie szczęście w końcówce pierwszej połowy dogrywki. Zakręcił się trochę Selahi, a później Kozlovsky i z szybką kontrą ruszyli gospodarze. Do ostatniego podania nie dopadł zawodnik GKS-u. Gdyby to jednak mu się udało, to miałby sytuację stuprocentową, a zabrakło naprawdę niewiele.Historia

W ostatnim kwadransie tego meczu obie drużyny grały bardzo zachowawczo. Dopiero w 117. minucie z pierwszym konkretem gospodarze. Prawą stroną ruszył Wędrychowski, który zszedł do środka na lewą nogę, znalazł trochę miejsca i oddał strzał. Pewnie w koszyczek łapał jednak Drągowski. Minutę później znów GKS. Dośrodkowanie futbolówki z lewej strony prosto na głowę jednego z graczy „Gieksy”, który oddał bardzo słaby strzał głową. Znów piłka skończyła w koszyczku bramkarza Widzewa Łódź. Ależ miał akcję RTS w pierwszej doliczonej minucie gry. Świetnie minął rywala przy linii bocznej Fornalczyk, który później dobrze dograł płasko w pole karne. Uderzał Alvarez, ale jego strzał został zablokowany. Po tym bloku piłka przeleciała nad poprzeczką. Było bardzo blisko.

Do jedenastki pierwszy podszedł Jędrych, który z problemami, ale pokonał Drągowskiego. Po stronie widzewskiej zaczynał Alvarez, którego intencje niestety wyczuł Strączek. Następnie strzelali kolejno Nowak, Kornvig, Rasak, Cheng i Milewski. Wszyscy pewnie wpakowywali piłkę do siatki. Po Milewskim do jedenastki podszedł Fornalczyk, który uderzył wysoko nad poprzeczką. GKS Katowice wygrał w rzutach karnych 4:2 i awansował do półfinału Pucharu Polski. Widzewowi pozostała już tylko walka o utrzymanie.

widzew.com – STS Puchar Polski już bez Widzewa

To był emocjonujący, ale na koniec smutny wieczór dla piłkarzy i kibiców Widzewa. Łodzianie po dogrywce i rzutach karnych przegrali w Katowicach z GKS-em i odpadli z STS Pucharu Polski w meczu o awans do półfinału tych rozgrywek.

[…] Widzewiacy rozpoczęli spotkanie w stolicy Górnego Śląska nie tylko z czterema zmianami, ale również w innym ustawieniu niż w poprzednich meczach (3-5-2). Łodzianie od pierwszej minuty odważnie zaatakowali i stworzyli sobie kilka sytuacji pod bramką GKS-u, jednak żadnej z nich nie zamienili na gola.

Gospodarze byli bardziej konkretni. W 28. minucie Alan Czerwiński przerzucił piłkę idealnie nad linią widzewskiej defensywy i przejął ją Lukas Klemenz, który ponownie pokonał Bartłomieja Drągowskiego. Tak jak wcześniej w spotkaniu PKO BP Ekstraklasy.

Tuż przed końcem pierwszej połowy Katowiczanie mogli podwyższyć wynik. W dobrej sytuacji znalazł się Ilia Szkurin, ale po jego strzale i bardzo dobrej interwencji Drągowskiego piłka odbiła się od słupka i wyszła poza boisko.

Drugą część spotkania obie drużyny rozpoczęły bez zmian w składach, ale po ośmiu minutach gry zmienił się wynik. Widzewiacy wywalczyli rzut wolny przed polem karnym rywali, a Juljan Shehu zaskoczył wszystkich podaniem do boku do Kozlovskiego, który posłał mocne podanie pod bramkę gospodarzy, a tam celnie przeciął je Andi Zeqiri.

Widzew doprowadził do wyrównania, a niespełna dziesięć minut później goście mogli, i powinni, objąć prowadzenie. Emil Kornvig odebrał piłkę Mateuszowi Kowalczykowi i podał do Bergiera. Napastnik postanowił strzelać po ziemi zamiast podawać do dobrze ustawionego Zeqiriego i finalnie piłka trafiła do rąk Rafała Strączka.

Potem sędzia zarządził kilkuminutową przerwę z powodu zadymienia boiska przez race odpalone przez kibiców gospodarzy. Po wznowieniu żadna z drużyn nie potrafiła przejąć inicjatywy i rozstrzygnąć meczu w regulaminowym czasie. Pod koniec drugiej połowy na boisku pojawili się najpierw Fran Alvarez, a później Carlos Isaac i Lindon Selahi w miejsce Zeqiriego, Krajewskiego i Leragera.

W pierwszej części dogrywki to GKS pokazał się z lepszej strony i stworzył sobie kilka okazji do zdobycia bramki. Raz nawet piłka zatrzepotała w siatce widzewskiej bramki po efektownym strzale Wdowiaka, który jednak był na pozycji spalonej.

Na ostatnie piętnaście minut w zespole Widzewa pojawił się na boisku Christopher Cheng w miejsce Kozlovskiego. Potem jeszcze Mariusz Fornalczyk zastąpił Bergiera. Na boisku sytuacja nie ulegała zmianie, bo atakowali głównie gospodarze, a dwie dobre okazje do pokonania Drągowskiego miał Wędrychowski. Na sam koniec Łodzianie mogli rozstrzygnąć wynik na swoją korzyść. Skrzydłem pognał Fornalczyk i dograł pod samą bramkę GKS-u, gdzie do piłki doszedł Fran Alvarez i minimalnie chybił.

O awansie do półfinału miały zadecydować rzuty karne. W nich bezbłędnie z jedenastego metra strzelali podopieczni Rafała Góraka, którzy nie spudłowali żadnego z czterech pierwszych karnych. Tymczasem strzał Frana Alvareza obronił golkiper GKS-u, a Mariusz Fornalczyk uderzył niecelnie i Widzew zakończył swój udział w STS Pucharze Polski 2025/2026.

lodzkisport.pl – Koniec marzeń Widzewa o Europie. Teraz już tylko walka o utrzymanie

[…] Niestety, tak jak dwa lata temu w Krakowie, tak teraz w Katowicach zakończyły sie marzenia Łodzian o wielkim finale na Stadionie Narodowym. Widzew przegrał po serii rzutów karnych. Mówi się, że to loteria, ale to nieprawda. To pojedynek mentalny, ale też wyzwanie dla trenerów. To oni decydują kto będzie strzelać, w jakiej kolejności itp. I tu nawet nie kamyczek, a głaz do ogródka trenera Jovicevicia.

Siedem minut przed końcem dogrywki ściągnął z boiska Sebastiana Bergiera, który jest etatowym wykonawcą rzutów karnych. Mało tego, wprowadzony za Bergiera Mariusz Fornalczyk został wyznaczony do strzelania w czwartej serii. To dość oczywiste, że to może być seria, która będzie decydować o losach meczu. I potencjalnie ma o niej decydować zawodnik, o którym każdy wie, że ma problemy z „podpalaniem się” w decydujących momentach.

podkarpacielive.pl – GKS Katowice wyrzucił Widzew Łódź z STS Pucharu Polski. Awansowali do półfinału!

Mecz GKS-u Katowice z Widzewem Łódź w ćwierćfinale STS Pucharu Polski od początku dostarczał dużych emocji i nie brakowało w nim zwrotów akcji. Obie drużyny miały swoje momenty, a kibice zobaczyli zarówno piękne bramki, jak i niewykorzystane stuprocentowe sytuacje.

Po niepełnie pół godzinie gry cieszyli się gospodarze. Po dośrodkowaniu w pole karne doszło do zamieszania w powietrzu, a piłka trafiła w okolice piątego metra. Najlepiej odnalazł się tam Łukasz Klemenz, który pewnym strzałem pod poprzeczkę otworzył wynik spotkania. Obrońca GKS-u zachował zimną krew i nie dał bramkarzowi żadnych szans. Asystą w tej sytuacji popisał się niezawodny Bartosz Nowak.

Katowiczanie mogli pójść za ciosem. Tuż przed końcem pierwszej połowy po efektownej kontrze Ilja Szkurin posłał dalekie podanie do Nowaka, a ten dograł w pole karne do wracającego Białorusina. Sytuacja sam na sam zakończyła się jednak kapitalną interwencją Bartłomieja Drągowskiego, który uratował Widzew przed utratą drugiej bramki.

Po zmianie stron goście doprowadzili do wyrównania. Osiem minut po wznowieniu gry dobrze rozegrany stały fragment przyniósł efekt. Juljan Shehu przerzucił ciężar gry na lewą stronę do Samuela Kozlovskyego, który miał sporo miejsca i swobodnie wprowadził piłkę w pole karne. Na drugim słupku świetnie odnalazł się Andi Zeqiri, zamykając akcję i doprowadzając do remisu. Rafał Strączek był bliski skutecznej interwencji, ale futbolówka wpadła do siatki.

W 62. minucie Widzew miał znakomitą okazję na objęcie prowadzenia. Po przechwycie przed polem karnym w idealnej sytuacji znalazł się Sebastian Bergier. Napastnik stanął oko w oko ze Strączkiem, jednak jego strzał trafił prosto w bramkarza GKS-u, który wygrał ten pojedynek.

Dogrywka przyniosła kolejne wielkie emocje. W szóstej minucie dodatkowego czasu gry po krótkim rozegraniu na prawej stronie dośrodkował Klemenz, a Michał Wdowik popisał się efektowną przewrotką i umieścił piłkę w siatce. Gol był niezwykle widowiskowy, jednak po analizie sędzia dopatrzył się spalonego i bramka nie została uznana.

Końcówka nie przyniosła już rozstrzygnięcia. Po znakomitej okazji w 122. minucie, kiedy po akcji Mariusz Fornalczyk i strzale Jordi Alvarez piłka minimalnie przeleciała nad poprzeczką, sędzia chwilę później zakończył dogrywkę. Obie drużyny miały swoje momenty, były gole, była nieuznana bramka po efektownej przewrotce, były stuprocentowe sytuacje, ale po 120 minutach wciąż nie poznaliśmy zwycięzcy.

sportowefakty.wp.pl – Znamy pierwszego półfinalistę Pucharu Polski. Decydowały rzuty karne

[…] Ten mecz miał być ostatnią szansą dla trenera Igora Jovićevicia. Nie udało się. Nie pomogła zmiana ustawienia na 1-3-5-2. Gra Widzewa Łódź była niemal identyczna, jak w poprzednich meczach. Tam niewiele się zgadzało, poza paroma zrywami.

– Gramy dobrze, ale nie wygrywamy – mówił Jovićević przed wyjazdem do Katowic.

No cóż. Łodzianie odpadli z Pucharu Polski i – cytując klasyka – będą mogli skupić się na lidze. Pytanie tylko czy z Chorwatem na ławce.

GKS objął prowadzenie po golu Lukasa Klemenza. Wyrównał w drugiej połowie Andi Zeqiri.

Dziewięćdziesiąt minut rozstrzygnięcia nie przyniosło, więc trzeba było grać dodatkowe 30 minut. I w pierwszej części fenomenalnego gola nożycami strzelił Mateusz Wdowiak, ale jego radość trwała raptem kilka sekund, gdyż podający mu Erik Jirka znajdował się na minimalnym spalonym.

Katowiczanie sprawiali lepsze wrażenie, dobrą okazję zmarnował choćby Marcel Wędrychowski. Ale goli już nie widzieliśmy. O wszystkim decydowały rzuty karne, a w tym aspekcie lepsi byli podopieczni Rafała Góraka. Oni byli bezbłędni, a podsumowaniem postawy Widzewa był strzał Mariusza Fornalczyka nad poprzeczką.

Widzew zaczął odważnie, miał szeroko pojętą inicjatywę, natomiast nie przekładało się to na klarowne sytuacje. GKS cierpliwie czekał na swoją szansę. I w końcu się doczekał. Gol padł w 28. minucie – Alan Czerwiński wrzucił piłkę w pole karne, a Klemenz zachował się niczym rasowy napastnik i uderzył nie do obrony. To była kontynuacja akcji po dalekim wyrzucie piłki z autu, stąd obecność Klemenza w „szesnastce”.

I na dobrą sprawę – do przerwy GKS powinien prowadzić wyżej. W doliczonym czasie gry profesor Bartosz Nowak zagrał idealnie w pole karne, ale Bartłomiej Drągowski w fantastycznym stylu obronił strzał Ilji Szkurina.

To mógł być punkt zwrotny. Zwłaszcza, że na drugą połowę łodzianie wyszli odmienieni. To znaczy, dalej nie było fajerwerków, ale przynajmniej coś zaczęło się dziać. Najpierw doskonałą okazję z kilku metrów zmarnował Emil Kornvig, a po chwili do wyrównania doprowadził Andi Zeqiri, który sfinalizował na wślizgu płaskie dośrodkowanie Samuela Kozlovsky’ego.

GKS po przerwie w zasadzie nie istniał. To Widzew przeważał i w 62. minucie miał wymarzoną okazję, by wyjść na prowadzenie. Po stracie Mateusza Kowalczyka i dobrym podaniu Kornviga stuprocentową szansę miał Sebastian Bergier, lecz strzelił prosto w Strączka.

Dogrywka była już ze wskazaniem na gospodarzy, ale też bez przesadnych szaleństw. W 120. minucie jedyną sensowną sytuację dla Widzewa zmarnował natomiast Fran Alvarez. A rzuty karne? To już osobna historia, kontrola emocji, element szczęścia.

sport.dziennik.pl – GKS Katowice półfinalistą Pucharu Polski. Widzew Łódź odpadł po rzutach karnych

[…] Widzew rozpoczął spotkanie bardzo ofensywnie i szybko okazje do wykazania się miał bramkarz rywali. Rafał Strączek obronił strzał głową Samuela Kozlovsky’ego z bliska oraz uderzenia Andiego Zeqiriego i Juljana Shehu zza pola karnego.

Gola zdobył jednak zespół trenera Rafała Góraka. W 28. minucie do prostopadłego podania Alana Czerwińskiego dopadł tuż przed bramką Lukas Klemenz i nie dał szans Bartłomiejowi Drągowskiemu.

Kibice Widzewa, którzy w licznej grupie zasiedli na trybunach, zachęcali swoich piłkarzy do natarcia i podopieczni trenera Igora Jovicevica „przycisnęli” rywali. Bez skutku. Za to w doliczonym czasie kontrę Katowiczan mógł zakończyć trafieniem Ilia Szkurin. Nie zdołał jednak pokonać łódzkiego golkipera w sytuacji jeden na jeden.

Atak przyjezdnych trwał także po przerwie. Przed bramką Katowiczan było groźnie. Tuż nad poprzeczką z bliska posłał piłkę głową Emil Kornvig, a chwilę później Łodzianie wyrównali. Sprytnie rozegrali rzut wolny, z lewej strony boiska wzdłuż bramki zagrał Kozlovsky, a akcję „zamknął” Zeqiri.

Błąd katowickiej defensywy w 61. minucie mógł przynieść drugiego gola dla przeciwnika, ale Strączek obronił uderzenie Sebastiana Bergiera z niewielkiej odległości. Potem spotkanie zostało na krótko przerwane, z powodu zadymienia po pirotechnicznym „pokazie” miejscowych fanów. Po wznowieniu gry, mimo zmian w obu ekipach, kibice nie obejrzeli podbramkowych spięć. Gra była rwana, z wieloma niecelnymi zagraniami.

W tej sytuacji konieczna była dogrywka. Groźniej atakowali w niej gospodarze. W 96. minucie Mateusz Wdowiak trafił nawet do siatki, tyle, że ze „spalonego” i gol nie został uznany. Później bezpośrednio z rzutu rożnego przymierzył Bartosz Nowak, a piłkę głową z linii bramkowej wybił Stelios Andreou.

Po zmianie stron zaatakował Widzew. Z 18 metrów próbował zaskoczyć Strączka Fran Alvarez. W odpowiedzi formę golkipera gości przetestował dwukrotnie Marcel Wędrychowski, a w ostatniej akcji ogromną szansę dla Łodzian zmarnował Alvarez. Po podaniu Mariusza Fornalczyka spudłował z pięciu metrów.

O awansie rozstrzygał konkurs rzutów karnych. Egzekwowano je na bramkę, za którą siedzieli kibice Widzewa. Nie pomogło to gościom. Katowiczanie egzekwowali „jedenastki” bezbłędnie. Strączek obronił strzał Alvareza, a Fornalczyk uderzył nad poprzeczką.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.

Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.

***

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.

Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.

Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.

W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.

Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.

Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.

Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.

Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.

Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.

Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.

Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.

Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.

Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.

Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.

Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.

Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.

Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.

Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.

 

A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.

Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.

Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.

Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.

Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.

Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.

Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.

***

Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.

W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.

Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.

Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.

Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.

Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.

Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.

Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.

Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.

Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.

Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.

Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.

Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.

Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.

Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.

Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.

Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.

Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.

Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.

Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.

Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.

Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.

Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.

W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.

A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!

I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.

No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.

W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!

Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:

„Szanowni Klienci!

W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.

Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.

Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.

Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.

Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.

***

Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.

Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.

Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.

Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.

W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.

Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.

Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.

Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.

Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.

W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.

Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.

Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.

– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?

– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.

– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”

– Nie mam pojęcia.

Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?

To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.

Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.

Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.

Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.

Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.

Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.

Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.

***

W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.

To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga