Piłka nożna
Konieczne wzmocnienia w obronie
Po bramkarzach przyszedł czas na analizę obrońców. Można powiedzieć, że w miarę nieźle na wiosnę spisywał się środek, natomiast boki obrony ze zmiennym szczęściem. Faktem jest, że bramek straciliśmy stanowczo za dużo, na szczęście ostatnie trzy mecze zakończyło się na zero z tyłu.
Prawa obrona
W Niecieczy na tej pozycji nietypowo wystąpił Kamil Cholerzyński. Kufla znaliśmy oczywiście z prawej obrony, ale… to było kiedyś. Niestety na tej pozycji było widać, że Kufel sobie nie radził. Mając za przeciwników szybkich zawodników rywala na skrzydle krył na radar, nie nadążał z powrotami i generalnie bywało zagrożenie po tej stronie boiska. Szybko zauważył to trener Artur Skowronek i zdecydował się na wycofanie z pomocy Adriana Frańczaka.
Frańczak był praktycznie numerem jeden po prawej stronie w tej rundzie. Tak do końca jednak nie wiadomo, czy jest to dobra pozycja dla niego. Nie można powiedzieć, żeby jakoś specjalnie czyścił po swojej stronie, a grając z tyłu nie włącza się do akcji ofensywnych właśnie tak, jak na początku grając w pomocy. Pierwsze mecze w obronie były słabe. Widząc to, w Suwałkach szkoleniowiec znów przesunął Frańczaka do przodu, a na obronę wycofał Alana Czerwińskiego. Było to fatalne posunięcie, bo Alan zagrał z Wigrami tragicznie. Z Bytovią znów w obronie wystąpił Frańczak i znów było bezbarwnie. Nawet w nieco lepszych meczach zdarzały mu się nieudane zagrania, choć na szczęście nie były to jakieś kiksy na akcje bramkowe rywali. Właśnie taki mecz zagrał w Siedlcach, ale tam mogliśmy pochwalić cały zespół, a samego Adriana dodatkowo za bramkę i dobre akcje w ofensywie. Wszystko posypało się w spotkaniu z Zagłębiem Lubin. Zawodnik zagrał bardzo słaby mecz i był głównym winnym utraty jednej z bramek. Dalej dość źle to wyglądało w pierwszej połowie meczu z Chrobrym, gdzie przeciwnicy za bardzo hasali sobie po swoim lewym skrzydle. W miarę dobry mecz okraszony przepiękną bramką zagrał z Olimpią Grudziądz. W kolejnych spotkaniach znów grał przeciętnie, a do tego dwa razy pauzował – raz za czerwoną kartkę, a raz za nadmierną ilość żółtych.
W spotkaniach, w których nie grał Frańczak, zastępował go Czerwiński. Oprócz wspomnianego pojedynku z Wigrami były to mecze z Dolcanem i Tychami. Mimo bardzo słabego meczu całego zespołu w Ząbkach akurat do Alana można było mieć najmniejsze pretensje. Z Tychami tez zagrał solidnie. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal trzeba go trzymać z dala od obrony i wystawiać w pomocy, gdzie nieraz z jego gry ofensywnej jest duży pożytek.
Środkowi obrońcy
Główną parę tworzyli podczas tej wiosny Mateusz Kamiński i Adrian Jurkowski. Nie było tak jednak od początku. Owszem Kamyk miał pewne miejsce w składzie, ale partnerzy mu się co jakiś czas zmieniali. Pierwszym w Niecieczy był Povilas Leimonas i na przywitanie z GieKSą zawalił bramkę. Od razu interweniował trener Skowronek i z Flotą znów na środku obrony oglądaliśmy Łukasza Pielorza. Generalnie wydaje się, że ten zawodnik lepiej pasuje do pozycji stopera niż defensywnego pomocnika, choć akurat ten okres początku wiosny był jakiś taki niemrawy. Niby wielkich kiksów nie popełniał, ale też nie można było powiedzieć, aby czyścił jak w niektórych meczach na jesieni.
Z Bytovią jednak Pielorz zagrać nie mógł i po raz pierwszy na boisku pojawił się Jurkowski. Jakże to był nerwowy mecz zawodnika w obronie. Niepewne ustawianie się, wybicia na oślep, a także wybicia na róg w zupełnie niegroźnych sytuacjach. Tylko cud zadecydował, że katowiczanie skończyli mecz na zero z tyłu. Jurkowski meczem z Bytovią wykartkował się i Skowronek musiał kombinować. W Siedlcach znów zagrał Leimonas i o dziwo spisał się dobrze. Znów wyszedł na tej pozycji w meczu z Zagłębiem Lubin i grał poprawnie, ale szybko odniósł kontuzję i jeszcze w pierwszej połowie musiał opuścić boisko. Do obrony powrócił Pielorz. Co prawda dał się prosto ograć przy jednej z bramek, ale jednak w tym meczu głównymi winnymi utraty bramek byli boczni obrońcy, a tak naprawdę to jeden, na którego nawet szkoda klawiatury, ale w dalszej części z kronikarskiego obowiązku będzie mu trzeba poświęcić kilka słów.
Jurkowski wrócił w meczu z Chrobrym i spisał się naprawdę dobrze. Dobrze też było z Olimpią, choć jednak gol obciążał jego konto. Generalnie jednak ten kolejny powrót do składu okazał się udany i zawodnik grał dobrze i pewnie. Może z wyjątkiem meczu z Dolcanem, gdzie akurat środkowi obrońcy bardzo się nie popisali. Pochwalić można też było Adriana za mecz z Tychami, w którym byli nie do przejścia. Niestety dużo gorzej było z Arką, gdzie stoperzy tworzyli takie korytarze dla przeciwników, że ci co chwila wychodzili sam na sam…
Mateusz Kamiński grał przez całą rundę i grał poprawnie, ale bez większego błysku. Wydaje się, że na jesieni wyglądało to lepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że Kamyk to bardzo ważna postać w zespole i jak uchwyci formę to jest bardzo dobrym stoperem. Podobają się te jego wyjścia na wyprzedzenie daleko od bramki. Zawodnik musi jednak ciągle pracować nad koncentracją, bo ta nieraz mu ucieka i nie zawsze nadąża z asekuracją.
Lewa obrona
Dużo, naprawdę dużo obiecywaliśmy sobie po Piotrze Petaszu. Zawodnik miał grać dobrze w obronie, ale przede wszystkim liczyliśmy na jego stałe fragmenty gry. Petasz zaczął od meczu w Niecieczy i zagrał tam średnio. Podobały się jednak jego próby zagrać z pierwszej piłki, takich niesygnalizowanych, nieoczywistych. W kolejnych meczach dość często wymieniali się na lewej stronie z Rafałem Pietrzakiem. Użytek ze swojej lewej nogi Petasz zrobił jednak jedynie w Chojnicach. Tam kilkukrotnie zagroził bramce rywala, no i strzelił gola z 40 metrów. Wydawało się, że naprawdę może być wzmocnieniem. Z Wisłą Płock zagrać jednak słabo, a dodatkowo po meczu bredził w wywiadzie, że „sędzia za nim chodził i tylko czekał, by dać mu żółtą kartkę”. To już była zapowiedź, że mamy do czynienia z kimś niepoważnym. Już po meczu z Bytovią pisaliśmy o jego grze: „Ten zawodnik ma chyba jakieś wrodzone braki techniczne. Powinien otrzymać zakaz lekkiego uderzania piłki, bo wychodzi mu to komicznie. Ma uderzać mocno, rzuty rożne też bić w ten sposób, żeby nie było śmiechu na sali”. Gdyby to jednak były kwestie jedynie piłkarskie, to jeszcze dałoby się to przeżyć. Niestety w meczu z Zagłębiem oglądaliśmy chyba najgorszy mecz pojedynczego zawodnika w historii GieKSy. Petasz tak ostentacyjnie odpuszczał, stawał, pozwalał rywalom strzelać bramki. Naprawdę trudno do dziś zrozumieć o co chodziło, ale wyglądało to tak, jakby był przekupiony. Od tego czasu występy Petasza były już symboliczne. Nowy trener Piotr Piekarczyk szybko poznał się na tym cyrkowcu, a i trener Skowronek swoje wiedział. Na szczęście Petasza z klubu wywalono po zakończeniu sezonu i była to najlepsza decyzja odnośnie tego zawodnika, jaką można było podjąć.
Z konieczności na lewej obronie oglądaliśmy więc
. Zawodnik jest wybitnie niedefensywny, powinien grać w pomocy. I takie też było słuszne założenie trenera. Niestety po fatalnym występie Petasza na lewej stronie nie miał kto zagrać i wróciliśmy do wariantu z Pietrzakiem. I już Chrobrym atakując z głębi pola dał dużo dobrego… z przodu. Do tego asysta i gol z rzutu wolnego sprawiły, że mogliśmy go ocenić pozytywnie. Już grając w pomocy był w pewnym momencie najlepszym zawodnikiem w tej rundzie, ale ten impet mu pozostał jeszcze w Głogowie. Potem systematycznie Rafał zaczął grać bardziej spokojnie i w końcówce sezonu był już raczej dość niewidoczny, ale też nie popełniał błędów w obronie, jak nas do tego kiedyś przyzwyczaił. Tak jak jednak w przypadku Alana Czerwińskiego – dla Pietrzaka tylko pomoc. Dlatego na gwałt trzeba szukać dobrego lewego obrońce. Tym bardziej, że na ten moment, gdyby Pietrzak wypadł to naprawdę trudno sobie wyobrazić, kto by tam miał grać…
Podsumowanie
Mimo tego, że na bokach grali głównie Frańczak i Pietrzak, zawodnicy nie gwarantują defensywnej jakości w poczynaniach zespołu. Obaj mają inklinacje ofensywne, z tym że z obrony bardziej do przodu zapędza się Pietrzak. Mimo wszystko wzmocnienia na prawą i lewą obronę są koniecznością. Nawet bowiem jeśli wspomniani zawodnicy uchwycą formę, to będą ją raczej prezentować głównie w ofensywie.
Przydałby się też środkowy obrońca. Kamiński jest pewniakiem, ale ciągle chimeryczny jest Jurkowski. Na stoperze mógłby grywać też Pielorz i być może to będzie pomysłem trenera Piekarczyka. Pielorz jako ostatnia instancja przed bramkarzem bardziej pokazuje swoją wartość niż w środku pola, gdzie nieraz się trochę… błąka bez celu.
Linia obrony GKS nie jest na ten moment zła, ale na pewno nie jest na awans, tylko co najwyżej na górną połówkę tabeli. Dlatego trzeba też szukać i… znaleźć zawodników bardziej klasowych jeśli chodzi o destrukcję, a przy tym – jeśli chodzi o bocznych – potrafiących się włączyć do akcji ofensywnej.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

Najnowsze komentarze