Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Kolejorz za dobry dla GKS

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania Lech Poznań – GKS Katowice 2:0 (1:0).

weszlo.com – Trudno nie być chłopcem do bicia, gdy grasz z takim Lechem

Lech Poznań wyglądał dziś jak drużyna, która przez całe dwa tygodnie przerwy reprezentacyjnej skreślała dni do kolejnego wyjścia na boisko. Jak jesteś w formie, to chcesz grać jak najczęściej, a „Kolejorz” jest w znakomitej – dziś znów bawił się na boisku i nie pozostawił GKS-owi żadnych złudzeń.

Tęskota lechitów za boiskiem była tak duża, że ci już w trzeciej minucie otworzyli wynik, a później ani przez moment nie stracili kontroli nad meczem. GKS był nieustannie tłamszony, nękany, punktowany i dominowany. Słowem – nie miał żadnej przestrzeni do tego, by dojść do głosu. Zazwyczaj w takich przypadkach trenerzy zastanawiają się – jakby ułożyło się spotkanie, gdyby nie tak szybko stracony gol? Rafał Górak nie musi zaprzątać sobie głowy takimi myślami. Nawet, gdyby w trzeciej minucie do siatki trafili przyjezdni z Katowic, Lech nie pozwoliłby im podnieść punktów z boiska. Nie w tej formie. Nie z takim głodem gry.

„Kolejorz” jest po prostu w gazie. Jedyne, do czego może mieć dziś do siebie pretensje, to skuteczność. Skończyło się dwubramkowym zwycięstwem, które samo w sobie wielkiego wrażenia nie robi, ale to naprawdę minimalny wymiar kary dla dzielnego beniaminka. Pluł w brodę będzie sobie zwłaszcza Ishak, mimo że to on otworzył wynik i doskoczył do Kallmana, Koulourisa i Rochy w liczbie strzelonych goli. Wszyscy z nich mają po dziesięć trafień, a Szwed spokojnie mógł myśleć o dwunastu. Miał rzut karny – trafił w słupek. Posłał dobrą główkę z kilku metrów – Kudła wyjął strzał dosłownie z linii.

Trafił raz, głową, we wspomnianej trzeciej minucie. Ta akcja to niemalże piłkarska perfekcja. Pereira doskonale przerzucił, Walemark idealnie dośrodkował, a napastnik wzorowo uciekł obrońcom i dopełnił formalności. Błyskotliwy skrzydłowy to kolejny zawodnik, który wróci do domu z poczuciem, że jego nazwisko mogło częściej zagościć w protokole meczowym. Najbliżej był wtedy, gdy wykańczał kontrę uderzeniem na krótki róg i trafił dokładnie w słupek. Innym razem posłał kapitalną wrzutkę do Gholizadeha, lecz ten zachował się tak, jakby nigdy nie skakał do głowy (a to też spokojnie mogła być bramka). W doliczonym czasie gry – było go aż dziesięć minut przez przerwę spowodowaną odpaleniem piro – na czystą sytuację wybiegł Szymczak, ale i jego przeczytał Kudła.

Lekko licząc – sytuacji tyle, że gdyby GieKSa dostała piątkę, nie mogłaby mówić o dziejowej niesprawiedliwości. Do jej siatki trafił jeszcze Gholizadeh, trochę w szczęśliwych okolicznościach – płaska wrzutka odbiła się od obrońcy z Katowic i trafiła prosto pod jego nogi, więc Irańczyk jedynie skorzystał z prezentu.

Mimo że starcie było dość jednostronne, obejrzeliśmy przy Bułgarskiej całkiem niezłe zawody, także ze względu na drużynę gości, która przez dziewięćdziesiąt minut – niezależnie od wyniku i sytuacji na boisku – próbowała atakować. Pewnie inaczej ocenialibyśmy takie podejście do meczu, gdyby nie wspomniane wyżej kłopoty Lecha ze skutecznością, ale jako postronni widzowie nie mamy nic przeciwko, żeby wszyscy beniaminkowie wychodzili z takiego założenia. Zresztą, akurat w przypadku zespołu ze Śląska to nie jest wcale żadne naiwne marzycielstwo. Potrafią się postawić, przed przerwą na kadrę wygrali w Krakowie, wcześniej ogrywali Pogoń czy Jagiellonię, to nie są chłopcy do bicia. Ale dziś, z tak dysponowanym Lechem, każda polska drużyna byłaby właśnie chłopcami do bicia.

gol24.pl – Lech Poznań pewnie pokonał GKS Katowice w meczu 16. kolejki PKO Ekstraklasy. Kolejorz powiększył przewagę w tabeli rozgrywek

W sobotni wieczór Lech Poznań pewnie pokonał na własnym stadionie GKS Katowice 2:0 w meczu 16. kolejki PKO Ekstraklasy. Gole dla Kolejorza strzelali Mikael Ishak oraz Ali Gholizadeh. Wynik mógł być nawet wyższy na korzyść poznaniaków, ale szwedzki napastnik między innymi nie wykorzystał rzutu karnego. Liderujący w tabeli rozgrywek Lech dzięki wygranej, powiększył przewagę nad Rakowem Częstochowa do 4 punktów.

Spotkanie w Poznaniu fantastycznie rozpoczęło się dla gospodarzy. Już w 3. minucie wynik otworzył Mikael Ishak. Szwedzki napastnik perfekcyjnie skorzystał z dokładnego podania swojego rodaka Patrik Walemark i Dawid Kudła nie miał żadnych szans. Mimo prowadzenia, Kolejorz ani myślał zwalniać tempa. Wciąż atakował i stwarzał sobie kolejne okazje, ale brakowało skuteczni w wykończeniu. Swoich szans nie wykorzystali Patrik Walemark i Ali Gholizadeh i do przerwy zespół ze stolicy Wielkopolski prowadził tylko 1:0.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Wciąż gospodarze intensywnie nacierali na defensywę rywali. W 50. minucie Afonso Sousa został sfaulowany w polu karnym GKS-u przez Adriana Błąda i sędzia Łukasz Kuźma wskazał na „wapno”. Jednak Mikael Ishak zamiast ustrzelić dublet, trafił tylko w słupek.

Chwilę później Kolejorz dopiął swego i podwyższył prowadzenie. Po znakomitym kontrataku do siatki przyjezdnych trafił Ali Gholizadeh. Reprezentant Iranu strzelił swojego strzelił swojego 3 gola w tym sezonie PKO Ekstraklasy. Taki rezultat utrzymał się do ostatniego gwizdka i Lech Poznań po pewnym zwycięstwie nad beniaminkiem rozgrywek podwyższył przewagę w tabeli nad grupą pościgową.

Mocna delegacja kibiców GKS Katowice w Poznaniu na meczu z Lechem

Kibice GKS Katowice w sobotni wieczór wypełnili niemal do ostatniego miejsca sektor gości na stadionie Enea Stadion w Poznaniu. Fani beniaminka PKO Ekstraklasy głośno wspierali swoich ulubieńców w trudnym meczu przeciwko liderowi rozgrywek. W drugiej połowie kibice Lecha Poznań odpalili sporą liczbę środków pirotechnicznych, co spowodowało przerwanie meczu na kilka minut.

Mimo bardzo niskiej temperatury i niesprzyjających warunkach atmosferycznych kibice GKS Katowice w bardzo licznej liczbie stawili się na Enea Stadion w Poznaniu. Fani beniaminka PKO Ekstraklasy wypełnili sektor gości i głośno dopingowali swój zespół w niezwykle trudnym spotkaniu. Na boisku to Lech był zdecydowanie lepszy, ale na trybunach czasami katowiczanie dawali o sobie znać.

gloswielkopolski.pl – Beniaminek bez szans przy Bułgarskiej. Kolejorz za dobry dla GKS

W 16. kolejce ekstraklasy Lech Poznań wygrał 2:0 z GKS Katowice po golach Ishaka i Gholizadeha. Zwycięstwo Kolejorza mogło być wyższe, bo kapitan Lecha nie wykorzystał karnego, a w drugiej części jak w transie bronił Kudła.

Sensacji nie było, bo nie mogło być. Kolejorz miał w tym meczu zdecydowaną przewagę i w pełni kontrolował wydarzenia na boisku.

Gdyby nie świetna postawa bramkarza beniaminka Dawida Kudły, goście wyjechaliby z Poznania z dużym bagażem goli. 2:0 to bowiem najniższy wymiar „kary”.

codziennypoznan.pl – Lech Poznań wygrywa z GKS Katowice i broni pozycji lidera

Lech Poznań odniósł spokojne i zasłużone zwycięstwo w sobotnim meczu przeciwko beniaminkowi ekstraklasy, GKS Katowice. Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:0, a przewaga gospodarzy ani przez chwilę nie była zagrożona. Choć wynik mógł być bardziej okazały, Kolejorz nie wykorzystał rzutu karnego i kilku dogodnych sytuacji.

Lechici szybko narzucili swoje tempo gry, co przyniosło efekt już w 3. minucie. Mikael Ishak, po znakomitej akcji, otworzył wynik spotkania, wykorzystując doskonałe podanie Joela Pereiry, które perfekcyjnie trafiło do Patrika Walemarka. Ten, mimo trudności z utrzymaniem równowagi, obsłużył Ishaka idealnym dośrodkowaniem. Szwedzki napastnik po raz 10. w tym sezonie wpisał się na listę strzelców, dołączając do liderów klasyfikacji królów strzelców PKO BP Ekstraklasy.

Lech mógł podwyższyć prowadzenie już kilka minut później. Walemark ponownie zaprezentował swoją wizję gry, precyzyjnie dogrywając piłkę do Aliego Gholizadeha. Irański skrzydłowy, będąc w dogodnej sytuacji, trafił jednak w boczną siatkę, co wywołało na trybunach chwilową konsternację – niektórzy kibice zaczęli przedwcześnie świętować.

Po przerwie Lech nie zwolnił tempa. Już na początku drugiej części gry Afonso Sousa wywalczył rzut karny po dynamicznym kontrataku. Do piłki podszedł kapitan Kolejorza, jednak jego strzał trafił tylko w słupek. To nie był koniec niewykorzystanych szans. Ishak, próbując główkować, niemal zdobył drugiego gola, ale piłka minimalnie nie przekroczyła linii bramkowej, co potwierdziły dłuższe analizy sędziów.

Niedługo później Ali Gholizadeh, który do tej pory rozgrywał przeciętne zawody, zrehabilitował się, zdobywając swoją czwartą bramkę w sezonie. Po dośrodkowaniu Walemarka piłka szczęśliwie spadła pod jego nogi, a on precyzyjnym strzałem ustalił wynik spotkania. Chwilę później opuścił boisko, ustępując miejsca Filipowi Jagielle.

W 70. minucie stadion przy Bułgarskiej rozświetliło pirotechniczne show zorganizowane przez kibiców. Gęsty dym zmusił sędziego do krótkiej przerwy w meczu, co wpłynęło na przedłużenie gry o 10 minut. W tym czasie Lechici spokojnie kontrolowali przebieg spotkania, stwarzając kolejne sytuacje, jednak świetne interwencje bramkarza GKS, Dawida Kudły, powstrzymały gospodarzy przed wyższym wynikiem. Filip Szymczak miał najlepszą okazję w doliczonym czasie, ale i on nie zdołał pokonać golkipera gości.

Sobotnia wygrana pozwala Kolejorzowi umocnić się w czołówce tabeli Ekstraklasy. Zespół Nielsa Frederiksena pokazał pewność w grze i dominację nad rywalem, co dobrze wróży na kolejne spotkania. GKS Katowice, mimo porażki, może być zadowolony z postawy swojego bramkarza, który wielokrotnie ratował drużynę przed utratą kolejnych goli.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Budowa Wielkiej GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zakończyła się nasza przygoda w europejskich pucharach. Była ona krótka, ale bardzo intensywna. Cztery środkowotygodniowe meczowe wieczory dostarczyły nam emocji, których kilka pokoleń kibiców w ogóle nie doświadczyło. Zarówno tych wyjazdowych, specyficznych, bo poza granicami naszego kraju, jak i domowych świąt futbolu, z pełnym stadionem i poczuciem czegoś wyjątkowego.

Trudno ostatecznie ten dwumecz ocenić jednoznacznie. To znaczy – łatwo było go ocenić do 83. minuty, ale potem mieliśmy przebłysk Katowiczan, który spowodował, że GKS ten mecz po prostu wygrał.

Nie da się jednak ukryć, że z perspektywy dwumeczu awans Hapoelu jest absolutnie zasłużony. To Izraelczycy byli drużyną zdecydowanie lepszą. Neutralizowali nas tak, że do bramki Ilji, czyli przez 173 minuty dwumeczu, najgroźniejszą okazją był chyba strzał Bartka Nowaka z rzutu wolnego, a przecież to był strzał zaledwie niezły. Ewentualnie jeszcze w drugiej połowie ta sytuacja Kacpra Łukasiaka, który w idealnej wprost pozycji skiksował kompletnie. Hapoel raz, że kasował nasze próby ofensywne bez większego problemu, to i jakość tych prób pozostawiała wiele do życzenia. Rywale sami też do pewnego momentu jednego i drugiego meczu – stwarzali sobie sytuacje bramkowe. Przez trzy połowy ofensywa GieKSy nie istniała. Goście wczorajszego meczu byli bardziej dynamiczni, choćby jeśli chodzi o pokazywanie się na pozycjach, pressing czy wychodzenie spod pressingu. U nas wyglądało to tak, że brakowało w tym zakresie jakiegoś doświadczenia i pomyślunku – nie było tego przestawienia się, że być może w pucharach trzeba w każdej sytuacji reagować o pół sekundy szybciej. Detale.

Druga połowa była już nieco lepsza, ale tak naprawdę to dopiero te ostatnie 10 minut to była ta GieKSa, jaką chcemy oglądać. I nie mówię tylko o bramkach, ale o zamknięciu i zdominowaniu rywala. Jak się okazało – w tych okolicznościach Hapoel był w stanie się pogubić i raz stracić bramkę, raz sprokurować karnego. Można sobie zadać pytanie – dlaczego nie wcześniej? Gdyby to „swoje” GieKSa grała choćby od początku meczu lub po jednej połowie na Węgrzech i u nas – losy tej rywalizacji wcale nie musiały być takie, jakie są.

Jeśli chodzi o ofensywę, to duży zawód sprawiły w tym dwumeczu stałe fragmenty. Bartoszowie Nowak i Wolski bili je niestety bardzo źle. Poza wspomnianym jednym rzutem wolnym mieliśmy rzuty wolne niecelne czy tam jeden w środek bramki w Miszkolcu. Po rzutach rożnych też kompletnie nie stwarzaliśmy zagrożenia. Szwankowało to bardzo, a od takich techników wymagamy przynajmniej uderzenia w światło bramki.

No i znów kuriozalna stracona bramka. Sposób w jaki piłka fruwała nad głowami Arka Jędrycha i Bartosza Wolskiego był niezrozumiały. Pomijaliśmy się głowami z futbolówką i zaraz rywal miał czystą sytuację. Niestety wszystkie trzy bramki strzeliliśmy sobie sami. O meczu sprzed tygodnia napisano już wiele, jednak tym razem gol dla piłkarzy z Tel Awiwu też nie było po nie wiadomo jakiej składnej akcji.

Końcówka była znakomita. Kapitalną zmianę dał Mateusz Wdowiak. Poszarpał, pogonił, zaliczył asystę i wywalczył rzut karny. Świetnie wykończył akcję na 1:1 Ilja Szkurin, a potem kapitan bardzo dobrze wykonał rzut karny. Swoje do gry wniósł Eman Marković czy Erik Jirka. Także Szymon Bartlewicz miał dobry moment, choć te kilka wrzutek na sam koniec na wysokość kolan sfrustrowało Nową Bukową. Mimo wszystko – gdy wydawało się, że dwumecz zostanie z kretesem przegrany, nieoczekiwanie nasi zawodnicy zapewnili nam w końcówce wielkie emocje. I wygrali mecz. Jakby do tego wszystkiego nie podchodzić – to cieszy. Jak i kolejna bramka naszego napastnika.

Cieszy to, że GieKSa nadal u siebie seryjnie wygrywa mecze. Cieszy, że nie została przerwana passa meczów bez porażki na własnym stadionie. Uważam, że to psychologicznie jest bardzo dobry aspekt. Także to, że ta końcówka okazała się efektywna i wyszliśmy z takiego jednak marazmu, którym był naznaczony ten dwumecz. Na sam koniec o marazmie nie ma mowy. Bo GieKSa znów była GieKSą. I to też ma zaprocentować już w niedzielę w meczu ligowym.

Wstydu nie przynieśliśmy. GKS Katowice wracający do pucharów po tylu latach – zdołał jedną rundę przejść, a przecież tam też były trudności. Mieliśmy ten piękny wieczór z wyeliminowaniem Žiliny. To nie był ten przez wiele lat trawiący polski futbol „eurowpierdol”. Odpadliśmy, popełniliśmy swoje błędy, odpaść nie musieliśmy. Ale nie ma mowy o żadnej kompromitacji. I paradoks według mnie jest taki, że choć Hapoel był w naszym zasięgu, to wcale nie jestem przekonany, że Atalanta będzie z tym rywalem miała tak łatwo.

Pamiętam czas, częściowo w sezonie spadkowym do drugiej ligi, kiedy GieKSa przez rok nie potrafiła u siebie wygrać meczu. CAŁY ROK! Teraz w ciągu dwóch tygodni wygraliśmy na swoim boisku dwa mecze w europejskich pucharach. To naprawdę są wartościowe rzeczy w tym ciągłym i ciągłym procesie budowy Wielkiej GieKSy. To daje radość, to daje poczucie sensu w tym wszystkim.

Wracamy do ligi. Ligi, która była totalnie gdzieś w tle tego wszystkiego. Ale teraz ruszymy już do niej pełną parą i będziemy ciułać te ligowe punkciki – oby jak najczęściej po trzy, choć czasem jednym też nie wzgardzimy. Najważniejsze, żeby wspomniana para nie uciekła po odpadnięciu z europejskich rozgrywek. Ale jestem dziwnie spokojny, że to nie nastąpi. Raczej mam myśl, że pójdzie to w drugą stronę i te puchary GieKSę napędzą jeszcze bardziej. Już mecz z Radomiakiem to pokazał.

Ostatecznie więc trochę pomarudzić sobie tam czasem pod nosem możemy, ale tak naprawdę wszystko jest w jak najlepszym porządku. Długofalowo – te cztery mecze to kolejne punkty do doświadczenia i stawania się coraz lepszą drużyną. Europejskie puchary były czymś, czego nie zakładaliśmy na początku i przez długi czas w poprzednim sezonie. A jednak nam się one przydarzyły. To był dla kibica GieKSy prawdziwy bonus. I cztery dodatkowe mecze, a przecież… uwielbiamy mecze i im więcej, tym lepiej. Myślę, że piłkarze czy trenerzy mają podobnie. Przecież wszyscy kochamy atmosferę stadionu, te sztuczne światła, te krzyki publiczności, euforię po bramkach, nerwy na sędziego, otoczkę medialną i całą tę fabułę, która ciągle trwa i trwa.

I będzie trwać dalej, bo historia tego sezonu – z przytupem – ale dopiero się zaczyna. Przed nami maraton ligowych meczów, w którymś momencie dojdzie jeszcze Puchar Polski. GieKSa jest gotowa, a zawodnicy z całej kadry – sprawdzeni. Nic więc tylko czekać na kolejne popołudnia i wieczory z GKS Katowice w roli głównej.

Panowie, dziękujemy za ten czas i czekamy na kolejne pojedynki. A jak jeszcze powalczycie o puchary i kolejną europejską przygodę za rok – to już będzie w ogóle wspaniale!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga