Dołącz do nas

Piłka nożna

Kij w szprychy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przydaje się ta przerwa, oj przydaje. Przynajmniej na chwilę mamy wytchnienie od coraz to kolejnych porażek, klęsk, płaczu i zgrzytania zębami. Naprawdę już dawno temu nie mieliśmy początku sezonu tak fatalnego, żeby móc powiedzieć, że awans do ekstraklasy jest prawie niemożliwy już po ośmiu kolejkach. Między bajki włóżmy te stwierdzenia o specyfice ligi i przykładach Górnika Zabrze i Zagłębia Sosnowiec.

Po pierwsze bowiem, podczas gdy tamte drużyny wygrywały sześć meczów z rzędu, to my od jedenastu lat mieliśmy tylko dwie serie z czterema wygranymi w serii, a i trzy zwycięstwa to była rzadkość. Po drugie, my sobie możemy punktować, ale już mamy 11 oczek straty do drugiego i 13 do pierwszego miejsca, co oznacza, że przy naszych czterech lub pięciu wygranych, przeciwnicy muszą tyleż samo przegrać. I i tak dopiero jesteśmy wtedy w miarę na równi. Po trzecie w końcu – żeby osiągnąć i tak tragiczny pułap Zagłębia, które awansowało z 58 punktami, musielibyśmy zdobyć ich jeszcze 51 w 26 meczach, czyli mieć bilans na przykład 15-6-5. Ktoś w to wierzy, jeśli na początku sezonu mamy bilans 2-1-5?

Umówmy się, sezon w kontekście walki o awans jest praktycznie przegrany. To nie jest strata sześciu punktów po piętnastu kolejkach. Nie mamy nawet ćwierci sezonu, a strata punktów jest już dwucyfrowa. I nie ma znaczenia, że Bytovia rozegrała mecz więcej. Bo my i tak musimy ten „zaległy” mecz wygrać, co w obecnym sezonie graniczy z cudem.

Przykry wstęp? Nie ma co oszukiwać rzeczywistości. Tak naprawdę trzy kolejki temu mogliśmy wbić się na dobre do czołówki, mimo wcześniejszych strat punktowych. Niestety przegraliśmy z Rakowem, co było przykre, ale musiało być wkalkulowane. Nie do przyjęcia była natomiast porażka z Jastrzębiem. A meczem ratunkowym były Chojnice i tak w ciągu 10 dni straciliśmy 9 punktów, czyli więcej niż nasz dorobek w całym sezonie.

Teoretycznie GKS jest w stanie włączyć się do walki o awans, ale to tylko teoria. Tutaj musiałaby się zdarzyć naprawdę seria 6-8 wygranych z rzędu, żeby zadomowić się w czubie tabeli. Ale naszym problemem byłoby nie tylko doskoczenie, ale i utrzymanie się w czołówce. A jak wiemy z poprzednich sezonów – co tylko była szansa na lidera, zespół oddawał mecze i przegrywał. Nie ma gwarancji, że teraz nie byłoby tak samo, choć raczej nie podejrzewalibyśmy wtedy piłkarzy o celowość, tylko o słabą psychikę oraz dziwactwa szkoleniowca.

Chyba nawet najtwardszy zawodnik może wymięknąć przy trenerze Jacku Paszulewiczu. Powtórzymy to – jak żaden inny, ten szkoleniowiec popsuł dobrze rozkręcający się mechanizm. Najpierw kuriozalnymi zmianami pomiędzy meczami Wigry – Raków – Jastrzębie. Potem tych zmian aż tak wielu nie zrobił na Chojnice, ale z relacji osób, które mecz obserwowały – mając przeciwnika na widelcu i grając przez chwilę w przewadze – bronił wyniku i zakończyło się to klęską.

Trudno, żeby zawodnicy byli wpatrzeni jak w obrazek w trenera, który podejmuje tak nielogiczne decyzje personalne i taktyczne. Dodatkowo szkoleniowiec „popisuje się” także w wypowiedziach – twierdząc, że kluczowym momentem spotkania była czerwona kartka Poczobuta w doliczonym czasie gry. To jest takie, za przeproszeniem, pitolenie, bo równie dobrze wcześniejsza czerwień zawodnika gospodarzy mogła być kluczowym momentem, żeby odnieść zwycięstwo, ale dla nas oczywiście nie była. To tak na zasadzie, jeśli rywal strzeli na początku i przegramy, to bramka ustawiła mecz. A jak to my strzelimy, ale przegramy, to jest gadka o tym, że szybko strzelona bramka nas uśpiła. Wszystko źle, wszystko na naszą niekorzyść.

Trener kontynuuje niestety smutne tradycje odlatujących trenerów. Nie wspominamy już popadniętego w niebyt Wojciecha Stawowego, ale mamy w pamięci Jerzego Brzęczka, który wygadywał takie bzdury na konferencjach, że głowa boli. I głowa boli dalej, gdy opowiada podobne bajeczki dziennikarzom jako selekcjoner, a ci światli dziennikarze je łykają i mówią „w końcu mamy selekcjonera, który mówi z sensem”. Można sobie zadać pytanie, dlaczego zawsze my kibice GKS ostrzegamy, nikt nas nie słucha, wszyscy się z nas śmieją, a na koniec okazuje się, że mieliśmy rację. Oczywiście Brzęczek dopiero zaczął i miejmy nadzieję, że jednak odniesie sukces (chociaż w sumie to życzę sukcesów reprezentacji, a nie panu hochsztaplerowi), ale tak samo było z Ireneuszem Królem w Polonii Warszawa, kiedy również ostrzegaliśmy kibiców Polonii, a potem to oni płakali. Niestety przez nasz klub przewijają się piłkarscy, trenerscy i gabinetowi dyletanci, którzy dokładają cegiełkę do niszczenia klubu, a potem ruszają w Polskę. Nawet do reprezentacji.

Paszulewicz zawalił wiosnę, choć trzymaliśmy wówczas jego stronę, bo jednak to piłkarze zrobili wszystko, by nie awansować. To on jednak prowadził tę drużynę, a teraz psuje cały piłkarski sezon już na wstępie. Co najgorsze, z naprawdę fajną, młoda i perspektywiczną drużyną. Nieokrzesaną jeszcze, niedojrzałą, ale fajną. Która już się rozpędzała, ale szkoleniowiec odciął kable i choć piłkarze również dali ciała, to można częściowo zrozumieć, że stracili morale widząc, co robi pryncypał.

I powtórzę to po raz kolejny – „pierwsza liga styl życia” to taki fajny slogan tłumaczący porażki i „dziwne” zjazdy drużyn. Ale nikt nie mówi o tym, że od kilku lat w tym klubie są ludzie, którzy wkładają notorycznie szprychy w sprawnie działający mechanizm. Za Moskala po świetnej jesieni na wiosnę zespół wygrał tylko dwa na osiemnaście meczów. Nigdy nie uwierzę, że czysto sportowy spadek formy może spowodować tak żenujący bilans punktowy. Tak samo jak nie uwierzę, że czystym spadkiem formy i obniżeniem jakości piłkarzy jest to, że Paszulewicz od początku wiosny miał bilans 6-0-1, a od wygranej z Chrobrym do teraz ten bilans wynosi 4-3-9. Powiedzmy sobie szczerze – coś tu wybitnie jest nie halo.

Nadchodzący mecz z Chrobrym jest tak naprawdę jedynie meczem o przedłużenie złudzeń. Wygrana w Głogowie plus powiedzmy dwie wygrane w trzech meczach u siebie dałyby nam złudzenie, że jednak jesteśmy blisko czołówki. Tak naprawdę tylko tyle, bo przykro mi to mówić, ale jestem przekonany, że czekają nas kolejne gongi w najmniej spodziewanych meczach, jak na przykład z Garbarnią u siebie. Za dużo widziałem w ostatnich latach i obecnie, żeby mieć jakąkolwiek nadzieję, że będzie inaczej. GieKSa będzie sobie co jakiś czas wygrywać, powodować przez chwilę dobre wrażenie, a potem i tak znów wrócimy do punktu wyjścia. A każda kolejna porażka czy remis będą pogrążać nas w środku tabeli lub w jej ogonie.

Jedyną rzeczą, która nie odebrałaby mi całkowicie nadziei na lepsze jutro byłaby zmiana trenera. Ale to musiałoby się zdarzyć już teraz. I pewnie się zdarzy jeszcze tej jesieni. Ale i tak będzie to za późno.

PS. Przepraszam kibiców, że po reprezentacyjnej przerwie ten felieton ma taki wydźwięk. Nie potrafię inaczej. Na ten moment nie ma jednej racjonalnej przesłanki, żeby wiązać z tym sezonem jakiekolwiek nadzieje.

6 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

6 komentarzy

  1. Avatar photo

    Serbia

    12 września 2018 at 16:24

    Masz rację Shellu. Szkoda Twojego wkurwiania. Od lat czytam Twoje komentarze, które według mojej oceny są merytoryczne, trafne i pisane z klasą. Rzygać się chce oglądając ten klub od 13 lat w ligach niższych, aniżeli ta ekstraklapa. Szkoda mi tych kibiców, ultrasów, którzy jeżdżą za klubem po całej Polsce; po prostu kurwa ręce opadają. Nie wiem co musiałoby się wydarzyć, żeby GKS Katowice awansował do ekstraklapy ale na chwilę brak jakichkolwiek perspektyw, żeby znaleźć coś pocieszającego. Z zazdrością patrzę jak kibice Górnika jeżdżą na Rossevelta i dopingują swój klub. Pozdrawiam Trójkolorowych Ultrasów.

  2. Avatar photo

    mzG

    12 września 2018 at 18:26

    Przygnębiające to czytać, nawet nie chcę wiedzieć jak przygnębiające było pisanie tego…
    Chyba lepiej już to przemilczeć niż się nad tym wszystkim zastanawiać

  3. Avatar photo

    KaTe

    12 września 2018 at 20:17

    I co nam pozostaje?
    To co zawsze – kibicować Gieksie…
    Angaż Paszulewicza był od początku dość dziwny (wymarzył go sobie Tadziu Bartnik?), ale w obecnej sytuacji, zwolnienie go oznacza spisanie sezonu na straty. Oczywiście, jeśli będziemy kontynuować serię porażek – znów będzie musiał pojawić się ktoś by gasić pożar. Ale nie czarujmy się: Gieksa to nie Lech Poznań. Ostatnio więcej trenerów nam odmówiło, niż podskakiwało z radości na wieść o tym, że jest taka propozycja.
    Jak przyjdzie kolejny Podoliński, efektem będzie układanie zespołu przez następne pół roku.
    A poza tym, wszak było do przewidzenia, że zbieranina może zacząć się zmieniać w zespół dopiero w okolicy października…
    Błędy Paszula w sterowaniu drużyną, to (mam nadzieję) efekt braku doświadczenia. Możemy tylko liczyć, że przynajmniej uczy się na błędach.

  4. Avatar photo

    Irishman

    13 września 2018 at 08:23

    Strasznie pesymistyczny tekst Shellu… a może realistyczny? Okaże się. Ja tam mam nadzieje, że to po tej przerwie to w końcu ruszy. Bo nasz skład to dynamit, który może wygrywać całymi seriami, bez względu co tam było kiedyś.

    Ale jeśli nie, to niech to będzie nauczka, żeby nie czekać nawet z najlepszymi transferami do końca okienka, bo one przynoszą więcej szkody niż pożytku i szkoda na nie kasy. Szkoda, że my zamiast robić awans ciągle musimy się uczyć…..

  5. Avatar photo

    Irishman

    13 września 2018 at 08:36

    A to, że te fatalne wyniki przyszły na początku rozgrywek to znaczy, że mamy więcej czasu, aby dogonić tych, którzy uciekli. Zresztą moim zdaniem, naszym realnym rywalem w walce o awans, który jest najwyżej w tabeli jest (oczywiście poza Rakowem) Chojniczanka, a do niej mamy nie 11 a już „tylko” 6 punktów. No chyba, ze Sandecja znów zagra wszystkim na nosie.

    Ale tak czy inaczej nie m,a co tych punktów liczyć, dopóki nie powstanie drużyna, która będzie w stanie je seryjnie zdobywać.

  6. Avatar photo

    Mecza

    13 września 2018 at 19:17

    Głupio się czyta komentarze o wyciąganiu wniosków i nauce trenera. On miał być gotowy, wiedzący co to awans a nie zielony, perspektywiczny ale to wiedzieliśmy w styczniu. Sytuacja GKS jest bardzo podobna do występów naszych eksportowych w pucharach, skończyliśmy sezon w sierpniu.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Kielc i Łęcznej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.

1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.

2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.

4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.

5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.

6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.

7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.

8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.

9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.

10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.

11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.

12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.

13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.

14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.

15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.

16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.

17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.

18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.

19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna  i schludna.

20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.

21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.

22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.

23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.

24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.

25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.

26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.

27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.

28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.

29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.

30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.

31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.

32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.

33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!

34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.

35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Od razu humor lepszy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.

Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.

Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.

Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.

(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).

Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.

Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.

Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.

Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.

Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.

Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.

I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.

Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.

Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.

Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.

Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.

Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.

Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.

Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.

Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.

I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.

Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.

O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.

Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?

Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.

Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.

Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.

Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.

Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.

A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.

PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga