Felietony
Brawa za walkę, nagana za piłkę nożną
Przed meczem z Miedzią pisaliśmy, że spotkanie w Legnicy będzie pewnego rodzaju chrztem dla naszej drużyny. Po pierwszych dwóch meczach z przeciętnymi drużynami – obu przegranych – tym razem przyszło nam się spotkać z jednym z faworytów tej ligi. Na tym tle nasz zespół – po różnych działaniach z mijającego tygodnia – miał za zadanie zagrać bardziej ambitnie niż dotychczas.
Naprawdę trudno jest powiedzieć, czy ekipa Piotra Mandrysza ten chrzest przeszła. Chrzest w tym przypadku rozumiany, jako moment, wydarzenie kluczowe, które popchnie tę ekipę do przodu. Trudno to ocenić, bo mecz należy rozpatrywać w dwóch zupełnie osobnych kategoriach. Jedną z nich jest kwestia wolicjonalna, czyli walka, zaangażowanie i jeżdżenie na dupie, drugą natomiast kwestie czysto piłkarskie, taktyka, technika i związana z tym efektywność. Oba te aspekty nie poszły w parze, a wręcz poszły zupełnie przeciwstawnie.
Zacznijmy od kwestii wolicjonalnych. Zarówno kibice na trybunie gości, jak i my obserwujący to spotkanie z perspektywy loży prasowej – nie mieliśmy tym razem zastrzeżeń do zaangażowania zespołu. To nie był jeszcze ideał gryzienia trawy, ale jednak poziom walki był bardzo przyzwoity i jeśli zostałby utrzymany na kolejne mecze – będziemy w tym aspekcie zadowoleni. Wiadomo oczywiście, że każdy zawodnik jest inny i w różnym momencie włącza opcję „walka” na różnym poziomie. Jesteśmy przyzwyczajeni od wielu lat, że często guzik z tym napisem w ogóle został wyrwany i mecze były przechodzone. W Legnicy większość zawodników dobrze podkręciła ten element. Przez walkę i zaangażowanie rozumiemy nie tylko szybkość i agresję, ale także mocną koncentrację na tym, co dzieje się na boisku, co przekłada się choćby na czytanie gry. Bardzo dobrze w tym elemencie pokazali się stoperzy, którzy kilkukrotnie wkładali nogę czy głowę na tyle szybko, aby zażegnać zagrożenie. U nich akurat nie mamy co się czepiać także o kwestie piłkarskie, bo byli po prostu skuteczni w swojej grze. Ambitnie grali też inni zawodnicy – boczni obrońcy, w środku Łukasz Zejdler, a na skrzydle kilka razy włączał turbodoładowanie Andreja Prokić. Starał się być obecny na boisku Yunis. A wzorem ambicji i jednym z najbardziej ambitnych właśnie zachowań ostatnich kilku lat był sprint Pawła Mandrysza w akcji bramkowej. Ten gol nie został zdobyty jakimiś wielkimi umiejętnościami, tylko po prostu sercem – ruszył chłopak do przodu i dobiegł do tak naprawdę beznadziejnej i straconej piłki. To jest to, co chcemy oglądać! Ta akcja była na tyle spektakularna i zdecydowanie ponad poziom oczekiwanego od nas nasilenia walki, że jakby nie pobiegł lub nie zdążył, to nikt nawet by tego nie zauważył. Paweł w tej akcji dokonał po prostu niemożliwego. Do końca spotkania ambitnie się broniliśmy, niestety nie udało się utrzymać wyniku.
Drugim aspektem spotkania w Legnicy jest jakość piłkarska. No i niestety nie mamy tu pozytywnych informacji. Mecz z Miedzią był po prostu słaby w wykonaniu GieKSy. Ocenę spotkania podwyższa co prawda druga połowa, która pod względem organizacji gry, ale praktycznie tylko defensywnej, była mocno przyzwoita i Miedzianka nie potrafiła sobie stworzyć groźnych sytuacji. Zaczynając jednak od początku – pierwsza połowa była fatalna. To był cud, że nie przegrywaliśmy do przerwy. Bardzo źle grali boczni obrońcy, którzy nie nadążali za akcjami i dawali wkręcać się w ziemię (zwłaszcza Mokwa). Dodatkowo nie mieli w ogóle defensywnego wsparcia w bocznych pomocnikach, bo Mandrysz nie dojechał na pierwszą połowę, a Prokić był tak skupiony na ofensywie, że nie miał jak pomagać. W ogóle z gry Prokića poza robieniem wiatru nie wynikało kompletnie nic – jest takie powiedzenie, że „lepiej mądrze stać niż głupio biegać”. Andreja wybrał tę drugą opcję. Prokurowaliśmy rzuty wolne w niedalekiej odległości od naszej bramki. Klemenz zaliczał fatalne straty na akcje bramkowe dla rywali. Zejdler miotał się i każde jego zagranie było na styk. Foszmańczyk kilka razy miał piłkę, ale tradycyjnie nie robił różnicy. Wiele z naszych akcji mogłoby się rozwinąć lepiej, gdybyśmy nie faulowali bezsensownie w środkowej strefie boiska przy wyprowadzaniu piłki. Nie stwarzaliśmy sytuacji (jedynie pudło Klemenza), Miedź natomiast kilka razy na szybkości weszła w pole karne i przynajmniej jedną bramkę powinna strzelić.
W drugiej połowie – jak pisaliśmy – te najgorsze rzeczy odeszły i już nie było takich byków. Solidna gra w obronie, przez co Miedź nie miała już takich sytuacji jak przed przerwą. Nadal jednak mankamentem pozostała gra ofensywna, a w zasadzie jej brak. Katowiczanie zostali zdominowani przez rywala i po golu nie zagrozili już gospodarzom w najmniejszym stopniu. Tylko obrona i obrona, a w takiej sytuacji trzeba się liczyć, że rywal strzeli gola. Nawet w 97. minucie. Z karnego.
Jakość gry jest zdecydowanie do poprawy i nawet taka postawa, jak w Legnicy, nie zagwarantuje zwycięstwa z Puszczą. To był po prostu słaby mecz, który udało się zremisować (a prawie wygrać) ze względu na solidną postawę w grze obronnej całego zespołu w drugiej połowie, dobrej grze stoperów przez cały mecz, walce i zaangażowaniu większości zawodników, zrywowi Mandrysza, ale przede wszystkim dzięki nieskuteczności Miedzi w pierwszej połowie. Nie będziemy nikomu robić wody z mózgu, ale to brak ogarnięcia w końcowych fazach akcji Miedzi utrzymał nas w ogóle w tym spotkaniu. Na plus jest to, że po przerwie potrafiliśmy z tego skorzystać – to się ceni.
Kilka słów jeszcze o ofensywie. Grając na jednego napastnika, często ma on bardzo utrudnione zadanie, jeśli nie pomagają mu koledzy. I tutaj Yunis się musiał cofać na środek boiska, by powalczyć o piłkę, zbierać górne futbolówki. Czyli zrobił to minimum, które mógł, a którego nie zrobił Wojciech Kędziora z Pogonią. Pewnie Jakub mógł zdziałać więcej, ale to minimum przyzwoitości zachował – w sytuacji, gdy nie ma wsparcia kolegów. Na razie rozegrał jednak dwa mecze i praktycznie poza jedną sytuacją w Tarnobrzegu – zero okazji. Można zacząć się obawiać, czy nie będzie to kolejny Lebedyński, czyli zawodnik, który coś tam potrafi i czasem ma udane zagranie, ale nie zdobywa bramek, a wręcz nie oddaje strzałów. Nie chcemy takich napastników. Oni mają po prostu zagwarantować ileś tam bramek w sezonie. Yunisa nie skreślamy oczywiście po tych dwóch meczach, ale powoli musi włączyć efektywność.
No właśnie, ale to jest osamotniony napastnik. A co z tymi, którzy mają na tego napastnika pracować? Niestety posucha. O Prokiću już pisaliśmy. Paweł Mandrysz też poza tym zrywem nie pokazał się w ofensywie. Zejdler i Klemenz mają zadania defensywne, ale też mogliby czasem coś od siebie dać w rozsądnym zapoczątkowaniu akcji. No i Tomasz Foszmańczyk. Niestety ten zawodnik jest coraz bardziej zblazowany, a powinien robić różnicę. Nie rozprowadza akcji dynamicznie, z pomyślunkiem, tu krótka piłka, tu prostopadłe podanie, tu przerzut. Po prostu pyka sobie, jakbyśmy grali o nic. Nie bez kozery jest stwierdzenie, że to jest świetny zawodnik dla zespołu, który nie walczy ani o awans, ani o utrzymanie. W takich warunkach Fosa odnalazłby się idealnie. Ktoś powie, że zaliczył asystę przy golu, ale patrząc wielokrotnie na tę sytuację, to zawodnik który wychodzi sam na sam, a decyduje się na strzał z 25 metrów po ziemi, to sorry… Naprawdę duże szczęście w tym, że Kapsa wypuścił tę piłkę, a gdyby nie niesamowity sprint Mandrysza i gol, to przecież na Fosę spadłaby wielka krytyka za tę sytuację. Zawodnik musi od siebie dać więcej, bo to nie może dalej tak wyglądać. To on jest głównym odpowiedzialnym za grę ofensywną i jeśli w jego wykonaniu tego nie ma, spotkanie wygląda tak, jak wygląda.
W drugiej połowie trener dokonał kilku zmian. Jedną z nich był Dawid Plizga i musimy powiedzieć to głośno, że była to jedna z najgorszych zmian w ciągu ostatnich kilku sezonów. Nie wiemy, czy zawodnik przez cały mecz do wejścia na boisko robił sprinty w budynku klubowym, albo zrobił 300 przysiadów, ale wszedł na boisko i już na starcie wyglądał, jakby oddychał rękawami. Ciężkie, ołowiane nogi powodowały wrażenie, że porusza się w ślamazarnym tempie, nie reaguje odpowiednio szybko. Zaliczył jeden zryw i prostopadłe – za mocne – podanie. To za mało, zwłaszcza od zawodnika, który kiedyś słynął z dynamiki i szybkości. Jeśli o Kędziorze pisaliśmy, że wyglądał, jakby był na emeryturze, to Dawid tak, jakby był na rencie. Powstaje pytanie, czy to jakieś ciężkie treningi trenera Mandrysza i z tego powodu ciężkie nogi. Bo akurat późne wejście do zespołu czy brak regularnej gry od kilku miesięcy może tłumaczyć różne rzeczy, ale na pewno nie to, że zawodnik wchodzący na 25 minut na świeżości nie może wykonać kilku szybkich akcji, ale też pomóc w defensywie – bo i odpuszczanie zawodników Miedzi przy piłce, kiedy wystarczyłoby ze dwa kroki zrobić – sprawiało, że zęby bolały. Szkoleniowiec musi się nad tym zastanowić, bo wystawianie zawodnika w takiej formie fizycznej robi mu wielką krzywdę. No chyba, że Dawid jest już zmęczony karierą, ale wtedy to już inny temat.
Kibice docenili zaangażowanie zawodników i po meczu były podziękowania. Nie będziemy wnikać już w okrzyki „byliście lepsi”, choć należy uważać z takowymi, bo właśnie w zeszłym sezonie nasi piłkarze uwierzyli przed wiosną, że są lepsi i chyba z tego powodu olali angażowanie się, bo myśleli, że mecze same się wygrają. Więc lepiej takich tekstów piłkarzom nie dawać, bo jeszcze znów w to uwierzą, nie mając ku temu podstaw. Ale brawa za walkę jak najbardziej się należały i zespół otrzymał solidną porcję wsparcia. Co z tym zrobi? To będzie ich kolejny egzamin dojrzałości.
Bardzo ciężka praca przed trenerem Mandryszem, bo samą walką ligi nie zawojujemy. Katowiczanie grali solidnie w grze obronnej i może to jest jakiś punkt zaczepienia na kolejne spotkania. Trener Mandrysz mówi „od czegoś trzeba zacząć”, więc może niech to będzie umacnianie gry defensywnej. Drużynę buduje się od tyłu, trzeba pochwalić za dobre zabezpieczenie po przerwie i przekuć to na następny mecz, ale już od początku do końca. Jednocześnie trzeba coś zrobić z ofensywą. Bo nie zawsze Paweł Mandrysz będzie miał takie depnięcie, a bezbramkowe remisy nie będą nam dawać takiej ilości punktów, jak potrzebujemy.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.
Galeria Piłka nożna
GieKSa zagrała na piątkę
GKS Katowice pokonał 5:0 Wisłę Płock na Arenie Katowice. Zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z tego emocjonującego spotkania na Nowej Bukowej.

Jestesmy zawsze tam gdzie nasza GieKSa gra!!!!
6 sierpnia 2017 at 16:59
Haha za jaka walke ??? jak oni nic wczoraj nie grali.. GieKSa To MY !!!!
obiektywny
7 sierpnia 2017 at 10:21
Dziwne czasy nastały, że zamiast krytyki szuka się pozytywów.Na pochwały trzeba sobie zasłużyć. Tyle lat upokorzeń, poprzedni sezon mistrzowsko przegrany, nie wygrany ani jeden mecz do tej pory (i nie wiadomo czy za Mandrysza taki będzie). Prezes z trenerem w innych widzą kandydatów do awansu bo wiedzą, że o awans nie gramy. Już co niektórzy piszą te same farmazony co w poprzednich latach, że lepiej awans za 2 lata, że budujemy zespół i takie tam. Ile tak można, czy w tym klubie nikt za nic nie odpowiada?
Irishman
7 sierpnia 2017 at 17:48
Ile to razy czytałem – „w tej lidze wystarczy zapierdalać”.
Coś w tym jest jak pokazuje wynik sobotniego meczu. 🙂
A jak już jest zapierdalanie to znaczy, że jest ambicja i wiara. Od tego już tylko krok, aby stopniowo zaczęła się w końcu pokazywać i jakość.
Paweł
8 sierpnia 2017 at 14:44
Remis przed meczem wziąłbym w ciemno. Choć wyrównanie padło w 97 min to należy ten punkt przyjąć z pokorą. Nie zgodzę się z trenerem Mandryszem, że punkt jest porażką. Nawet jeżeli miał na myśli, że wyrównanie padło w doliczonym czasie gry. Prawda jest taka, że zagraliśmy słabo. Asekuracyjnie i zza podwójnej gardy. Mamy takich piłkarzy, a nie innych. Jaki materiał – taki styl gry, czyli bez polotu.
Gdybyśmy stracili pierwsi bramkę to byłoby po meczu. Nie mamy siły w ataku i pozostaje nam grać na zero z tyłu licząc, ze ”coś” wpadnie. Na Legnicy się udało.
Nie widzę, aby ta drużyna była wstanie odrobić bramkę lub dwie:)
Jakości też na razie nie widać. Nie widziałem też, aby niektórzy dawali z siebie wszystko. Foszmańczyk snuł się po boisku. Dobrze, że bramkarz Miedzi jego anemiczny strzał jakimś cudem odbił na tyle niefortunnie, że padła bramka.
Ogólnie trzeba cieszyć się z punktu.
Paweł
8 sierpnia 2017 at 15:01
Podsumowując artykuł Shellu mamy w drużynie:
Emeryta- Kędziora,
Rencistę – Plizga,
Klauna – Nowaka,
Pozoranta – Foszmańczyka.
Jest jeszcze kilku innych a to dopiero początek sezonu:)
Już w piątek transmisja w TV i pewnie nas zespół pokaże się z najlepszej strony:)