Felietony Piłka nożna
Bordeaux już nie jest ostatnie!
Jak mawiał klasyk – mamy to! GKS Katowice po 32 latach przechodzi rundę w europejskich pucharach. Coś czego ze dwa pokolenia GieKSiarzy nie zaznały nigdy. Ba, i ja nie miałem tej przyjemności, bo choć pamiętam jako tako te mecze w telewizji, to jeszcze po prostu kibicem GieKSy wówczas nie byłem. Trafiłem tuż po dekadzie GieKSy w ten niesamowity wir piłkarskiej i kibicowskiej przygody.
Tak, to właśnie to słynne Bordeaux z Zizou w składzie było ostatnią ekipą, którą GKS Katowice wyeliminował w Europie. Potem mieliśmy Bayer oraz te nieszczęsne Ararat i Cementarnicę.
Trochę to do mnie nie dociera albo zaczęło docierać dziś rano. Wczorajszy mecz był stricte pod napięciem. Emocje i stres były olbrzymie. Nadzieja, radości, smutki, a na koniec ulga i euforia. Nowa Bukowa po raz kolejny była świadkiem czegoś niesamowitego, meczu niezwykłego, z dużą dramaturgią i właśnie napięciem do samego końca.
Po pierwszych niezadowalających wynikowo meczach – wczoraj drużyna stanęła na wysokości zadania. Próbkę mamy niewielką, ale oczywiście był to najlepszy mecz z tych trzech. Nie chodzi tylko o wynik, sama gra po prostu była dużo lepsza. Przede wszystkim – co najważniejsze – nie robiliśmy już takich błędów w obronie i nie traciliśmy w głupi sposób piłek. Tak – to jest kluczowe, nasi zawodnicy byli dużo bardziej skoncentrowani i odpowiedzialni. Dlatego całkiem nieźle usposobiona – zwłaszcza na początku – ekipa gości miała trudne zadanie.
Mimo to piłkarze z Żyliny kilka kapitalnych okazji sobie stworzyli. Na szczęście mają na szpicy Marko Roginića, który zaliczył drugi najlepszy mecz dla GKS Katowice, po ŁKS-ie z pierwszej kolejki jednego z sezonów. Raz był bardzo blisko po strzale głową – uderzał z ekwilibrystycznej pozycji i piłka dosłownie milimetry minęła słupek – tu oczywiście do Chorwata nie ma co się przyczepić. Ale sposób w jaki zmarnował sytuację sam na sam to już można powiedzieć, że jest typówka dla napastnika, który nie jest – delikatnie mówiąc – wysokiej klasy. Zresztą niewykorzystane sytuacje to był mankament MŠK Žilina w ich zakończonej już kampanii europejskiej. Przecież na początku meczu w Splicie Timotej Hranica również miał znakomitą okazję sam na sam, którą zmarnował.
Ale to już problemy Słowaków. Wiadomo, że to jest poziom europejski, więc trzeba się liczyć z tym, że rywal sobie jakieś okazje stworzy. Akurat tak się zdarzyło, że gola goście zdobyli w najmniej spodziewanym momencie – zadecydowała szybka noga Františka Kóšy i pojawił się na Nowej Bukowej charakterystyczny wybuch radości kilkunastoosobowej ekipy ze Słowacji na VIP-ach.
Patrząc jednak przekrojowo – to był bardzo dobry mecz GieKSy. Znów był ten polot, a momentami Katowiczanie zamykali rywali na własnej połowie. Zespół był aktywny i dynamiczny. Stwarzał sobie sytuacje. Bo przecież już w pierwszej połowie było bardzo blisko, gdy Adam Zreľák trafił w słupek. No ale wszystkie wisienki na torcie – i to jak słodkie! – mieliśmy w drugiej połowie.
Przecież każdy gol miał coś z maestrii. Rozegranie Erika Jirki z Bartkiem Nowakiem na prawej stronie i to mięciutkie, eleganckie dośrodkowanie Piłkarza Sezonu spowodowało, że to nasz drugi Słowak miał tylko dopełnić formalności – skontrował tę piłkę i nie dał szans Badžgoňowi. Druga bramka… Był kiedyś taki meksykański piłkarz Jared Borgetii, jeden z największych artystów w historii, jeśli chodzi o grę głową. Do dziś mam w głowie jego fenomenalną bramkę z Włochami na Mundialu 2002, kiedy zbiegł za światło bramki i jakoś tyłem/bokiem głowy strzelił tak, że piłka poleciała w długi róg. Poszukajcie sobie na Youtubie, bo to naprawdę było coś wspaniałego. Mateusz Wdowiak świetnie ustawił się do zagrywanej przez – co za zaskoczenie – Bartka Nowaka piłki i wykorzystał idealnie w punkt tę asystę swojego kumpla z Rakowa. Precyzyjnie, tyłem do bramki przeciągnął tak, że słowacki bramkarz nie miał co zbierać.
A gdy spiker Lyjo zaczynał już z kibicami skandować nazwisko strzelca, dał o sobie znać innych nasz techniczny Bartek, czyli Wolski, zagrywając w pole karne – tam przedłużył piłkę Fabian Bzdyl, a Ilja Szkurin kapitalną, ale również bardzo elegancką przewrotką, wyprowadził GKS na prowadzenie w dwumeczu. Cudowna bramka, fenomenalna radość Ilji, który widać było, jak naprawdę się tym wszystkim cieszy.
Dużo jest takich symboli. Przecież to przewrotka Bajramovskiego wyeliminowała nas z Pucharu UEFA 23 lata temu. Teraz tak piękna bramka dała promocję do następnej rundy.
Nienawidzę typować wyników i nie zamierzam tego już nigdy robić. Bo jak typowałem czasem, że GKS nie wygra, to się sprawdzało, a jak typowałem, że wygra, to się nie sprawdzało. Więc do licha z tym. Ale przyznam Wam, że miałem znaki. I uwaga – to nie jest fejk. Opowiem Wam o moim śnie, dwa dni przed meczem.
Oglądałem pierwszą połowę meczu z Žiliną z okna jakiejś kuchni, był tam też trener Górak. GieKSa cisnęła, ale w końcówce pierwszej połowy to goście zza pola karnego precyzyjnym strzałem strzelili bramkę. Brzmi znajomo?… To idziemy dalej. Wyrównał… Ilja Szkurin, precyzyjnym lobem pokonując bramkarza. Potem w 70. minucie wyrównał w jakichś dziwnych okolicznościach Alan Czerwiński, a w 90. minucie już jakiś nieistniejący zawodnik wygenerowany przez mój mózg ustalił wynik na 3:1.
Kurde, trochę dużo się sprawdziło. Wynik, gol dla gości dość podobny i to w momencie przewagi GKS oraz bramka Ilji. Żeby nie było, że zmyślam – mam świadków, którym w przerwie (albo przed meczem) o tym śnie opowiadałem. Jeszcze przy stanie 0:0.
Po raz kolejny piłkarze wchodzący z ławki wnieśli bardzo dużo. Dwóch strzelców bramek, ale przecież choćby także Szymon Bartlewicz. Wygląda na to, że zawodnik mentalnie bardzo szybko wkomponowuje się w GKS Katowice. No i pięknie.
Ale i inni zawodnicy zasługują na uznanie. Po słabszych pierwszych meczach, bardzo dobrze spisał się Borja Galan. Kacper Łukasiak pokazuje moc w środku pola. Bartek Wolski dołożył też kawałek swojej maestrii. A Bartek Nowak – cóż. Zawodnik wybitny. Nie ma dwóch zdań.
Nie wiedzieliśmy jak ten mecz się zakończy. Do końca pozostawało dziesięć minut, a GieKSa była na debecie. Nikt nie mógł spodziewać się, że to będą trzy minuty, które wstrząsną Žiliną, a cały żółty stadion wprawią w ekstazę. Doping oczywiście i tak był przez cały mecz, GieKSa wierzyła zarówno na trybunach, jak i na boisku. Ale po tych golach to był totalny odlot. To co się wyprawia z udziałem drużyny i kibiców, ta synergia, o której mówił kiedyś trener, to jest coś pięknego. I powiem tak – należy nam się za te wszystkie lata.
Sezon nie znosi próżni. Już pojutrze gramy swoje spotkanie ligowe. Trzeba więc być w gotowości,
By walczyć o ligowe punkty już od początku rozgrywek. Za tydzień w weekend GieKSa sobie trochę dychnie, bo mecz z Wieczystą został przełożony. Będziemy mieli dwa czwartki z rzędu – najpierw wyjazd do Miszkolca na Węgry, a tydzień później w środę rewanż u siebie z Hapoelem Tel Awiw. Będą to wymagające spotkania dla naszej drużyny, ale absolutnie GieKSa nie stoi na straconej pozycji.
GieKSiarze, nigdy nie traćcie wiary w ten zespół. Tak jak kibice na Blaszoku czy sektorze gości, którzy śpiewają nawet w doliczonym czasie w Szczecinie. Ta drużyna gra do końca i nigdy nie wiemy, czy za chwilę nie przechyli szali na swoją korzyść. Czasem się to uda, czasem nie. Ale jednak to się dzieje.
Historia dzieje się na naszych oczach. Ale na tym nie poprzestajemy. Liczymy na dobre mecze z Hapoelem i kolejne fantastyczne emocje!
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.







































Najnowsze komentarze