Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

A do licha z tym FOMO!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Z opóźnieniem, ale udało mi się w końcu napisać felieton po Cracovii, uff…

Część z Was pewnie wie, co to jest FOMO. Fear of Missing Out, czyli lęk przed tym, że ominie nas coś ważnego, że w czymś istotnym, spektakularnym nie weźmiemy udziału. Że ktoś nas nie zaprosi na super imprezę, że sami z jakiegoś powodu gdzieś się nie udamy. Więc czasem mimo niezbyt wielkiej chęci – mimo wszystko idziemy, właśnie na wszelki wypadek. Bo a nuż…

W swojej 28-letniej bytności na GieKSie wielokrotnie tego doświadczałem. Potrzeba bycia na meczach była związania z FOMO, choć daleki jestem od stwierdzenia, że była to jedyna motywacja, bo… nigdy tak nie było. Zawsze były jeszcze inne – po prostu być. Natomiast to zjawisko pojawiało się u mnie wtedy, kiedy piętrzyły się różne przeszkody na drodze… dotarcia na mecz. Z tego powodu potrafiłem nie pójść na ślub kumpla, nie byłem na pogrzebie w rodzinie, nie zrobiłem kilku ważnych rzeczy w życiu. Bo GieKSa. Szczyciłem się za to serią 4,5 roku i 153 meczów z rzędu, na których byłem. To były czasy, kiedy kibice dość często nie mogli jeździć na wyjazdy (zakazy itp.). Piłkarze się zmieniali, trenerzy też, więc był to okres, w którym z całą pewnością dłuższą serię miał tylko śp. Paweł Maźniewski.

Dzisiaj z perspektywy czasu uważam to za moje niedojrzałe podejście. Są ważniejsze rzeczy niż piłka nożna i klub. Slogany „najpierw klub potem rodzina” są może i zabawne, ale raczej na poziomie gówniarskiego 25-latka. Nie mówię o sytuacjach ewidentnego szantażu, kiedy partnerka/żona każe wybierać, ale… to temat oklepany i też nie taki zero-jedynkowy. Klub i kibicowanie jak najbardziej może być jedną z najważniejszych i priorytetowych rzeczy w życiu. Jeśli jednak jest zdecydowanie najważniejszą i cierpi na tym np. rodzina, to polecam udać się na leczenie.

Gdy w końcu w którymś momencie musiałem w 2013 roku odpuścić mecz, potem już było nieco łatwiej, seria już nie była do pilnowania, ale obawa, że ominie mnie coś ważnego nadal była. I różnie bywało, GieKSa raz wygrywała, raz przegrywała, nigdy natomiast nie wydarzyło się nic spektakularnego.

No i w końcu – stało się. Sobota, Kraków. Jeszcze w tygodniu czułem się zmiennie. W poniedziałek byłem na Koronie mimo nie najlepszego samopoczucia, ale wtorek i środa były już w porządku. W czwartek zaczął mnie łapać ból migdałka, w piątek cały czas ten ból się utrzymywał, ale czułem się dobrze.

I buh – w nocy z piątku na sobotę rozszalało się choróbsko, ale takie, które mnie po prostu poskładało, rozłożyło, ścięło i można dołożyć do tego kilka innych synonimów. W swoim dorosłym życiu nie doświadczyłem czegoś takiego. O ile około drugiej jeszcze się łudziłem, że rano będę w stanie jako tako funkcjonować (musiałem na chwilę iść do pracy), to o piątej już wiedziałem, że tu ani z pracy, ani z meczu nic nie będzie.

Jakkolwiek moje opuszczenia meczów w przeszłości były z różnych powodów, to chodziłem czasem z gorszym samopoczuciem, ale szczęśliwie składało się tak, że… nie składało mnie tak akurat przed meczami. No i druga sprawa – wspomniana – w tych opuszczonych nie działo się nic spektakularnego.

Dodam jeszcze, że zaczynając udzielać się na GieKSie w 2005 roku – i tak w sumie zostało – posiadłem jeden zysk. Jak wiecie, nigdy na Bukowej czy GieKSa.pl nie zarabialiśmy, wszystko robimy w czynie społecznym. Pewnym zyskiem jest to, że mając akredytację, nie płaci się za bilet. To jeśli chodzi o stronę finansową, mniej istotną. Dla mnie zyskiem było właśnie to, że będę mógł być na meczach, na których w roli tylko kibica nie mógłbym być – z racji zamkniętego stadionu czy zakazów wyjazdowych. Tutaj mnie to przestało interesować, bo przecież jechałem „do pracy”.

I na Cracovii też miałem być – wszystko dograne, z ekipą redakcyjną umówiona godzina wyjazdu. I taki klops.

Dlatego, gdy Sebastian Milewski strzelił bramkę – miałem cień euforii i cień wściekłości. Cień, dlatego, bo nie miałem siły ekspresyjnie przeżywać tego wszystkiego, potem jeszcze musiałem i ten mecz „odchorować”. Euforia – wiadomo, dlaczego. A ta „wściekłość” to właśnie dlatego, że po raz pierwszy w życiu to FOMO na GieKSie mi się zrealizowało. Dlaczego teraz? Dlaczego nie mogłem uczestniczyć w tak spektakularnym meczu? W meczu, który stał się po prostu legendą. Był żal.

Oczywiście wiek robi swoje. Dzisiaj tego żalu nie przeżywam tak, jak jeszcze by to było te 10-12 lat temu. Wtedy bym absolutnie nie mógł sobie darować. Albo naprawdę bym miał wielkie pretensje do losu, dlaczego to choróbsko akurat w takim momencie się przydarzyło. Teraz po prostu uznałem, że tak – w życiu nie można mieć wszystkiego. Kropka.

Oczywiście to, co tu piszę jest bardzo egoistyczne, w kontekście tego, że kibice GieKSy nie mogli pojechać na ten mecz. Ale – przepraszam – wielokrotnie miałem wrażenie, że dla wielu kibiców to, czy będzie na meczu czy nie, bo np. będą pod stadionem, nie ma żadnego znaczenia. Bo gdyby interesowała ich piłka, zostaliby piłkarzami, a gdyby interesowały ich wyniki, zostaliby tabelą. W wielu opiniach na forum nie natrafiłem na zdanie „szkoda, że nas tam nie było, akurat na takim meczu”. Więc wydaje mi się, że mogę być odosobniony.

Dla mnie aspekt piłkarski zawsze był najważniejszy w moim podejściu do kibicowania. I tak pozostanie.

Spójrzmy jeszcze na temat od innej strony. Nie wiemy do końca, jak funkcjonuje świat i jakie są ciągi przyczynowo-skutkowe. Gdybym pojechał i na przykład przed meczem jakimś trafem przeciął się z trenerem Górakiem i zamienilibyśmy dwa zdania, to już zmieniłoby przebieg zdarzeń, bo coś wydarzyłoby się potem później, coś inaczej, użyłby w stosunku do drużyny innego słowa i taki Maczek nie zdecydowałby się dobijać z pierwszej po wolnym, tylko by przyjmował. I przegralibyśmy mecz.

To tak oczywiście z przymrużeniem oka.

Jakkolwiek oglądając ten mecz byłem przytępiony przez gorączkę i potężny ból migdałka, to jakiś zmysł miałem wyostrzony. I przysięgam, że w ostatniej akcji meczu, gdy Wasielewski już miał piłkę, czułem, że GieKSa strzeli bramkę. To tak jak niejednokrotnie w meczach Realu Madryt, którego fanem nie jestem, kiedy nieraz było dla mnie oczywiste, że strzelą w doliczonym. Tutaj to nie była nadzieja. Ja po prostu wiedziałem, że zaraz z tego zamieszania będzie gol. Niesamowite.

Przed meczem napisałem felieton pt. „Pierwszy egzamin dojrzałości”. Nie chcę tu wystawiać jednoznacznej oceny. Po prostu powiem, że GieKSa go zdała. Choć mankamenty były, to najważniejsze jest to, że katowiczanie po prostu naprawdę wrócili do swojego grania. Tego z Jagą czy Pogonią. Wyszli na boisko przy Kałuży i bez kompleksów, rzekłbym nawet – bezczelnie – poczynali sobie z rozpędzoną Cracovią. Ten styl, ta filozofia oparta na odwadze, na agresywnej i ofensywnej grze po raz kolejny się opłaciła.

Odniosę się tu jeszcze do meczu z Koroną Kielce, kiedy to pisałem, że to nie był dobry mecz. Trzeba porównywać do przeciwnika. Jeśli masz naprzeciw siebie słabą drużynę, a taką jest w tej lidze Korona, to jeśli przegrywasz u siebie, to widocznie coś jest nie halo. Raczej obowiązkiem jest taki mecz wygrać, a już w naprawdę niesprzyjających warunkach zremisować. Dlatego tak mocno skupiłem się na narracji o dobrym meczu (nie mylić z „byciem lepszym”, bo GieKSa może i była lepsza, ale to nie znaczy, że była dobra).

Inna sprawa z Cracovią. To jest naprawdę silna drużyna, z piekielnie mocną ofensywą, co pokazała nawet w tym meczu. „Ekspert” z terazpasy.pl powiedział z wywiadzie z naszym redaktorem Markiem, że GieKSa musi strzelić więcej niż jedną bramkę, żeby myśleć o zwycięstwie. To był eufemizm. GieKSa musiała strzelić więcej niż trzy, żeby wygrać.

To, że rywale mają problem z defensywą, to już nie nasza sprawa. Niezależnie od tego, czy obrona krakowian ma swoje deficyty, trzeba być naprawdę kozakiem, żeby na stadionie tak silnej ekipy strzelić cztery gole. A sposób, w jaki katowiczanie to zrobili był fantastyczny. Balans Maka przy drugiej bramce, gol Adriana Błąda to już naprawdę bez komentarza, Milewski też nie patyczkował się, tylko uderzył z pierwszej piłki z powietrza. Każdy z tych goli to było pewne, soczyste uderzenie. No może ten drugi gol Mateusza to taka bita śmietanka. Szkoda wielka, że nie padła bramka w sytuacji, w której Mak strzelił w słupek, bo przecież to minięcie rywala od razu przypomniało legendarną bramkę Dennisa Bergkampa w meczu z Newcastle United.

Tak jak napisałem, GieKSa wróciła do gry na swoich warunkach. Z trudnym przeciwnikiem nie daje to gwarancji zwycięstwa, ale daje na to szansę. Granie defensywnie, bycie cofniętym i czekanie na 2-3 kontry w meczu… no nie. Wszyscy wiemy, jakby się to skończyło.

Cytat z… samego siebie po meczu z Koroną:

Obecne rozgrywki też pokazały, że potencjał w tej drużynie jest naprawdę duży. Kwestią tylko jest, czy ekipa Rafała Góraka będzie grała tę swoją grę, którą naprawdę pokochaliśmy, czy nie. Ostatnio jej nie pokazuje i musi z całych sił pracować, by wrócić do swojego stylu. Agresywnego, pewnego, niezłomnego. Na razie mamy pewien dołek. Natomiast nikt nie powiedział, że GieKSa nie jest w stanie wygrać kolejnego meczu ligowego. Jest. Choć będzie bardzo trudno.

Naprawdę bardzo ważne jest, że nie zamknęliśmy tego okresu między przerwami na kadrę słabym występem nie w swoim stylu. Bez zwycięstwa, bez swojej gry. Nastroje po Cracovii mogą być po prostu dobre.

Życie nas wielokrotnie uczy, a my i tak wpadamy w te same pułapki. Ja staram się już czasem ugryźć się w język, choć nie zawsze mi wychodzi. Tak więc wzmocnienia w zimę nadal są konieczne, co pokazały mecze pucharowe. Tzw. drugi garnitur GieKSy nie radził sobie. Patrząc jednak indywidualnie, to co jest bardzo optymistyczne to to, że niektórzy zawodnicy… po prostu chcą chyba komuś utrzeć nosa.

Krytykowany Sebastian Milewski strzelił tak ważną bramkę, jako swoją pierwszą w GieKSie. Mateusz Mak ostatni dobry mecz zagrał ze Stalą Rzeszów, w tym sezonie na początku był w totalnej odstawce, ostatnio zaczął dostawać szansę, ale z Koroną grał bardzo źle. I co? I pokazał się typowy Maczek na Cracovii. Typowy, bo przecież doskonale wiemy, że on to potrafi. Przecież tylko on mógł zdecydować się na taki balans i minięcie bramkarza. Dlaczego więc nie pokazuje tych umiejętności na co dzień? Życzyłbym sobie i jemu, żeby to był początek jego naprawdę mocnego akcentu w GieKSie. Na razie, gdy mówię Mak, myślę: mecz z Chrobrym, mecz ze Stalą, mecz z Cracovią.

Już z Koroną dobrze zaprezentował się Borja Galan i potwierdził niezłą dyspozycję w sobotnim meczu. Oczywiście z przymrużeniem oka, ale wygląda tak, jakby znalazł swoje miejsce na boisku w GieKSie. Ale na razie łata dziury i czy tak zostanie – czas pokaże.

Dużym minusem jest gra defensywna, w ostatnich trzech meczach straciliśmy dziewięć bramek. To stanowczo za dużo. Brak koncentracji, indywidualne błędy. Dwa razy tracimy bramkę do szatni. Drugi gol dla Cracovii, to idealna asysta Repki na nogę przeciwnika. O ile ofensywa GieKSy, jak jest włączona, spisuje się w tej lidze po prostu świetnie – więc niech po prostu robi swoje – to nad defensywą trzeba mocno pracować, bo od początku sezonu mamy okresowo spore problemy i tracimy niektóre bramki na własne życzenie.

Summa summarum za to spotkanie należą się drużynie ogromne brawa. Wygrzebali się ze słabszego momentu, zrobili coś spektakularnego, nie załamali się straconym golem 93. minucie. Dali nam radość i euforię po raz już kolejny w tym roku. Tak więc, jak krytykowałem zespół po meczu z Koroną, tak teraz – widząc też rzeczy do poprawy – muszę powiedzieć w imieniu kibiców – „Dziękujemy!”.

I pal już licho to FOMO. Wszystko zostało zrobione, jak należy. Ja zadbałem o siebie i swoje zdrowie. Drużyna zagrała kapitalne zawody i wygrała.

No dobra, może oni nie zadbali o nasze zdrowie fizyczne i psychiczne – w sumie o zdrowie trenera również. Ale właśnie dokładnie o to chodzi w piłce! O takie emocje. Nie ma tego nigdzie indziej.

Gest Rafała Góraka kończący to spotkanie od razu mi przypomniał Marouane Chamakha, który kiedyś strzelił w Pucharze Ligi gola dla Arsenalu przeciw Reading na… 7:5 i wykonał dokładnie ten sam ruch. Wyszło idealnie.

Odpoczywajcie. Czas na regenerację i doprowadzenie do zdrowia zawodników z urazami. Niestety ostatni miesiąc przeorał drużynę zdrowotnie. Znów kontuzji doznał Adam Zrelak i nie wygląda to optymistycznie patrząc już całościowo na jego pobyt w GieKSie. Dodatkowo te inne urazy. Teraz więc praca jest przed sztabem medycznym, by przygotować zawodników zdrowotnie jak najlepiej do kolejnego wyzwania, jakim będzie mecz z rozpędzonym do prędkości światła Kolejorzem. Ale skoro Motor i Puszcza dały radę, to dlaczego nie my?

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Budowa Wielkiej GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zakończyła się nasza przygoda w europejskich pucharach. Była ona krótka, ale bardzo intensywna. Cztery środkowotygodniowe meczowe wieczory dostarczyły nam emocji, których kilka pokoleń kibiców w ogóle nie doświadczyło. Zarówno tych wyjazdowych, specyficznych, bo poza granicami naszego kraju, jak i domowych świąt futbolu, z pełnym stadionem i poczuciem czegoś wyjątkowego.

Trudno ostatecznie ten dwumecz ocenić jednoznacznie. To znaczy – łatwo było go ocenić do 83. minuty, ale potem mieliśmy przebłysk Katowiczan, który spowodował, że GKS ten mecz po prostu wygrał.

Nie da się jednak ukryć, że z perspektywy dwumeczu awans Hapoelu jest absolutnie zasłużony. To Izraelczycy byli drużyną zdecydowanie lepszą. Neutralizowali nas tak, że do bramki Ilji, czyli przez 173 minuty dwumeczu, najgroźniejszą okazją był chyba strzał Bartka Nowaka z rzutu wolnego, a przecież to był strzał zaledwie niezły. Ewentualnie jeszcze w drugiej połowie ta sytuacja Kacpra Łukasiaka, który w idealnej wprost pozycji skiksował kompletnie. Hapoel raz, że kasował nasze próby ofensywne bez większego problemu, to i jakość tych prób pozostawiała wiele do życzenia. Rywale sami też do pewnego momentu jednego i drugiego meczu – stwarzali sobie sytuacje bramkowe. Przez trzy połowy ofensywa GieKSy nie istniała. Goście wczorajszego meczu byli bardziej dynamiczni, choćby jeśli chodzi o pokazywanie się na pozycjach, pressing czy wychodzenie spod pressingu. U nas wyglądało to tak, że brakowało w tym zakresie jakiegoś doświadczenia i pomyślunku – nie było tego przestawienia się, że być może w pucharach trzeba w każdej sytuacji reagować o pół sekundy szybciej. Detale.

Druga połowa była już nieco lepsza, ale tak naprawdę to dopiero te ostatnie 10 minut to była ta GieKSa, jaką chcemy oglądać. I nie mówię tylko o bramkach, ale o zamknięciu i zdominowaniu rywala. Jak się okazało – w tych okolicznościach Hapoel był w stanie się pogubić i raz stracić bramkę, raz sprokurować karnego. Można sobie zadać pytanie – dlaczego nie wcześniej? Gdyby to „swoje” GieKSa grała choćby od początku meczu lub po jednej połowie na Węgrzech i u nas – losy tej rywalizacji wcale nie musiały być takie, jakie są.

Jeśli chodzi o ofensywę, to duży zawód sprawiły w tym dwumeczu stałe fragmenty. Bartoszowie Nowak i Wolski bili je niestety bardzo źle. Poza wspomnianym jednym rzutem wolnym mieliśmy rzuty wolne niecelne czy tam jeden w środek bramki w Miszkolcu. Po rzutach rożnych też kompletnie nie stwarzaliśmy zagrożenia. Szwankowało to bardzo, a od takich techników wymagamy przynajmniej uderzenia w światło bramki.

No i znów kuriozalna stracona bramka. Sposób w jaki piłka fruwała nad głowami Arka Jędrycha i Bartosza Wolskiego był niezrozumiały. Pomijaliśmy się głowami z futbolówką i zaraz rywal miał czystą sytuację. Niestety wszystkie trzy bramki strzeliliśmy sobie sami. O meczu sprzed tygodnia napisano już wiele, jednak tym razem gol dla piłkarzy z Tel Awiwu też nie było po nie wiadomo jakiej składnej akcji.

Końcówka była znakomita. Kapitalną zmianę dał Mateusz Wdowiak. Poszarpał, pogonił, zaliczył asystę i wywalczył rzut karny. Świetnie wykończył akcję na 1:1 Ilja Szkurin, a potem kapitan bardzo dobrze wykonał rzut karny. Swoje do gry wniósł Eman Marković czy Erik Jirka. Także Szymon Bartlewicz miał dobry moment, choć te kilka wrzutek na sam koniec na wysokość kolan sfrustrowało Nową Bukową. Mimo wszystko – gdy wydawało się, że dwumecz zostanie z kretesem przegrany, nieoczekiwanie nasi zawodnicy zapewnili nam w końcówce wielkie emocje. I wygrali mecz. Jakby do tego wszystkiego nie podchodzić – to cieszy. Jak i kolejna bramka naszego napastnika.

Cieszy to, że GieKSa nadal u siebie seryjnie wygrywa mecze. Cieszy, że nie została przerwana passa meczów bez porażki na własnym stadionie. Uważam, że to psychologicznie jest bardzo dobry aspekt. Także to, że ta końcówka okazała się efektywna i wyszliśmy z takiego jednak marazmu, którym był naznaczony ten dwumecz. Na sam koniec o marazmie nie ma mowy. Bo GieKSa znów była GieKSą. I to też ma zaprocentować już w niedzielę w meczu ligowym.

Wstydu nie przynieśliśmy. GKS Katowice wracający do pucharów po tylu latach – zdołał jedną rundę przejść, a przecież tam też były trudności. Mieliśmy ten piękny wieczór z wyeliminowaniem Žiliny. To nie był ten przez wiele lat trawiący polski futbol „eurowpierdol”. Odpadliśmy, popełniliśmy swoje błędy, odpaść nie musieliśmy. Ale nie ma mowy o żadnej kompromitacji. I paradoks według mnie jest taki, że choć Hapoel był w naszym zasięgu, to wcale nie jestem przekonany, że Atalanta będzie z tym rywalem miała tak łatwo.

Pamiętam czas, częściowo w sezonie spadkowym do drugiej ligi, kiedy GieKSa przez rok nie potrafiła u siebie wygrać meczu. CAŁY ROK! Teraz w ciągu dwóch tygodni wygraliśmy na swoim boisku dwa mecze w europejskich pucharach. To naprawdę są wartościowe rzeczy w tym ciągłym i ciągłym procesie budowy Wielkiej GieKSy. To daje radość, to daje poczucie sensu w tym wszystkim.

Wracamy do ligi. Ligi, która była totalnie gdzieś w tle tego wszystkiego. Ale teraz ruszymy już do niej pełną parą i będziemy ciułać te ligowe punkciki – oby jak najczęściej po trzy, choć czasem jednym też nie wzgardzimy. Najważniejsze, żeby wspomniana para nie uciekła po odpadnięciu z europejskich rozgrywek. Ale jestem dziwnie spokojny, że to nie nastąpi. Raczej mam myśl, że pójdzie to w drugą stronę i te puchary GieKSę napędzą jeszcze bardziej. Już mecz z Radomiakiem to pokazał.

Ostatecznie więc trochę pomarudzić sobie tam czasem pod nosem możemy, ale tak naprawdę wszystko jest w jak najlepszym porządku. Długofalowo – te cztery mecze to kolejne punkty do doświadczenia i stawania się coraz lepszą drużyną. Europejskie puchary były czymś, czego nie zakładaliśmy na początku i przez długi czas w poprzednim sezonie. A jednak nam się one przydarzyły. To był dla kibica GieKSy prawdziwy bonus. I cztery dodatkowe mecze, a przecież… uwielbiamy mecze i im więcej, tym lepiej. Myślę, że piłkarze czy trenerzy mają podobnie. Przecież wszyscy kochamy atmosferę stadionu, te sztuczne światła, te krzyki publiczności, euforię po bramkach, nerwy na sędziego, otoczkę medialną i całą tę fabułę, która ciągle trwa i trwa.

I będzie trwać dalej, bo historia tego sezonu – z przytupem – ale dopiero się zaczyna. Przed nami maraton ligowych meczów, w którymś momencie dojdzie jeszcze Puchar Polski. GieKSa jest gotowa, a zawodnicy z całej kadry – sprawdzeni. Nic więc tylko czekać na kolejne popołudnia i wieczory z GKS Katowice w roli głównej.

Panowie, dziękujemy za ten czas i czekamy na kolejne pojedynki. A jak jeszcze powalczycie o puchary i kolejną europejską przygodę za rok – to już będzie w ogóle wspaniale!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga