Kibice Klub Piłka nożna
[WYWIAD] GKS lepiej jest postrzegany w Polsce niż u nas w Katowicach
Jutro minie dokładnie 150 dni od czasu, gdy Wojciech Cygan podał się do dymisji. Od tego czasu praktycznie nie udzielał wywiadów, a w mediach znalazło się jedynie kilka krótszych rozmów. Uznaliśmy w redakcji, że warto spotkać się z osobą, która przez 7,5 roku tworzyła GKS Katowice. Były prezes przystał na nasze zaproszenie.
Warto dodać, że trochę czasu spędziliśmy na przekonywaniu naszego rozmówcy, że taki wywiad ma sens. Rozmowa jest swego rodzaju klamrą, która spina okres Wojciecha Cygana w GieKSie. Po nagłej dymisji pojawiło się kilka pytań, m.in. o Damiana Garbacika, drużynę rezerw, czy menedżera Dariusza Motałę, które tak naprawdę nigdy nie zostały wyjaśnione. Poruszyliśmy te kwestie w poniższej rozmowie. Oprócz tego nie mogło zabraknąć pytań, o całokształt działań przez te ponad siedem lat. Wojciech Cygan zastał GieKSę biedną, z ogromnymi problemami i stojącą na krawędzi istnienia. Zostawił stabilną organizacyjnie, gdzie finanse i licencja nie stanowią problemu. Nie przedłużamy i… zapraszamy do wywiadu!
Minęło niecałe 150 dni od czasu, gdy zrezygnowałeś z bycia prezesem w GieKSie. Szybko zleciało?
To ciągle krótki okres, bo przez te 7,5 roku mocno związałem się z klubem. Dalej łapię się na tym, że zaczynam i kończę dzień od sprawdzenia tego, co tam ciekawego się dzieje w GieKSie. To oprócz wiadomego sentymentu bierze się także z tego, że dalej jestem zaangażowany w sprawy związane z GKS, choć już nie jako osoba zarządzająca, a jedynie nadzorująca – jak to ma miejsce choćby w spółce hokejowej. Myślę, że wszystkie osoby, które pracowały w GieKSie, a później z niej odeszły, świetnie rozumieją, o czym mówię. Trudno jest tak po prostu odejść z klubu i stracić z nim całkowicie kontakt.
Czym się teraz zajmujesz?
Dalej jestem w piłce. Zasiadam w zarządzie PZPN, a moja kadencja kończy się pod koniec 2020 roku. Oprócz tego pracuję w kilku organach związkowej centrali. Pełnię także funkcję wiceprezesa Pierwszej Ligi Piłkarskiej i jestem tam odpowiedzialny przede wszystkim za sprawy prawne. To na pewno w jakiś sposób absorbuje, bo dość często muszę pojawiać się w Warszawie. Prowadzę także kancelarię adwokacką, która funkcjonuje i na pewno będę chciał, by tak było dalej. Piłka nożna na pewno wciąga. Przez te wiele lat spotkałem naprawdę masę osób i teraz mam większą okazję, by się z nimi spotykać, często w milszej i spokojniejszej atmosferze.
Mecz w Sosnowcu to był taki punkt kulminacyjny?
Moja decyzja, która zapadła zaraz po jego zakończeniu, nie miała związku tylko z wynikiem spotkania. To było narastające we mnie przekonanie, że w klubie potrzebna jest zmiana. I to nie na zasadzie kolejnej wymiany trenera, czyli tak jak się często dzieje w wielu klubach. Nie chciałem udawać, że to jest jedyny sposób na rozwiązanie problemu, w jakim sportowo znalazła się sekcja piłki nożnej. Trener pozostał i myślę, że wówczas to była dobra decyzja, bo mimo tych spotkań derbowych, mamy taką pozycję, że awans w tym sezonie dalej jest możliwy. Moja decyzja narastała we mnie od pewnego czasu. Największym ciosem była dla mnie sytuacja po meczu z Kluczborkiem. Wtedy odpadliśmy de facto z walki o awans, który miał być ukoronowaniem mojej aktywności w GieKSie. Jeśli miałbym wskazać punkt kulminacyjny, to byłoby właśnie to spotkanie, a nie mecz w Sosnowcu. Podaliśmy się wtedy razem z Marcinem Janickim do dymisji, ale potem, po rozmowach z właścicielem, zdecydowaliśmy się spróbować jeszcze raz. Początek tego sezonu był jednak bardzo ciężki. Mecz z Puszczą, z Siedlcami i napięta atmosfera, która eskalowała po meczu w Sosnowcu, to był ten moment, w którym podjąłem decyzję, że czas odejść. Chciałbym podkreślić, iż nie zostałem przez kogokolwiek zwolniony. To była moja samodzielna decyzja. Moment był odpowiedni, bo pozwolił wstrząsnąć klubem i to nie tylko piłkarzami, ale całą strukturą.
Nie uważasz, że zbyt szybko odszedłeś?
Na pewno to nie była decyzja podjęta zbyt szybko. Miałem czas by ją przemyśleć. Nawet teraz po kilku miesiącach jestem przekonany, że to był odpowiedni krok – i dla mnie, i dla GieKSy. Osiągnięcie sukcesu bez poprawnych relacji między piłkarzami a kibicami, pracownikami klubu czy sponsorami, jest według mnie bardzo, bardzo trudne. Dlatego też, jeśli moja dymisja mogła w tym jakoś pomóc, to myślę, że wybrałem dobrze.
Z jakimi reakcjami spotkałeś się przed i po ogłoszeniu swojej decyzji?
Od dłuższego czasu dużo mniejszą wagę przywiązywałem do wpisów w mediach społecznościowych, czy na forum, choć oczywiście docierały do mnie czasami informacje, co tam jest wypisywane. Od dawna staram się nie czytać w ogóle komentarzy, bo za większością z nich kryją się kompletnie anonimowe osoby. Zdarzało się, że dostawałem od takich osób mało przyjemne wiadomości, ale pojawiały się także głosy od kibiców, którzy mnie wspierali, dziękowali lub nawet dziwili się, że podjąłem taką decyzję. I proszę mi wierzyć — to nie były głosy pojedyncze. To był bardzo miły moment, a po opublikowaniu pożegnania (które pojawiło się też na GieKSa.pl) to się jeszcze bardziej nasiliło. Raz jeszcze za to dziękuję.
Dlaczego GKS Katowice nie awansował do Ekstraklasy w poprzednim sezonie?
To jest bardzo dobre pytanie, bo mimo upływu czasu — wszak to już ponad pół roku — to ciągle najczęściej zadawane mi pytanie. Zadają je wszyscy, którzy są związani z branżą piłkarską. Mecz z Kluczborkiem cały czas siedzi mi głowie. Nie potrafię racjonalnie i ze stuprocentowym przekonaniem odpowiedzieć, co się wtedy wydarzyło. Pamiętam pierwsze minuty, dwie bramki i absolutną kontrolę nad tym, co dzieje się na boisku. To już nawet nie chodzi o tę ostatnią bramkę w meczu, ale o sam fakt, że Kluczbork strzelił wcześniej dwie i wyrównał stan meczu. Jest to dla mnie naprawdę trudne. Przed meczem z Kluczborkiem trener Brzęczek powiedział mi, że jeśli wygramy trzy spotkania, to awansujemy. I okazałoby się to prawdą… Ta ścieżka do upragnionego awansu wówczas nie wyglądała jakoś ekstremalnie trudno – mecze z Kluczborkiem, Grudziądzem i Bytovią. Z perspektywy czasu myślę, czy właśnie wtedy — przed meczem z Kluczborkiem — nie trzeba było podjąć jakiegoś działania. Może lekki wstrząs personalny, a może idąc w drugą stronę np. zgrupowanie? Teraz to już takie „gdybanie”. Zarząd zasadniczo powinien zapewnić najlepsze warunki dla dyrektora, trenera i piłkarzy. I tak na pewno było. Każdy to potwierdzi, że od strony organizacji klub był gotowy na ten awans – i to także, jeśli chodzi o premie czy zapisy w kontraktach gwarantujące przedłużenia umów po awansie. Liczne pomysły, które były zgłaszane przez sztab szkoleniowy czy dyrektora, były omawiane i praktycznie w całości wdrażane. Projekt „Jerzy Brzęczek” był skrojony na GieKSę, przynosił długo bardzo dobre efekty i nagle — w ciągu kilkudziesięciu minut — zakończył się z hukiem. Odrzucam skrajne teorie — takie o działaniach niezgodnych z przepisami. Bardziej stawiałbym na sprawy związane ze sferą mentalną.
Jakbyś skomentował to, co powiedział menedżer Dariusz Motała, że według niego na awansie bardziej zależało trenerowi niż piłkarzom?
Wydaje mi się, że w tej wypowiedzi nie chodziło o samo uderzenie w piłkarzy, ale bardziej podkreślenie, jak bardzo na awansie zależało trenerowi. Ja nie mogę zarzucić piłkarzom jako grupie, że nie chcieli awansu. Pamiętam, jak wyglądali po meczu z Kluczborkiem. Nie mam też żadnego dowodu, by oceniać indywidualnie, że komuś nie zależało, że ktoś odpuścił. Myślę też, że trener Brzęczek miał wiele racji, mówiąc, że dla wielu z tych chłopaków to była jedyna szansa na awans do Ekstraklasy, która już nigdy się nie powtórzy. I jeszcze raz podkreślę, że na tym awansie na pewno zależało miastu i bezpośrednio władzom Katowic, sponsorom, zarządowi oraz pracownikom klubu. To wiem na pewno.
Zawiodłeś się na wielu osobach podczas czasu spędzonego przy Bukowej?
Wiadomo, że przez te lata było masę momentów, kiedy emocje grały dużą rolę. Nie wszystko układało się tak, jakbym to sobie zaplanował. Na pewno nie mam żadnych ukrytych pretensji. Jeśli miałem lub mam do kogoś coś personalnie, to ta osoba na pewno o tym wie. Zawsze starałem się o takich rzeczach mówić bezpośrednio. Nie chcę tego roztrząsać publicznie, ale na pewno jest tak, że z pewnymi osobami dalej utrzymuję kontakt, a z innymi moje drogi się rozeszły.
Jaki jest Twój największy sukces, a jaka największa porażka związana z GieKSą?
Niezależnie od tego, co by się nie działo przez najbliższe kilkadziesiąt lat i jakkolwiek ludzie, by nie oceniali tego okresu sportowo, to faktem jest, że przez ostatnie lata GieKSa przeszła przemianę. Klub wyszedł z ogromnych problemów finansowych i organizacyjnych. Przez te lata, wraz ze wszystkimi pracownikami, Marcinem Janickim, z ogromnym udziałem miasta Katowice i całej masy sponsorów, udało się zmienić postrzeganie GKS w Polsce. Klub przestał być uważany za finansowego trupa. Zostawiłem GieKSę w dobrej sytuacji finansowej, bez widma likwidacji. Nie ma już żadnych problemów licencyjnych. Miasto udało się przekonać do objęcia większościowego pakietu oraz przejęcia odpowiedzialności za klub. Urzędnicy byli zadowoleni z tych zmian do tego stopnia, że teraz na bazie GKS buduje się istotną część całego sportu zawodowego w mieście. Mam z tego ogromną satysfakcję. Do dziś nasz klub jest też pokazywany jako wzór podmiotu, który poradził się z ogromnymi problemami finansowymi. To podkreślają szczególnie przedstawiciele Komisji Licencyjnej PZPN. Oni nam kiedyś zaufali, uwierzyli w nasz plan i teraz tego nie żałują. Teraz gdy w zarządzie spółki nie ma już mojej osoby, to czas, by nowi ludzie na solidnych fundamentach budowali sukces sportowy, bo kwestie organizacyjne na pewno są na wysokim poziomie. Dziwi mnie tylko jedno, a mianowicie fakt, że rozmawiając z wieloma osobami z całego kraju, można odnieść wrażenie, że GKS lepiej jest postrzegany w Polsce niż u nas w Katowicach. Dobrze o klubie wypowiadają się nie tylko ludzie piłki, ale także siatkówki czy hokeja. I to z całego kraju. A u nas często słychać narzekania i wątpliwości – i nie mam tu na myśli samego wyniku sportowego, ale takie pojawiające się przeświadczenie, że jeżeli np. Tychy czy Gliwice wspierają swoje kluby to dobrze, a jeśli to samo robią w Katowicach, to już takie dobre nie jest…
Jeśli chodzi o błędy, to rozpamiętuję przede wszystkim te personalne. Należy jednak pamiętać, że nie ma takiego klubu, który ich nie popełnia. To jest nieodłączona część sportu. Bardzo często na papierze ktoś wyglądał super, ale np. potem nie umiał odnaleźć się w tak dużym klubie, jak GKS. Nie chcę już używać słowa „presja”, bo to jest słowo, które w Polsce jest wypowiadane chyba jedynie w kontekście GieKSy… Problem w postrzeganiu GKS polega na długim okresie bez wymiernego sukcesu sportowego. Często jednak zapomina się o tym, że klub balansował przez wiele lat na granicy istnienia. Czasami sam się łapię na tym, że pewnie moje rządy byłyby ocenianie niemal wyłącznie pozytywnie, gdyby Komisja Licencyjna swego czasu nam nie zaufała i spadlibyśmy do niższych lig. Raczej nikt nie miałby wtedy by do mnie pretensji, bo co ja sam wtedy mógłbym zrobić, mając na plecach przeszło 10 mln zł zobowiązań? A przez te kolejne lata pewnie byśmy na ten poziom pierwszoligowy wrócili… Jednakże wtedy – razem z miastem – postanowiliśmy walczyć i przez dwa kolejne sezony dostawaliśmy licencję na 1 ligę w ostatnich możliwych terminach po złożeniu stosownych odwołań. Doskonale zdaję sobie sprawę, że ciężko przekonać kibiców, którzy chodzą na mecze, że sukcesem jest to, że mając kilkumiesięczne opóźnienia w płatnościach, udawało się utrzymać w lidze, że przystępowaliśmy do spłaty długów czy pozyskiwaliśmy kolejnego sponsora. Oni chcą wygrywania, awansów i trudno im się dziwić, bo to klub sportowy. Patrząc na ostatnie lata, nie zapominajmy jednak, że mogliśmy startować kolejny raz od samego początku, a tak naprawdę dopiero ostatnie dwa sezony – ten zakończony na 4. miejscu i ten ostatni przegrany na finiszu – były rozgrywane w warunkach stabilizacji finansowej.
Zawsze w wywiadach powtarzałeś, że żałujesz zwolnienia trenera Moskala.
Chciałbym, by kiedyś wrócił do GieKSy, bo mam bardzo dobre zdanie na jego temat, jeśli chodzi o umiejętności trenerskie, budowanie relacji z szatnią. Trener Moskal załapał się na okres, gdzie płynność finansowa dopiero się tworzyła, a zdecydowanie gorzej pracuje się w momencie, kiedy ciągle myśli się, czy w tym miesiącu będzie wypłata i to pytanie krąży po szatni. Podkreślałem, że tej decyzji żałuję, bo myślę, że była podjęta pod wpływem emocji, które wtedy nie powinny na to wpływać. Ta decyzja nie obroniła się również pod innym względem. Nie mieliśmy przygotowanej alternatywy na taką sytuację. Teraz mając doświadczenie, wiem, że zawsze trzeba mieć przygotowany plan B, jeśli chcesz zmienić trenera.
Kto podjął decyzję o likwidacji zespołu rezerw?
Propozycja wyszła od Darka Motały. Dziś trzeba przyznać, że przedstawiony wówczas pomysł nie został wprowadzony w życie. Mniejsza o przyczyny, bo nie mogłem już tego obserwować od środka. Plan polegał na tym, że po spadku do okręgówki zamiast rozgrywek w tak niskiej klasie miały być organizowane mecze sparingowe z udziałem innych zespołów — czy to trzeciej-czwartej ligi, czy rezerw pozostałych klubów ze Śląska i nie tylko. Spotkania miały się odbywać na dobrych boiskach, przede wszystkim na bocznym boisku przy Bukowej — raz na dwa, trzy tygodnie — i zawsze pod okiem sztabu szkoleniowego pierwszej drużyny. Oprócz samego spadku drużyny rezerw to drugim ważnym powodem było to, że chcieliśmy postawić na zespoły juniorskie. Naszym celem było stopniowe wprowadzanie młodzieżowych drużyn do CLJ. Na tym fundamencie miało się budować coś, co w niedługim czasie powinno zaprocentować wzmocnieniami dla pierwszej drużyny. Nie uważam, by konieczne było posiadanie zespołu rezerw, by piłkarze byli w rytmie meczowym. Mamy dobre przykłady tego choćby w Białymstoku czy Kielcach. Nawet jeśli nastąpi zmiana w tym podejściu i powstanie znowu zespół rezerw to będzie on mógł starać się o grę w rozgrywkach A klasy, a nie jak niektórzy mówią — w C klasie. A klasa, to tylko liga niżej niż okręgówka, w której znaleźliśmy się, gdy likwidowaliśmy drużynę rezerw. To powinien być tylko sezon różnicy, więc nie demonizowałbym tego tematu. I raz jeszcze podkreślę, że – w mojej opinii – zaproszenie drużyn na mecze sparingowe jest dużo lepsze i wygodniejsze – także z punktu widzenia naszych drużyn młodzieżowych, bo w takich spotkaniach mogliby się też ogrywać czasem lepsi juniorzy, którzy pod okiem szkoleniowca pierwszej drużyny byliby o krok od pierwszej ligi. Chcę też podkreślić, że trener Mandrysz wiedział o tym planie, był mu przedstawiony i chociaż miał swoje wątpliwości, czy uwagi, to ostatecznie z taką decyzją się pogodził.
Sporo zamieszania było w lecie z osobą Dariusza Motały. Jego rozmowy w Lubinie, brak planu B, a później nowa umowa i szybka rezygnacja z jego osoby w ciągu sezonu.
Jeśli chodzi o rozmowy z Lubinem, to Dariusz Motała o nich mnie nie informował, ale ja o nich się szybko dowiedziałem z innych źródeł. Dla mnie nie było tutaj przekroczenia reguł z jego strony. Nasza umowa się kończyła, a Dariusz dostał sygnał, że ktoś chce się spotkać, więc na to spotkanie pojechał. Dla mnie to była rzecz absolutnie zrozumiała. Jeśli chodzi o „plany A, B” — bo nawet trener Mandrysz się do tego odnosił w wywiadach — to już od zakończenia zimowego okienka mieliśmy rozmowy z dyrektorem Motałą i trenerem Brzęczkiem na temat zawodników do ekstraklasy oraz do pierwszej ligi. Były dwa warianty i nie było tak, że się skupialiśmy tylko na ekstraklasie, czy też tylko pierwszej lidze. Gdy było wiadomo, że zostajemy w pierwszej lidze, a trenerem zostanie Piotr Mandrysz, to na spotkaniach z dyrektorem miał on przedstawianą listę zawodników, którzy mogli dołączyć do składu. Część z tych propozycji spotkała się z akceptacją trenera, a część nie. Zasadniczo w mojej ocenie Darek Motała pełnił swoje obowiązki dobrze. Uważam, że był przygotowany, miał pojęcie o tym, co robi i to, że ekstraklasa się po niego zgłosiła, to mnie nie zdziwiło. Jeśli zaś chodzi o jego umowę, to kończyła się ona 30 czerwca i przed tym dniem została przedłużona. To nie było też tak, że dyrektor nie wiedział, na czym stoi i do ostatniej chwili trzymaliśmy go w niepewności. Jeśli chodzi o odejście, to odbyliśmy długą rozmowę i razem doszliśmy do wniosku, że takie pożegnanie będzie dla nas najlepsze. Nie chcę odnosić się do tego, czy już wtedy Darek miał umowę w Lubinie, czy nie, bo tego nie wiem. Dla mnie normalną sprawą jest, że ktoś odchodzi z jednego klubu i idzie od razu do drugiego. Mamy dalej poprawne relacje i życzę Darkowi wszystkiego dobrego w jego dalszej karierze.
Czy mógłbyś wyjaśnić kwestię związaną z przesunięciem do rezerw Damiana Garbacika?
To ja zadecydowałem o przesunięciu Damiana do treningów z zespołem juniorów. Wbrew podejrzeniom strzelona samobójcza bramka w meczu z Wigrami nie miała automatycznego przełożenia na taką decyzję. Nikt nie stwierdził przecież, że Damian strzelił takiego gola specjalnie. Po tym meczu zaprosiłem Damiana na rozmowę. Wtedy też zadecydowałem, że najlepiej będzie, jak Damian złapie pewien dystans, pewne rzeczy sobie przemyśli i poukłada w głowie. Zewnętrzna ocena kibiców tej decyzji mnie w tej sytuacji nie interesowała, gdyż tylko wąskie grono ma wiedzę na temat tego, o czym rozmawialiśmy na tym spotkaniu. Żeby nie było niedomówień — Damian na tej rozmowie zachowywał się normalnie, nie było żadnych problemów, nazwijmy to „wychowawczych”. W trakcie tej rozmowy odniosłem wrażenie, że Damian potrzebuje przerwy i uzgodniliśmy, że takie przesunięcie nastąpi, ale już wtedy ustaliliśmy, że za jakiś czas zawodnik wróci do pierwszej drużyny, że jest to przesunięcie czasowe. Dalej jestem przekonany, że w tamtym momencie to było najlepsze wyjście dla wszystkich.
Jak wygląda od środka sytuacja akademii Młodej GieKSy? W ostatnim czasie wiele krytyki zbiera ona wśród kibiców, czy też rodziców.
Najpierw generalna uwaga — każda akademia, gdzie trenuje kilkaset dzieci, naraża się na niebezpieczeństwo takich negatywnych komentarzy. Jeśli w roczniku jest kilkadziesiąt dzieci, to wiadomo, że jedni grają w tych fajniejszych turniejach, a inni w mniej fajnych. Dodatkowo duża część rodziców będzie uważać, że to właśnie ich dziecko jest najlepsze i to ono powinno grać w najlepszej drużynie. Akademia Młoda GieKSa jest już na takim etapie, gdzie coraz ciszej można mówić o tym, że cały czas jest rozruch, budowa i czekamy na efekty. Te pierwsze efekty już powinny powoli nachodzić. To będzie pierwszy etap mocnej weryfikacji tego, co zrobiono w ostatnich latach. Myślę jednak, że to nie jedyna płaszczyzna takiej weryfikacji. Patrząc na inne akademie, to taka praca nie powinna się ograniczać jedynie na szkoleniu tych, którzy są w klubie, ale również na wyszukiwaniu zdolnych zawodników w innych drużynach i wzmacniania nimi akademii. Mam nadzieję, że stabilna sytuacja finansowa akademii pozwoli także na to, żeby stawiać poszczególnym rocznikom cele — czy to indywidualne, czy drużynowe. Bardzo bym chciał, by drużyny Młodej GieKSy grały w CLJ, bo to jest dobra podbudowa pod pierwszy zespół. Trzeba dawać możliwość młodym. Ja – także w kontekście likwidacji zespołu rezerw – uważam, że trzymanie ludzi w rezerwach, którzy mają po 22-23 lata nie ma większego sensu. Jeśli nie przebili się wcześniej, to raczej GieKSy już nie zbawią. Jeśli zaś chodzi o samą młodzież, to teraz z dużym zaciekawieniem jadę na turniej do Warszawy, gdzie dwa młode roczniki GieKSy awansowały do turnieju finałowego o Puchar Prezesa PZPN–u. Chętnie obejrzę, jak wypadną na tle innych drużyn z całego kraju.
Dlaczego współpraca z Rozwojem idzie tak opornie?
Przez długie lata bardzo szkodliwy wpływ miały animozje personalne. Nawet nie na płaszczyźnie prezesów, ale na niższych poziomach. Pojawiały się spory i rywalizacja o to, kto jest w danym roczniku lepszy, a mecz derbowy między drużynami urastał do największego wydarzenia w sezonie. Taka sytuacja była niezdrowa i nie pomagała stosunkom pomiędzy klubami. Te wzajemne animozje trwały wiele lat i tego nie można było ot, tak zmienić. W momencie, gdy prezesem Rozwoju został Zbigniew Waśkiewicz, to zaczęliśmy rozmawiać na temat współpracy. Podpisana w lipcu zeszłego roku umowa nie daje gotowych rozwiązań dla każdej sytuacji, ale wyznacza pewne ramy. Niewątpliwie Rozwój ma duże sukcesy w szkoleniu młodzieży, więc naturalną jest chęć umożliwienia tym chłopakom grania w klubie, który jest w wyższej lidze — tym bardziej że oba kluby są z jednego miasta, a obie akademie są wspierane przez miasto Katowice. Wiem, że najtrudniejszy jest ten pierwszy krok, w którym zawodnik Rozwoju stanie się pełnoprawnym zawodnikiem pierwszej drużyny GieKSy. Trzymam mocno kciuki za to, by taki transfer nastąpił jak najszybciej, bo to pozwoliłoby przełamać kolejną barierę do pełnej współpracy obu klubów.
Kibice często domagają się rozwiązania kontraktów z zawodnikami. Czy to jest takie proste, jak się wydaje?
Rozwiązanie kontraktu za porozumieniem stron zawsze jest możliwe, ale nie zawsze jest łatwe i tanie. Od strony prawnej umowy piłkarskie są bardzo dobrze zabezpieczone. Wszystko zależy od zdolności negocjacyjnych, przekonania danego zawodnika do tego i — tak jak przy trenerach — trzeba mieć mocne przekonanie, że na jego miejsce przyjdzie ktoś, kto będzie lepszy. Jeśli chodzi o takie łatwe recepty, to bardzo często są one przekazywane przez osoby, które nie mają wiedzy na temat zapisów kontraktów, tego, jaką zawodnik odgrywa rolę nie tylko na boisku, a w szatni, jaki ma wpływ na drużynę. Jeśli chodzi o aktualną sytuację, to mówienie o zmianach w zimie na poziomie więcej niż 3-4 piłkarzy, jest moim zdaniem bardzo ryzykowne. Takich przykładów było wiele – choćby swego czasu Flota. Zresztą teraz jestem bardzo ciekaw, jak po dużych zmianach będzie funkcjonował na przykład Raków Częstochowa. Co do części kibiców to ich słowa, że trzeba „wywalić wszystkich, budować od nowa” to ocena nazbyt ogólna i przez to niesprawiedliwa. Może kolejny raz się narażę, ale z całą mocą podkreślę, że aktualna szatnia GieKSy to nie jest siedlisko leserów i lekkoduchów, którzy wybrali to miejsce na ziemi, by przeżyć kolejne miesiące ze swojego życia. W końcu to w niej zasiadają ludzie, których jeszcze nie tak dawno przy Bukowej oklaskiwano, a rok temu w przerwie zimowej byli na 2. miejscu w tabeli. A że nie wszyscy zawsze znajdują się w optymalnej formie to specyfika sportu i efekt wielu różnych czynników, nie zawsze zależnych tylko od samych zawodników. Zresztą tak po prawdzie to, jaka jest pewność, że przyjdzie 20 czy 25 innych, lepszych piłkarzy, którzy szybko zaadoptują się do klubu i z ich udziałem nastąpi pasmo sukcesów? Poza tym taka drastyczna wymiana w środowisku piłkarskim mogłaby przynieść odwrotny efekt. Piłkarze mogą nie chcieć przychodzić do klubu, który nie jest stabilny, w którym piłkarze podpisują kontrakty, a nagle się ich wyrzuca w ramach jakiejś odpowiedzialności zbiorowej. W każdej takiej decyzji o rozwiązaniu kontraktu trzeba być ostrożnym i duża w tym rola trenera. To on musi zadecydować, czy danego zawodnika widzi w składzie, chce go oglądać i trenować. Co oczywiste, zmiany w kadrze na ogół są pożądane, bo nie ma takiej grupy ludzi, której nie można wzmocnić, ale decyzje o rozmiarze tych zmian winny być gruntownie przemyślane.
Czy zrobiłeś wszystko, co się dało w sprawie stadionu?
Nie brałem udziału w pracach żadnego zespołu w tej sprawie, ale przekazywaliśmy do miasta informację na temat naszych uwag i potrzeb. Jestem przekonany, że wykonaliśmy swoją pracę dobrze w tym zakresie. Partnerem dla miasta jest teraz osoba Marcina Janickiego i wiem, że on również nie zaniedba rzeczy, które są istotne z punktu widzenia funkcjonowania klubu na nowym stadionie.
Z perspektywy czasu, gdybyś mógł teraz tamtemu Wojciechowi Cyganowi doradzić, czy wchodzić w GieKSie, to co byś mu powiedział po tylu latach i czasie spędzonym w klubie?
Rozumiem, że jesteśmy w 2010 z bagażem doświadczeń z 2017 roku? Wtedy w 2010 przy pierwszej propozycji wejścia do klubu, odmówiłem. Teraz mając taką wiedzę i doświadczenie, nie zrobiłbym tego. Miałem wtedy obawy, czy uda mi się zdać egzamin adwokacki, czy nie zaniedbam czegoś, na co pracowałem całe lata. Moi koledzy z roku mieli 3-4 miesiące, by się do tego egzaminu przygotować, ja takiego komfortu nie miałem, ale ostatecznie efekt był pozytywny. Praca w GieKSie to bardzo ciężki kawałek chleba, wymagający czasem bardzo dużej odporności psychicznej. Pamiętam np. wigilie, które zaczynałem od telefonów od komorników czy wierzycieli. Dostawałem też SMS-y, które były bardzo osobiste i trudne dla mnie. Ludzie pisali o sytuacjach życiowych spowodowanych tym, że GieKSa nie płaciła. Ja w tamtym momencie nie miałem możliwości, by płacić, bo klub tonął w długach. Czasami trzeba było angażować prywatne środki… Teraz ktoś powie, że można się było zachować inaczej, lepiej, ale w tamtym czasie tych decyzji było dziesiątki dziennie, przychodziły wezwania do zapłaty, wyroki, zajęcia komornicze. Pojawiały się wciąż nowe problemy. Wtedy naprawdę pracowaliśmy po 20 godzin dziennie na rzecz klubu. Ktoś powie, że to nie sztuka wyjść z problemów przy wsparciu miasta. Jak słyszę takie argumenty, to polecam tym ludziom, by poszli do miasta i poprosili o wsparcie dla klubu w takim położeniu, w jakim wówczas była GieKSa. Ciekaw jestem, co by usłyszeli. W jednym z artykułów zobaczyłem wyliczenia, ile to pieniędzy miasto Katowice przeznaczyło na klub za moich czasów. Zostało to przedstawione jako zarzut. Ja uważam to za swój sukces. To, że w ekstremalnie trudnym momencie udało mi się przekonać władze miasta do tego, że w GieKSę warto inwestować i pomóc klubowi spłacić zobowiązania, to coś, co zadecydowało, że klub dalej funkcjonuje, tyle że już na dużo spokojniejszych wodach. Za to wielkie brawa należą się miastu i jego władzom. Zresztą, co ciekawe, ci, którzy twierdzą, że oni lepiej zarządzaliby klubem w trudnych czasach, jakoś dziwnie nie zgłaszali swoich kandydatur w sytuacji milionowych zobowiązań, braku pewności co do przyszłości klubu czy też możliwej odpowiedzialności za część długów prywatnym majątkiem moim i Marcina.
Z drugiej strony, co z życiem osobistym?
Szczerze, jeśli chcesz wejść w klub tylko by administrować nim, to nie rób tego. Ja absolutnie nie mam poczucia, że coś straciłem przez to, że byłem zaangażowany w pracę w klubie. Dla mnie GKS to nie są zmarnowane lata, to jest przygoda mojego życia. Dzięki tej pracy moje życie się zmieniło. Poznałem masę fajnych ludzi. Może coś mi uciekło, ale nie należę do tych, którzy rozpamiętują i żałują zdarzeń z przeszłości.
Co dalej z Wojtkiem Cyganem?
Na pewno nie szukam teraz propozycji, które by mnie angażowały w takim stopniu, jak praca jako prezes GKS-u Katowice. Po moim odejściu pojawiały się zapytania i to nie tylko ze sportu, ale na dziś potrzebuję czasu i złapania dystansu przed kolejnymi wyzwaniami. Pewnie, jeśli pojawiłby się jakiś ciekawy projekt, to będę myślał nad swoim zaangażowaniem się, o ile oczywiście osoby decyzyjne będą widziały w nim moją osobę.
Tym wywiadem zamykamy pewien rozdział związany z Twoją osobą i funkcją prezesa w GieKSie. Co byś chciał przekazać zatem kibicom?
Chciałbym, by kibice patrzyli na funkcjonowanie klubu z uwagą, z żywym zainteresowaniem, ale przede wszystkim by nie zapominali, że są kibicami i powinni być z klubem na dobre i na złe. Bez kibiców klub nie istnieje i na pewno nie będzie dobrze funkcjonować. Bez wsparcia trybun, czy też takiego codziennego zainteresowania, ten projekt nie ma przyszłości. Nikt nie będzie budować dużego klubu sportowego tylko po to, by ludzie w administracji mieli pracę, czy zawodnicy pograli sobie na boisku, tafli lub parkiecie. Prosiłbym też kibiców o powściągliwość w niektórych ocenach, bo naprawdę nie wszystko jest takie, jak na pierwszy rzut oka widać. Łatwo wydawać opinie, komentować, ale najpierw warto poznać uzasadnienie danej decyzji. Życie klubu, zwłaszcza wielosekcyjnego, to wiele różnych działań każdego dnia. Jak to w życiu – nikt nie ma patentu na nieomylność i nawet jeśli po tygodniach, miesiącach czy latach pewne decyzje nie są w stanie się obronić, to trzeba z tego wyciągać dobre wnioski na przyszłość i iść do przodu. Chcę też, by kibice pamiętali, że GKS Katowice to projekt na długie lata i o przyszłości nie będzie decydować jedynie pierwszy mecz z Puszczą Niepołomice na wiosnę. Kibice muszą być z klubem przez cały czas, bo tylko tak rodzi się sukces. Na koniec, jeśli mogę siebie ocenić, to wydaje mi się, że swoją robotę wykonałem solidnie i na pewno w każdej decyzji szukałem dobra klubu. Teraz mocno trzymam kciuki i wierzę, że w niedługim czasie będę mógł się cieszyć z sukcesów każdej z sekcji. Kibicom zalecam cierpliwość i wiarę w tych ludzi, którzy są w klubie. Oni naprawdę chcą silnej GieKSy. A tym wszystkim, którzy chcą mi coś przekazać pod tekstem w komentarzach, to zapraszam do rozmowy osobistej czy też przy pomocy mediów społecznościowych. Anonimowych komentarzy i wpisów na forum nadal nie czytam i nawet ta rozmowa z Wami mojego stanowiska w tym zakresie nie zmieni (śmiech).
Rozmawiali: Błażej, kosa
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

KaTe
9 lutego 2018 at 15:59
Dajcie spokój panu Cyganowi. Jego wpływ na poprawę sytuacji finansowej Gieksy jest zerowy… Natomiast, głupie decyzje o likwidacji rezerw i w sprawie Garbacika spadają już na jego konto. Poza tym, naiwna wiara w fachowość „Darka” Motały nie świadczy najlepiej o rozeznaniu b. prezesa.
Mecza
9 lutego 2018 at 17:50
Mądre słowa „uważam, że trzymanie ludzi w rezerwach, którzy mają po 22-23 lata nie ma większego sensu. Jeśli nie przebili się wcześniej, to raczej GieKSy już nie zbawią.” Niestety u nas jest kilku „wieczny nie istniejących” w kadrze 1 zespołu.
Mecza
10 lutego 2018 at 08:10
Zabrakło pytania o Trochima. @KaTe bardzo płytka uwaga, chyba nie czytałeś uważnie. Pozdrowienia Prezesie. Dziękuję są wszystko co zrobiłeś dla mojego ukochanego GKS.
Irishman
10 lutego 2018 at 19:59
Prezes okazał się genialnym człowiekiem na czasy kryzysu, zapisując się na stałe w panteon najważniejszych ludzi związanych z GieKSą! Tego mu już nikt nie zabierze.
Niestety potem było znacznie gorzej
Moim zdaniem powinien być konsekwentny i nie wracać już latem na to stanowisko. No ale po fakcie to każdy jest mądry.
Dziękuję panie Wojciechu za wszystko!
Dziadek
11 lutego 2018 at 02:04
Nie przyłączę się do peanów na cześć byłego prezesa. Nawet z tego wywiadu wynika jaka przez lata była amatorszczyzna i ile decyzji podejmowanych było na zasadzie „chciejstwa”. A już szczytem jest sprowadzanie zeszłorocznego braku awansu do meczu z Kluczborkiem. To była wisienka na torcie, zresztą prymitywnie tam postawiona… W kilku wcześniejszych meczach drużyna w pewnym momencie po prostu przestawała grać. A Kluczbork to była jawna kpina z kibiców. I prezes nie wyciągnął konsekwencji, a nawet nie był w stanie z honorem odejść. Odejście Cygana z Gieksy było o jakieś 3 lata spóźnione.
Irishman
11 lutego 2018 at 09:08
@Dziadek, peany jak najbardziej należą się prezesowi za uratowanie klubu!!!
Problem polega na tym, że niestety potem ten styl działania, która nas wcześniej uratował, kompletnie się nie sprawdził.
Powinien odejść 3 lata temu? Nie zgadzam się! Zrobił dobrą robotę i chciał ją kontynuować. Zresztą projekt awansu w dwa lata miał wszelkie szanse powodzenia! I niewiele zabrakło, aby się udał.
Ale po jego zakończeniu powinien tak jak zapowiadał odejść, bo straciliśmy pół roku i trochę pieniędzy na nie trafione decyzje. No chyba… że jakimś cudem jednak awansujemy wtedy to będzie zasługa także tych decyzji, które dziś uznajemy za błąd.
No ale po fakcie to się łatwo ocenia.
anty grzyb
11 lutego 2018 at 10:45
Prawda jest i tego nikt mu nie odbierze ze Prezes Cygan zmienil ten klub na lepsze. Sciagnoł do klubu chcacych duzo zrobic mlodych fajnych ludzi z zapalem i entuzjazmem. Nie poradził sobie z szatnia i tego nikt tez nie zaprzeczy. Plan awansu do Ekstraklasy w dwa lata spalil na panewce i nikt nie odpowiedział za to .Piłkarzyki graja dalej i robia z nami co chca a mi IDIOCI WIERNI jak zaczarowani chodzimy i bedziemy chodzic i co najgorsze zyjemy tym i zyc bedziemy.Dziekuje Panie Prezesie za dobra robote a Gieksie i sobie zycze by nie bylo gorzej
Dziadek
11 lutego 2018 at 15:49
@Irishman ale ja mu nie odbieram chwały za uratowanie klubu i doprowadzenie do finansowej płynności. Tylko że… taka misja powinna trwać 3-4 lata. Wtedy wszyscy zapamiętalibyśmy go jako tego, który uratował klub.
Jego późniejsze działania to dla Gieksy smutny okres. Nietrafione decyzje personalne (dyrektorzy sportowi), podpisywanie kontraktów z których do dzisiaj ciężko się wygrzebać, nieumiejętność znalezienie sponsora strategicznego (nie mówię o chwilówkach i osiedlu, tylko o takim, który stanie się właścicielem klubu, bo tylko tak można budować profesjonalizm), nieumiejętność zdyscyplinowania niektórych zawodników, którzy z Gieksy zrobili sobie fajną przystań (kłaniają się powody odejścia Trochima). Mam wrażenie, że Gieksa bardziej była potrzebna Cyganowi niż Cygan Gieksie. Zasiada teraz w kilku zarządach, mimo że w samej Gieksie jego praca jest oceniana niejednoznacznie. To odpowiedź dlaczego siedział tu tak długo. Po trzech latach i uporządkowaniu spraw finansowych nie byłoby zarządu HC ani PZPN… Teraz już mógł odejść bo ma poduchę finansową. Brutalna prawda. Janicki powinien „nastać” już rok temu, może dziś kupowalibyśmy karnety na ekstraklasę. Ja nie mówię, że Cygan był totalnie zły i nie chciał. Chciał, ale jak wielu w katowickim kurwidołku po prostu nie potrafił. Ludzie patrzcie realnie. Z tego bezowocnego czasu spędzonego na zapleczu ekstraklasy śmieje się już cała Polska. Zdążyła wejść Arka, Termalika, Sandecja. Górnik zdążył spaść i dzięki naszym prezentom awansować. Itd itp. A murowany kandydat nadal w 1 lidze…
Irishman
11 lutego 2018 at 22:57
@anty grzyb – „spalić na panewce” tzn. na samym początku, a to nieprawda.
@dziadek, facet dokonał fantastycznej rzeczy, a przy okazji zżył się z klubem. Chciał poprowadzić go do sukcesów, w NARESZCIE normalnych warunkach. Czy to takie dziwne? Tym bardziej, że czuł się na siłach, kibice tez myśleli, ze to najlepszy kandydat!
Tak naprawdę dopiero latem minionego roku boleśnie okazało się, że potrzebne są zmiany.
Dlatego ja, osobiście mam tylko o to pretensje, że nie odszedł latem, bo potem działania Zarządu to już było pasmo klęsk.
A to, ze inni lecą w dół, stają na nogi i prześcigają nas kolejne razy w walce o awans… No widać taki nasze j…e szczęście! Ale w końcu, jak karta się odwróci, a los odda to co zabrał to NIC NAS NIE POWSTRZYMA W WALCE O SAME ZASZCZYTY!!!