Piłka nożna Wywiady
[WYWIAD] Wojciech Cygan: Szatnia wymagała zmian
Jesteśmy już bliżej kolejnego sezonu niż poprzedniego – za niecałe dwa tygodnie startujemy meczem Pucharu Polski. Tym razem nie od razu po zakończeniu sezonu, ale właśnie po pewnym czasie – już na chłodno – porozmawialiśmy szczerze z prezesem GKS Katowice Wojciechem Cyganem – na temat zarówno zakończonych miesiąc temu rozgrywek, jak i bliższej oraz dalszej przyszłości klubu. Jaka jest diagnoza prezesa dotycząca przyczyn klęski w poprzednim sezonie? Co sądzi o zachowaniu piłkarzy GieKSy w Grudziądzu? Co zadecydowało o wyborze trenera Mandrysza? A jaką ma opinię o „odlotowych” wypowiedziach trenera Brzęczka? I najważniejsze – na czym mamy opierać nadszarpnięte zaufanie i optymizm w nadchodzącym sezonie? Odpowiedzi na te wszystkie i wiele innych pytań otrzymacie czytając poniższy wywiad. Zapraszamy!
Po meczu z Kluczborkiem złożyłeś rezygnację – czy to było działanie bardziej wizerunkowe czy rzeczywiście na tamten moment miałeś już dość pracy w klubie?
W GKS-ie jest bardzo dużo kwestii wizerunkowych, więc działania zarządu podejmującego takie decyzje tylko dla wizerunku byłoby słabe. Wraz z Marcinem Janickim wpisaliśmy w cele strategiczne awans do ekstraklasy i podjęliśmy decyzję, że w przypadku braku realizacji tych celów ta rezygnacja będzie miała miejsce. Mieliśmy dość długie rozmowy między sobą, ale także z właścicielem, czyli Miastem, któremu bardzo zależało na tym awansie. Doszliśmy do wniosku, że rezygnacja – nie wizerunkowa, tylko faktyczna – może da jakiś impuls dla nas wszystkich, a przynajmniej wywoła dyskusję na temat – co dalej z GKS?
Czy taka dyskusja rzeczywiście została wywołana?
Tak, rozmawialiśmy z Radą Nadzorczą, z właścicielem. My też pewne rzeczy przez kilka dni przemyśleliśmy – bo to też nie wyglądało tak, że jesteśmy w blokach startowych, że za chwilę wrócimy. Prezes Janicki miał swoje propozycje, jeśli chodzi o przyszłość, ja miałem przemyślenia, co do swojej. W ciągu kilku dni po rozmowach z przedstawicielami Miasta doszliśmy do wniosku, że jeśli chodzi o organizację i całą sferę, za którą odpowiedzialny jest Zarząd, nie ma większych uwag. Uwagi dotyczyły wyniku sportowego i postawy piłkarzy i nad tym celem musimy teraz jeszcze mocniej popracować, mając doświadczenia z ubiegłego sezonu.
Cała sytuacja wywołała jednak pewne zamieszanie. Nie uważasz, że błędem była sama deklaracja odejścia złożona dwa lata temu?
Być może to było trochę na wyrost, może cel był nazbyt ambitny. Zdaję sobie sprawę, że w ostatnim sezonie byliśmy bardzo blisko awansu, natomiast nie uważam – jak niektórzy sądzą – że przeszliśmy obok tej sytuacji obojętnie, że brak awansu nas nie zabolał. Nie udajemy, że nie była to nasza zawodowa porażka, bo tak właśnie było. Też nie było tak, że Miasto nie chciało awansu, a my tę wolę wykonaliśmy. Chcieliśmy zarówno my, jak i Miasto, ale na skutek różnych okoliczności to się nie udało. Analizę przeprowadziliśmy i wyciągnęliśmy wnioski, co w najbliższych tygodniach będzie widoczne.
Nie będziemy cię pytać, dlaczego GKS nie awansował do ekstraklasy, ale zastanawiamy się, gdzie został popełniony błąd, bo wydawało się, że jesteśmy na prostej drodze, torowanej przez inne drużyny pierwszej ligi. Czy dało się zapobiec tej katastrofie, bo przecież wystarczyło tylko kilka remisów zamiast porażek i bylibyśmy w ekstraklasie…?
Nie trzeba mieć jakichś wyższych umiejętności logicznego myślenia, żeby spojrzeć na wyniki rundy wiosennej i zobaczyć te mecze, w których przy delikatnie lepszej postawie czy bardziej konsekwentnej postawie w obronie, te remisy mogłyby nas doprowadzić do upragnionego celu. Być może sytuacja, w której żaden z rywali wyraźnie nam nie odskoczył nas uspokoiła. To też było elementem, który powodował, że nie podejmowaliśmy radykalnych decyzji – będąc cały czas w grze. Patrząc też na same wyniki, to gdy działo się źle, to nagle GKS wygrywał na wyjeździe lub notował dwa takie zwycięstwa z rzędu albo remisował w nadzwyczajnych okolicznościach w Mielcu. Nie było więc sytuacji, w której ta czara się przelewała, traciliśmy kontakt z czołówką i musieliśmy takie decyzje podejmować. Z perspektywy czasu i pamiętając, że Górnik wygrał sześć meczów z rzędu, Sandecja awansowała już wcześniej, każdy może powiedzieć, że mogliśmy podjąć decyzję o zmianach w trakcie rundy. Zdaje sobie jednak sprawę, że takie nasze działanie w kwietniu lub maju mogłoby spowodować komentarze, że było ono nieprzemyślane i przy braku realizacji celu w czerwcu byłby to główny argument, czemu nie awansowaliśmy… Zarządzanie klubem sportowym nie jest takie proste, jak się czasem może wydawać. To jest masa decyzji podejmowanych każdego dnia – decyzji, które czasem mają swoje skutki od razu, a czasem dopiero po kilku miesiącach. Nie da się wszystkiego przewidzieć. Mieliśmy doświadczenia z czasów walki o ekstraklasę za trenera Moskala i myślę, że z tamtego okresu wyciągnęliśmy wnioski. Zarówno w kwestii przygotowań do rundy wiosennej, jak i ilości wzmocnień – bo co do jakości to akurat inna sprawa. Wówczas przyszli Skrzypczak i Sylwestrzak, ale generalnie trener nie chciał żadnych większych wzmocnień. Okres przygotowawczy też nie był wtedy zbyt intensywny. Teraz powiedzieliśmy sobie OK, zrobimy tak, jak trener sobie wymarzył – przygotowania, obóz zagraniczny, wzmocnienia, takie jakich chce szkoleniowiec. Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że wzmocnienia ostatniej zimy nie tyle były złe, co było ich po prostu za dużo. Nie skorzystaliśmy z nich w tym stopniu, w którym moglibyśmy, co oczywiście też jest kwestią do analizy.
W Katowicach zazwyczaj obowiązuje hasło „Tu jest GieKSa, tu jest presja”, natomiast w rundzie wiosennej było ono przez kibiców zawieszone. Nawet po kilkukrotnych porażkach u siebie nie było z trybun jakichś negatywnych okrzyków, które przecież w poprzednich sezonach co jakiś czas się pojawiały. Można było odnieść wrażenie, że i wy jako zarząd na piłkarzach takiej presji nie wywarliście – mowa o twardej ręce w stosunku do zespołu. Nie było widocznych decyzji, które mogłyby coś zmienić – piłkarze sobie grali i przegrywali ważne mecze, aż do ostatecznej klęski na koniec sezonu. Czy mając taką naukę, w przyszłym sezonie w podobnej sytuacji można spodziewać się bardziej radykalnego działania?
Ciężko to na dzisiaj powiedzieć, bo nie wiadomo, czy sytuacja się powtórzy. Na tyle, na ile poznałem piłkarzy – nie tylko GKS – liczy się dla nich czynnik ekonomiczny i to jest największa motywacja. W postaci premii za awans, rzeczy, które można zagwarantować w przypadku awansu, a które były na wysokim poziomie. Jeśli chodzi o postawę kibiców, to nie mam innego stanowiska niż wy. Tak samo uważam, że ten sezon był wyjątkowy, bardzo dobry jeśli chodzi o relację na linii kibice – klub. Nie przepadam za słowem „presja”, bo tak naprawdę ma ją każdy z nas wykonujący dany zawód. Piłkarz wychodząc na boisku musi sobie zdawać sprawę, że presja wyniku powinna w nim być, bo to świadczy o jego profesjonalizmie. Jeżeli takiej presji nie odczuwa, a wychodzi na boisko, by sobie pokopać, to może to robić, ale z kolegami na podwórku i nie za pieniądze. Jeżeli może zarobić całkiem konkretne pieniądze, zagwarantować sobie przyszłość w ekstraklasie, z podwyżką – to właśnie nawet taką presję powinien w sobie zawodnik wytworzyć. My ze strony klubu zrobiliśmy chyba wszystko, jednak piłkarze w jakiś sposób tego nie udźwignęli, czego przykładem był katastrofalny mecz z Kluczborkiem, w którym do 17. minuty prowadziliśmy 2:0, a piłkarze gości nie potrafili wymienić trzech celnych podań. Jednak nasza pewność siebie i przeświadczenie, że Kluczbork nie jest w stanie na wyjeździe wygrać, spowodowała, że szybko strzelili na 2:1, a zaraz po przerwie 2:2, potem próbujemy coś strzelić i już się to nie udaje. Czy presja zjadła piłkarzy? Być może, nie wiem. Odnoszę się do meczu z Kluczborkiem, ale też chcę powiedzieć, że to nie ten mecz zadecydował o braku awansu. Zadecydowała cała runda. Nie mam przekonania, że wygrana z Kluczborkiem niosłaby za sobą zwycięstwo w Grudziądzu. Nie byliśmy – zawodnicy i klub – na tyle silni psychicznie, by to unieść. Uważam też, że gdybyśmy w pierwszych dwóch meczach na wiosnę dowieźli prowadzenie do końca, wszystko potoczyłoby się inaczej. To co zdarzyło się w rundzie wiosennej, to był splot tylu różnych okoliczności, których nie da się tak łatwo rozwikłać. Pewnie błędy ze strony trenera, doborze kadry i także ze strony zarządu, bo nie będę ukrywał, że analiza rozpoczęła się od nas samych. Długo rozmawialiśmy o tym, co mogliśmy wcześniej zrobić, czy mogliśmy dokonać roszad na ławce czy jeśli chodzi o zawodników. Zdecydowaliśmy się zachować spokój i nie iść drogą Zagłębia Sosnowiec, gdzie podskórnie czuje się, że zaraz coś się wydarzy. Ta taktyka na finiszu sezonu nie zdała jednak wymarzonego rezultatu.
Mówimy o pierwszych meczach, jak choćby ten ze Stomilem, w którym prowadzimy dwukrotnie, a niegrający nic Stomil dwa razy wyrównuje czy w Sosnowcu, gdzie gnieciemy słabe Zagłębie, a jednak to rywale wygrywają mecz. Pytanie, czy analizowaliście z trenerem Mandryszem przyczyny tego, że GKS wielokrotnie przegrał mecz, którego przegrać się nie dało, a wręcz powinno się wygrać. Trudno te porażki tłumaczyć tylko czysto sportowym spadkiem formy – działo się po prostu coś dziwnego, co nie pozwalało zdobyć punktów.
Wybór trenera Mandrysza miał też związek z tym, że miał on największe pole do obserwacji, choćby z częstych wizyt na Bukowej. Naturalnie też interesował się losem syna. Miał swoje przemyślenia, które w dużym stopniu są zbieżne z naszymi. Zresztą trener Brzęczek również doszedł do takich wniosków, że po prostu zabrakło nam wyrachowania. Jak choćby w meczu z Miedzią, w którym – nie mówię już o sytuacji Pawła Mandrysza – do 75. minuty nie jesteśmy gorsi od rywala. Dowieźć 0:0 do końca i Miedź ma wtedy dwa punkty mniej, my jeden więcej. Tak samo moglibyśmy analizować mecz z Podbeskidziem. Być może w przerwie zimowej za bardzo do głowy wbiliśmy sobie hasło, że strzelamy za mało bramek i musimy grać bardziej ofensywnie. Bo tak było rzeczywiście – wygrywaliśmy po 1:0. Poszliśmy za tym, trochę zapominając o obronie, która na wiosnę grała już słabiej – zarówno na bokach, jak i w środku. My natomiast zamiast czasem zagrać spokojnie, nawet spróbować w 75. minucie powiedzieć sobie „dowieźmy 0:0”, to jeszcze próbowaliśmy. Mecz z Miedzią mnie bardzo zabolał, bo przez większość spotkania może nie demolowaliśmy rywali, ale powiedzmy mieliśmy lekką przewagę, nagle następuje moment, w którym Oli popełnia głupi błąd – drugi bardzo podobny po kilku minutach – Wojtek Łobodziński wchodzi jak w masło i Miedź strzela gola, a my już jesteśmy rozwaleni, najlepiej niech sędzia gwizdnie i zakończy zawody… Zabrakło nam podejścia, że jeśli wygramy będzie super, ale jeśli zremisujemy, to świat się nie zawali, a tabela się nie przewróci do góry nogami. Bo jeśli remisujemy z naszym bezpośrednim rywalem do awansu, to zachowujemy dystans, a w bezpośrednich meczach czasem wychodzimy na tym lepiej. To wszystko może nie było główną przyczyną braku awansu, natomiast dla mnie jako osoby, która od kilku lat bardzo uważnie ogląda mecze GKS, to było coś, co rzucało się w oczy. Brakowało chłodnej głowy i może na boisku też kogoś kto powie „Panowie, jest 0:0, trzymamy się z tyłu, próbujemy zagrać na kontrę”. A my myśleliśmy, że skoro ładnie gramy, to za tym w parze muszą przyjść wyniki.
A jak ty radzisz sobie z presją? Czytasz forum i opinie na swój temat? Po złożeniu rezygnacji i pozostaniu na stanowisku pojawiły się komentarze mówiące choćby o tym, że jesteś przyspawany do stołka.
Gdy siedem lat temu zaczynałem, czytałem wszystko i to były miłe czasy, bo dzięki pomocy miasta Katowice i życzliwości Prezydenta spłacaliśmy zobowiązania, wychodziliśmy na prostą i człowiek był chwalony. Potem już czasami tak miło nie było, bo awans za trenera Moskala się nie udał i wtedy po pewnym czasie przestałem czytać. Pojawiały się głosy, z którymi radykalnie się nie zgadzałem, bo ja mam swoje spostrzeżenia na temat swojej pracy, a osobami, które mogą mnie obiektywnie oceniać są ci, którzy wiedzą, jak to funkcjonuje. Jeśli ktoś, kto nie ma o tym pojęcia przypisuje mi pewne rzeczy, to mogę z tym polemizować. Od pewnego czasu zupełnie więc przestałem czytać forum, co oczywiście nie oznacza, że nie docierają do mnie głosy, że coś zostało tam napisane. Staram się też nie czytać komentarzy na Facebooku, bo zdarzały się przypadki, że ktoś do mnie czy na mnie pisał jakieś złe rzeczy, a dzień czy dwa później mnie przepraszał i tłumaczył to emocjami. Media społecznościowe powodują, że ktoś komentuje natychmiast, a to jest komentarz taki jak na stadionie, czyli nacechowany emocjami. Jeśli schodzę gdzieś na trybunie i ktoś coś krzyczy, to rozumiem to, ale nie wchodzę w dyskusję. Rozumiem, że nawet osoby chłodno oceniające rzeczywistość, po takim meczu jak z Kluczborkiem są w stanie wyrzucić z siebie masę emocji, bo piłka jest przecież dla emocji. Jesteśmy natomiast z Prezesem Janickim zarządem otwartym, ja jestem prawie na każdym sparingu i na każdym meczu i jeśli ktoś ma chęć porozmawiania ze mną, to ja nie widzę problemu. Gdybym czytał wszystkie komentarze, to pewnie bym stracił resztki włosów i siedziałbym teraz bez pomysłu co dalej, zastanawiając się jaka będzie kolejna reakcja kibiców. Kibice mają prawo do swojej oceny, mogę się z tym zgadzać lub nie i zawsze można ze mną porozmawiać, ja mam żadnej obawy przed takim spotkaniem czy rozmową.
Wróćmy do sytuacji po meczu w Grudziądzu. Nie pytamy cię nawet o opinię na temat zdarzenia, interesują nas natomiast twoje osobiste odczucia – jako osoby, która wypruwa sobie żyły i stara się od wielu lat, żeby ten klub funkcjonował, a piłkarze nie dość, że spektakularnie przegrali awans, to jeszcze robią coś takiego.
Nie byłem na meczu, gdyż było to chwilę po złożeniu rezygnacji. Gdy zobaczyłem zdjęcie na którymś z portali społecznościowych, byłem przekonany, że jest to zdjęcie z jakiegoś innego meczu, może sprzed lat. Nie byłem w stanie uwierzyć, że to zdjęcie zostało wykonane w Grudziądzu. Jestem w stanie zrozumieć, że ktoś tak po ludzku ucieszył się, że jednak jesteśmy czegoś warci, potrafimy wygrać z Grudziądzem, który walczył o ekstraklasę. Natomiast ekspresja i pokazywanie tej radości na zewnątrz było nie tyle nieporozumieniem, co świadczyło o nieprzystosowaniu tej grupy ludzi do celu, który został przed nimi postawiony.
Czasem można odnieść wrażenie, że zależy tak naprawdę wszystkim – wam, trenerom, kibicom – a jedyną grupą, której nie zależy są piłkarze. Wniosek taki nasuwa się choćby z zachowań po meczach czy z wypowiedzi do mediów. Czy na podstawie znajomości wielu piłkarzy możesz ocenić, że jest to na tyle ambitna grupa społeczna, że można ją obdarzyć zaufaniem?
W każdej grupie społecznej znajdziemy różne charaktery. W piłce jest tak samo. Są ludzie w szatni GKS, do których nie mam żadnych zastrzeżeń i którzy mogą być wzorem, jeśli chodzi o zaangażowanie, ambicję i chęć odniesienia sukcesu. Jednak oceniając ogólnie piłkarze są często również osobami, co do postawy których można mieć duże zastrzeżenia, także w kwestii aktywności medialnej. Mają swoje wyświechtane sformułowania, taka mowa-trawa. Zazwyczaj piłkarze mówią, że się starają, że będą chcieli, nic straconego, jesteśmy ambitni… Dlatego nawet nie czytam czy nie wsłuchuję się we wszystkie wypowiedzi, bo w dużej mierze są one bardzo podobne, a jeśli ktoś powie coś spektakularnego, to od razu jest to wychwytywane. Jeśli chodzi o analizę poprzedniego sezonu to niewątpliwie szatnia wymagała zmian także w aspekcie cech wolicjonalnych. Nawet odnosząc się do słów Dariusza Motały wypowiedzianych w kontekście Dawida Abramowicza – jeśli ktoś nie chce być w GKS Katowice, to niech nie będzie. Na pewno nie będziemy nikogo prosić, błagać, by w GKS Katowice grał. Jeśli ktoś nie czuje się tutaj dobrze – to droga wolna. Ja pamiętam czasy GKS sprzed 5-6 lat, kiedy my prosiliśmy piłkarzy, żeby do nas przyszli. Jeśli nie masz pieniędzy, masz problemy finansowe, to prosisz, obiecujesz coś więcej, bo chcesz ich przekonać, że warto. Nie jesteśmy już w tym momencie. Teraz zawodnicy się do nas zgłaszają – grający na poziomie pierwszej ligi czy nawet ekstraklasy, którzy chcieliby grać w GKS Katowice, bo im się podoba taka perspektywa czy słyszeli dobre opinie. GKS jest klubem ustabilizowanym, twardo stąpającym po ziemi, z zapleczem miejskim i sponsorskim. Taki zawodnik jeśli ma do wyboru – nie obrażając nikogo – Puszczę Niepołomice czy Pogoń Siedlce, a z drugiej strony GKS Katowice, to ja go nie mogę przekonywać finansami. Ta osoba po prostu ma czuć, że GKS to marka ze swoją historią i tradycją.
Trudno uwierzyć, że piłkarze GKS byli tak słabi, żeby przegrać tyle meczów. Nie wnikając głęboko w przyczyny tych porażek (kwestie wolicjonalne), to masz czasem poczucie, że cała praca PR-owa, marketingowa itd. jest zniweczona przez piłkarzy i działają oni na szkodę klubu?
To jest dla mnie koronny argument przeciw tezom, że zarząd przechodzi nad wynikami obojętnie. Dla nas każdy negatywny wynik sportowy to masa pracy, którą to my musimy dodatkowo włożyć, żeby pewne rzeczy zasłonić, inaczej pokazać. To nie jest tak, że Cygan załatwia pieniądze w ten sposób, że idzie do Urzędu Miasta, prosi o nie i je dostaje. To jest kwestia analizy, przygotowania realnego planu, dotyczącego potrzeb, pokazania też tego, co samodzielnie udało nam się załatwić. Każdy dobry wynik sportowy jest czymś, co możemy pokazać i jest to dla nas ułatwienie. I odwrotnie – złe wyniki są dla nas obciążeniem. Nawet z takiego punktu widzenia wolałbym jako prezes mieć taki klub, który odnosi sukcesy, bo wtedy wszystko jest łatwiejsze i lepiej się układa. Sponsorzy sami się wtedy zgłaszają. Tymczasem teraz jest tak, że wszyscy mówią „fajny klub, fajnie rozwinięta siatkówka, piłka kobieca, tenisiści, szachiści, tylko ci piłkarze…”. Niestety albo stety wszyscy patrzą właśnie głównie na to jak spisują się piłkarze, bo to jest sekcja dominująca. Jeśli więc słyszę, że zarząd nie chciał awansować, to to jest coś, co najbardziej mnie może obrazić. Tak przy okazji to czasem myślę sobie, żeby zrobić czasem taką akcję „dzień w fotelu prezesa”. Taki dzień rozpoczyna się od spotkania w temacie siatkówki, potem następne w temacie hokeja, następne o piłce nożnej, później znów siatkówka itd. W ciągu dnia podejmuje się kilkanaście czy kilkadziesiąt decyzji – od bardzo małych dotyczących wydatków rzędu kilkuset złotych, po podpisywanie kontraktów na duże kwoty. Do tego przygotowanie ofert, taktyki negocjacyjnej itd. Więc jeszcze raz powtórzę, jeśli ktoś powie, że podjąłem złą decyzję, to OK, natomiast jeśli ktoś zarzuci, że celowo zrobiłem coś np. żeby nie awansować, to jest to dla mnie największa obraza.
W klubie pozostało kilku zawodników, którzy mieli istotny wpływ na grę zespołu w poprzednim sezonie. Między innymi Grzegorz Goncerz, zawodnik bardzo ważny od kilku lat, kapitan, który jednak w ostatnim czasie grał bardzo słabo. Czy możesz powiedzieć, że ten zawodnik cię zawiódł?
Każdy z zawodników z poprzedniego sezonu w jakiś stopniu mnie zawiódł, bo stanowili drużynę, która nie spełniła zakładanego celu. I w tym znaczeniu Grzegorz także mnie zawiódł. Ma jednak ważny kontrakt i przed nim bardzo ciężkie zadanie. Może się okazać, że przy taktyce trenera Mandrysza Grzegorz nie będzie miał tak łatwej sytuacji i pewności miejsca w składzie. Będzie miał zadanie do wykonania i będzie musiał umieć pokazać, czy ma ten charakter konieczny do walki o miejsce czy odpuści i uzna, że miejsce na ławce czy na trybunach jest dla niego w porządku. Bardzo kibicuję mu, by z tego testu wyszedł na plus. Jeśli on udowodni wszystkim – nam, ale także kibicom – że to jest ten Grzegorz Goncerz, którego nosiliśmy na rękach, dawaliśmy koronę i kwiaty, to będę się tylko z tego cieszył.
Myślisz, że Gonzo mógł w niektórych meczach grać tylko dlatego, że był kapitanem?
To bardziej pytanie do sztabu szkoleniowego. Na pewno grał dużo z racji tego, że Tomek Foszmańczyk grał na boku. Jeżeli Tomek będzie grał na dziesiątce, a sparingi pokazują, że może tak być, będzie rywalizował o jedną pozycję i będzie mu jeszcze trudniej. Może więc stać się tak, że Gonzo z ikony ostatnich lat może stać się zawodnikiem rezerwowym. Więc w tej rundzie musi pokazać i udowodnić, że jednak warto na niego postawić. To jest ambitny chłopak, pamiętam jak wrócił do składu w którymś meczu jeszcze za Rafała Góraka, ale złapał kolejną kontuzję i ze złości uderzał pięścią o murawę. To są obrazki, których się nie zapomina. Pamiętam jedyne negocjacje, które prowadziłem z zawodnikiem w szpitalu – właśnie z Grzegorzem. Ustalaliśmy pewne rzeczy – że dam mu szansę, ale pod pewnymi warunkami, jeśli chodzi o kwestie finansowe, na co się zgodził. Mam więc sentyment do tego zawodnika, ale ma teraz bardzo ważny test przed sobą. Ten test były dużo łatwiejszy, gdybyśmy awansowali, a może nawet nie mówilibyśmy o żadnym teście. Jednak nie awansowaliśmy, a on był kapitanem.
Trochę już wspomniałeś o trenerze Jerzym Brzęczku, jednak czy był wiosną moment, w którym zastanawiałeś się nad zmianą szkoleniowca?
Był taki moment i to była przerwa w meczu w Mielcu. Nie mówię kategorycznie, że gdybyśmy ten mecz przegrali, to takie działanie zostałoby podjęte. Natomiast chcę żebyście wiedzieli, że pracując z kilkoma sekcjami daję tym sekcjom autonomię w działaniu – oczywiście w tak ważnej kwestii jak zmiana szkoleniowca ostatecznie jako zarząd bylibyśmy decydującym ogniwem, natomiast zawsze chcę wysłuchać, jakie mają stanowiska – np. w siatkówce Darka Łyczki, w piłce – Darka Motały. Rozmawiałem z nim wracając z Mielca. Jeśli cały mecz wyglądałby tak jak pierwsza połowa, to pewnie dyskusja na temat zmiany szkoleniowca miałaby miejsce.
Jerzy Brzęczek cały czas mówił o braku szczęścia, chwalił zawodników, mówił o tym, że GKS dominuje i pechowo przegrywa. Nie miałeś poczucia, że po którymś przegranym meczu jest to lekki „odlot” szkoleniowca, zamiast rzetelnego podejścia, że coś jest nie tak?
Trener Brzęczek przyjął taką politykę informacyjną, że na konferencjach prasowych będzie prezentował właśnie taki przekaz, jednak w szatni ten przekaz był inny. Podsumowywał mecz w innych zupełnie słowach i czasem byłem tego świadkiem. Mówiliśmy o piłkarzach, którzy nie za bardzo wiedzą, co mówią, ale to jest też pewnie przywara wielu polskich trenerów. Nie mówię tutaj o trenerze Brzęczku, ale słyszałem na przykład wypowiedź trenera Banasika po meczu Zagłębia z nami, który mówił, że gra Zagłębia w pierwszej połowie, to była jego taktyka na ten mecz. Kto widział to spotkanie wie, że to nie była zbyt fortunna wypowiedź, bo jeśli faktycznie przyjął taką taktykę, to równie dobrze mógł jedenastu chłopaków ściągnąć z boiska. Rozumiem więc trochę trenera Brzęczka – choć ten przekaz mógł być nieco zmodyfikowany – że na zewnątrz chciał pokazać taką wiarę w chłopaków i w to, że wszystko idzie w dobrą stronę, bo pewnie cały czas myślał, że kiedyś to zaskoczy, że nastąpi przełamanie – taki mecz, który spowoduje, że pójdziemy do przodu. Myślę, że na konferencjach nie chciał wchodzić w analizę poszczególnych składowych tego, co się działo w trakcie meczu. W rozmowach ze mną natomiast miał rzetelny osąd sytuacji.
Trener nawet po meczu z Górnikiem mówił, że wierzy, że GKS wygra trzy mecze, co będzie równoznaczne z awansem, a po Kluczborku stwierdził, że widocznie na ten awans nie zasłużyli. Ciekawa zmiana optyki w ciągu jednego tygodnia…
Paradoksem jest to, że trener miał rację i rzeczywiście trzy wygrane ten awans by dały. Mecz z Kluczborkiem zabolał mnie też z jeszcze jednego powodu. Spotkaliśmy się z trenerem przed meczem i właśnie to samo mówił, że jest przekonany, że trzy wygrane dadzą awans, a ja odpowiedziałem, że też mi się tak wydaje. Oczywiście nie wiadomo, czy gdybyśmy zaczęli zdobywać punkty, wyniki innych meczów ułożyłyby się tak, jak się ułożyły i czy na przykład Zagłębie bardziej by się nie zmobilizowało. Pamiętam jednak po meczu z Zabrzem, gdy trener Brosz powiedział mi, że gramy najlepszą piłkę w lidze. Oczywiście może to było z kurtuazją, ale też to, co się działo na boisku utwierdzało nas w przekonaniu, że mamy szansę na awans. Mecz z Sandecją był bardzo słaby, powiedzmy sobie szczerze. Z Górnikiem natomiast wcale tak słabo nie było – ale Kopacz uderza piłkę, ta odbija się od Prokića i wpada do bramki. To był taki mecz na remis, a kto strzelił jedną bramkę ten wygrał. Jednak po Kluczborku ta wiara mogła odżyć, to też mógł być mecz na przełamanie – wygralibyśmy i czekały nas dwa mecze do końca. Jednak nie wygraliśmy i pewnie rzeczywiście na ten awans w tych okolicznościach nie zasłużyliśmy.
Wspomniałeś, że za wyborem trenera Mandrysza przemawiało m.in. to, że miał szansę – z racji obecności na miejscu – najszybciej zdiagnozować problem. Czy to było decydujące? Wiemy bowiem, że byli jeszcze inni kandydaci.
Tak, jednym z nich był Ireneusz Mamrot, obecny trener Jagiellonii. Rzeczywiście, wspomniany argument był tym, który mocno przeważał za trenerem Mandryszem. Są to też trenerzy, którzy preferują zupełnie inny styl. Po moim powrocie do spółki podjąłem pewne decyzje dotyczące funkcjonowania sekcji piłkarskiej. Powiedziałem, że teraz wyłącznie trener jest odpowiedzialny za szatnię i my się w te tematy nie wtrącamy, menadżer ma to w jakiś sposób nadzorować, ale dalej z autonomią trenera, a ja to mam akceptować, znajdować środki finansowe i załatwiać sprawy organizacyjne. Chcieliśmy mieć w związku z tym trenera, który ma silny charakter i osobowość, który będzie potrafił zapanować nad szatnią, z wiedzą o tym, że praktycznie z połową składu się rozstajemy. Chcieliśmy trenera z doświadczeniem. Trener Mamrot mimo bardzo wysokiej naszej oceny tak naprawdę jest pewną niewiadomą, bo w Głogowie wykonywał bardzo dobrą pracę – radząc sobie mimo częstych zmian personalnych jeśli chodzi i piłkarzy, jednak z tego Głogowa wcześniej się nie wyrwał. Jeśli chodzi o trenera Mandrysza, chodziło też o uspokojenie – że nie jest to eksperyment na zasadzie: dajemy szansę młodemu, zdolnemu, tylko jest to człowiek ze zbudowanym autorytetem, a my ten autorytet będziemy wzmacniać i na pewno nie dopuścimy do sytuacji takiej, jak w Sosnowcu. Zresztą rozmawiałem z trenerem o tamtej sytuacji, znam szczegóły i myślę, że historia najlepiej pokazała i zweryfikowała całą sprawę, bo zawodnika Zagłębia ostatecznie usunięto z drużyny.
Dariusz Motała w rozmowie z nami przyznał, że był na rozmowie w klubie z ekstraklasy – konkretnie w Zagłębiu Lubin. Jak ważną rolę pełni on w klubie i czy nie uważasz, że na takim stanowisku powinna być osoba, która jednak wiążę swoją przyszłość z klubem na dłużej?
W jakiś sposób rozumiem, że skoro skontaktował się z nim klub z ekstraklasy, to udał się na rozmowę. Jego umowa dobiegała końca. Sam fakt spotkania się z kimś innym przy końcu kontraktu nie jest czymś negatywnym, podobnie robią piłkarze. Problem pojawiłby się pewnie wtedy, gdyby kontaktował się z którymś z naszych przeciwników w pierwszej lidze. Natomiast oczywiście zgadzam się, że osoba na funkcji menadżera czy dyrektora sportowego nie powinna być na okres jednego roku czy półtora, tylko zdecydowanie dłużej. Ta osoba powinna stopniowo wdrażać swoją wizję, systematyczną pracą pewne rzeczy zmieniać i ja uważam, że w Dariuszu Motale to jest. Ma swoje spostrzeżenia, doświadczenie, bo to nie tylko Lech Poznań, ale też staże czy kontakty, które posiada. Na pewno odciążył zarząd od pewnych zadań, takich których ten zarząd nie mógłby wykonywać przy wielosekcyjności.
Czy w takim razie nie warto zawierać takich umów na dłuższy okres?
Tamta umowa była podpisana na taki okres, gdyż wiązała się z projektem pt. awans do ekstraklasy pod wodzą Jerzego Brzęczka. Miało być tak, że gdy ten awans nastąpi, to trener dostanie przedłużenie i menedżer również. Ktoś powie, że może trzeba było dać dłuższą umowę, a może to był właśnie ten czynnik, który miał motywować do wytężonej pracy. W chwili obecnej menedżer dalej jest w klubie, a umowę przedłużyliśmy. Nie wiem, jak dalej ta praca będzie wyglądała, ale założyliśmy sobie, że nie schodzimy z obranego kursu. Nie mówimy, że przyszły sezon ma być oczyszczeniem, a za dwa sezony może pójdziemy na awans. Ja słyszałem wypowiedź trenera Mandrysza o tym, że nie ma celu w postaci awansu, ale też pamiętam, jakie było pytanie – czy w kontrakcie ma postawiony za cel właśnie awans. W kontrakcie takiego celu nie ma. Natomiast trener ma te cele postawione jasno – wie, o co gramy, pod jakim kątem budujemy kadrę i wie, co się będzie działo, jeśli ten awans nastąpi. To, że umowa została podpisana na dwa lata nie oznacza, że pierwszy sezon będziemy się sobie tylko przyglądać. W GKS takiego sezonu nie może być i choćby ktoś po raz kolejny zarzucił mi, że niepotrzebnie używam słowa awans, to powiem, że nie będę może tego słowa nadużywał, ale wprost mówię, że tak – celem w tym sezonie jest awans i taki cel przed klubem postawiło Miasto Katowice. Ale na tym kończmy – to co powiedział trener, że awanse się robi, a nie o nich mówi jest bardzo mądre i tego się trzymajmy.
Czy boli cię nos po pstryczku od GKS Tychy, które skorzystało z klauzuli i wykupiło Dawida Abramowicza?
Wiadomo, że jeśli ubywa nam zawodnik, którego odejścia nie zakładaliśmy, to w pierwszym momencie krew się może burzyć. Jednak z perspektywy czasu i patrząc na to, że GKS Tychy nie podjął żadnych negocjacji, tylko po prostu wpłacił te pieniądze, runda wiosenna była już słabsza w wykonaniu Dawida niż jesienna, a na tę pozycję szukaliśmy wzmocnień, to nie odbieram tego jako pstryczek. Dziwne to było o tyle, że nikt nie zadzwonił, żeby pewne rzeczy dogadać, tylko potraktował to mniej jako transfer do Tychów, a bardziej jako transfer z GKS Katowice. Życzę Dawidowi wszystkiego najlepszego, ale to co powiedział Dariusz Motała to była najszczersza prawda – nikogo nie będziemy trzymać na siłę, by grał w GKS Katowice.
Jesteś zadowolony z dotychczasowych wzmocnień? Czy udało się pozyskać tych zawodników, których chcieliśmy?
Zobaczymy, co się podzieje w najbliższych dniach [wywiad został przeprowadzony 6 lipca, autoryzacja 9 lipca – przyp. red.]. Testowany był Danielewicz, w sparingu zagrał napastnik z Czech, jest temat Dawida Plizgi. Być może coś się podzieje w temacie lewej obrony. Wyjazd na zgrupowanie jest tym momentem, w którym chcielibyśmy już domknąć kadrę, może z jednym jeszcze wolnym miejscem. Patrzę jednak spokojnie, bo odeszło jedenastu zawodników, przyszło pięciu. Wiadomo, że z podstawowego składu ubył przede wszystkim Alan Czerwiński, który poszedł do ekstraklasy, Mikołaj Lebedyński i Dawid Abramowicz. Jeśli chodzi o zastąpienie Alana, to postać Tomasza Mokwy może być pozytywnym zaskoczeniem dla tych, którzy mniej entuzjastycznie odnieśli się do tego transferu. Jeśli chodzi o zastępstwo dla Dawida, to zobaczymy jak wypadnie Mateusz Mączyński, choć jak wspomniałem, jeszcze szukamy alternatywy, a jest przecież jeszcze Frańczak czy Zejdler, który może tam zagrać. Mamy Midzierskiego, który grał w Miedzi z najlepszą defensywą, jeśli chodzi o liczbę straconych bramek. Również i z Lukasa Klemenza możemy mieć dużo pożytku, bo to chłopak zadziorny i ambitny. W przypadku braku Mikołaja będziemy jeszcze musieli wzmocnić przód, choć tak jak wspomniałem wcześniej – będzie on już automatycznie wzmocniony przesunięciem do środka Tomasza Foszmańczyka. Dodatkowo chcemy wzmocnić środek pola, myślimy też o młodzieżowcu. Kadra, którą mam w głowie na podstawie rozmów, wydaje mi się, że będzie mocniejsza niż w poprzednim sezonie, ale to oczywiście zweryfikuje boisko.
Czy sprawa Mikołaja Lebedyńskiego jest już definitywnie zamknięta?
Nie jest zamknięta o tyle, że Mikołaj wie, że chcielibyśmy go zatrzymać i jest dla niego miejsce, ale też tego miejsca nie będziemy trzymać w nieskończoność.
A jeśli uda się sprowadzić napastnika, to temat Mikołaja upadnie?
Tak, bo będzie przecież jeszcze Wojtek Kędziora, Grzesiek Goncerz czy Andreja Prokić. Poza tym szczerze mówiąc, nie widzę w Mikołaju takiej agresywnej, przemożnej chęci bycia w GKS. To jest raczej takie podejście, że zobaczymy, co się podzieje. Wiadomo też, jaka jest sytuacja w Płocku i pewnie te zawirowania też mają wpływ. Mikołaj wie, na co może liczyć w GKS, ale ma ważny kontrakt w Płocku. Zawodnik sam powiedział, że sytuację rozwiąże. Nie możemy jednak czekać, a potrzebujemy dobrej rywalizacji z przodu.
Pojawiła się informacja o przedłużeniu kontraktu z Pawłem Szołtysem. Co przemawia za tym zawodnikiem, że klub zdecydował się na taki krok?
Paweł Szołtys jest specyficznym zawodnikiem, a ta specyfika polega na tym, że wszyscy kolejni trenerzy GKS dostrzegają w nim potencjał, tylko ten potencjał nie przeradza się w wymierne efekty. My kontrakt z Pawłem przedłużyliśmy z jednego powodu. Ma jeszcze rok bycia młodzieżowcem i wie, że dla niego to ostatnia szansa. Przepis o młodzieżowcu ma swoje plusy i minusy. Minusem jest to, że masa zawodników gra tylko dlatego, że są młodzieżowcami, a gdy tracą ten status, to świat o nich zapomina. Paweł ma przed sobą ten rok, w którym albo udowodni, że jest przydatny, albo właśnie świat o nim zapomni. Jeśli okaże się, że przez pół roku nic nam nie da, to wiadomo, że są możliwości, żeby albo ten kontrakt rozwiązać, albo go gdzieś wypożyczyć. Dajemy mu szansę, bo to jest chłopak stąd, od kilku lat aplikuje do pierwszej drużyny, ale gra mało. Chcemy, żeby miał możliwość ostatecznie pokazania tego, czy jest w nim potencjał, który potrafi z siebie wydobyć czy już zawsze będziemy mówić o talencie, który kiedyś tutaj był.
Pięciokrotnie mogliśmy wiosną wskoczyć na pozycję lidera, a ostatecznie zakończyliśmy na pozycji, na której nie byliśmy praktycznie przez cały sezon. Po kompromitacji zespołu w całej rundzie wiosennej pojawia się pytanie, czy jest coś, na czym możemy opierać optymizm jeśli chodzi o nadchodzące rozgrywki, patrząc też na to, że jednak rdzeń zespołu pozostał, jak np. Kamiński czy Foszmańczyk?
Kamiński rozegrał bardzo przyzwoity sezon, a Foszmańczyk chyba najlepszy w karierze. Co do optymizmu, to nie da się go wywołać. Optymizm musi być przekonaniem, że odchodzą zawodnicy w większości z szerokiego tła, a zastępują ich ci, którzy mają walczyć o pierwszy skład. Może się okazać, że na pierwszy mecz z Siedlcami wyjdzie połowa zawodników z poprzedniego sezonu, a reszta będzie zupełnie nowa. Optymizm możemy opierać na tym, że trener Mandrysz ma swoje doświadczenie i może pewne rzeczy zaszczepić u chłopaków, ale też na tym, że cały klub jako organizacja wyciągnął wnioski z poprzedniego sezonu. Głupotą byłoby, gdybym prosił teraz – przyjdźcie na mecz, dajmy sobie szansę. Nie, to nie tędy droga. Jeśli ktoś wierzy, że GKS jest klubem silnym i stale się rozwijającym, a takich osób myślę jest wcale nie mało, to będą one w stanie ocenić choćby transfery, ale nie medialnie, tylko poprzez obserwację zawodników na boisku – i kupić karnet. A co do oceny samych piłkarzy to można przywołać przykład Mateusza Abramowicza, który pojawił się w GKS, niektóre osoby natomiast przesyłały filmiki z bramkami, jakie puszczał w Śląsku Wrocław i twierdziły, że to kompromitacja zatrudniać takiego zawodnika. A za chwilę Mateusz odbierał Złotego Buka za Odkrycie Roku. Swoją drogą patrzę na ruchy transferowe w innych klubach i nie widzę takiego klubu, który wzmocnił się wyrastając ponad inne. W niektórych klubach jest sporo tych ruchów – vide GKS Tychy – oznacza to jednak tyle, że z poziomu 12-13 miejsca w poprzednim sezonie, teraz chcąc walczyć o awans muszą dokonać gruntownej przebudowy zespołu. My z drużyny, która w zeszłym sezonie walczyła o awans, chcemy zrobić ekipę, która będzie silniejsza i miała jeszcze większe papiery na to, aby ten awans wywalczyć.
Zdajesz sobie sprawę, że presja ze strony kibiców będzie od pierwszej kolejki większa i nie będzie już tak bezgranicznego wsparcia, jak w poprzednich rozgrywkach, a krytyka zespołu po – nie daj Boże – słabszym początku może bardzo szybko przekuć się na frekwencję?
Nie chciałbym roztaczać teraz wizji, co będzie. Życie zweryfikuje to bardzo szybko. Pamiętam poprzedni sezon, kiedy wszystko fajnie się układało, a przecież w pierwszej kolejce przegraliśmy z Wigrami i w stronę piłkarzy poleciały jakieś kubki czy słonecznik. Atmosfera po tym meczu była niepokojąca, ale potem udało się zbudować to zaufanie, był mecz z Podbeskidziem itd. Koronnym argumentem, by zbudować to zaufanie będą pierwsze mecze. To będą te spotkania, które wiele nam powiedzą. Wymieniamy zawodników, ale robimy to racjonalnie. Oliego Prażnovskyego zastępujemy Tomkiem Midzierskim. Tomka Wisio zastępujemy Lukasem Klemenzem. To nie są zmiany oderwane od rzeczywistości. Bierzemy chłopaka z Piasta Gliwice, który rozegrał kilkadziesiąt meczów w ekstraklasie, a grał w tym Piaście, gdy zespół zdobywał wicemistrzostwo Polski. Ściągamy Mączyńskiego, który za czasów trenera Mandrysza w Tychach był gorącym towarem jeśli chodzi o lewą obronę. Nie idziemy więc na wariata, że robimy 25 zmian, ale też nie idziemy powoli, wykonując trzy roszady i licząc, że to wypali.
Jak wygląda u nas wysokość wynagrodzeń na tle innych pierwszoligowców?
Spotkania prezesów klubów pierwszoligowych polegają w dużej mierze na obnoszeniu się biedą. Każdy mówi, że ma budżet milion, że za chwilę się wycofa, świat się zawali, a zawodnikom płacą najwyżej trzy-cztery tysiące. To jest bujda. Dlatego gdy czytam budżety publikowane np. w Przeglądzie Sportowym, to pusty śmiech mnie ogarnia, bo to jest kabaret i nie róbmy sobie żartów z ludzi – no chyba, że te kluby zakładają, że nie będą płaciły lub mają zewnętrzne źródła finansowania. Natomiast jeśli zejdziemy na ziemię i będziemy mówić o kwotach realnych, to GKS na pewno nie był klubem najlepiej płacącym w lidze, ale plasował się gdzieś w pierwszej piątce. Czasem czytam opinie, że ktoś rywalizuje z nami mając jedną trzecią naszego budżetu, to to jest bzdura. To jest przywara takich spotkań, że kluby się trochę wzajemnie oszukują. Każdy chce pokazać, że może wszystko zrobić taniej, a i tak jest na tym samym poziomie sportowym. Piłkarze mają swoje wymagania. Kiedyś mówiłem o barierze 10 tysięcy złotych, a w GKS w owym czasie nie było takich wynagrodzeń. Czasy się zmieniły i teraz zakładam, że poza pojedynczymi przypadkami, w prawie każdym klubie jest przynajmniej jeden zawodnik, który zarabia powyżej 10 tysięcy.
Prawdą jest, że piłkarze przez to, że awansowali do ekstraklasy stracili milionową premię?
Kwota, którą klub musiałby zapłacić na rzecz szatni w przypadku awansu była wyższa niż milion złotych.
Czy coś się zmieni w tej kwestii?
Regulamin premiowania to rzecz ustalana z piłkarzami, sztabem, dyrektorem – na razie nie ma takowego, ale na pewno będzie ustalony przed pierwszym meczem pucharowym. Na pewno nie będzie premii dla drużyny za pojedyncze mecze, już wyleczyliśmy się z tego jakiś czas temu. Premia będzie za zrealizowanie celu. Nie interesuje mnie trzecie miejsce, bo za taką lokatę nie dopuszczą nas przecież do połowy czy jednej trzeciej meczów ekstraklasy. Cóż nam po tym, że zajmiemy trzecie miejsce, nawet jeśli zabraknie jednego punktu?…
O celu związanym z ligą mówiliśmy, a jaki mamy cel związany z Pucharem Polski? W poprzednich sezonach z różną powagą podchodziło się do tych rozgrywek.
Pamiętam sezon, w którym odpadliśmy z Cracovią. To był moment, w którym odpadnięcie klubu pierwszoligowego było czymś naturalnym – mogło się zdarzyć. Chciałbym, żebyśmy grali z rywalem z ekstraklasy, chciałbym, żebyśmy o to trofeum zawalczyli, bo po to się gra w danych rozgrywkach, żeby w nich wygrywać. Nawet jeśli ktoś by miał takie podejście, że tego pucharu nie zdobędziemy, to są takie mecze, które po prostu trzeba wygrywać. Znając trenera Mandrysza na pewno nie ma hasła, że cokolwiek odpuszczamy.
Fatalny wynik w poprzednim sezonie odniosły rezerwy. Można odnieść wrażenie, że druga drużyna została już skreślona i spisana na straty. A jak jest rzeczywiście?
Przed nami bardzo trudna decyzja dotycząca analizy tego, czy występowanie rezerw w klasie okręgowej daje nam jakiekolwiek korzyści. To jest temat, który się przewija i będzie rozstrzygnięty. Pytanie bowiem, czy slogan „utrzymywanie rytmu meczowego zawodników pierwszej drużyny” ma jakiś sens w tej klasie rozgrywkowej. Nie jest tak, że ten temat odrzuciliśmy po spadku. Rozmawiamy o tym i rozważamy, czy utrzymujemy zespół w tej klasie rozgrywkowej, ale już z pewnymi zmianami czy idziemy w stronę klubów, którzy likwidują swoje drugie drużyny. Tę decyzję podejmiemy bardzo szybko. Wiele zależy od tego, co za stosowne uzna trener – czy mając kadrę 25 zawodników będzie chciał, żeby jednak oni mieli gdzie grać – i wtedy też zastanowimy się czy konieczny jest udział drugiej drużyny w lidze czy na przykład co jakiś czas nie zorganizować sparingu dla tych zawodników, którzy nie grają w pierwszym zespole. Też trzeba spojrzeć na to, jacy zawodnicy są w rocznikach młodzieżowych, którzy mogliby w tych rezerwach grać. Bo to też nie chodzi o to, żebyśmy się ośmieszali. Z drugiej strony zejście jedenastu zawodników z pierwszej drużyny po to, by kopać się na jakimś boisku-kartoflisku pewnie nie ma sensu.
Czyli to nie ma żadnego związku z czynnikiem ekonomicznym?
Zupełnie nie. Jak czytam, ze jakaś drużyna zrezygnowała z rezerw ze względu na finanse, śmiech mnie bierze. To, co zaoszczędziliby na rezerwach mogliby w tej samej ilości zaoszczędzić zabierając jednemu zawodnikowi jedną trzecią wynagrodzenia. Jeśli oni grają w czwartej lidze, to przecież tam nie ma kontraktów płaconych w tysiącach złotych. Koszty dojazdu też nie stanowią wielkiego problemu, bo i tak przecież jeżdżą koło Katowic.
Mamy Akademię Młoda GieKSa, która funkcjonuje od kilku lat, ale ciągle nie daje ona zawodników do pierwszego zespołu i żaden wychowanek nie zaznacza swojej obecności w rozgrywkach seniorskich. Monitorujecie to w taki sposób, że możecie powiedzieć, że za kilka lat będą efekty?
W szkoleniu młodzieży są dwie rzeczy, które są trudne do połączenia, a jednak trzeba je połączyć – powszechność i jakość. Dla niektórych liczy się właśnie powszechność i nie stawiają na poziom szkolenia, tylko mogą powiedzieć, że fajnie jest, że 650 dzieciaków w Katowicach interesuje się GieKSą, piłką, lepiej lub gorzej im to wychodzi, ale fajnie, że są i że buduje nam to bazę pod kątem kibiców i całej otoczki. My natomiast jako klub zawodowy musimy patrzeć na jakość. Tę jakość można weryfikować wynikami nawet młodszych grup – co sprawdzamy i progres następuje. Natomiast jeśli chodzi o starszych zawodników, to jednak z każdym rokiem ten argument o braku wymiernych efektów działania fundacji – w postaci dostarczenia zawodników do pierwszego zespołu lub awansu do Centralnej Ligi Juniorów – będzie nawarstwiał presję, która wkrótce będzie się kumulowała już nie tylko przy moim biurku, ale też przy biurku zarządu fundacji. Bo ktoś powie – OK, Akademia jest poukładana, ale efekt jest tylko w postaci powszechności. Nie ma natomiast tego efektu, na który łożymy, bo to jest wymierna kwota, która jest przeznaczana choćby na wynagrodzenia dla trenerów. Nie ukrywam, że czeka nas dyskusja i po 2-3 latach porządkowania tego tematu jest czas na postawienie celów – albo wspomnianych drużynowych w postaci awansu do CLJ, albo indywidualnych w postaci wypromowania zawodników do kadry okręgu, Śląska czy nawet Polski. Takie cele zostaną rozpisane. Samej Akademii nie mamy co się wstydzić. Jest 650 dzieciaków, kilkanaście drużyn, wielu trenerów. Pamiętam czas, kiedy na spotkanie przychodziło sześciu trenerów i każdy mówił o sześciomiesięcznych zaległościach. Teraz Akademia jest poukładana i czas postawić takie cele, dzięki którym będziemy mogli osiągać wymierne korzyści.
Od jakiegoś czasu udzielasz się w PZPN, PLP, mówiłeś o wielosekcyjności. Czy przez ilość obowiązków nie jest tak, że cierpi na tym piłka nożna?
Jeśli chodzi o PLP czy PZPN to jest to kontakt też związany z piłką, bo rozmawiamy o rzeczach, które się wydarzą za jakiś czas właśnie w piłce czy konkretnie w pierwszej lidze. Ci którzy patrzą na funkcjonowanie klubu, widzą że ludzie pracujący w klubie, to ludzie z pasją, nie pracujący tu tylko po to by odbębnić 8 godzin. Dlatego te tematy są dla mnie dodatkowe, robię to z chęcią i sympatią, natomiast to nie jest tak, że jesteśmy gośćmi w klubie i mamy jakieś tam swoje inne, „ważniejsze” rzeczy. Ja zawiesiłem praktycznie swoją działalność zawodową, zajmuję się tylko klubem. Raz na miesiąc pojawia się wyjazd na posiedzenie zarządu PZPN, jeszcze rzadziej w PLP. To jest ten poziom zaangażowania – nie powoduje to, że co dzień lub co tydzień muszę zajmować się ligą czy PZPN. Natomiast siatkówka czy hokej dołożyły nam masę codziennych obowiązków, ale nie spowodowały, że piłka odeszła na dalszy plan. Piłka dalej jest sportem dominującym w tym klubie. Siatkówka to fajny produkt, piłkarki osiągnęły sukces, ale nadal najważniejsza jest piłka nożna. Na pewno nie cierpi ten aspekt klubu, natomiast cierpią inne wspomniane aktywności, jak wspomniana działalność adwokacka czy życie prywatne.
Dużo negatywnych rzeczy słyszy się o hokeju – długo nie było trenera, słychać o zaległościach, przepłacaniu, ciągle niewyjaśniona jest sprawa dyrektora Pawlika, który sprzyja GKS Tychy itd. Masz na to jakiś wpływ z racji pełnionej funkcji w KH GKS Katowice?
Kwestia oceny przydatności zawodnika do drużyny hokejowej leży w gestii zarządu hokejowej GieKSy. Natomiast bycie przewodniczącym Rady Nadzorczej niesie za sobą poczucie odpowiedzialności. Mam swoje uwagi na temat działalności hokeja, jesteśmy w momencie, kiedy hokej kończy pierwszy rok swojego funkcjonowania. Są plany na następny rok i dalszą działalność i my jako Rada Nadzorcza i właściciel musimy podjąć pewne decyzje. Swoje uwagi przekazuję na bieżąco pozostałym członkom Rady Nadzorczej czy członkom zarządu. Czas postawić cele sportowe. Mam nadzieję też, że będzie to sezon, w którym także kibice pokażą, że zależy im na hokeju pojawiając się w większej liczbie na meczach. A my pokażemy, że sekcja hokejowa jest podmiotem transparentnym, który nie ma rzeczy niewyjaśnionych, a zarząd pozostaje w prawidłowych relacjach z kibicami. Pierwszy sezon możemy odciąć, bo wiem w jakiej sytuacji ta drużyna była montowana. Teraz jednak ten argument upadł, są transfery, wizja budowy drużyny, która będzie walczyć o wyższe cele. Co do dyrektora Pawlika, to myślę, że posiedzenia zarządu czy Rady Nadzorczej są lepszym miejscem, w którym pewne sprawy powinny być omawiane.
W czasach „Bukowej” mieliśmy taki zwyczaj, że prosiliśmy rozmówcę o skierowanie kilku słów do kibiców. To chyba dobry moment, abyś po trudnym poprzednim sezonie, a w przededniu nowego – zwrócił się do sympatyków GieKSy – czy jest coś co chciałbyś za pośrednictwem naszych mediów im przekazać?
Zdaję sobie sprawę, że poprzedniego sezonu nie da się tak łatwo wymazać z pamięci. Chciałbym, żeby kibice pamiętając, co się wydarzyło, potrafili uwierzyć, że to co złe, buduje naszą siłę na przyszłość, a my jesteśmy bogatsi o to, co nam się nie udało. Po to robimy zmiany, aby ten cel osiągnąć – i nie są to zmiany pozorne. Chodzi o wynik sportowy piłkarzy, którzy mają doszlusować do wyników piłkarek czy siatkarzy pokazując, że idea wielosekcyjnej, mocnej GieKSy ma sens – podobnie jak wsparcie w realizacji tej inicjatywy ze strony władz Miasta, w tym także osobiście Prezydenta Krupy. Wierzę, że kibice, którzy pojawią się na meczach zobaczą te zmiany i zaangażowanie i z meczu na mecz ta wiara będzie większa, a ludzie bardziej gremialnie będą pojawiać się na stadionie. Głęboko w to wierzę i wiem, że ludzie w szatni zrobią wszystko by kibice mogli się koncentrować już tylko na bieżącej rywalizacji. A Wam życzę tego byście mogli to opisywać i by GieKSa.pl stała się portalem samych dobrych informacji. Mam też wielką nadzieję, że tym wywiadem odkreślamy poprzedni sezon i patrzymy do przodu. Nie obrażamy się i razem zmierzamy do celu całą energię poświęcając na to by GieKSa była silniejsza, bo na tym nam wszystkim zależy.
Rozmawiali: Kosa, Shellu
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















psz
10 lipca 2017 at 12:51
Błagam zmieńcie zarząd i radę nadzorczą na pisane z małych liter. To nie PR-owa papka!
psz
10 lipca 2017 at 12:53
I rozbijcie wypowiedzi Cygana na akapity…
psz
10 lipca 2017 at 13:06
A tak bardziej merytorycznie, to mam wrażenie, że nam nie tyle brakuje trenera, który wie, jak się robi awans, ale prezesa, który to by wiedział…
Berol
10 lipca 2017 at 17:42
jak minimum jeszcze z 3 ,4 konkret zawodników nie przyjdzie to raczej blado widze ten sezon, narazie to ten obronca z Miedzi wydaje sie byc tylko konkret wzmocnieniem.
Piotr
10 lipca 2017 at 18:24
Kurwa prezes klubu ktory ma awansowac di ekstraklasy a tu sue zaczyna pytamie pytanie na ty!!!!!!!jaki ma byx dla cygana szacunek
Piotr
10 lipca 2017 at 18:30
Poczytalembdo polowy reszty juz nievbostandardowo pierdolenie jak zawsze
Tomek
10 lipca 2017 at 18:50
Fakt, że na rynku transferowym zobaczymy „co się podzieje” mówi wszystko o możliwościach (chęciach?) zarządu/miasta walki o awans. Tymczasem piłkarze o których my się staramy wybierają bez zawahania opcję gry w Tychach, Chojniczance(!), rezerwach Wisły Płock. Nawet na Plizgę nas nie stać i woli czekać aż zgłosi się po niego jakaś Bytovia i da parę groszy więcej. Nie wspominając o tych, których od razu nam sprzątneli a nie zdążyły paść nawet nazwiska. Żadnych wyciągniętych wniosków przez tyle lat. Mam wrażenie że o piłce w tym klubie nikt nie ma zielonego pojęcia, Żal Mandrysza bo podjął misję nie do wykonania i tylko popsuje sobie notowania na giełdzie trenerskiej. Mam wrażenie że mój ukochany klub od paru lat istnieje tylko po to żeby spokojnie grać sobie w tej zasranej I lidze. I to jest cel miasta, zarządu, trenerów, piłkarzy. A całe pierdolenie o reszcie to tylko alibi. Niestety coraz mniej naiwnych wśród kibiców. Nie wierzę w awans w tym roku. Nadal pozostaje wiernie czekać na „dobrą zmianę”.
Berol
10 lipca 2017 at 19:00
co do Pilzgi jestem zdecydowanie na nie ,to już nie jest ten zawodnik którego z dawnych czasów pamietamy i mamy sentyment , nic dobrego do klubu nie wniesie mym zdaniem jak obserwuje jego ostatnie lata w innych klubach
Berol
10 lipca 2017 at 19:38
Obym sie mylił i Mandrysz był cudotwórca ale na teraz jestesmy wrecz słabsi majac krótsza ławke rezerwowych z transferów pozytywne wrazenie robi narazie ten niechciany w Miedzi obronca Mizierski , byc może chimeryczny Klemenz który moze wypali moze nie reszta to raczej uzupełnienia niz wzmocnienia …. Mączynski sredni gracz z GKS Tychy , Mokwa niechciany w Piascie czy sedziwy Kedziora który przyszedł popykac jak Wisio do piłkarskiej emerytury to nie jest szczyt marzen jak idzie o przebudowe drużyny obym sie mylił, naprawde chce sie mylic ale czarno to widze, znów druzyna na srodek tabeli
Paweł
10 lipca 2017 at 21:28
Nie da się na trzeźwo tych bzdur czytać. Robienie wody z mózgu. Brak konkretów i kolejne mydlenie oczu.
Paweł
10 lipca 2017 at 21:33
Prawdziwy Prezes był tylko jeden… Marian Dziurowicz. Cygan to marionetka i robiony miękkim ch… Pasował to Brzeczka. Obaj są bez temperamentu. Ciepłe kluchy.
Tomek
10 lipca 2017 at 22:29
Tak jak Berol napisał, drużyna osłabiona, a skoro Midzierski, który po prostu juz byl niechciany w Miedzi to nasze największe wzmocnienie to środek tabeli murowany. Chyba że cudotwórca Mandrysz ale tez już wątpie, predzej skonczy się jak w S-cu. Też jestem na nie dla Plizgi ale to że nawet on nie chce wrracać do swojego rodzimego klubu an bezpieczna emeryture to tylko świadectwo tego gdzie jesteśmy. W dupie. Za niecałe 3 tyg.liga, piłkarze ktorzy mieli przyjść mieli być „nie do testowania”. Nikt nie przyszedł a testujemy Danielewicza i nawet on spierdala do Chojnic. Jest w kadrze 15 zawodników z pola do gry, ciekawe jak Mandrysz ma z tego przygotować na obozie drużyn.
kris
10 lipca 2017 at 23:07
Wypowiedz Cygana bez konkretów wszystko co wiemy.Wywiad po to żeby niebyło się odbył i po prostu na odczepke.Powiem tyle z takimi transferami sciąganiem takiego szrotu znowu nie pojawie sie na Bukowej.Według mnie atak na Ekstraklase zacznie sie wtedy gdy stadion bedzie w trakcie budowy nie wczesniej, pozdro dla kumatych.
kosa
11 lipca 2017 at 00:48
@Piotr
Szacunku do osoby nie określa to, czy zwracasz się do niej na „pan”, czy na „ty”. Brak szacunku pokazałeś Ty, gdy napisałeś nazwisko naszego prezesa z małych liter.
psz
11 lipca 2017 at 08:13
Oby nadchodzący sezon był na przekór wszystkim znakom, które go zapowiadają… Po lekturze wywiadu mam wrażenie, że z Cyganem u steru nie awansujemy nigdy…
stefan
11 lipca 2017 at 08:16
Berol , ja tam Plizdze dałbym szanse , tymbardziej przy Mandryszu , który już go prowadził . Piszecie ze nie mamy kim grac , a odrzucamy Plizge ?
Włsnie ma cos do udowodnienia , a gra w Górniku bym się nie przejmował , jedynie sobie tam wrogów narobił którzy teraz mąca z jego przyjściem Cyganowi.
Szkoda ze prezes nie powiedział konkretnie kto odpowiada za transfery ?
Zostało kilka dni obozu , plus P.P. w którym musimy awansować.
Mandrysz może jest ciezki we współpracy , ale takiego dokładnie trenera musimy mieć , co pokazal ostatni rok i cipowaty Brzeczek.
janusz
11 lipca 2017 at 12:34
BYŁEM NA SPARINGU , obraz nędzy i rozpaczy, rozmawiałem z prezesem powiedział że woli żeby ligę wygrywali/ja też/ale to trzeba grać a nie biegać w niewiadomym kierunku,momentami miałem wrażenie że mają problem z błędnikiem i się im piepszy w którą stronę bramka przeciwnika.Do 70 minuty nie oddaliśmy ani jednego strzału na bramkę w sumie do końca meczu takie naciągnięte 3 strzały.Posiłki ściągnięte do wzmocnienia drużyny to sami obrońcy wygląda na to że w tym sezonie strzelać na bramkę nie będziemy.Nie mam nic przeciwko prezesowi ale jego wypowiedź to same okólniki,ciekawy jestem co będzie mówił po drugiej, trzeciej kolejce.
Bardzo mało powiedziane na temat naszych piłkarek/a chyba na to zasługują/są w pierwszej lidze powinny grać na Bukowej jakoś nic o tym nie słychać.A na mecze i tak będę chodził, tylko jeszcze nie wiem czy po meczu wychodząc z Bukowej/a tam się urodziłem/będę patrzył w niebo czy na asfalt.
Irishman
11 lipca 2017 at 17:50
Ale marudzicie!
No i serio nie wiem, jaki w tym macie cel? A może żadnego… tylko, żeby se po prostu pomarudzić???
Kurde, no przecież nasza drużyna w ubiegłym sezonie należała kadrowo do najlepszych. Ja do tej pory nie mogę zrozumieć jak trener mógł to spieprzyć.
Ale olać, było – minęło. Teraz mamy za trenera fachowca, który zrobił już kilka awansów, który ma wolną rękę, aby ułożyć wszystko pod siebie. W szatni zrobiliśmy NARESZCIE prawdziwa rewolucję wywalając prawie wszystkie „słabe ogniwa”.
Mamy już teraz drużynę znacznie mocniejszą od tej, która i tak była już mocna oraz świetnego trenera.
NO WIĘC K…..A SKĄD TEN LAMENT?????
Berol
11 lipca 2017 at 20:06
wszystkich nas łaczy jedno 🙂 miłosc do tego klubu i chcemy dobrze mimo iz narzekamy a raczej ujałbym to inaczej martwimy sie….Może jednak nie bedzie tak zle wszystko zalezy jak trener to poukłada i czy chłopom bedzie sie chciało zapieprzac bo na tym ta pierwsza liga polega tu wygrywa ten komu bardziej chce sie biegac po boisku nie kto na papierze ma silniejsza kadre . Faktycznie od wczoraj pare kontraktów wiecej w sumie poza Czerwinskim wielkch ubytków nie ma po których jakis zal , reszta do zastapienia może nie bedzie tak zle wszystko wyjdzie w praniu :)byleby im sie chciało za piłka gonic a nie tylko byc pracownikiem zobaczymy, moze ci zmiennicy maja wieksze jaja jak poprzednicy, czas pokaże OBY MIELI !!!!
Berol
11 lipca 2017 at 20:45
w miare dobrym składzie wiekszego gówna chyba nie da sie juz zaserwowac z wynikami jak nasi zrobili to na wiosne tu juz nawet nie chodzi o sam awans a zrobienie z kibiców posmiewiska wiec gorzej chyba nie bedzie z tym składem mam nadzieje