Dołącz do nas

Piłka nożna

#procentDlaAsi

Avatar photo

Opublikowany

dnia

1pPowoli dobiega końca termin rozliczania się z Urzędem Skarbowym – końca też dobiega akcja #procentdlaAsi zainicjowana przez dziewczyny dziewczyny z FE w ramach akcji promującej przekazanie 1% ze swojego podatku na leczenie i rehabilitację Asi – małego kibica GieKSy.

Przypominając historię dokładnie opisaną na forum i wspominaną już przez nas, poniżej przedstawiamy krótki (jak na taką skalę) wpis związany z Asią. Są to słowa zaczerpnięte z forum.

Nie wiem, czy trzeba dodawać kolejny długi opis… Pomagaliście nam zbierać środki z 1% przeznaczone dla Asi już w 2014 i 2015 roku. Część z was zna też Asię osobiście – choćby z Bukowej. Radzi sobie coraz lepiej i pomimo coraz większych przeciwności (niestety teraz pojawiają się kwestie związane z rówieśnikami, czy szkołą), Asia walczy coraz więcej. Czasami zadaje pytania, czasem nawet pyta, dlaczego musi tak dużo i tak często, ale pomimo pytań dalej pracuje, bo wie, że tylko dzięki tej długiej, ciężkiej i mozolnej pracy może być na tym etapie, na jakim jest. Tylko dalsze, długotrwałe zajęcia logopedyczne i fizjoterapeutyczne dają szansę, na lepszą przyszłość, więc walczy…

Teraz jest jeszcze zafascynowana… GieKSą 🙂 to ciekawe, ale niemal wszędzie ma coś żółte (bo złotego przeważnie nie robimy), zielone i czarne. Ulubionego misia od Ciotek z Female Elite’64, smycze, naklejki. To cieszy – ma jakąś pasję, którą może łączyć i identyfikować z walką, którą toczy.

Bardzo dziękujemy za pomoc w tej walce i w miarę możliwości prosimy o pomoc również w tym roku. Wiemy, że dużo robicie – sami (w tym w szczególności dziewczyny) staramy się włączać w większość akcji pomocy, ale mamy nadzieję, że ten 1% w możliwie najmniejszym stopniu spowoduje jakiekolwiek obciążenia.

Z ubiegłorocznej zbiórki (tej tutaj na forum i nie tylko) Asia ma już zapewnione kolejne turnusy (na szczęście wszystko na miejscu, więc koszta, to same zajęcia) i ćwiczenia. W zasadzie rok się zaczął i kwota jest już rozdysponowana. Dzięki temu z naszych pieniędzy możemy swobodnie zapewnić jej stałe zajęcia fizjoterapeutyczne, logopedyczne i inne niezbędne dla jej terapii. Nie musimy z początkiem roku myśleć, jak to zrobić, aby dorzucić do tego też dodatkowe turnusy.

Dla osób, które pierwszy raz trafiły na temat związany z Asią pozwalamy sobie przypomnieć poprawiony opis z poprzedniego roku.

Pod koniec stycznia minie 7 lat, a wszystko jakby dalej stoi przed oczami, jak co roku, kiedy zbliża się 26 dzień tego miesiąca w głowie dzieją się różne rzecz i zaczyna się walka z myślami, złymi myślami. Przyznam, że co roku jest coraz ciężej (w głowie), wbrew pozorom, a może po prostu tego wszystkiego jest już za dużo. To pewnie nie zmieni się nigdy, jak też nie zmieni się nasza (całej rodziny) wdzięczność dla Was – wszystkich GieKSiarzy za to, co daliście mojej Asi przez ostatnie lata.

Niestety nadal jest jej równie ciężko (jeśli nie ciężej), liczba wszystkich zajęć nie zmniejsza się, a do tego coraz bardziej wymagająca szkoła z całym swym otoczeniem. Szkoła nie tylko w sensie nauki, ale też szkoła walki o przyszłość, Asia nie wraca z niej do domu, nie chodzi na dodatkowe zajęcia ogólnorozwojowe, ona po prostu codziennie ciężko pracuje. Czasem mówi, że ktoś ma tańce, ktoś inny angielski lub lekcje śpiewu, ale od razu dodaje, że ona wie, wie że ma ćwiczenia i że to jest dla niej ważniejsze – tak tylko mówi. Wszystko odbywa się po szkole i w weekendy, przez co przeważnie nie wraca do domu przed 18/19, a do tego dochodzą wszystkie sprawy ośmiolatki, jak prace domowe i nauka, nauka, przy której Asia musi dodatkowo podołać swoim słabościom, motoryce, pamięci, problemom wynikającym z szablonowego podejścia do edukacji, ale tu nie o tym mowa…

Przypominając historię sprzed lat (już opowiedzianą na tym forum)…
Joasia urodziła się w połowie 2007 rok, od urodzenia była zdrowym i wesołym dzieckiem, kiedy nagle – niedługo po skończeniu półtorej roku coś się stało…

Bez żadnych objawów jej stan zaczął się bardzo pogarszać – w dzień biegała i bawiła się, a wieczorem leżała z wysoką gorączką, poranna wizyta u lekarza zakończyła się diagnozą – „przeziębienie”. Niestety jednak po niespełna 24 godzinach od chwili kiedy jeszcze szczęśliwa biegała po domu, leżała na OIOM-ie z przerażającą diagnozą – [b]ostre wirusowe zapalenie mózgu[/b]. Rokowania, to w zasadzie… ich brak. Nikt nie dawał jej większych szans na to, że kiedykolwiek wyjdzie z OIOM-u, a jeśli nawet, to niemal na pewno nie będzie z nią już nigdy większego kontaktu. Stan był krytyczny, a lekarz na OIOM-ie już po wszystkim powiedział: „jeszcze nigdy nie widzieliśmy tutaj tak cierpiącego dziecka”…

Przez kilka dni traciła i odzyskiwała przytomność (nie świadomość), na chwilę. Ocknęła się i wyła z bólu, po chwili znowu leżała nieprzytomna, jednak niewiele można było zrobić – musiała sama to przetrwać i przetrwała – ma charakter!

Po trzech tygodniach spędzonych na OIOM-ie opuściła ten oddział, jak nowo narodzona – w pełni tego słowa znaczeniu. Asia „wędrując” na pediatrię nie potrafiła nawet przekręcić głowy, a w zasadzie umiała jedynie poruszać prawą ręką, ale przetrwała! Odzyskała pamięć, pełną świadomość – jej rozwój intelektualny nie został zaburzony, tylko ona wiedziała przez co tak na prawdę przeszła i ile woli życia miała w sobie walcząc z tą straszną chorobą. Kolejnych kilka tygodni zleciało szybko, izolatka na pediatrii pozwoliła nabrać nieco sił i wychodząc do domu w stanie niedowładu czterokończynowego wiotkiego Asia potrafiła już trzymać lekkie przedmioty w rękach. Od tego czasu zaczęła się jej nieustanna walka o normalność, przetrwanie – ciągłe ćwiczenia stymulujące mózg z każdej strony.

Pół roku po chorobie Asia potrafiła znowu trzymać głowę, a nawet siedzieć (opierając się), zaczynała mówić. Rozwijała się, jak tylko potrafiła i chciała poznawać świat, jak inne dzieci w jej wieku, a może nawet bardziej, tak żeby nadrobić wszystkie zaległości.

Codzienne ćwiczenia i jej GieKSiarski charakter pokazały wszystkim, że niemożliwe staje się możliwe. Przecież miało jej tutaj nie być… a jeśli, to i tak spustoszenie miało być ogromne, a ona… w kilka miesięcy po chorobie robiła pierwsze kroki – ciężko, za dwie ręce, ledwo trzymając się na nogach, ale robiła! Tak krok po kroku, na przekór wszystkiemu.

I znowu, ćwiczenia, rehabilitacje, zabiegi, masaże, kombinezony, hipoterapie (niezależnie od pogody), w sumie wszystkiego… 10 – 15 zajęć w tygodniu, skomasowane w sześć dni, aby choć niedziele były wolne. Efekty – w nieco ponad rok po chorobie Asia stawia swoje pierwsze kroki, sama! Początkowo w specjalnym kombinezonie, ale niedługo potem chodziła już bez niego.

Nie odpuszczała, zajęć miała więcej niż niejeden dorosły, ale sumiennie, bez jakiegokolwiek sprzeciwu, jakby zdając sobie sprawę z tego, że musi więcej niż inni, musi już teraz… Rower – nie ma problemu, „nauczę się, w końcu się nauczę…”, a nawet hulajnoga. Nie straszne jej upadki, siniaki, obtarcia, krwawiące rany ważne aby zawsze po powstaniu próbować dalej i dalej i dalej…

Niedługo minie dokładnie siedem lat od tej strasznej choroby, strasznej, ale takiej, która pozwoliła pokazać co to znaczy silna wola, udowodnić, że nie ma rzeczy niemożliwych. Nauczyła w ten sposób dużo niejedną osobę. Asia zapewne do końca życia nie będzie mogła zrezygnować z rehabilitacji i innych zabiegów. Zresztą teraz ćwiczy pięć razy w tygodniu (trzy razy w szpitalu, dwa razy prywatnie), nadal uczęszcza na zabiegi (2-3 razy w tygodniu), hipoterapię (dwa razy w tygodniu), masaże etc. Kilka razy w miesiącu logopeda, co dwa miesiące wizyty u specjalistów, bo przecież pozostały niedowład, to niestety nie jedyna pozostałość tak poważnej choroby – oby jednak nic więcej nie było gorzej, bo na razie jest na prawdę dobrze.

[b]Dzięki środkom zebranym z 1% przekazywanego w poprzednich latach Asia mogła wziąć udział turnusach rehabilitacyjnych w kostiumie Thera Suit, z wykorzystaniem metody Thera Suit. Korzystając z tego, że turnusy odbywały się niedaleko i nie było konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów związanych z noclegiem, czy tez wyżywieniem środki z 1% wystarczyły na pokrycie dwóch serii takich ćwiczeń.

Gdyby nie pomoc osób, które zdecydowały się przekazać 1% podatku na konto Asi sfinansowanie tych turnusów – przy jednoczesnym utrzymaniu wszystkich innych, prywatnych form rekonwalescencji, byłoby po prostu niemożliwe. Dlatego, z tej strony, jako rodzice Asi bardzo wszystkim dziękujemy i jeśli nie będzie to dla nikogo kłopot, to będziemy równie wdzięczni za przekazanie swojego 1% również w tym roku. Nigdy nie chcieliśmy wyciągać do nikogo ręki i zawsze staramy się wszystko finansować z pieniędzy, które potrafimy sami zarobić. Czasem trzeba jednak skorzystać z pomocy innych, a możliwość „zbierania” 1% podatków, to chyba optymalna forma, bo bez poczucia związanego z bezpośrednim otrzymywaniem ciężko zarobionych przez kogoś pieniędzy – to 1%, który i tak każdy musi oddać – Państwu, jakieś fundacji, stowarzyszeniu, albo… właśnie Asi.

Chcielibyśmy jednocześnie dodać, że w związku z ustawą o ochronie danych osobowych nie otrzymujemy danych darczyńców (nawet jeśli zaznaczą oni stosowną opcję). Dane te uzyskuje fundacja, która niestety nie może ich przetwarzać przekazując nam. Bardzo nam na tym zależało, ponieważ chcieliśmy bardziej personalnie złożyć każdemu z Was podziękowania. Nie mogąc tego uczynić, pozostaje nam jedynie podziękować wszystkim (podobnie jak przed rokiem) poprzez SK:[/b]


Wszystkie środki zgromadzone w ten sposób trafiają bezpośrednio na konto Asi w Fundacji Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”. Po ich uzyskaniu możemy je przeznaczyć na dodatkowe rehabilitacje, turnusy i inne formy związane z rekonwalescencją Asi. Aby przekazać swój 1% dla Asi, wystarczy w odpowiednim miejscu (wniosek o przekazanie 1% podatku na rzecz OPP) rocznego zeznana podatkowego PIT-36, PIT-36L, PIT-37, PIT-28 lub PIT-38 wpisać numer KRS fundacji:

0000037904,
a w informacjach uzupełniających, jako cel szczegółowy 1% podać:
19795 KOZAK JOANNA.
Natomiast w pozycji dotyczącej wnioskowanej kwoty wpisać do 1% z podatku należnego.

Każdy może dobrowolnie zaznaczyć również opcję wyrażenie zgody na przekazaniem nam informacji o sobie i podać adres e-mail, telefon, jakieś informacje – niestety jednak pozostaną one jedynie do dyspozycji fundacji. My ich nie otrzymamy.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga