Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media przed meczem w Białymstoku: Jagiellonia chce wrócić na zwycięską ścieżkę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat popołudniowego meczu Jagiellonia Białystok – GKS Katowice.

sport.tvp.pl – Jagiellonia Białystok podejmie GKS Katowice. „Trudno wskazać ich lidera ofensywy”

KS Katowice po wygranej z Widzewem Łódź zmierzy się na wyjeździe z Jagiellonią Białystok. Pomocnik GKS-u Marcel Wędrychowski w rozmowie z TVPSPORT.PL mówi o celach zespołu z Katowic, braku lidera ofensywy Jagi oraz o Bartoszu Nowaku i szyderce w szatni, której nie brakuje po tym, jak zawodnik nie otrzymał powołania do reprezentacji Polski.

Robert Bońkowski, TVPSPORT.PL: – Marcelu, po serii trzech porażek przyszedł czas na wygraną i to spektakularną z Widzewem Łódź. Były obawy, że mógł wam już grozić jakiś głębszy kryzys sportowy?

Marcel Wędrychowski, pomocnik GKS Katowice: – Nie, myślę, że mamy na tyle silną szatnię i silny sztab, że nie pozwoliłby na swego rodzaju kryzys, bo wyniki wynikami, ale kryzys wydaje mi się, że zaczyna się w momencie, kiedy gdzieś w środku, jeśli chodzi o atmosferę i inne rzeczy, coś nie funkcjonuje. A wydaje mi się, że naszej drużynie to nie grozi, bo jesteśmy super zgraną drużyną i tutaj trener dobrze trzyma tę szatnię.

[…]– Przed wami mecz z Jagiellonią, która ma za sobą porażkę z Lewskim Sofia, ale też dwie wygrane ligowe z rzędu. Czego spodziewacie się po niedzielnym spotkaniu?

– Na pewno dobrej piłki ze strony naszych rywali. Po nas na pewno zaciętości, dobrej organizacji i nieustępliwości.

– To dobry dla was moment, że gracie z Jagą, która obecnie ma jednak pewnego rodzaju zadyszkę formy?

– Czy dobry, czy niedobry moment to nie wiem. Nie myślę o takich rzeczach. Raczej staram się wyjść na rywala i nie myśleć o jego obecnych doświadczeniach. Patrzymy na siebie i tak jak my chcemy się zaprezentować, jak chcemy grać, co chcemy robić.

– Licząc, że nie spadnie śnieg i mecz w Białymstoku się odbędzie, to jakiego spotkania się spodziewasz? Dla was to będzie doskonała okazja, by odskoczyć od Jagi w ligowej tabeli. Widzisz faworyta tego spotkania?

– Ostatnie wyniki mogą przemawiać na naszą korzyść, ale Jagiellonia to bardzo wymagający rywal, szczególnie u siebie. Z doświadczenia wiem, że trudno rywalizuje się z Jagiellonią, która gra przed własną publicznością. Musimy być dobrze nastawieni i zmotywowani do tego meczu. Z kim by się nie grało, trzeba też zachować pokorę.

– Jaga ma kim was postraszyć, biorąc pod uwagę brak Pululu, brak Pietuszewskiego, Mazurka i słabszą dyspozycję Jesusa Imaza?

– W każdym sezonie dobrą formę prezentuje na pewno Imaz. To jest na pewno zawodnik, na którego trzeba zwrócić uwagę. Na skrzydłach mają też Kajetana Szmyta i Osumana Sow’a, ale wydaje mi się, że trudno wskazać lidera ich ofensywy w obecnym sezonie. Piłka jest taka, że trzeba być szczególnie skupionym na każdym zawodniku i w każdej minucie meczu nie wolno dopuścić na nawet najmniejsze zagrożenie bramki, bo Jagiellonia ma nadal w sobie gen zwycięzcy. Musimy być czujni na każdym skrawku boiska.

 

gol24.pl – Mecz Jagiellonia Białystok – GKS Katowice. Znów będzie gorąco?

Mecz Jagiellonia Białystok – GKS Katowice w 14. kolejce PKO Ekstraklasy zapowiada się bardzo interesująco z powodu poprzednich starć obu zespołów.

[…] Po ostatnim spotkaniu obu drużyn pod koniec poprzedniego sezonu i nielegalnej komunikacji Adriana Siemieńca z sędziami, trener Jagiellonii Białystok został zawieszony na 6 meczów w PKO Ekstraklasie. W niedzielne popołudnie Duma Podlasia po raz piąty w lidze będzie musiała radzić sobie bez swojego szkoleniowca.

Ponadto w poprzednim sezonie starcie w Białymstoku zostało dwukrotnie przełożone z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych w stolicy Podlasia. Rywalizacji pierwotnie miała odbyć się listopadzie, potem w lutym, a finalnie zagrano dopiero w połowie marca. Na białostocki klub spadło sporo krytyki, że ta nie potrafiła właściwie przygotować murawy na pierwszy termin.

 

igol.pl – Jagiellonia chce wrócić na zwycięską ścieżkę. GKS Katowice przyjeżdża do Białegostoku

Jagiellonia Białystok stanie przed szansą na poprawienie nastrojów po niepowodzeniu w europejskich pucharach. W 14. kolejce PKO BP Ekstraklasy podopieczni Adriana Siemieńca zmierzą się przed własną publicznością z GKS-em Katowice. Goście przyjadą na Podlasie po zwycięstwie nad Widzewem Łódź i z pewnością będą chcieli sprawić kolejną niespodziankę.

Jagiellonia i GKS przystąpią do bezpośredniego starcia z różnymi doświadczeniami z ostatnich tygodni, ale podobnymi ambicjami. Gospodarze będą chcieli potwierdzić swoją jakość na ligowym podwórku i szybko zapomnieć o niepowodzeniu w europejskich rozgrywkach. Katowiczanie natomiast przyjadą do Białegostoku z zamiarem przedłużenia dobrej passy po ostatnim zwycięstwie. Dla obu zespołów zdobycie trzech punktów może mieć duże znaczenie w kontekście dalszej części sezonu.

Jagiellonia Białystok przystąpi do niedzielnego spotkania po nieudanym występie w Lidze Europy. W czwartek zespół Adriana Siemieńca przegrał na wyjeździe z Lewskim Sofia 0:1. O losach rywalizacji przesądziło trafienie gospodarzy po rzucie rożnym. Białostoczanie nie zdołali odpowiedzieć na straconą bramkę i wrócili do Polski bez punktów. Wynik spotkania z pewnością nie był tym, na co liczyli kibice, szczególnie że Jagiellonia chciała kontynuować dobrą passę i poprawić swoją sytuację w europejskich rozgrywkach.

Porażka w europejskich rozgrywkach przerwała serię trzech zwycięstw Jagiellonii. Wcześniej drużyna z Podlasia pokonała między innymi Wisłę Płock 1:0 oraz Wieczystą Kraków 3:1. Żółto-czerwoni pokazali w tych spotkaniach, że potrafią skutecznie wykorzystywać swoje atuty ofensywne, a także kontrolować przebieg rywalizacji. Teraz będą chcieli przełożyć dobrą postawę z ligowych występów na kolejne spotkanie przed własną publicznością. Własny stadion może okazać się istotnym atutem, szczególnie jeśli gospodarze od początku narzucą rywalom wysokie tempo.

Jednym z problemów, na które zwracał uwagę Adrian Siemieniec, są stracone bramki po stałych fragmentach gry. Szkoleniowiec nie ukrywał zaniepokojenia powtarzającymi się błędami w defensywie. Spotkanie z GKS-em będzie więc okazją nie tylko do zdobycia kolejnych punktów, ale również poprawienia elementów wymagających większej koncentracji. Jagiellonia po 12 rozegranych meczach ligowych miała na koncie 18 punktów i z pewnością nie chce tracić dystansu do zespołów znajdujących się wyżej w tabeli.

Katowiczanie również mają za sobą okres, w którym nie wszystko układało się po ich myśli. Po efektownym zwycięstwie 4:1 nad Rakowem Częstochowa oraz wygranej 2:1 z Wieczystą Kraków przyszły dwie ligowe porażki. GKS musiał uznać wyższość Pogoni Szczecin i Korony Kielce, przegrywając oba spotkania 0:1. Dodatkowo zakończył udział w Pucharze Polski po porażce 0:1 z Górnikiem Łęczna. Takie wyniki mogły wpłynąć na nastroje w zespole, jednak drużyna Rafała Góraka pokazała, że potrafi odpowiednio zareagować na trudniejszy moment sezonu.

Zespół Rafała Góraka odpowiedział na ostatnie niepowodzenia w najlepszy możliwy sposób. W poprzedniej kolejce Ekstraklasy GKS pokonał przed własną publicznością Widzew Łódź 3:2. Katowiczanie zaprezentowali skuteczność w ofensywie i potrafili wykorzystać swoje okazje bramkowe, dzięki czemu dopisali do dorobku niezwykle cenne trzy punkty. Zwycięstwo pozwoliło im zgromadzić 21 punktów i pozostać w górnej części ligowej tabeli. Niedzielny wyjazd do Białegostoku będzie dla nich szansą na potwierdzenie, że potrafią skutecznie rywalizować również z mocniejszymi przeciwnikami.

Dużym atutem drużyny ze Śląska jest ofensywa. W ostatnich dziesięciu spotkaniach GKS zdobył aż 21 bramek, a szczególnie dobrze radzi sobie po przerwie. Katowiczanie mają na koncie 19 trafień w drugich połowach, co jest najlepszym wynikiem w lidze. Ważną postacią zespołu pozostaje Bartosz Nowak, który przed rozpoczęciem tej kolejki wyróżniał się w ligowych zestawieniach pod względem asyst, podań kluczowych oraz punktów w klasyfikacji kanadyjskiej. Jego kreatywność i umiejętność kreowania sytuacji mogą sprawić gospodarzom sporo problemów.

Historia ekstraklasowych spotkań w Białymstoku przemawia na korzyść gospodarzy. Jagiellonia nie przegrała dotychczas u siebie z GKS-em Katowice w najwyższej klasie rozgrywkowej. Bilans obejmuje trzy zwycięstwa oraz trzy remisy. Katowiczanie będą więc chcieli przełamać tę serię i udowodnić, że potrafią skutecznie rywalizować z Jagiellonią również na jej terenie. Historia może być dodatkową motywacją dla gospodarzy, jednak nie będzie miała bezpośredniego wpływu na przebieg niedzielnego spotkania.

Obie drużyny mają swoje argumenty, które mogą okazać się istotne w nadchodzącej rywalizacji. Jagiellonia będzie chciała wykorzystać atut własnego stadionu, jakość ofensywnych zawodników oraz doświadczenie zdobyte w europejskich pucharach. GKS może natomiast szukać swoich szans dzięki dobrej organizacji gry, szybkich przejściach do ataku i skuteczności w drugiej połowie. Szczególnie interesująco zapowiada się rywalizacja w środku pola, gdzie obie ekipy będą próbowały przejąć kontrolę nad przebiegiem spotkania. Kluczowe może okazać się również to, która z drużyn lepiej wykorzysta stworzone sytuacje.

bialystokonline.pl – Po europejskim niepowodzeniu czas na ligową rehabilitację. Jaga zagra z GKS-em

Po nieudanym występie w europejskich pucharach Jagiellonia wraca do ligowej rywalizacji. W niedzielę (8.11) Żółto-Czerwoni podejmą na Chorten Arenie GKS Katowice. Białostoczanie liczą na kolejny komplet punktów, który pozwoli im zmniejszyć dystans do czołówki tabeli.

Dwa ligowe zwycięstwa z rzędu sprawiły, że Jagiellonia Białystok zaczęła poprawiać swoją sytuację w tabeli PKO BP Ekstraklasy. Żółto-Czerwoni najpierw pokonali przed własną publicznością Wisłę Płock 1:0, a następnie wygrali na wyjeździe z Wieczystą Kraków 3:1. Teraz podopieczni Adriana Siemieńca staną przed szansą na przedłużenie zwycięskiej „serii” na krajowym podwórku, choć zadanie nie będzie należało do najłatwiejszych.

Białostoczanie przystąpią do niedzielnego spotkania zaledwie trzy dni po rywalizacji w Lidze Europy.

flashscore.pl – Jagiellonia Białystok – GKS Katowice

Jagiellonia Białystok będzie chciała błyskawicznie odbić sobie pucharowe niepowodzenie, ale na jej drodze stanie podbudowany ostatnim zwycięstwem GKS Katowice.

Jagiellonia przegrała w czwartek na wyjeździe z Lewskim Sofia 0:1 w fazie ligowej Ligi Europy UEFA, przerywając tym samym serię trzech kolejnych zwycięstw we wszystkich rozgrywkach. Co ciekawe, był to już 20. z 21 meczów Białostoczan w tym sezonie, który nie zakończył się remisem (11Z, 9P), a ta tendencja widoczna jest również przy Słonecznej, gdzie dziewięć ostatnich ligowych starć także przyniosło rozstrzygnięcie (5Z, 4P). Inną ciekawą statystyką związaną z występami Jagiellonii przed własną publicznością jest jej regularność w ofensywie. Duma Podlasia trafiała do siatki w aż 47 z 50 poprzednich domowych meczów Ekstraklasy, co przed niedzielnym starciem z GieKSą daje jej solidne podstawy, by szybko odpowiedzieć na pucharową porażkę kolejnym ligowym zwycięstwem.

GKS Katowice przerwał w poprzedniej kolejce serię trzech porażek z rzędu we wszystkich rozgrywkach, pokonując Widzew Łódź 3:2, choć zwycięstwo do końca wisiało na włosku, bo rywale po stracie trzech bramek zdołali jeszcze mocno postraszyć Gieksę w końcówce. Był to już trzeci z rzędu ligowy mecz zespołu Rafała Góraka zakończony różnicą jednego gola (1Z, 2P), co pokazuje, że Katowiczanie ostatnio regularnie biorą udział w bardzo wyrównanych spotkaniach. Podobnego scenariusza można spodziewać się w Białymstoku, ale jeśli GKS chce tym razem przechylić szalę na swoją stronę, musi przede wszystkim poprawić grę na wyjazdach, bo w tym sezonie przegrał aż osiem z dziesięciu takich meczów we wszystkich rozgrywkach (2Z).

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Kielc i Łęcznej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.

1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.

2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.

4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.

5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.

6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.

7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.

8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.

9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.

10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.

11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.

12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.

13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.

14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.

15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.

16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.

17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.

18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.

19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna  i schludna.

20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.

21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.

22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.

23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.

24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.

25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.

26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.

27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.

28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.

29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.

30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.

31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.

32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.

33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!

34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.

35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Od razu humor lepszy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.

Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.

Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.

Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.

(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).

Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.

Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.

Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.

Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.

Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.

Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.

I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.

Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.

Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.

Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.

Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.

Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.

Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.

Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.

Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.

I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.

Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.

O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.

Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?

Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.

Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.

Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.

Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.

Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.

A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.

PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga