Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: „wajcha” zbyt mocno wychylona do tyłu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Nie mają ostatnio wielu powodów do zadowolenia kibice Miedziowych. Ich zespół wprawdzie rzadko przegrywa, ale styl gry nie przyprawia fanów Zagłębia o gęsią skórkę. Czy cel zawsze uświęca środki? Przed meczem z GieKSą zapytaliśmy przedstawiciela społeczności miedziowego Twittera, znanego na tym portalu jako „trzy rogi karny”.

Da się zauważyć, na co zresztą sam zwróciłeś uwagę, że miedziowy Twitter jest jedną z najbardziej sceptycznych, a wręcz pesymistycznych społeczności w naszej ekstraklasowej bańce. Mimo to na pewnym etapie ubiegłego sezonu razem z Filipem z Lubina półżartem, półserio zastanawialiśmy się, czy Europa jest gotowa na Rafała Góraka i Leszka Ojrzyńskiego. I faktycznie, do ostatniej kolejki biliśmy się o te puchary. Czułeś, że są one na wyciągnięcie ręki? I jak przyjąłeś ostateczne rozstrzygnięcie, że to jednak GieKSa wyprzedziła was w tym wyścigu?
Patrząc przez pryzmat stylu, w jakim graliśmy w tamtym sezonie, absolutnie nie wydawało mi się to możliwe, że zagramy w pucharach. Decyduje jednak tabela, więc trudno było nie brać tego pod uwagę, bo długo byliśmy w czołówce. Nie bez powodu zaplanowałem urlop tak, aby w ostatniej kolejce pojechać za drużyną do Białegostoku. Wyjazd był fajny, choć niekoniecznie szczęśliwy. Trzeba jednak przyznać, że ostateczne rozstrzygnięcia były bardziej sprawiedliwe i logiczne, bo gra Miedziowych w ostatnich miesiącach wyglądała żenująco i zresztą nadal tak wygląda. Najczęściej przepychaliśmy zwycięstwa kolanem i choć zwykle broniliśmy dobrze, to nic poza tym. Dopóki Marcel Reguła grał z przodu z Leonardo Rochą, to mieliśmy kim straszyć, jednak po odejściu Portugalczyka trudno się było spodziewać, że jednym zawodnikiem ofensywnym można zrobić puchary, nawet w tak dziwnym sezonie jak ubiegły.

Jego końcówka przyniosła wiele emocji, a pikanterii dodają ostatnie doniesienia związane z trenerem Jagiellonii, który przed meczem z GieKSą kontaktował się z arbitrami, aby spróbować uniknąć zawieszeń za kartki w finałowym meczu z Zagłębiem. Zagrożony był m.in. Pululu, który w Katowicach kartki nie dostał, a w Białymstoku zdobył zwycięskiego gola. Twoim zdaniem jest to afera czy burza w szklance wody?
Mimo że Adriana Siemieńca darzę dużą sympatią, to miałem podobne przemyślenia, że chodziło właśnie o nasz mecz – ten jeden, który dzielił nas od pucharów. Mimo że w poprzednich spotkaniach prezentowaliśmy się raczej słabo, to akurat w Białymstoku wyglądało to nieźle, a warto przypomnieć, że karnego dla Zagłębia nie wykorzystał wtedy Reguła. Przed meczem wygrana Miedziowych wydawała mi się poza zasięgiem, jechałem tam kompletnie bez żadnych oczekiwań i nadziei, tymczasem przy odrobinie szczęścia mogliśmy wywieźć z Białegostoku korzystny rezultat. Wracając jednak do Siemieńca uważam, że gdyby chodziło o jakiegokolwiek innego trenera, to afera byłaby gruba, jednak sympatia, jaką powszechnie wzbudza, powstrzymuje środowisko piłkarskie przed ciągnięciem tego tematu. Być może cała sytuacja nie wpłynęła bezpośrednio na wynik meczu w kontekście korupcyjnym, ale z pewnością nie była etyczna. Ciężko więc nie myśleć o tym, że w tle całej sytuacji było Zagłębie i to właśnie mecz z Jagiellonią ostatecznie pozbawił nas nadziei na puchary.

W poprzednich rozmowach z kibicami Zagłębia jak bumerang wracała kwestia zarządzania klubem. W ostatnich dniach nastąpiło poważne tąpnięcie i znów czekają was zmiany. Czy będą to zmiany na lepsze?
W mojej bańce przyjęliśmy decyzję o odwołaniu prezesa Jeża z ulgą, trudno jednak mówić o zmianach, skoro nie znamy jeszcze jego następcy. W klubie zarządzanym przez spółkę Skarbu Państwa może się przecież skończyć kolejną nominacją prezesa według klucza politycznego. Sam nie byłem zwolennikiem prezesa, a okres jego rządów uważam za jeden z najgorszych odkąd pamiętam. Ponadto, zupełnie nie rozumiem zwolnienia dyrektora sportowego w samej końcówce okienka transferowego. Wyglądało to na próbę ratowania stołka prezesa, jak widać nieskuteczną. W ten sposób pozbawiono klub możliwości reakcji na ostatniej prostej, gdy można jeszcze poczynić kadrowe wzmocnienia. Na marginesie zostawiam fakt, czy działalność dyrektora Ulatowskiego można oceniać pozytywnie. Spośród letnich transferów na ten moment broni się tylko Alomerović, a bramkarz, obok stopera, jest moim zdaniem ostatnią pozycją, na której potrzebowaliśmy wzmocnień. Trudno więc mówić, że jest to zwolnienie niezasłużone, natomiast timing tej decyzji jest moim zdaniem kompletnie nietrafiony.

Spotkałem się z opiniami, że powodem zwolnienia Ulatowskiego nie był brak transferów przychodzących, ale brak wychodzącego w postaci sprzedaży Marcela Reguły. Dla klubu byłby to z pewnością zastrzyk gotówki, jednak dla kibiców pozbycie się jednego z najciekawszych polskich piłkarzy młodego pokolenia nie byłoby dobrą wiadomością.
Nie wiem, czy rzeczywiście takie były powody zwolnienia dyrektora, ale dochodziły do mnie podobne głosy. Brak sprzedaży Reguły z pewnością utrudnił planowanie budżetu, natomiast osobiście bardzo się cieszę, że Marcel zostanie z nami przynajmniej do zimy, bo jest to piłkarz z potencjałem, jakiego ja w Lubinie nie pamiętam. Oprócz tego, że jak na swój wiek jest wybitny piłkarsko, to jest też związany z naszą społecznością, a takich charakterów potrzebujemy. Dawno nie mieliśmy piłkarza, z którym utożsamiałoby się tak wielu kibiców. Pomijając fakt, że nie wierzę w możliwość zastąpienia Reguły piłkarzem o zbliżonym potencjale, to po prostu cieszę się, że będziemy mogli jeszcze kilka razy zobaczyć go w Ekstraklasie w pomarańczowej koszulce. Z drugiej strony Borussia Dortmund to wielki klub i dla Marcela byłby to spory awans, gdyby jednak miał to być klub z niższej półki, to zupełnie nie widzę sensu takiego transferu. Tym bardziej, że mówiło się o kwotach, które moim zdaniem są stanowczo poniżej wartości tego piłkarza. Gdyby udało się zatrzymać Regułę w Lubinie aż do młodzieżowego Euro, to po tym turnieju cena za niego jeszcze wzrośnie.

W jednym z materiałów na kanale Meczyki redaktor Dawid Dobrasz ocenił, że Zagłębie Lubin jest największym przegranym letniego okienka transferowego, głównie za sprawą niedoprowadzenia do sprzedaży Reguły, ale też braku odpowiedniego zastępstwa dla Radwańskiego i innych wzmocnień. Twoja ocena pracy pionu sportowego jest równie surowa?
Mimo że oceniam to okienko bardzo źle, to nie wiem czy jesteśmy największym przegranym tego okresu, a już szczególnie z powodu braku sprzedaży Marcela. Uważam, że poziom sportowy kadry został utrzymany, choć byłem fanem Adama Radwańskiego w Zagłębiu. Sprowadzenie Sebastiana Kerka z Arki oceniałbym lepiej, gdyby chodziło o uzupełnienie składu, a nie zastępstwo dla Radwańskiego. Na moją ocenę pionu sportowego rzutuje też fakt, że Adam chciał zostać w Lubinie, jednak nie było takiej woli po drugiej stronie. Co do opinii redaktora Dobrasza uważam, że na przykład Piast Gliwice osłabił się dużo bardziej niż my, więc nie podzielam jego zdania, nie pierwszy zresztą raz.

Kibice GieKSy szczególnie uważnie śledzili losy innego zawodnika, który ostatecznie trafił do Lubina. Mowa tu o Filipie Szymczaku, który był przymierzany do GKS-u po raz trzeci, ostatecznie jednak wylądował u was. Mamy czego żałować?
Moim zdaniem powinniście się cieszyć, że do tego transferu nie doszło. Poza meczem w Warszawie, gdzie dał całkiem niezłą zmianę, w pozostałych spotkaniach wyglądał raczej słabo. Osobiście jednak nie potrafię być szczególnie krytyczny wobec naszych napastników w sytuacji, gdy cały zespół nawet nie próbuje grać ofensywnie. Jednak sam fakt, że Szymczak wyglądał kiepsko na tle Siarki Tarnobrzeg, mówi sam za siebie. W kolejnym meczu z Wieczystą zastąpił go Reguła, który nie jest przecież nominalnym napastnikiem, a po przerwie na boisko wyszedł nie Szymczak, a Kossídis, który jest raczej daleko od pierwszego składu. Możecie więc się cieszyć, bo w obecnej formie Szymczak nie byłby wzmocnieniem waszego ataku.

Trudno szukać dużych nazwisk na liście transferów przychodzących, jednak Zagłębie nigdy nie było rekinem na piłkarskim rynku, stawiając raczej na wychowanków swojej akademii. Czy młodzież nadal jest siłą Miedziowych?
Po części tak, ale w mniejszym stopniu niż kilka lat temu. Wydaje mi się, że zostaliśmy nieco z tyłu pod względem infrastruktury, ponadto młodzi piłkarze mają coraz więcej trudności z przeskoczeniem z rezerw do pierwszej drużyny. Moim zdaniem wynika to z faktu, że drużyna Leszka Ojrzyńskiego gra w zupełnie innym stylu niż rezerwy i zespoły z CLJ, które próbują grać bardziej ofensywnie. Trudno więc odnaleźć się wychowankom w pierwszym zespole. Szkoda, że swoich szans nie dostają tacy zawodnicy jak Cyprian Popielec, bo uważam go za duży talent, który z jakiegoś powodu nie pasuje do koncepcji trenera Ojrzyńskiego. W meczu pucharowym wyglądał moim zdaniem nienajgorzej, ale i tak został zmieniony w przerwie, a z Wieczystą nie usiadł nawet na ławce.

Co do samego meczu pucharowego, nie można chyba powiedzieć o nim zbyt wiele dobrego. Siara – zwykło się mówić w takich sytuacjach…
Siara okrutna, choć mam wrażenie, że największa dla kibiców, bo w klubie niektórzy będą szukać usprawiedliwień dla tego wyniku. Współczuję chłopakom, którzy w środku tygodnia pojechali taki kawał drogi, aby wspierać piłkarzy w Tarnobrzegu. Drużyna nie wyglądała jednak tego dnia poważnie. O ile nie mam pretensji o samą konstrukcję składu, bo uważam że postawienie na młodych piłkarzy w meczu z rywalem z poziomu rozgrywkowego naszych rezerw jest w porządku, natomiast nie mamy prawa popełniać takich błędów indywidualnych jak choćby przy drugiej bramce.

Mnie zaskoczył z kolei fakt, że na listę strzelców wpisał się Arkadiusz Woźniak, o którym myślałem, że dawno jest „po drugiej stronie rzeki”. Jaką rolę pełni dziś w ekipie Miedziowych?
Komunikat z klubu był jednoznaczny – Arek przestał być częścią pierwszego zespołu. Tymczasem w meczu pucharowym pojawił się na boisku, to właśnie on, a nie Szymczak wykorzystał rzut karny, a w ostatniej minucie trafił z rzutu wolnego w poprzeczkę. Przy całej sympatii do Arka widać, że coś tu się nie zgadza, przynajmniej na poziomie komunikacji. Do tego jednak jesteśmy niestety przyzwyczajeni. Trudno mi oceniać tę sytuację, bo o ile charakteru Woźniakowi nigdy nie można było odmówić, to jeśli obrało się jakąś drogę, to warto się jej trzymać.

Co do występów ligowych Zagłębia, rzuca się w oczy defensywny styl, dzięki któremu jednak właściwie nie przegrywacie. Jak więc oceniasz decyzje taktyczne Leszka Ojrzyńskiego?
Rozumiem, że mamy zdecydowanie większy potencjał w defensywie niż z przodu, natomiast uważam, że „wajcha” jest stanowczo zbyt mocno wychylona do tyłu. Oczy krwawiły oglądając ostatni mecz z Wieczystą.

Widziałem wasze komentarze, w których pokazywaliście ujęcia z tego meczu, w momentach desperackiej wręcz obrony Zagłębia wszystkimi zawodnikami w swoim polu karnym.
Takich sytuacji w pierwszej połowie było kilka, a graliśmy przecież z beniaminkiem. Wieczysta ma wprawdzie kilku niezłych piłkarzy, ale nie przesadzajmy. Mihael Mlinarić, który był sprowadzany do Zagłębia jako zastępca Rochy, w meczu z Wieczystą długimi fragmentami grał w jednej linii z „szóstkami”. Tak najczęściej ustawia zespół trener: dwie szóstki, do tego pięciu typowych obrońców, a nie jak w waszym przypadku wahadłowi, którzy mają wiele walorów ofensywnych. U nas zdarzało się, że na boku obrony występował nominalny stoper, jak z Wieczystą Roman Jakuba. Do tego wspomniani dwaj defensywni pomocnicy i operujący blisko nich napastnik – ustawiając się w ten sposób trudno liczyć na fajerwerki w ofensywie.

Tak konsekwentna gra przynosiła jednak efekty, choćby w postaci długo niezdobytego w ubiegłym sezonie stadionu w Lubinie. Dopiero w styczniu przyjechała do was GieKSa i odniosła tam zwycięstwo. Jak wspominasz pojedynki z ekipą z Katowic?
Każdy mecz z wami wyglądał w zasadzie podobnie – kiedy widzę, jak piłka trafia do Pana Piłkarza Bartosza Nowaka, to spodziewam się najgorszego. Nowak nastrzelał nam sporo goli w ostatnich meczach i mam wrażenie, że nawet jak gramy nieźle, to prędzej czy później właśnie on zaliczy gola lub asystę. Wydaje się, że gra GieKSy jest w miarę prosta, oparta o wyraźnego lidera, którego może wam zazdrościć większość zespołów Ekstraklasy.

Sobotni mecz Zagłębia z GieKSą ma mieć szczególną oprawę, bo świętujecie jubileusze, zarówno klubu, jak i właściciela – spółki KGHM. Czuć atmosferę święta? I czy do tego święta dostosuje się Leszek Ojrzyński, a jego zespół spróbuje dać kibicom więcej emocji w ofensywie niż zazwyczaj?
Absolutnie nie spodziewam się, że trener zmieni cokolwiek w naszej grze. Obstawiam, że wyjdziemy w mocno defensywnym zestawieniu, aczkolwiek zdarzało się, że grając przeciw zespołom nastawionym mocno ofensywnie, a za taki uważam GKS, to takie pojedynki nie wyglądały z naszej perspektywy źle ani piłkarsko, ani wynikowo. Gdybym więc miał stawiać pieniądze, to typowałbym zwycięstwo GieKSy, ale nie zdziwi mnie również korzystny dla nas rezultat. Co do organizacji samego jubileuszu, to jest to dla nas duże rozczarowanie. Nie da się pozbyć wrażenia, że KGHM robi z tego wydarzenie skoncentrowane wokół firmy, a nie klubu i samego meczu. Klubowy marketing też pozostawia wiele do życzenia, a promocja tego meczu jest nikła. W czwartek piłkarze sprzedawali bilety na mecz w jednej z galerii handlowych i na tym w zasadzie atrakcje się kończą. Tym samym sprzedaż wejściówek nie idzie najlepiej, mimo to Przodek będzie wypełniony, co jest już stałym obrazkiem na naszym stadionie. To duży progres względem ostatnich lat.

Jakie masz przeczucia przed sobotnim meczem jeśli chodzi o wynik?
Uważam, że GieKSa jest faworytem tego meczu i moim zdaniem wygra, chociaż jak mówiłem wcześniej, nie zdziwi mnie żaden rezultat. Mimo to na kuponie postawiłbym dwójkę i powtórkę ze styczniowego meczu – 0:2 dla gości.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Taką GieKSę chcę oglądać zawsze

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.

Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.

Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.

GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.

Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.

Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak  już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.

Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.

Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.

Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.

Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.

Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.

I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.

Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.

Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.

Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.

To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.

Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.

Walczymy dalej!

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Kielc i Łęcznej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.

1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.

2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.

4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.

5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.

6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.

7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.

8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.

9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.

10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.

11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.

12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.

13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.

14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.

15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.

16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.

17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.

18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.

19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna  i schludna.

20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.

21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.

22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.

23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.

24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.

25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.

26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.

27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.

28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.

29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.

30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.

31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.

32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.

33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!

34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.

35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga