Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka Stadion
Tygodniowy przegląd mediów: GieKSa prosiła się o guza
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Ze względu na przerwę reprezentacyjną piłkarki kolejny mecz rozegrają 12 kwietnia na wyjeździe ze Śląskiem Wrocław. Piłkarze na otwarcie Areny Katowice wygrali z Górnikiem Zabrze 2:1. Rozegranie kolejnego meczu ligowego zaplanowano na niedzielę 6 kwietnia o 17:30 z Pogonią Szczecin w Szczecinie. O otwarciu stadionu, obawach, nadziejach w rozmowie z Dziennikiem Zachodnim wypowiedział się prezydent Marcin Krupa.
W drużynie siatkarzy po spadku z PlusLigi rozpoczęły się pierwsze ruchy transferowe.
Hokeiści po czterech meczach finałowych THL przegrywają z GKS-em Tychy 1:3. W kolejnych spotkaniach padły wyniki: 1:2, 1:5, 2:0, 1:3. Mecz numer pięć zostanie rozegrany w czwartek w Tychach 3 kwietnia o 18:00. Ewentualne kolejne spotkania zaplanowano na sobotę i poniedziałek (5 i 7 kwietnia) odpowiednio o godzinie 17:00 i 18:00).
PIŁKA NOŻNA
dziennikzachodni.pl – Prezydent Katowic Marcin Krupa po otwarciu nowego stadionu GKS odetchnął z ulgą. Zdradził, ile rocznie będzie kosztować utrzymanie obiektu
Prezydent Katowic przyznał, że na otwarciu w tym mieście nowego stadionu zakręciła mu się w oku łezka. Marcin Krupa zdradził ile będzie kosztować rocznie utrzymanie obiektu oraz powiedział kogo przypomina mu gra drużyny trenera Rafała Góraka i czy widzi zespół GieKSy w europejskich pucharach. Przedstawił także scenariusze na przyszłość dla drużyny katowickich siatkarzy, którzy właśnie spadli z PlusLigi.
Odetchnął pan z ulgą po otwarciu nowego stadionu. Chyba lepiej ta inauguracja Nowej Bukowej nie mogła się ułożyć?
Faktycznie odetchnąłem, bo na takim nie sprawdzonym obiekcie wiele rzeczy się mogło wydarzyć. Emocje były ogromne. Na koniec meczu uroniłem nawet łezkę, bo nikt nie spodziewał się, że tak dobrze nam pójdzie. Bardzo się cieszę, że ta pierwsza bramka na nowym stadionie została strzelona dla GKS Katowice. Wprawdzie nie był to aktualny zawodnik GieKSy, ale były (śmiech). Cieszę się z wygranej, bo to jest dobry chrzest dla obiektu, który po prostu się sprawdził. Spotkanie z Górnikiem było meczem testowym. Na pewno nie uniknęliśmy błędów. Wiemy co jeszcze musimy poprawić i doszlifować, żeby całość była jak najbardziej profesjonalna, choć myślę, że to już i tak jest high level. Po meczu odebrałem wiele SMS-ów od osób oglądających transmisję w telewizji z gratulacjami jak to pięknie wszystko wygląda.
Powiedział pan o tym, że dostrzegacie niedociągnięcia tego obiektu. Co na inauguracji było największym mankamentem? Mała liczba miejsc parkingowych?
Parkingi mamy na 500 samochodów. W tym pierwszym meczu przeznaczone były one dla naszych zaproszonych gości, których mieliśmy w niedzielę aż półtora tysiąca. Na kolejnych spotkaniach te parkingi będą już udostępniane kibicom. Śląski Klasyk cieszył się ogromnym zainteresowaniem i ten najazd fanów musieliśmy jakoś logistycznie rozwiązać, stąd pomysł udostępnienia dla nich miejsc parkingowych znajdujących się obok galerii handlowych czy bezpłatne autobusy na stadion z miejskich centrów przesiadkowych.
Mecz z Górnikiem był meczem przyjaźni. Nie obawia się pan trochę co będzie, gdy na nowy stadion przyjedzie wrogo nastawiona do GKS grupa kibiców gości?
Każdy się na pewno tego obawia. Mam nadzieję, że ze względu na nowość tego obiektu będzie jakieś poszanowanie tego mienia, bo to przecież nie jest tylko dom GKS Katowice, ale i boisko, gdzie swoje mecze będą rozgrywały różne drużyny. Mam nadzieję, że w im lepszych warunkach się kibicuje tym robi się to z większą kulturą. Ale wiemy jak to wygląda w Polsce i jesteśmy przygotowani na różne sytuacje. Mam nadzieję, że nasz stadion jak najmniej na nich ucierpi.
Ile będzie kosztowało utrzymanie takiego obiektu?
Wiemy, że będzie ono kosztowało 15 mln zł rocznie i tyle ten obiekt powinien każdego roku zarobić. Ma możliwości pozyskiwania środków choćby ze skyboxów. Spółka stadionowa będzie zarządzała całością, łącznie z gastronomią i z hotelem, który jest jeszcze do zrealizowania. A każda nadwyżka będzie kierowana na rozwój sportu w mieście.
Po pierwszym meczu wszyscy podkreślali, że ten nowoczesny stadion daje szansę katowickim piłkarzom na dalszy rozwój. Czy panu marzy się ponowne występy GKS w europejskich pucharach?
Trzeba mierzyć bardzo wysoko. Rok temu nikt nawet nie przypuszczał, że GieKSa może zagrać w Ekstraklasie, a jednak udało nam się do niej awansować Myślę, że na puchary musimy jeszcze poczekać, ale cieszę się, że choć jesteśmy beniaminkiem to spadek nam już raczej w tym sezonie nie grozi. W dodatku ta drużyna gra z meczu na mecz coraz lepiej i jest świetnie przygotowana motorycznie, co było widać w końcówce spotkania. Trochę mi nasz zespół zaczyna przypominać reprezentację Niemiec, która wydaje się, że nie gra, ale na końcu i tak wygrywa. GKS pokazał ten pazur, nie bał się zaatakować w końcówce, jak by nie patrzeć, mocniejszego i bardziej utytułowanego przeciwnika. Górnik też nie odstawiał nogi i zasłużył na brawa. Z przyjemnością patrzyło się na grę Lukasa Podolskiego, więc tym bardziej cieszy to zwycięstwo odniesione na inaugurację nie tylko przy pełnej publiczności, ale też w wyjątkowych okolicznościach.
Stadion Miejski został otwarty, a kiedy doczekamy się pierwszej imprezy w nowej hali sportowej na 3 tysiące miejsc?
Pracujemy nad tym i będziemy o tym szczegółowo informować. Na inaugurację hali planujemy rozgrywki dzieci i młodzieży. To jest jednak też obiekt dla siatkarzy GKS, który od nowego sezonu powinien zacząć tam występować.
A jaka przyszłość czeka katowickich siatkarzy. Drużyna spadła z PlusLigi, ale dostaliście ofertę szybkiego powrotu do niej poprzez wykupienie licencji innego klubu.
Na stole są różne oferty. Faktycznie głośno było o ofercie klubu ze Lwowa, który jest miastem partnerskim Katowic. Spokojnie się nad tym zastanawiamy, ale rozważamy też czy sami nie możemy zbudować mocnej drużyny i po roku gry na I-ligowych boiskach wrócić do grona najlepszych.
Rafał Musioł: Pewnie nie uwierzycie, ale nowy stadion GKS Katowice może się podobać. W niedzielę minusy nie przesłoniły plusów
Nowy stadion GKS Katowice w porównaniu z Bukową stanowi skok cywilizacyjny. I jest obiektem, na którym mecze ogląda się jeszcze lepiej.
– Będę tęsknił za Bukową. To stadion, na którym znakomicie oglądało się mecze – mówił mi niedawno były selekcjoner, ale i były trener GKS Katowice Adam Nawałka.
W niedzielę okazało się, że lepsze nie zawsze jest wrogiem dobrego. Otóż Arena Katowice bije stary stadion na głowę także pod względem komfortu oglądania boiskowych akcji. No i w dodatku ma wszystkie cztery trybuny, a już tylko to oznacza dla miejskiej sportowej infrastruktury prawdziwy skok cywilizacyjny. Krótko mówiąc: pewnie nie uwierzycie, ale nam (liczba mnoga to nie megalomania autora, ale wspólna opinia osób z DZ, które w różnych rolach były na Śląskim Klasyku obecne) po prostu się podobało. No może poza tym, że zasięg telefoniczny przypominał początki Centertela, połowa gniazdek była pozbawiona prądu, a system poruszania się po stadionie został oparty na budującym więzi z ochroniarzami pukaniu w drzwi.
W skali makro były to jednak drobiazgi niespecjalnie rzutujące na ocenę całości, i minusy zdecydowanie nie przesłoniły plusów. Oczywiście nie byłbym sobą nie dodając, że najgorsze diabły zawsze siedzą w szczegółach, a za kulisy Nowej Bukowej nie było jeszcze okazji tak naprawdę zajrzeć. Tym niemniej póki co, jest dobrze.
Nikt pewnie nie ma wątpliwości, że dla rozwoju klubu nowa arena, zwłaszcza w pakiecie z przestrzeniami treningowymi, była koniecznością. Miasto też jest w stanie uzasadnić inwestycję, bo przecież GKS też należy do niego, więc budowało jak dla siebie. Do tego doszła cała fura szczęścia w postaci awansu piłkarzy do Ekstraklasy, co właściwie trzeba rozpatrywać w kategoriach sportowego cudu. Ba, nawet inauguracyjny mecz był świetny. Generalnie wszystko się więc zgadza. Teraz trzeba „tylko” utrzymać frekwencję na trybunach i znaleźć sponsora tytularnego, który uratuje podatników od konieczności przekazywania pieniędzy na utrzymanie Areny. I temu też będziemy przyglądać się równie uważnie, co procesowi budowy. Bo to co nas (dziennikarzy) podnieca, to się nazywa kasa, zwłaszcza ta publiczna.
SIATKÓWKA
siatka.org – Będą duże zmiany. Klub pożegnał 4 zawodników
Joshua Tuaniga, Bartosz Gomułka, Jewgenij Kisiluk, Aymen Bouguerra to kolejni zawodnicy, którzy w międzysezonowej przerwie opuścili szeregi GKS-u Katowice – poinformował klub na swojej stronie internetowej.
Po spadku do I ligi do gruntownej przebudowy dojdzie w GKS-ie Katowice. Wprawdzie na jego ławce trenerskiej wciąż będzie zasiadał Emil Siewiorek , ale w składzie zajdą duże zmiany. Już wcześniej z drużyną pożegnali się: Bartosz Mariański, Łukasz Usowicz oraz Alexander Berger. Okazało się jednak, że to nie koniec odejść z GKS-u. W piątek klub ogłosił, że jego barw nie będą już bronili także czterej inni zawodnicy – Joshua Tuaniga, Bartosz Gomułka, Aymen Bouguerra i Jewgienij Kisiluk.
Joshua Tuaniga do Katowic przeniósł się przed sezonem 2024/2025 (). W barwach górnośląskiej drużyny rozegrał 30 meczów, w których zdobył 49 punktów. Łącznie w PlusLidze rozegrał aż 6 sezonów, wcześniej będąc rozgrywającym Indykpolu AZS Olsztyn oraz Ślepska Malow Suwałki.
Aymen Bouguerra był pierwszym w historii afrykańskim zawodnikiem w GKS-ie. Tunezyjczyk do drużyny z Katowic przeniósł się z częstochowskiego Norwida, a wcześniej grał we Francji w Narbonne Volley i Stade Poitevin Poitiers. W tym sezonie na parkietach PlusLigi wystąpił w 30 meczach, w których zgromadził 362 oczka, w tym 24 w bloku, 42 na zagrywce, a w ataku uzyskał niespełna 49% skuteczności. Najwięcej, bo 26 punktów zdobył w starciu z Treflem Gdańsk.
Innym z filarów GKS-u był Bartosz Gomułka, który na Górny Śląsk przeniósł się z Czarnych Radom, a wcześniej doświadczenie zdobywał w I lidze w Legii Warszawa oraz AGH AZS Kraków. W zespole z Katowic zagrał w 29 spotkaniach, w których zapisał na koncie 343 oczka, z czego 30 na zagrywce, 32 w bloku, a w ataku osiągnął niespełna 47% skuteczności. Aż 27 punktów wywalczył w starciu z Cuprum Stilonem Gorzów.
Jewgienij Kisiluk większość swojej kariery spędził dotychczas w Ukrainie, broniąc barw zwłaszcza Barkomu Lwów i Epicentr-Podolany Horodok. GKS był dopiero jego drugim, po Merkur Maribor, zagranicznym klubem. Odnalazł się w nim całkiem dobrze, bowiem w 26 meczach zdobył 228 punktów, w tym 13 w bloku i 18 na zagrywce, a w ataku uzyskał 50% skuteczności. Najlepiej spisał się w starciu z Treflem, notując na koncie 24 oczka.
HOKEJ
hokej.net – W finale błędy ważą więcej. GKS Tychy zwycięża po kuriozalnej bramce
Od zwycięstwa GKS-u Tychy rozpoczęła się rywalizacja w finale TAURON Hokej Ligi. Obie strony zgłosiły pełną gotowość do walki o mistrzowski tytuł, kreując dobre widowisko sportowe. O losach meczu rozstrzygnął w 31. minucie Alan Łyszczarczyk wykorzystując kuriozalny błąd podczas wyprowadzania krążka z własnej tercji przez katowicką defensywę.
Spotkania o najwyższą stawkę rozpalają apetyt kibiców na wielkie sportowe emocje. W opozycji do tych oczekiwań wychodzi jednak pragmatyzm meczów finałowych, który nakazuje obu stronom w pierwszej kolejności zabezpieczyć szyki obronne. Odpowiedzialna gra w defensywie nie musi jednak wiązać się z nudą, szczególnie gdy na lodowej tafli spotykają się drużyny dążące do prowadzenia gry. Niesieni dopingiem wypełnionego do ostatniego miejsca Stadionu Zimowego w Tychach pierwsi do głosu doszli gospodarze. Podopieczni Pekki Tirkkonena mając świadomość, jak ważny w tej serii może okazać się atut własnego lodowiska już w pierwszych minutach szukali sposobności do otwarcia wyniku. W 6. minucie sporą niesubordynacją wykazał się Jean Dupuy, który za faul popełniony w tercji ataku zmuszony był zasiąść w boksie kar. Okres pierwszej gry w przewadze okazał się jednak dla tyszan mocno rozruchowy i gospodarzom nie udało się zamknąć GieKSy w tercji. W miarę upływu czasu wydarzenia na lodzie się wyrównały, głównie za sprawą śmielszych poczynań hokeistów z Katowic. W 10. minucie Grzegorz Pasiut do spółki z Patrykiem Wronką wyłuskali krążek na bandzie. Kapitan GieKSy nadał gumę na niebieską linię, skąd na strzał zdecydował się Santeri Koponen. Skuteczną interwencję Tomášowi Fučíkowi utrudnił nadjeżdżający na bramkę Patryk Wronka, który zasłaniając lot krążka zmusił tyskiego golkipera do kapitulacji. Wydarzenia pierwszej odsłony utrzymywane były na wysokiej intensywności, a zawodnicy nie szczędzili sobie twardych pojedynków, jednak zawodnicy w pełni pozostawali skupieni na grze niż na wzajemnych złośliwościach.
Wraz z początkiem drugiej tercji gospodarze dali pokaz błyskawicznego przeorganizowania się z obrony do ataku. Niespełna minutę po wznowieniu gry, szybką kontrę lewą flanką wyprowadził Matias Lehtonen. Fin przytomnie wypatrzył na pomiędzy kołami bulikowymi Valtteriego Kakkonena, którego obsłużył świetnym podaniem. Choć przy pierwszej próbie wykończenia akcji tyski defensor nie trafił czysto w krążek, to ten szczęśliwie pozostał w jego posiadaniu, w związku z czym po chwili Kakkonen już zgodnie z hokejowym rzemiosłem posłał gumę w samo okienko bramki strzeżonej przez Johna Murraya. Aż do 26. minuty wydarzenia toczyły się na zasadzie wymiany ciosów. Wówczas bogatszy o doświadczenia z początku drugiej odsłony Christian Mroczkowski nie przebierając w środkach przerwał kontrę rywala, w związku z czym zmuszony był zasiąść w boksie kar. Choć podczas drugiego okresu gry w przewadze tyszanie zaprezentowali szybsze rozegranie, to nadal nie zdołali zamienić liczebnej przewagi na lodzie na bramkę. W 31. minucie Pontus Englund próbował wyprowadzić krążek z własnej tercji posyłając zagranie z bekhendu po pleksiglasowej szybie. Szwedzki defensor trafił jednak krążkiem wprost w miejsce łączenia się dwóch szyb i ten zamiast opuścić tercję wrócił „na wąsy”, gdzie na taki prezent czekał już Alan Łyszczarczyk. Napastnik GKS-u Tychy nie zwykł marnować takich okazji i z największą dozą spokoju strzałem po lodzie pokonał Murraya.
Co zrozumiałe, mocniej w trzecią odsłonę weszli katowiczanie, którzy poszukiwali wyrównującego trafienia. Choć zespół Jacka Płachty coraz śmielej radził sobie w tyskiej tercji, to wicemistrzom Polski brakowało pomysłu na wykończenie własnych akcji. Goście nie mogli również zapominać o odpowiedzialnej grze w obronie, bowiem okazji do wyprowadzenia kolejnej kontry wypatrywali tyszanie. Nieco piachu w tryby katowicka maszyna złapała, gdy w 48. minucie na ławce kar zasiadł Pontus Englund. Gospodarze jednak i przy trzecim podejściu nie zdołali przełamać swojego impasu w rozgrywaniu przewag, w związku z czym wynik pozostawał otwartą kwestią. Choć momentami tyszanie zostali zepchnięci do głębokiej defensywy, to nie stracili zimnej krwi i zdołali wyjść z tych opresji obronną ręką. Na niespełna półtorej minuty przed końcem trzeciej tercji trener Płachta zagrał va banque i podjął decyzję o wycofaniu z bramki Johna Murraya. Ten manewr nie przyniósł jednak katowiczanom upragnionego wyrównania i po chwili hokeiści GKS-u Tychy mogli celebrować pierwsze zwycięstwo w serii.
Zdejmowali pajęczyny! Efektowne gole i pewne zwycięstwo tyszan
GKS Tychy w tegorocznej fazie play-off jest niepokonany na własnym lodzie! Podopieczni Pekki Tirkkonena w drugim meczu finału play-off wygrali z GKS-em Katowice 5:1 i od szóstego tytułu mistrzowskiego dzielą ich już tylko dwa zwycięstwa.
Stadion Zimowy znów wypełnił się do ostatniego miejsca, a na lodzie obejrzeliśmy kolejną ciekawą konfrontację, w której żaden z zespołów – cytując Mariusza Pudzianowskiego – tanio skóry nie sprzedał. Ale walka toczy się przecież o wysoką stawkę – złoty medal mistrzostw Polski.
Jeśli chodzi o liczby i hokejowe konkrety, to w tych aspektach lepsi byli gospodarze. Na listę strzelców wpisali się czterej Finowie: Jere-Matias Alanen, Roni Allén, Valtteri Kakkonen i Rasmus Heljanko, a także Alan Łyszczarczyk. Pierwsi trzej zaskakiwali Johna Murraya niezwykle precyzyjnymi uderzeniami w okienko, Heljanko podczas gry w przewadze huknął bez przyjęcia z lewego bulika, a Łyszczarczyk wykorzystał sytuację sam na sam z katowickim golkiperem. Honor katowiczan uratował Mateusz Michalski na 74 sekundy przed końcem regulaminowego czasu gry.
Mówi się, że każdy mecz fazy play-off jest odmienną historią jednej wielkiej opowieści. We wtorek triumfowali tyszanie, którzyważny krok w kierunku zwycięstwa zrobili w drugiej odsłonie. Na trafienie Santeriego Koponena z 10. minuty odpowiedzieli Valtteri Kakkonen i Alan Łyszczarczyk i to wystarczyło, aby sięgnąć po zwycięstwo.
Wielu kibiców zastanawiało się, jak będzie wyglądało drugie spotkanie tej serii. Padały pytaniaczy oba zespoły zdecydują się na zmiany personalne w składzie i czy katowiczanie zdołają czymś zaskoczyć tyszan, którzy tegorocznej fazie play-off jeszcze nie przegralina własnym lodzie.
Trener Jacek Płachta wystawił ten sam skład co wczoraj, to Pekka Tirkkonen zdecydował się na korekty w formacji defensywnej. W zespole z piwnego miasta zabrakło Bartłomieja Pociechy, który zmaga się z problemami zdrowotnymi. Jego miejsce w trzeciej parze obrońców zajął Olli Kaskinen, a Olaf Bizacki pełnił rolę siódmego obrońcy.
Katowiczanie zaczęli agresywnie, ale nie potrafili znaleźć sposobu na Tomáša Fučíka. Dwie okazje miał Jean Dupuy, który nie zdołał trafić do siatki.
A tyszanie? Najpierw dali się wyszumieć rywalowi, a później przystąpili do działania i w odstępie 15 sekund zdobyli dwie bramki. W 11. minucie wynik spotkania otworzył Jere-Matias Alanen, który po kapitalnym podaniu Dominika Pasia trafił w samo okienko. Później równie precyzyjnym uderzeniem z bulika popisał się Roni Allén i tyscy kibice mieli kolejne powody do radości.
Goście na domiar złego w końcówce pierwszej odsłonie złapali dwa wykluczenia i tyszanie przez 68 sekund grali w podwójnej przewadze. Jednak nie zdołali jej wykorzystać i na tak wczesnym etapie meczu posłać rywali na łopatki.
GieKSa rozpoczęła pogoń za wynikiem, ale miała problem zarówno z decyzyjnością, jak i ze skutecznością. Dobrych okazji nie wykorzystali Ben Sokay, Patryk Wronka, Christian Mroczkowski i Stephen Anderson. Nie udało im się zamienić na gola okresu gry w przewadze.
I ten fakt zemścił się na nich tuż przed zakończeniem drugiej odsłony. Podopieczni Pekki Tirkkonena wyprowadzili szybki kontratak i po raz trzeci umieścili gumę w siatce. Bartłomiej Jeziorski dograł do podłączającego się do akcji, Valtteriego Kakkonena, a ten przymierzył w samo okienko katowickiej bramki.
Trzybramkowa zaliczka dała zwycięzcom sezonu zasadniczego spory komfort gry. Katowiczanie mogli jeszcze wrócić do meczu, ale znów nie wykorzystali okresu gry w przewadze.
W 48. minucie gospodarze wykorzystali swój power play. Roni Allén zagrał do ustawionego na lewym buliku Rasmusa Heljanki, który uderzył bez przyjęcia i złapał na przemieszczeniu Johna Murraya.
Nie był to ostatni ofensywny akcent w wykonaniu GKS-u Tychy. 70 sekund później sytuację sam na sam z „Jaśkiem Murarzem” wykorzystał Alan Łyszczarczyk, dla którego był to siódmy gol w tegorocznej fazie play-off.
Później z głośników zlokalizowanych na Stadionie Zimowym rozległ się legendarny przebój grupy Lady Pank „Mniej niż zero”. Refren tej piosenki błyskawicznie podchwycili miejscowi fani i z szerokimi uśmiechami na twarzach chętnie go powtarzali.
Delikatną szyderę tuż przed końcem regulaminowego czasu gry przerwał jednak Mateusz Michalski. Skrzydłowy drugiego ataku na raty pokonał Tomáša Fučika i zdobył honorowego gola.
Piorunujący początek kluczem do sukcesu. GieKSa łapie kontakt!
Hokeiści GKS-u Katowice wykorzystali atut własnego lodu i zwyciężyli w trzecim meczu finałowej rywalizacji z GKS-em Tychy 2:0. Kluczowa dla losów spotkania okazała się być pierwsza tercja, w której katowiczanie wypracowali sobie dwubramkowe prowadzenie i utrzymali je, aż do samego końca spotkania. Podopieczni Jacka Płachty, dzięki temu zwycięstwu zmniejszają straty w serii i brakuje im jednego triumfu, by wyrównać stan rywalizacji.
GieKSiarze po dwóch porażkach na tyskim lodowisku, musieli postawić wszystko na jedną kartę i ofensywę, która wyraźnie nie była na wymaganym poziomie w wyjazdowych meczach tegorocznego finału.
Spotkanie rozpoczęło się najlepiej, jak mogło dla podopiecznych Jacka Płachty, którzy już w 19. sekundzie wyszli na prowadzenie po indywidualnej akcji. Jean Dupuy świetnie wywalczył gumę pod bandą, po czym objechał bramkę i dograł perfekcyjnie do Patryka Wronki, któremu pozostało już tylko umieścić gumę w odkrytej części bramki.
Goście z Tychów chcieli jak najszybciej otrząsnąć się po tym ciosie na samym początku. Częściowo udało im się to, bo w połowie pierwszej tercji statystyki przemawiały na ich korzyść, jeśli chodzi o strzały, czy wygrane wznowienia.
Zabrakło jednak najważniejszego, czyli bramki wyrównującej stan spotkania. Nie pomógł również fakt liczebnej przewagi, którą mieli przyjezdni. Świetnie w pierwszej odsłonie spisywała się katowicka defensywa do spóły z Johnem Murrayem.
Jak mówi hokejowe porzekadło, nie dasz – dostaniesz. I tak się stało się i tym razem. Tyszanie mieli więcej z gry, ale kolejny gol znów padł łupem gospodarzy. Katowiczanie świetnie wykorzystali swoją szansę, kiedy mieli okazję gry w przewadze.
Sprawy w swoje ręce wziął Grzegorz Pasiut, który podczas przewagi przekładał gumę kilkukrotnie, aż w końcu zdecydował się na precyzyjny strzał z okolic bulika, czym nie dał szans na skuteczną interwencję Tomášowi Fučíkowi.
Do końca pierwszej odsłony, żadna z ekip nie była już w stanie wyprowadzić kolejnych ciosów i miejscowi pokazali, że rywalizacja w tym finale dopiero zaczyna nabierać kolejnych rumieńców.
W drugiej odsłonie zdecydowanie odważniej poczynali sobie podopieczni Pekki Tirkkonena, którzy od początku tercji chcieli jak najszybciej zmniejszyć straty do rywali. na ich drodze skutecznie stawali jednak defensorzy z Katowic, a jeśli i Ci nie byli w stanie powstrzymać tyszan, to był jeszcze John Murray, który rozgrywał fenomenalne zawody.
Hokeiści z Katowic z kolei byli również bardzo groźni w swoich akcjach ofensywnych i kilkukrotnie byli bardzo bliscy zaskoczenia po raz kolejny Tomáša Fučíka, lecz również i tyski golkiper w drugiej odsłonie dokonywał rzeczy niemal niemożliwych.
Na wyróżnienie zasługiwała świetna interwencja, gdy wydawało się, że do pustej bramki gumę skieruje Christian Mroczkowski, wtedy tyski golkiper upadając wyciągnął swój kij i “okradł” katowickiego ofensora z bramki.
Do końca środkowej części spotkania gole jednak nie padły i w dużej części było to zasługą obydwóch bramkarzy i bloków defensywnych, co dawało wciąż miejscowym dwubramkowe prowadzenie i bardzo korzystną sytuację przed ostatnią odsłoną.
Trzecia i finałowa odsłona rozpoczęła się od ostrej wymiany, raz jedni raz drudzy cały czas tworzyli sobie sytuację, ale zarówno John Murray, jak i Tomáš Fučík pokazali, czemu są pierwszymi wyborami w reprezentacji Polski.
Świetna gra bramkarzy i brak skutecznych trafień działał na korzyść GKS-u Katowice i to właśnie gospodarze byli coraz bliżej pierwszego finałowego triumfu. Goście z “piwnego miasta” nie ułatwiali sobie sprawy w kwestii gonienia wyniku, łapiąc kolejne kary i musząc grać, co chwilę w osłabieniu.
Największym sprawcą zamieszania w tyskich szeregach był Jona Moonto, który w samej trzeciej odsłonie dwa razy pod rząd siadał na ławce kar, osłabiając swój zespół. Fin był bardzo naładowany w tej trzeciej odsłonie, ale przełożyło się to tylko na wykluczenia z jego strony.
Podopieczni trenera Tirkkonena do samego końca jednak walczyli, by zdobyć chociaż kontaktową bramkę. Fiński szkoleniowiec tyskiej ekipy zdecydował się również na manewr z wycofaniem golkipera na nieco ponad dwie minuty do końca spotkania, jednak i to nie pomogło w tym starciu tyszanom, którzy nie byli w stanie znaleźć recepty na bardzo dobrze dysponowaną defensywę rywali.
Katowiczanie dowieźli dwubramkowe prowadzenie do końca meczu i notują pierwsze zwycięstwo w finałowej rywalizacji, tym samym łapiąc kontakt z GKS-em Tychy. Już w poniedziałek kolejne finałowe emocje i szansa dla katowickiej ekipy, by wyrównać stan serii. Tyszanie z kolei muszą poprawić skuteczność, żeby w poniedziałek powalczyć o przełamanie na katowickim lodzie.
GieKSa prosiła się o guza. Świetny Fučík i triumf tyszan. Mistrzostwo o krok!
Niezwykle ważne zwycięstwo odnieśli dziś hokeiści GKS-u Tychy. Podopieczni Pekki Tirkkonena pokonali w „Satelicie” GKS Katowice 3:1 i w finałowej rywalizacji prowadzą już 3:1. Katowiczanie mają czego żałować.
Trener Jacek Płachta nie zmienił zwycięskiego składu. Skład bez personalnych korekt wystawił też jego vis-à-vis – Pekka Tirkkonen. Od pierwszych sekund widać było, że jego podopieczni zamierzają grać agresywniej zarówno we własnej tercji, jak i w ataku. Ostrzej walczyli pod bandami, czego brakowało im w trzecim meczu serii.
Oba zespoły zdawały sobie sprawę z faktu, że kluczem do zwycięstwa może okazać się dzisiaj gra w defensywie, dlatego z pietyzmem podchodziły do swoich poczynań w destrukcji i zdawały sobie sprawę, że każdy błąd może położyć się cieniem na dalszych minutach.
W pierwszej odsłonie bramek nie oglądaliśmy, ale trzeba przyznać, że w pierwszej odsłonie więcej klarownych okazji wykreowali sobie gospodarze. Sęk w tym, że Tomáš Fučík popisywał się znakomitymi interwencjami. W 7. minucie dynamicznym rajdem błysnął Marcus Kallionkieli. Z rywalem na plecach wjechał przed bramkę, ale tyski golkiper zdołał się przemieścić w bramce i odbić gumę. Dziewięć minut później, po podaniu Christiana Mroczkowskiego, sytuacji sam na sam z Fučíkiem nie wykorzystał Ben Sokay. Katowiccy kibice aż złapali się za głowy.
Zespół dowodzony przez Jacka Płachtę pod koniec pierwszej odsłony wkroczył na złą ścieżkę. Zaczął łapać wykluczenia i co za tym idzie – prosić się o guza. Co prawda GieKSiarze przetrzymali osłabienia wynikające z kar Santeriego Koponena, ale przymusowa odsiadka Pontusa Englunda z 30. minuty okazała się fatalna w skutkach. Swoje ofensywne inklinacje zademonstrował Roni Allén, który podprowadził krążek i w odpowiednim momencie popisał się kąśliwym uderzeniem z nadgarstka. Guma trafiła w samo okienko.
Na 2:0 mógł podwyższyć Wiktor Turkin. Białoruski środkowy znalazł się w sytuacji sam na sam Johnem Murrayem, ale nie zdołał oddać dobrego uderzenia. Przeszkodził mu w tym Johan Norberg, który chwilę później trafił na ławkę kar.
W podwójnej przewadze przez pół minuty grali też katowiczanie, ale nie zrobili z niej użytku i nie zdołali doprowadzić do wyrównania.
W 37. minucie drugi cios zadali hokeiści z piwnego miasta. Alan Łyszczarczyk zagrał do Dominika Pasia, a ten uderzeniem w krótki róg zaskoczył „Jaśka Murarza”.
Trzecia tercja miała nam dać odpowiedź na pytanie, czy gospodarze jeszcze się podniosą. Rękę podali im rywale, którzy zaczęli łapać kary. Gdy na ławce kar odpoczywał Roni Allén, kontaktowego gola zdobył Pontus Englund, który wypalił z nadgarstka z korytarza międzybulikowego.
Później z kontrą urwał się Jean Dupuy, który został nieprzepisowo zatrzymany przez Olliego Kaskinena. Sędziowie podyktowali rzut karny, ale sam poszkodowany nie potrafił wymierzyć sprawiedliwości.
Nie był to koniec problemów tyszan. Za zranienie Grzegorza Pasiuta podwójną karę mniejszą zarobił Alan Łyszczarczyk. Tomáš Fučík interweniował jednak jak natchniony. Oprócz strzałów sytuacyjnych znów obronił rzut karny, tym razem egzekwowany przez Stephana Andersona!
Trener Jacek Płachta w końcówce postawił wszystko na jedną bramkę i zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza. Nie przyniósł on jednak zamierzonego efektu. Gumę przejął Filip Komorski i uderzeniem do pustej bramki postawił pieczęć na zwycięstwie i trzecim triumfie w serii.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Piynciok na Arenie Katowice!
W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.
Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.
W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!
GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.
23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

Najnowsze komentarze