Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Raków mógł patrzeć na GKS Katowice i się uczyć

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania Raków Częstochowa – GKS Katowice 1:2 (0:1).

weszlo.com – Raków mógł patrzeć na GKS Katowice i się uczyć

Jesienią mogliśmy mówić: może i ten Raków męczy bułę niemiłosiernie, ale przynajmniej jest znakomity w obronie i tego nie można mu odbierać. Po sobotnim wieczorze nawet ta narracja nie przejdzie. W ataku: nuda, przewidywalność, schematyczność. W obronie: gafy, babole i błędy w ustawieniu.

To wszystko wykorzystał GKS Katowice, który zagrał tak, jak Raków chciałby. Króciutko wymieniał sobie piłkę, budował akcje od tyłu, ale też potrafił przyspieszyć, zagrać nieprzewidywalnie, no i popełniał mniej błędów z tyłu. Te ostatnie są kluczowe w kontekście tego spotkania, bo to one najbardziej kompromitują częstochowian.

Błąd numer jeden – Trelowski daje sobie strzelić po krótkim słupku. Przedziwna była to sytuacja, bo w szesnastce Rakowa roiło się od piłkarzy gospodarzy, a Bergier był sam i to na zerowym kącie, krótki słupek był w dodatku zabezpieczony przez Baratha. Teoretycznie nie dało się nic w tej sytuacji zrobić, ale… najpierw Trelowski wygonił kolegę z słupka, pokazując, że to on będzie go zabezpieczał, po czym napastnik GKS-u zszedł bliżej środka i uderzył właśnie przy słupku. W efekcie Barath ani nie zdążył powstrzymać strzelca, ani nie przykrył miejsca, w którym padł gol.

Sam Trelowski to i tak – mimo tego babola – jedna z nielicznych pozytywnych postaci w Rakowie, a to za sprawą obronionego karnego i sam na sam w ostatnich minutach. I tu dochodzimy do błędu numer dwa – Plavsić, który dostał od Marka Papszuna 45 minut, zdzielił w polu karnym Borję Galana. To kompletnie idiotyczne zachowanie, bo przecież Hiszpan wyjeżdżał z piłką poza szesnastkę, nic by ze swojej akcji nie wycisnął, wystarczyło go odprowadzić albo zablokować. Sędzia Myć początkowo niczego nie dostrzegł, ale powtórki VAR-u – już tak. Do wapna podszedł Jędrych, a Trelowski świetnie go rozczytał.

Błąd numer trzy – Kowalczyk, który ośmiesza Berggrena. Norweg nie znajduje się w zbyt dobrej formie, dzisiaj dwa razy kopał po autach, ale przy golu młodego pomocnika odwalił prawdziwą gangsterkę. Kowalczyk najpierw wszedł pomiędzy niego a Koczerhina, potem zagrał na klepkę z Bergierem, a w końcowej fazie akcji Berggren zastawiał piłkę przed rywalem i myślał, że skutecznie neutralizuje zagrożenie. Tylko że pomocnik GKS-u bez większego trudu przecisnął się obok niego i tak strzelił gola na 2:1.

Oczywiście, że w samej końcówce mieliśmy prawdziwą nawałnicę ze strony Rakowa. Papszun sięgnął wtedy po swoje najwyższe wieże – Rochę, Makucha i Rodina. Było blisko po główce Diaza czy bombie Koczerhina z okolic szesnastki, ale GKS stworzył sobie wtedy jeszcze większe zagrożenie (sam na sam wyszedł Milewski, lecz koncertowo zmarnował akcję). Wiele mówi o postawie Rakowa fakt, że jego bramka to w zasadzie prezent ze strony Kudły, który podał w polu karnym do Brunesa, co chwilę później wykorzystał Ivi Lopez. Jedynym celnym strzałem „Medalików” w pierwszej połowie była próba Amorima, która ledwo doturlała się do bramki.

No cóż, na takiej grze – powolnej, nudnej – jak widać daleko się nie zajedzie. Wielkie brawa należą się GKS-owi, który wywozi komplet punktów z trudnego terenu. Nie pękł na robocie, przetrwał trudne chwile i zagrał na własnych zasadach – ofensywnie i z polotem. Raków mógł patrzeć i się uczyć.

gol24.pl – Raków Częstochowa ograny przez GKS Katowice. To kolejny prezent dla Lecha Poznań

Wielka niespodzianka pod Jasną Górą. Faworyzowany Raków Częstochowa przegrał u siebie z GKS Katowice 1:2. Były spektakularne wpadki bramkarzy i niewykorzystany rzut karny. Bohaterem beniaminka okazali się Sebastian Bergier i powołany w zeszłym roku do reprezentacji Polski Mateusz Kowalczyk.

Zaznaczymy jedno: GKS Katowice zasłużył na to zwycięstwo. Grał intensywnie, ciekawie, w pierwszej połowie zdecydowanie lepiej. Wtedy też objął prowadzenie, gdy piłkę przy bliższym słupku jakimś cudem (lub jak kto woli po błędzie Kacpra Trelowskiego) zmieścił Sebastian Bergier.

W drugiej połowie to już była jazda bez trzymanki. Raków po wpadce Damiana Kudły, który właściwie skopiował błąd Gabriela Kobylaka z Legii Warszawa, doprowadził do remisu. A potem wszystko mu się posypało. Choć karnego nie wykorzystał Arkadiusz Jędrych to i tak prowadzenie dla gości odzyskał Mateusz Kowalczyk po solowej akcji.

Raków w końcówce postawił na dwie wieże (Leonardo Rocha i Patryk Makuch). Domagał się też jedenastki po rzekomej ręce Marcina Wasielewskiego. Ale nic z tego. Wyrównująca bramka już nie padła, co oznacza że pretendent do tytułu zaczął rok od remisu i porażki.

Dzięki wygranej GieKSa awansowała na ósme miejsce w tabeli. Rakowowi zrewanżowała się za porażkę 0:1 z początku sezonu.

Piłkarz meczu: Sebastian Bergier

Atrakcyjność meczu: 7/10

Kibice GKS Katowice w Częstochowie na meczu z Rakowem. Wyjazd jak marzenie

Kibice GKS Katowice wypełnili sektor na kameralnym stadionie przy Limanowskiego. Po ostatnim gwizdku w emocjonującym meczu wszyscy mieli doskonałe humory. A to dlatego, że beniaminek PKO Ekstraklasy ograł pretendenta do tytułu, wygrywając z Rakowem Częstochowa 2:1.

Mecz obejrzał komplet widzów. Jak podał spiker widowisko śledziło dokładnie 5500 osób. Przyjezdni z Katowice stanowili około 5 procent. Było ich bowiem około 300.

Po ostatnim gwizdku sędziego Wojciecha Mycia świętowano pod sektorem. Swoją koszulkę oddał autor gola i asysty, Sebastian Bergier. Piątki zbijał też uradowany trener Rafał Górak.

GieKSa zrewanżowała się Rakowowi za porażkę 0:1 z początku sezonu.

polsatsport.pl – Przerwana seria Rakowa! Niespodziewana porażka u siebie

Raków jest w tym sezonie niepokonany na wyjazdach, ale u siebie przegrał już po raz trzeci – tym razem z beniaminkiem z Katowic. Tym samym goście nie tylko zrewanżowali się częstochowianom za przegraną 0:1 z początku sezonu, ale też przerwali serię Rakowa, który nie przegrał 12 spotkań ekstraklasy z rzędu, od 30 sierpnia.

Początek meczu nie zapowiadał niespodzianki. Stroną atakującą był Raków i już w szóstej minucie powinien objąć prowadzenie, gdy z lewej strony piłkę wzdłuż bramki katowiczan posłał Ivi Lopez, lecz Adriano Amorim nie zdołał wykończyć tej akcji. Kolejną okazję gospodarze mieli w 10. minucie, ale skończyło się tylko na dużym zamieszaniu na polu karnym gości.

Potem gra się wyrównała, a GKS poczynał sobie coraz odważniej, m.in. w 14. minucie wywalczył rzut rożny, a w 17. strzał Oskara Repki zablokował Amorim.

Chwilę później kontratak gości prawym skrzydłem niespodziewanie dał im prowadzenie – Sebastian Bergier uciekł częstochowskim obrońcom, ale wyjście Kacpra Trelowskiego sprawiło, że znalazł się z piłką na linii końcowej, a potem wycofał się o kilka metrów i strzelił w krótki róg bramki, tuż przy słupku. Wydawało się, że bramkarz miejscowych bez problemów wyjdzie z opresji, ale piłka wylądowała w siatce.

Gospodarze sprawiali wrażenie nieco zdeprymowanych utratą gola, a na dodatek grali bardzo nerwowo i przydarzały się im kolejne błędy, zarówno w obronie, jak też w ofensywie. Pierwszy celny strzał oddali dopiero w 44. minucie za sprawą Amorima, ale uderzenie było zbyt słabe, by zaskoczyć Dawida Kudłę.

Za to po przerwie Raków od razu przeszedł do ataku. W 50. minucie dogodnej sytuacji, po akcji rozgrywającego 200. mecz w barwach czerwono-niebieskich Frana Tudora i dośrodkowaniu rezerwowego Srdjana Plavsicia, nie wykorzystał Jonatan Brunes.

W 51. minucie Kudła w dobrym stylu obronił uderzenie z dystansu Szweda Gustava Berggrena, ale w 54. katowicki bramkarz zbyt nonszalancko wyprowadzał piłkę z własnego pola karnego i przeszkodził mu w tym Brunes, a piłkę przejął Władysław Koczerhin, od którego otrzymał ją Ivi Lopez i strzałem z lewej strony doprowadził do remisu.

Można się było spodziewać, że Raków spróbuję „pójść za ciosem”, ale GKS starał się przenieść grę na połowę rywali. I w 58. min, w pozornie niegroźnej sytuacji przy linii końcowej, doszło do starcia Plavsica z Borją Galanem, po którym ten drugi padł na murawę.

Sędzia Wojciech Myć nie zareagował na tę sytuację, ale interweniował VAR i arbiter podbiegł do monitora, a potem odgwizdał rzut karny.

Okazało się bowiem, że filigranowy Serb zahaczył ręką o twarz Hiszpana. „Jedenastkę” na bramkę miał zamienić Arkadiusz Jędrych, ale jego intencje wyczuł Trelowski – rzucił się w lewo i odbił piłkę na rzut rożny.

Trzy minuty później padł jednak drugi gol dla katowiczan, gdy efektownym rajdem, którego nie potrafili przerwać częstochowscy obrońcy, i celnym strzałem popisał się Mateusz Kowalczyk.

Raków do końca walczył o remis, ale bezskutecznie. Najbliżej szczęścia był Berggren, ale Kudła zdołał przerzucić piłkę po jego strzale ponad bramką. Poza tym jeszcze wielokrotnie dochodziło do dużego zamieszania w polu karnym gości, lecz nikt nie potrafił skierować piłki do siatki.

Za to GKS mógł, a nawet powinien, przypieczętować zwycięstwo trzecim trafieniem. W 85. min Filip Szymczak strzelił jednak niecelnie, zaś w czasie doliczonym przez arbitra Sebastian Milewski przegrał pojedynek sam na sam z Trelowskim.

katowickisport.pl – Sensacja w Częstochowie! GKS Katowice ogrywa Raków

Tego chyba nikt się nie spodziewał. Piłkarze GKS-u Katowice wygrali w Częstochowie z Rakowem!

Katowiczanie są jednym z fajniejszych beniaminków w ostatnich latach. Kolejny raz udowodnili to w Częstochowie. A pojechali na szalenie trudny teren, bo Raków ostatni raz przegrał u siebie w sierpniu. Podopieczni Rafała Góraka zaczęli strzelanie w 19. minucie spotkania. W trudnej sytuacji świetnym strzałem popisał się Bergier, który pokonał Trelowskiego i było 1:0 dla przyjezdnych! Po przerwie przewaga ekipy Marka Papszuna zaczęła rosnąć i efektem tego było wyrównanie. Bramkę dla Rakowa zdobył Ivi Lopez. Chwilę później katowiczanie otrzymali rzut karny. Z 11. metrów pomyli się jednak Jędrych nadal mieliśmy remis. Ale beniaminek się nie poddał. W 65. minucie akcję Gieksy sfinalizował Mateusz Kowalczyk i było 1:2!

Oglądając to spotkanie można było być pod wrażeniem gry ekipy z Katowic. Po raz kolejny nie widać było tego, że to ich pierwszy sezon w Ekstraklasie. A Raków? Póki co wiosną zawodzi i może być im ciężko walczyć o najwyższe cele, a przecież marzy im się powrót na mistrzowski tron.

wkatowicach.eu – GKS Katowice wygrywa z Rakowem Częstochowa! Mateusz Kowalczyk z przepięknym golem

Oglądając to spotkanie, najlepiej było nie mrugać. Działo się wiele – od dynamicznych akcji, po proste błędy, czy niewykorzystany rzut karny. Najważniejsze jest jednak to, że GieKSa pokazała charakter i wygrała z Rakowem Częstochowa na wyjeździe 2:1.

W zimną lutową sobotę, GKS Katowice i Raków Częstochowa napisały kolejny rozdział swojej rywalizacji na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Trener Rafał Górak nie zdecydował się na żadne zmiany względem poprzedniego meczu i do boju od pierwszych minut ruszyła ta sama jedenastka, która rozpoczynała wygrane spotkanie ze Stalą Mielec. W 6. minucie spotkania Ivi Lopez groźnie zagrywał wzdłuż bramki, ale żaden z jego kolegów nie zamknął akcji. W tym fragmencie Raków prowadził akcje pozycyjne na połowie GieKSy, szukając możliwości dogrania w pole karne. Obrona GKS-u dobrze jednak reagowała na kolejne próby. W 16. minucie spróbowała GieKSa. Borja Galán wpadł w pole karne, jego podanie zostało przerwane, ale piłka trafiła pod nogi Oskara Repki na 19 metrze. Jego strzał zatrzymał się na nogach defensorów gospodarzy.

Kilka akcji później, Marcin Wasielewski podaniem otwierającym przestrzeń uruchomił Sebastiana Bergiera. Ten dopadł do piłki przed Kacprem Trelowskim i zatrzymał futbolówkę na linii kończącej boisko. Miał jednak na tyle dużo miejsca, że zdołał oddać strzał z ostrego kąta i zmieścił futbolówkę obok nogi bramkarza, dając GKS-owi prowadzenie.

[…] Na drugą połowę GKS Katowice wracał z prowadzeniem 1:0. Niestety w 54. minucie Ivi Lopez wykorzystał niedokładne podanie Dawida Kudły i doprowadził do remisu po strzale z bliskiej odległości. Chwilę później sprzed pola karnego uderzał Mateusz Kowalczyk, ale piłka leciała prosto w Kacpra Trelowskiego. W 62. minucie Arkadiusz Jędrych podszedł do rzutu karnego po faulu na Galánie, ale Trelowski przeczytał zamiar kapitana i obronił jego strzał z 11 metrów. Poprawił go jednak Mateusz Kowalczyk, który w 65. minucie wpadł w pole karne Rakowa i mocnym strzałem wpakował piłkę do siatki, przywracając katowiczan na prowadzenie. W 83. minucie Kudła przekierował na rzut rożny mocny strzał sprzed pola karnego Vladyslava Kochergina. Chwilę później odpowiedział Filip Szymczak, ale jego uderzenie nie zmierzało w światło bramki, choć niewiele się napastnik GKS-u pomylił. W jednej z ostatnich akcji sam na sam z Trelowskim wyszedł Sebastian Milewski, ale pomocnik nie zdołał wykorzystać tej 100-procentowej sytuacji. Wynik nie uległ zmianie i katowiczanie w Częstochowie wygrali!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.

Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.

Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.

Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.

Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.

Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga