Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Torpeda Góraka

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Dziewiętnaście lat. Dziewiętnaście długich lat  – dokładnie 18 lat, 11 miesięcy, 14 dni. … Tyle minęło od ostatniego meczu GieKSy w ekstraklasie. Meczu specyficznego, bo rozgrywanego przy pustych trybunach, co było skutkiem zajść, jakie miały miejsce podczas pojedynku z Odrą Wodzisław – słynnego spotkania z sędzią Marcinem Borskim jako rozjemcą i śp. Piotrem Rockim, który ostentacyjnie pokazywał Blaszokowi, że GKS właśnie został zdegradowany do drugiej ligi. Ostatni bój ligowy toczyliśmy z Górnikiem Zabrze – wygraliśmy po golu Krzysztofa Markowskiego z rzutu karnego w doliczonym czasie gry. Spotkanie przedłużyło się tak bardzo, że w Multilidze w Canal+ toczyło się już jako ostatnie trwające i ekipa stacji, rozprawiająca w studio o ważniejszych rozstrzygnięciach, przeoczyła tego gola na żywo.

GieKSa nie dostała licencji na drugą ligę i siłami kibiców wystartowała na czwartym szczeblu rozgrywkowym. Początkowo wydawało, że wszystko pójdzie jak po maśle. Wygrana ligi w cuglach, sezon bez porażki i z… sześcioma walkowerami, bo przeciwnicy bali się najazdu kibiców GKS. Tak na marginesie dodajmy, że jednym z klubów, który zrezygnował z meczu u siebie był GKS Tychy…

Jak to było przez te wszystkie lata, opiszę w osobnym artykule, jak cierniową drogę musieli przemierzać kibice GieKSy. Jak przez te niemal dwie dekady największymi sukcesami okazał się wspomniany awans do trzeciej ligi, a potem wymęczona w kiepskim stylu, z wolnym losem w barażach, promocja na zaplecze ekstraklasy. I ta wywalczona do pierwszej ligi trzy lata temu. Poza tym podniecaliśmy się pojedynczymi zwycięstwami, ultra-rzadkimi awansami do kolejnej rundy Pucharu Polski, w którym raz po raz GKS doszczętnie się kompromitował.

Ostatnie lata do najlepszych też nie należały. Symboliczne uplasowanie się na miejscach 8-12 było objawem marazmu, przeciętności, takiej, w której ani spadek nam nie grozi, ale zawsze można powiedzieć, że byliśmy „o krok od baraży”. Co pozostało kibicom innego, jak drwienie sobie z tej średniej postawy i określaniu ósmego miejsca, jako „małe mistrzostwo pierwszej ligi”.

Nauczeni doświadczeniem, nie mieliśmy na czym opierać nadziei na to, że tym razem będzie inaczej. Łącznie z tym, co wydarzyło się na początku sezonu, kiedy to GKS zanotował naprawdę bardzo dobre mecze – z Wisłą Płock, Zniczem Pruszków czy Resovią – ale przecież wiedzieliśmy, że takie serie (krótkie, bo zawierające maksymalnie trzy wygrane z rzędu) zdarzały się. Potem zawsze przychodziło spektakularne obniżenie jakości gry i wyników. Tak było i tym razem. Po grze miłej dla oka pozostało wspomnienie, a GKS zaczął osiągać wyniki żenujące – jak choćby porażka 0:1 u siebie z Zagłębiem Sosnowiec, które w całym sezonie wygrało dwa mecze (notabene ten drugi z drugim ekstraklasowiczem-elektem: Lechią Gdańsk) czy 0:4 z Górnikiem Zabrze w Pucharze Polski. Pogrom w Gdańsku. Porażka z Wisłą, która nie najlepiej świadczyła o dojrzałości drużyny. Wstydliwe 0:2 z Polonią Warszawa u siebie. Na koniec udało się wygrać z Tychami czy efektownie w Głogowie. Zremisowaliśmy z Arką.

Mało kto o tym pamięta, ale jeśli chodzi o kluczowe momenty to właśnie mecz z Żółto-Niebieskimi na Bukowej był absolutnie jednym z nich. I sam fakt, że padł remis to jeszcze nie wszystko – katowiczanie przecież przegrywali, a rywale mieli rzut karny, który gdyby wykorzystali, wyszliby na dwubramkowe prowadzenie. Oczywiście wiele mogłoby się później wydarzyć, jednak po tym meczu GKS miał dwanaście punktów straty do gdynian. W przypadku porażki tych punktów byłoby piętnaście i potencjalnie gorsze mecze bezpośrednie. Nie do odrobienia. Choć jak się później okazało, katowiczanie byli w stanie odrobić trzynastopunktową stratę, mając jeden mecz zaległy. Pudło Huberta Adamczyka było absolutnie kluczowe.

Większość kibiców była pogodzona z kolejną perspektywą niemrawej wiosny i ciężkiej walki o środek tabeli. Startowaliśmy z jedenastej pozycji i siedmiopunktowej straty do strefy barażowej.

To co się stało w rundzie wiosennej było niewytłumaczalne. Ale nie tak jak zawsze – niewytłumaczalne w kontekście przegrania w dziwny sposób pewnego czy prawie pewnego awansu. Tym razem poszło to w biegunowo przeciwnym kierunku. Choć oczywiście słowo „niewytłumaczalne” jest tu pewnym chwytem retorycznym, bo tak naprawdę zapewne to wszystko ma swoje merytoryczne uzasadnienie – co było widać w postawie zespołu na boisku. Pozostańmy więc przy tym, że niewytłumaczalne było to, co działo się przez wszystkie poprzednie lata, a tutaj rozumiejmy to jako coś zaskakującego, nieoczekiwanego i szokującego.

Oto wyszła GieKSa na rundę wiosenną i była nie do poznania. Od samego początku grała dojrzale, pewnie i skutecznie. I nie chodzi tylko o wyniki, ale sam obraz gry. Wyglądało to tak, jakby wyśmiewane zdanie trenera Góraka o „uczeniu się ligi” uprawomocniło się – i gdy ta nauka została już wprowadzona w drużynowy krwioobieg, zespół stał się profesorem tej ligi.

W ciągu czterech dni GKS zagrał dwa mecze u siebie, w których strzelał dwie bramki do przerwy, a potem kontrolował mecz. Ofensywnie się rozkręcali. Poprawili obronę. I jechali z koksem – z kompletem niedzielnych spadkowiczów zgarnęli trzy zwycięstwa, strzelając jedenaście bramek i nie tracąc żadnej. Chyba nie muszę mówić, że z najsłabszymi drużynami ekipa walcząca o awans powinna grać właśnie tak.

Potem było święto na Bukowej i rywal z innej półki. Wyprzedane wszystkie miejsca i mecz z liderem pierwszej ligi, pewnie zmierzającą na ekstraklasowe salony Lechią Gdańsk. Dramat pod koniec meczu – Kuusk dostaje czerwoną kartkę, gramy w dziesiątkę. Utrzymać remis! Doliczony czas gry i snajper Jędrych pakuje piłkę do siatki wprawiając w ekstazę katowicką społeczność.

GieKSa zanotowała sześć zwycięstw z rzędu, przez cztery spotkania zachowując czyste konto. Pojawiła się pierwsza euforia w Katowicach i nadzieja, że może jednak, że może to ten sezon. Katowiczanie już dawno na wiosnę nie wygrali tak istotnego meczu, z takim przeciwnikiem. Nie zaliczam tutaj zeszłorocznego pojedynku z Ruchem Chorzów, bo choć prestiżowy i zakończony fantastycznym zwycięstwem, to jednak czysto sportowo – o pietruszkę. Tym razem piłkarze Góraka dali sygnał, że chcą powalczyć o baraże.

Przyszła zadyszka. Odra Opole pokazała nam kawał solidnej piłki i choć mecz nie był jakiś tragiczny w wykonaniu GKS, to rywale bezdyskusyjnie byli górą. Z jednej strony żal było tego, że w takim momencie przegrywamy u siebie ze słabszym przeciwnikiem, z drugiej – seria nie mogła trwać wiecznie. Ale mogło być gorzej. Bo przecież w kolejnym spotkaniu katowiczanie stracili dwubramkowe prowadzenie, dając sobie wbić bramkę w doliczonym czasie gry w Niecieczy będąc w końcówce zespołem stłamszonym. Bo w meczu z Łęczną zespół zaprezentował się bardzo słabo, bez ikry, bez zęba. Wydawało się, że stare czasy powróciły.

Nie było lepiej przy Konwiktorskiej. Słaba gra i szybka utrata bramki powodowała, że podczas meczu na zespół spadła lawina krytyki – eufemistycznie rzecz ujmując. Fakt, nie dało się na to patrzeć. Marzenia o barażach powoli można było odkładać na kolejny sezon. Szkoda było tej serii sześciu zwycięstw. Rozpoczynał się doliczony czas gry, a zespół był na prostej drodze do czwartego meczu z rzędu bez zwycięstwa. I do porażki z walczącą o utrzymanie Polonią.

Gruba kreska. Gruba kreska. Gruba kreska.

Bo od tego momentu już wszystko było inaczej. Wszystko. Sędzia dyktuje rzut karny, którego pewnie wykorzystuje Arkadiusz Jędrych, a chwilę później wyszydzany Jakub Arak piękną główką daje zwycięstwo gościom. Euforia na sektorze. Mniejsza euforia w katowickich domach, bo kibice mają w pamięci obraz meczu. Ale zwycięstwo jest zwycięstwem i trzy punkty dopisane.

A potem było coś, czego Bukowa i w ogóle polska piłka ligowa na najwyższym poziomie nie widziała już bardzo dawno. 8:0 to wynik niebywały – i to nie z outsiderem, a z rewelacją wiosny Stalą Rzeszów. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia patrząc, jak GieKSa ładuje bramkę za bramką i prowadzi w 26. minucie już 5:0. Zespół po przerwie nie zwolnił i dołożył jeszcze trzy kolejne gole.

Spotkanie derbowe w Tychach. GieKSa prowadzi, potem do przerwy przegrywa. Druga połowa już jednak bardzo jakościowa, fenomenalna kontra znów w doliczonym i znów Arak! GieKSa wywozi ze stadionu lokalnego rywala trzy punkty i znajduje się już w bardzo komfortowej sytuacji. Kibice nieśmiało patrzą w górę tabeli, gdzie duet Lechia – Arka już dawno usadowił się na czołowych dwóch lokatach, wyczekując tylko matematycznego awansu. Po zwycięstwie z Tychami, GKS miał trzy punkty straty do Arki, ale gdynianie jeszcze swój mecz ze zdegradowanym Zagłębiem Sosnowiec. Po cichu liczyliśmy na potknięcie Arkowców, ale mimo że zagrali bardzo słabo – wygrali.

Hurraoptymiści liczyli, co się musi zdarzyć, żebyśmy wyprzedzili Arkę na koniec, ale scenariusz wydawał się tak fantastyczny, że aż niemożliwy. Dwie kolejki przed końcem mieliśmy sześć punktów straty. Nie, to nie mogło się udać. Realiści więc patrzyli na mecz z Wisłą Kraków i jaki wynik trzeba osiągnąć, żeby zapewnić sobie baraże i przede wszystkim baraże u siebie.

Przy komplecie publiczności, oszałamiającym dopingu i kapitalnej grze piłkarzy pokonaliśmy Wisłę 5:2. GieKSa grała jak z nut i nawet jak anulowali nam bramkę do szatni, to zaraz wychodząc z szatni Grzegorz Rogala strzelił być może gola sezonu, a może i życia. Chociaż, czekaj… Grzegorz co strzela bramki, to są kapitalne. Wygraliśmy i całe Katowice w niedzielny wieczór stały się kibicem Lechii Gdańsk. Grając w osłabieniu Lechiści pokonali Arkę, której do awansu wystarczał punkt w derbach Trójmiasta.

Otworzyła się droga do raju. Coś, co było naprawdę niemożliwe na początku roku, stało się faktem. GKS gra nie tylko o baraż, ale o awans bezpośredni. W bezpośrednim meczu o awans. Arka ma psychologiczną przewagę, bo przecież wystarczy jej remis. Ale czy nam nie wystarczał remis w meczu z Bytovią?… No dobra, żartowałem z tą przewagą psychologiczną. Dostali motywacyjnego antykopa od swoich własnych kibiców, więc mogliśmy być nieco spokojniejsi.

Reszta to historia, choć historia najnowsza. W tak ważnym meczu, w finale pierwszej ligi, na gorącym terenie rywala, przy ogłuszającym dopingu gospodarzy do ostatnich minut – zespół zagrał spokojnie, dojrzale, bez podpalania się i zrobił swoje. Ozdobą meczu był gol Adriana Błąda, ale tak naprawdę postawa drużyny była chłodna i wykalkulowana. Po prostu profesura.

Pięć zwycięstw z rzędu na koniec. I to nie z ogórkami. Z rewelacyjną Stalą oraz walczącymi zaciekle (choć bez powodzenia) Tychami i Wisłą, w końcu z Arką Gdynia, która po dwudziestu kolejkach znajdowania się nieprzerwanie w strefie awansu, w końcu na samym finiszu wypadła poza czołową dwójkę.

Powiedzieć, że to spektakularny wyczyn GieKSy to mało. W dobie awansów, mistrzostw, czołowych lokat, które nie tylko w pierwszej lidze, ale i w ekstraklasie osiągane są w wyniku wyścigu ślimaków, torpeda wystrzelona przez Rafała Góraka zrobiła to w sposób po prostu efektowny. Kapitalnie broniąc i strzelając całe mnóstwo bramek. Średnia całego sezonu to dwie bramki na mecz. Czy to może nie dać awansu?

To była wspaniała runda, mnóstwo emocji i wybuchów euforii. Żadne zwycięstwo nie było przypadkiem. Jak GieKSa wygrywała wysoko, to dlatego, że było jej mało. Gdy wynik był niekorzystny, napierali, żeby wygrać – a wspomniana bramka Araka z Tychami powinna być oprawiona w ramkę lub zamknięta do pudełka i wysłana do Sevres jako wzór GieKSiarskiego charakteru. Ale nie tego z kilkunastu ostatnich lat, tylko tego, który cechował ten klub w latach świetności.

GieKSiarze, mamy tę chwilę radości – po dziewiętnastu latach wracamy tam, gdzie nasze miejsce!

3 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

3 komentarze

  1. Avatar photo

    PanGoroli

    27 maja 2024 at 18:07

    GieKSa w Ekstraklasie. Shellu znów pisze. Piekło zamarzło…

  2. Avatar photo

    Łukasz Z

    27 maja 2024 at 20:28

    Super felieton, świetnie oddający ten piękny sezon! Brawo Trenerze, brawo Piłkarze, brawo cała Gieksa!!! Piękny czas😃

  3. Avatar photo

    Dąbrówka Małą Norma

    27 maja 2024 at 21:49

    Z artykułu wynika że nasi pierwszy raz od 20-30 lat zaczęli w końcu grać jak trzeba. To dobrze bo prędzej bym się spodziewał awansu z powodu ustaleń przy zielonym stoliku, idiotycznych przepisów uwalających tych co nie spełnią głupich wymogów albo przypadkowego wykorzystania złej passy konkurencji. 19 lat to różnica całego pokolenia i większość aktualnie praktykujących kibiców nie może pamiętać poprzednich lat rozgrywek w ekstraklasie. Pozdrawiam i niech nasi tego nie zmarnują.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Mecz Legend GieKSy i Banika

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie sobotniego Meczu Przyjaźni zostanie rozegrane spotkanie Legend GKS Katowice i Banika Ostrava. Będzie to nie lada gratka dla fanów obu drużyn. Ci starsi będą mogli powspominać piłkarzy, których pamiętają z przeszłości, a młodsi – zobaczyć Legendy, o których opowiadali im starsi koledzy.

Do pierwszego spotkania Legend GKS Katowice i Banika Ostrava doszło na Bazalach 27 czerwca tego roku. To właśnie wtedy na legendarnym stadionie Bazaly odbywał się kibicowski turniej Chachar Cup 2026, a w Ostrawie pojawiło się ponad 1100 kibiców GieKSy. Sam mecz Legend zakończył się remisem 6:6. Poniżej relacja wideo z oficjalnej telewizji klubowej.

W sobotę w trójkolorowych barwach będziemy mogli zobaczyć: Artura Andruszczaka, Adama Kucza, Marka i Piotra Świerczewskich, Andrzeja Nikodema, Zdzisława Strojka, Grzegorza Górskiego, Damiana Sadowskiego, Dominika Sadzawickiego, Dawida Plizgę i Jarosława Tkocza. Trenerem naszej drużyny będzie Piotr Piekarczyk. 

Banik reprezentować mają: Nemanja Kuzmanović, Vít Baránek, Martin Lukeš, Aleš Neuwirth, Antonín Buček, Petr Zajaroš, Rostislav Pikonský, Marek Heinz, Jan Daněk, Michal Daněk, Jan Laštůvka, Michal Papadopulos i Pavel Besta.

Przypominamy, że cały czas dostępne są bilety na sobotni Mecz Przyjaźni. Najprościej wejściówki zakupić na www.bilety.GKSKatowice.eu.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna kobiet

Demolka stołecznej drużyny

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kibice długo czekali na powrót Ekstraligi do Katowic, jednak zawodniczki w pełni wynagrodziły dłuższy okres piłkarskiej pustki aż sześcioma bramkami. 

Jeśli wracać po przerwie reprezentacyjnej, to tylko z takim hukiem, jak Patricia Hmirova! Po pressingu Kalaberovej i jej późniejszej centrze Hmirova tylko dołożyła nogę do pustej siatki, Nowak bardzo źle obliczyła sytuację i opuściła posterunek. Legia bardzo łatwo pozwalała wrzucać sobie długie piłki w boczne strefy, już chwilę później Nicola Brzęczek po takim zagraniu otrzymała piłkę na 12. metr od Klaudii Maciążki i tylko pozycja spalona pozbawiła ją szansy na bramkę. W 8. minucie po stracie McLaughlin wydawało się, że swoją szansę będą miały przyjezdne – nic bardziej mylnego. Błyskawicznie z Kalaberovą odzyskały posiadanie, a Hmirova ruszyła sam na sam w przegrany pojedynek z Nowak. Gra Legii zupełnie się nie kleiła w pierwszych akcjach, choć z każdą minutą udawało im się przedzierać coraz bliżej bramki Frankovej. W 13. minucie w końcu udało się stworzyć zagrożenie po błędzie przy przekazaniu krycia Zawadzkiej z Milovanović, choć golkiperka GieKSy zdawała się mieć wszystko pod kontrolą. Po przerwie spowodowanej urazem nastąpił rzut rożny, po którym Julia Przybył idealnie odnalazła głowę McLaughlin – nie udało się Legii dobrze zablokować jej wbiegnięcia. W 26. minucie złe wybicie Milovanović powinno zakończyć się przynajmniej sytuacją bramkową, jej błąd naprawiła Marcjanna Zawadzka zablokowaniem uderzenia. Dwie minuty później, po centrze Maciążki, o krok była Hmirova od wykorzystania równie nieudanego wybicia defensorki, która zdołała jednak w porę się obrócić i tym razem skutecznie wyekspediować piłkę na połowę gospodyń. 32. minutę rozpoczęła Julia Przybył od ciętej wrzutki na 7. metr, najmniejszy błąd przy próbie wyjaśnienia akcji spowodowałby ogromne zamieszanie. Chwila oddechu, wrzut z autu pomocniczki przerodził się w błyskawiczny zwód Hmirovej i podanie wzdłuż bramki do Kalaberovej, która wślizgiem dopełniła formalności. Zupełnie Legia odpuściła krycie przy tym fragmencie gry, jakby od początku nie wierzyły w możliwość jego obrony. Samodzielnie odpowiedziała Materek, oddając celny i kozłujący, acz lekki strzał w pobliże słupka bramki Frankovej. Podwyższyć mogła Maciążka po podaniu McLaughlin za linię defensywy, liniowa uniosła jednak chorągiewkę.  Po rzucie rożnym nieco później znów było groźnie, Hmirova huknęła w bliższe okienko i Nowak bardzo dobrze interweniowała. Poprawka Słowaczki spod drugiej chorągiewki i Amerykanka głowkowała w poprzeczkę, znów było bardzo blisko. W 42. minucie po podaniu z pierwszej piłki Hmirovej przez całą szerokość boiska Maciążka na pełnym spokoju zmyliła trzy przeciwniczki, posyłając piłkę obok bezradnej golkiperki. Już w doliczonej części McLaughlin wypuściła prawą półprzestrzenią Kalaberovą, Nowak zdołała w porę zareagować i wyjść z własnej bramki.

W 49. minucie kapitalną interwencją wykazała się Nowak, McLaughlin po centrze Hmirovej zupełnie niepilnowana odnalazła się w szesnastce i huknęła pod poprzeczkę. Kolejny rzut wolny i tym razem to słupek uratował Legię przed utratą bramki, po niecelnym strzale Zawadzkiej do piłki dopadła jeszcze Jaszek i minimalnie zabrakło jej do szczęścia. Rzut rożny to jednak coś, z czym Legia sobie nie mogła poradzić – Przybył odnalazła Molly McLaughlin, a ta skorzystała z prezencji Dżesiki Jaszek angażującej defensorki i sfinalizowała centrę. W 59. minucie bardzo wysoko z bramki wyskoczyła Nowak, mimo kiksu skutecznie zażegnując kontrę Kalaberovej. Kilka podań i już jednak drugą flanką gnała Julia Przybył, ostatecznie posyłając „rogalika” na dłuższy słupek i wcale nie zabrakło wiele do ładnego trafienia. W 65. minucie GieKSa zmarnowała przynajmniej 2.0 łącznego xG: po wrzutce Maciążki przed samą bramkarką nie trafiały czysto kolejno Kalaberova, Jaszek i ostatecznie Hmirova. Takie pudła spotkały się z zasłużonym ostrzeżeniem, gdy Kinga Bużan huknęła z dystansu w poprzeczkę bramki Frankovej. Swojego szczęścia spróbowała także Kazanecka, po udanym dryblingu uderzając w stronę krótkiego słupka. W 80. minucie strzał po zgraniu Jaszek oddała Vojtkova, piłka po rykoszecie znalazła się w rękawicach Nowak. Chwila nieuwagi w końcówce, i już Hmirova podaniem odnalazła wybiegającą Klaudię Maciążkę. Wiktoria Nowak zdołała uprzedzić jeszcze Dżesikę Jaszek, lecz dobitą piłkę bezlitośnie wpakowała do bramki Amelia Bińkowska.

Legia Ladies do Warszawy wraca z bagażem aż sześciu trafień, a komplet punktów zostaje w Katowicach!

26 września 2026 rok, Katowice
GKS Katowice – Legia Ladies 6:0 (4:0)
Bramki:
Hmirova (3), McLaughlin (23, 53), Kalaberova (33), Maciążka (42), Bińkowska (90).
GKS Katowice:
Fraňková – Milovanović, Zawadzka, Kłoda – Kaláberová (74. Bińkowska), McLaughlin (65. Vojtkova), Šurnovská (46. Kozarzewska), Przybył (65. Turkiewicz) – Maciążka, Brzęczek (46. Jaszek), Hmírová.
Legia: Nowak – Sokołowska, Grabowska (24. Zielińska), Kurzelowska, Prochowska, Materek (59. Grosicka), Bużan, Drożyńska (46. Koźmińska), Nestorowicz, Kazanecka (59. Jankiewicz), Dubiel.
Kartki: Kłoda.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga