Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Piąta bitwa dla Katowic!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
W drugim spotkaniu rundy rewanżowej Orlen Ekstraligi nasza kobieca drużyna pokonała Stomilanki Olsztyn 3:0 (0:0). Kolejne spotkanie zespół rozegra na wyjeździe z Górnikiem Łęczna. Spotkanie rozpocznie się w sobotę (szesnastego marca) o godzinie 20:00. W ostatnią niedzielę piłkarze rozegrali zwycięskie spotkanie z Resovią Rzeszów. Kolejne spotkanie zespół rozegra w niedzielę (siedemnastego marca), na Bukowej z Podbeskidziem. Mecz rozpocznie się o godzinie 15:00.
W ubiegłym tygodniu siatkarze rozegrali dwa spotkania, oba przegrane po tie-breaku. W pierwszym z nich przegrali na wyjeździe z Hemarpol Częstochowa, w drugim, w hali w Szopienicach z Asseco Resovią. Następne spotkanie zespół rozegra na wyjeździe, ze Skrą Bełchatów. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 17:30, w piątek, piętnastego marca.
W ćwierćfinale play-off THL nasz zespół rozegrał kolejne trzy spotkania z Zagłębiem Sosnowiec. W pierwszym z nich wygrał 2:1, w kolejnym przegrał po dogrywce 3:4, a w trzecim wygrał 2:0. Kolejne spotkanie zostanie rozegrane dzisiaj (dwunastego marca) od godziny 18:30, w Sosnowcu. Ewentualne siódme spotkanie zostanie rozegrane w Satelicie, w czwartek (czternastego marca). W rywalizacji prowadzi GieKSa 3:2, zwycięzca czterech spotkań awansuje do półfinału.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Orlen Ekstraliga: Katowiczanki pewnie wygrywają z beniaminkiem z Olsztyna
Na stadionie przy ulicy Bukowej mistrzynie Polski podjęły beniaminka z Olsztyna. Mimo dobrej postawy w pierwszej połowie Stomilanki nie dały rady sprawić niespodzianki.
Obie drużyny rozpoczęły rundę wiosenną podobnie, w pierwszej wiosennej kolejce przegrały 0:3. O ile Stomilanki mają duże problemy jako beniaminek, to porażka GKSu w Sosnowcu było sporą niespodzianką. Katowiczanki rozpoczęły mecz z drużyną z Olsztyna od narzucenia swojego stylu gry, jednak pierwsze 20 minut nic ciekawego na boisku się nie działo. W 21 minucie atak wyprowadziły Stomilanki, a Frederica Dall’ara groźnie strzeliła na bramkę gospodyń. Kinga Seweryn jednak była na posterunku i obroniła strzał i dobitkę Włoszki polskiego pochodzenia. W odpowiedzi Anita Turkiewicz centrostrzałem próbowała zaskoczyć Ewę Sikorę. Kwadrans później przed szansą stanęła ponownie Dall’ara, ale bramkarka GKSu obroniła groźnie uderzenie. Mimo przewagi katowiczanek pierwsza połowa zakończyła niespodziewanie bezbramkowym remisem.
Drugą połowę katowiczanki rozpoczęły od mocnego uderzenia. W 50 minucie Dżesika Jaszek wykorzystała błąd Ewy Sikory i zdobyła bramkę dla GKSu. Przewaga śląskiego z minuty na minutę była coraz większa. W 66 minucie ponownie Jaszek po podaniu Bednarz trafiła do siatki drużyny z Warmii, jednak napastniczka Katowic był na pozycji spalonej. Co nie udało się wtedy, powiodło się 3 minuty później. Klaudia Słowińska podała do Dżesiki Jaszek, a ta nie zmarnowała swojej szansy podwyższając prowadzenie na 2:0. Dzieła zniszczenia dokonała Julia Włodarczyk w 89 minucie, trafiając do bramki po asyście Klaudii Maciążki. Po dwóch diametralnie różnych połowach GKS zdobywa ważne trzy punkty.
dziennikzachodni.pl – Rafał Musioł: Zasłyszana rozmowa, czyli pamiętajcie, że to GieKSa
Klub z Bukowej ma już na koncie sporo zmarnowanych piłek sezonowych. W całym swoim pierwszoligowym zesłaniu tylko dwa razy znalazł się w czołowej szóstce i to przed erą barażową – pisze Rafał Musioł, redaktor działu sportowego Dziennika Zachodniego.
Najpierw zdanie z rozmowy nieoficjalnej, ale nie zdobyty przy wykorzystaniu Pegasusa. Po gali z okazji 60-tych urodzin GKS Katowice odbył się skrzący od dawnych gwiazd tego klubu całkiem udany bankiet. W jego trakcie pojawił sie oczywiście wątek współczesnych perspektyw zespołu piłkarzy. Jeden z optymistycznie nastawionych gości wyliczył najbliższych rywali ekipy Rafała Góraka i stwierdził: – To właściwie spacerek do szóstki, a potem już z górki do baraży i Ekstraklasy. Wtedy padła odpowiedź, która przypominała świst strzały trafiającej w cel: – Pamiętaj, że mówisz o GieKSie….
Przytaczam ten dialog nie z wrodzonej złośliwości, ale ze względu na trafność tego z pozoru prostego i niezamierzenie ironicznego stwierdzenia. Bo rzeczywiście klub z Bukowej ma już na koncie sporo zmarnowanych piłek sezonowych. W całym swoim pierwszoligowym zesłaniu tylko dwa razy znalazł się w czołowej szóstce (przed erą barażową), chociaż bywały w tej stawce konfiguracje, z których awans wydawał się obowiązkiem.
Bogactwo tłumaczeń takiego stanu rzeczy jest imponujące, z nieśmiertelnym wytrychem w postaci szerzej niezdefiniowanej presji, która nigdzie na świecie nie paraliżuje piłkarzy tak, jak na Bukowej. O złych wyborach szkoleniowców, budowach zespołów bez DNA (kolejne modne dziś określenie) i niewystarczających środkach finansowych z miejskiej kasy, w kontekście tego tajemniczego „ciśnienia” nie ma nawet co wspominać.
Te lata bolesnych doświadczeń sprawiły, że w obecnych rozgrywkach kibice chłodno podchodzą do wyczynów zawodników, skupiając się na żądaniu zmiany trenera. A tymczasem jego ekipa wczoraj dogoniła szóstkę i ma przed sobą mecze z Podbeskidziem i Zagłębiem. I co teraz? Będzie jak zwykle czy też GKS wreszcie przestanie być nieszczęsną „GieKSą”?
SIATKÓWKA
siatka.org – Pięciosetowy bój w Częstochowie dla gospodarzy
Siatkarze Exact Systems Hemarpolu Częstochowa sprawili swoim kibicom prawdziwy rollercoaster. Najpierw prowadzili 2:0, później dali GKS-owi wyrównać, a w tie-breaku w końcówce przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę.
To katowicka ekipa lepiej zaczęła mecz. Choć po stronie gospodarzy robił, co mógł Dulski, to GKS prowadził. Po bloku Łukasza Usowicza i kontrze Marcina Walińskiego nawet 8:4. Wtedy o czas poprosił trener częstochowian i sytuacja zaczęła się zmieniać przy zagrywkach Janusa. Cały czas jednak rywale utrzymywali przewagę, bo po stronie miejscowych pojawiły się też błędy. Dopiero blok Rafała Sobańskiego dał remis po 14. Gdy w polu serwisowym stanął Janus, ekipa spod Jasnej Góry punktowała w kontrze raz za razem. Robił to głównie Dulski i wyprowadził swój zespół na 18:15. To jego uderzenia dodawały skrzydeł gospodarzom. GKS zaczął popełniać błędy i w końcówce trudno było mu nawiązać walkę.
Katowiccy siatkarze po kontrze Jakuba Jarosza prowadzili na otwarcie drugiego seta 2:0, ale tylko przez chwilę. Znowu Dulski, m.in. zagrywką, dał się im we znaki i częstochowski zespół szybko odskoczył na 6:3. Gra się jednak wyrównała, GKS dobrze blokował, a pomyłek nie ustrzegli się miejscowi. W połowie seta kontra Dulskiego zmusiła trenera Słabego do reakcji i poproszenia o czas, bowiem rywale odskoczyli na 17:13. Sobański i Dulski trzymali atak częstochowian do samego końca. Po drugiej stronie z tym elementem było różnie, GKS nie skończył kilku uderzeń, więc miejscowym łatwiej było wygrać i tę odsłonę.
Od początku kolejnej części meczu po stronie gości bardzo aktywny i skuteczny zarazem był Vasina. To po serii jego zagrywek GKS odskoczył też na 11:6. To trochę ostudziło zapał rywali, którzy zaczęli się też mylić. Błędy przydarzały się też przyjezdnym, ale byli w stanie utrzymywać przewagę. W końcówce Usowicz zaliczył udane akcje w bloku, a prowadzenie GKS-u było niezagrożone i ten niedługo później przedłużył to starcie.
Podrażnieni gospodarze rozpoczęli kolejną partię od dwupunktowego prowadzenia, ale tym razem przeciwnicy szybko wyrównali. Ciągle gonili też wynik, bo częstochowianie cały czas budowali przewagę. Gdy jednak w ataku pomylił się Damian Kogut, a kontrę skończył Damian Domagała, GKS prowadził 10:8. Skuteczny był też Waliński, a Usowicz nadal dobrze dysponowany w bloku. Goście zmierzali pewnie do tie-breaka (17:13). Jeszcze Borkowski zagrywką próbował odwrócić losy tej partii, ale zespół z Katowic nie dał sobie wyrwać wygranej w tej partii.
W tie-breaku ekipy szły łeb w łeb. Prowadzenie zmieniało na początku strony. GKS-owi udało się wypracować dwupunktową nadwyżkę dopiero przy stanie 10:8, gdy w ataku pomylił się Dulski. O czas poprosił trener gospodarzy, ale po nim punktującą zagrywkę dołożył Vasina i przyjezdni mocno zbliżyli się do wygranej w całym meczu. Zakończenie go wcale nie było proste, gdyż kontra Dulskiego zbliżyła zespoły na 12:13 i końcówka była niezwykle zacięta. Emocje sięgnęły zenitu, gdy Dulski skończył długą wymianę i wyrównał po 14. W kolejnej akcji zatrzymał Domagałę i pikę meczową mieli gospodarze. Ostatni punkt oddał rywalom Domagała, psując atak.
Exact Systems Hemarpol Częstochowa – GKS Katowice 3:2 (25:21, 25:19, 22:25, 21:25, 16:14)
Huśtawka formy Resovii – w Katowicach zdobyła 2 punkty
Siatkarze Asseco Resovii po dobrym meczu w Bełchatowie, ze zdecydowanie gorszej strony pokazali się w Katowicach. Wysoko przegrali dwie pierwsze partie, ale kolejne dwie udało im się zapisać na swoim koncie. O wszystkim musiał decydować tie-break. W nim od początku rzeszowianie mieli przewagę i dowieźli ją już do końca.
Od początku mecz stał pod znakiem walki cios za cios. Wprawdzie po akcji Marcina Walińskiego GKS odskoczył na 7:5, ale za sprawą Stephana Boyer Asseco Resovia szybko wróciła do gry. Obie drużyny wymieniały się ciosami, a wynik oscylował wokół remisu. Po zbiciu ze środka Łukasza Usowicza gospodarze ponownie podjęli próbę ucieczki, ale seria kontr Toreya Defalco spowodowała, że ekipa z Podkarpacia wciąż była w grze (18:18). Zanosiło się na zaciętą końcówkę, ale przy zagrywce Lukasa Vasiny katowiczanie wyprowadzili decydujący cios w premierowej odsłonie. Ostatecznie po akcji Walińskiego padła ona ich łupem 25:21.
W drugiego seta lepiej weszli przyjezdni, którzy po asie serwisowym Fabiana Drzyzgi zbudowali sobie niewielkie prowadzenie (3:1), lecz błyskawicznie je roztrwonili. Na siatce skutecznie prezentował się Jakub Jarosz, a przy zagrywce Davide Saitty to gospodarze przejęli inicjatywę na boisku (9:6). Korzystali z błędów rywali, a udane zbicie Walińskiego powiększyło ich przewagę (15:10). Po dwóch błędach Karola Kłosa wydawało się, że ta część meczu szybko się zakończy, ale za sprawą Klemena Cebulja rzeszowianie zbliżyli się jeszcze do przeciwników na 18:22. Na więcej jednak nie było ich stać, a zbicie ze środka Bartłomieja Krulickiego przypieczętowało zwycięstwo zespołu z Górnego Śląska (25:20).
Na początku trzeciej partii gospodarzom przytrafiło się kilka błędów, a czapa Yacine Louatiego sprawiła, że to goście zaczęli dyktować warunki gry (6:3). Waliński na spółkę z Vasiną próbowali odrabiać straty po stronie katowiczan, ale tym razem raz po raz nadziewali się oni na rzeszowski blok, przez co wciąż w lepszej sytuacji była drużyna trenera Medeiego (13:10). Udane zbicia dokładali Boyer i Jakub Kochanowski, a Asseco Resovia dążyła do przedłużenia spotkania. GKS zbliżył się jeszcze na 17:19, ale końcówka należała do rywali. W niej asem serwisowym popisał się Kochanowski, blok dołożył Kłos, a Resovia triumfowała 25:20.
W pierwszej fazie czwartej odsłony oba zespoły szły łeb w łeb, ale dzięki blokowi niewielką nadwyżkę wypracowali sobie gospodarze. Mogli oni liczyć na dużą liczbę błędów własnych po stronie rywali, dzięki czemu powiększał się dystans dzielący obie drużyny (12:9). Dopiero seria udanych zagrań duetu Louati/Jakub Bucki pozwoliła przyjezdnym wrócić do gry (17:17). Oba zespoły przy remisie weszły również w decydującą część seta. W niej to GKS miał jako pierwszy piłkę meczową, ale to rzeszowski blok, a następnie as serwisowy Buckiego przechyliły szalę zwycięstwa na stronę gości (27:25).
W tie-breaku rzeszowianie poszli za ciosem, a duet Cebulj/Kłos dał im prowadzenie 5:2. Dołożyli szczelny blok, a gospodarzom zdobywanie punktów przychodziło z coraz większym trudem. Na siatce przypomniał o sobie Jakub Bucki, a Asseco Resovia coraz śmielej kroczyła do zwycięstwa (10:5). Pojedyncze udane zagrania Usowicza czy Walińskiego nic nie dały już katowiczanom, a ich rywale po akcji Cebulja zakończyli spotkanie (15:9).
GKS Katowice – Asseco Resovia Rzeszów 2:3 (25:21, 25:20, 20:25, 25:27, 9:15)
polsatsport.pl – Sensacja była o krok! Siatkarze Asseco Resovii odwrócili losy meczu
Siatkarze GKS Katowice przegrali z Asseco Resovią 2:3 w meczu 25. kolejki PlusLigi. Solidnie grający gospodarze wykorzystali słabą dyspozycję rywali, wygrali dwa pierwsze sety i mieli też piłkę meczową w czwartej partii. Dobre zmiany w ekipie z Rzeszowa dali Yacine Louati i Jakub Bucki, goście zdołali wrócić do gry i odwrócili losy meczu.
HOKEJ
hokej.net – Trzeci mecz dla obrońców tytułu! Katowiczanie zwycięscy w Sosnowcu
Po ciężkim i zażartym boju hokeiści GKS-u Katowice zwyciężyli w trzecim meczu ćwierćfinałowej wojny z Zagłębiem Sosnowiec 2:1. W wypełnionym po brzegi Stadionie Zimowym triumfowali goście z Katowic, a o losach tego niezwykle zaciętego i emocjonującego spotkania zadecydował duet doświadczonych napastników Grzegorz Pasiut-Bartosz Fraszko, który potrafił wykorzystać najmniejsze błędy sosnowiczan.
Sosnowiczanie mimo kilku prób GKS-u Katowice z samego początku pierwszej odsłony uderzyli jako pierwsi. W czwartej minucie po strzale Romana Szturca gumę przejął Damian Tyczyński, minął leżącego Johna Murray i wprawił w euforię wypełniony po brzegi Stadion Zimowy.
Trzeba uczciwie przyznać, że wdalszej części pierwszej tercji owiele więcej do powiedzenia miała ósma drużyna sezonu zasadniczego. Tylko Johnowi Murrayowi katowiczanie zawdzięczają tylko jednobramkową stratę do rywali. Sosnowiczanie mieli swoje okazje zwłaszcza podczas gier w liczebnej przewadze, ale golkiper gości nie dał się zaskoczyć.
Jak to już w zwyczaju w tej rywalizacji, obie strony grały twardo i agresywnie na granicy przewinień. Bandy trzeszczały już w pierwszej odsłonie co oznaczało gigantyczne emocje przed drugą odsłoną.
Druga odsłona nie zawiodła wszystkich fanów hokeja. Oglądaliśmy twardy, zacięty bój o każdy centymetr lodu. Obydwie drużyny narzuciły ostre tempo i zarówno John Murray, jak i Patrik Spěšny mieli multum pola popisu.
Więcej z gry mieli katowiczanie ale gospodarze byli piekielnie niebezpieczni w kontrach. Każda sytuacja stykowa przy którymkolwiek bramkarzu oznaczało dziś szarpaniny i przepychanki. Sytuacja w spotkaniu zmieniła się w mało oczywistym momencie.
Podopieczni Piotra Sarnika podczas gry w przewadze w 38. minucie popełnili fatalny błąd, który wykorzystał Grzegorz Pasiut wraz z Bartoszem Fraszko. Akcję finalizował ten drugi z nich, który zdobywa już drugą bramkę w tej serii podczas gier w liczebnym deficycie.
Gospodarzy zamroczyła mocno ta bramka i jeszcze kilkukrotnie musiał wysilać się ich golkiper, by utrzymać wynik remisowy przed ostatnią odsłonę. Rezultat remisowy rzeczywiście się utrzymał i trzecia tercja zwiastowała ogromną dawkę emocji.
Trzecie tercja toczona była w szybkim tempie i obie ekipy chciały jak najszybciej zdobyć kolejną bramkę. Blisko tej sztuki kilkukrotnie byli zawodnicy z Sosnowca, ale John Murray był dzisiaj bardzo pewnym ogniwem swojej drużyny.
I znowu, tym razem w 46. minucie olbrzymi błąd popełniła sosnowiecka defensywa. Gospodarze zostawili niepilnowanego Grzegorza Pasiuta, którego podaniem znalazł Kacper Maciaś. „Profesor” nie zwykł marnować takich szans i pewnie wygrał pojedynek „oko w oko” z sosnowieckim bramkarzem.
Do końca spotkania to sosnowiczanie byli stroną dominującą, ale ich próby pełzły na niczym. Katowiczanie rozsądnie się cofnęli i byli w stanie dowieźć wynik do końca spotkania, czy to skuteczną defensywą, czy świetnymi interwencjami Johna Murraya.
Gigantyczne emocje w Sosnowcu! Zagłębie wyrównuje stan rywalizacji
Zawodnicy Zagłębia Sosnowiec wygrali po dogrywce z GKS-em Katowice 4:3 i wyrównali stan ćwierćfinałowej rywalizacji. Po bardzo emocjonującym widowisku podopieczni Piotra Sarnika wydarli zwycięstwo z rąk rywala, mimo że niecałe osiem minut przed końcem przegrywali dwoma bramkami. Kolejne starcie w tej niezwykle emocjonującej parze już w sobotę w „Satelicie”.
Podczas pierwszej tercji obie drużyny grały z rozsądkiem i rozwagą. Więcej z gry mieli obecni mistrzowie Polski, ale ich próby najczęściej kończyły się na Patriku Spěšným, który był dobrze dysponowany. Sosnowiczanie starali się nękać rywala z kontry.
Podopieczni Piotra Sarnika najdogodniejsze okazje do zdobycia bramki mieli, podczas gry w przewadze, a bliski szczęścia był Lindgren, jednak świetnie powstrzymał go John Murray. Goście z Katowic najbliżej szczęścia byli po strzale Jakuba Wanackiego, którego strzał skończył swoją drogę na słupku sosnowieckiej bramki.
Do końca pierwszej tercji obie drużyny nie potrafiły już przeforsować defensywy rywali i po pierwszej odsłonie mieliśmy bezbramkowy rezultat, który zwiastował ogromne emocje przed kolejnymi częściami.
Drugą tercja rozpoczęła się od mocnego akcentu gości. Już w 20. sekundzie Mateusz Bepierszcz świetnie przekierował tor lotu krążka po strzale Aleksiego Varttinena i nie dał szans interweniującemu golkiperowi Zagłębia.
Po stracie bramki katowiczanie nabrali wiatru w żagle i przejęli kontrolę nad spotkaniem. Sosnowiczanie przez długi czas nie mogli wyjść z własnej tercji, a Patrik Spěšný musiał uwijać się, jak w ukropie.
Pomimo tej przewagi przyjezdnych, kolejny cios wyprowadzili gospodarze. W jednej z nielicznych kontr tej tercji popędził Bucenko, który wypalił na bramkę, z jego strzałem poradził sobie jeszcze Murray ale wobec dobitki Andrejkiwa był już kompletnie bezradny i podopieczni Piotra Sarnik zagwarantowali sobie remis przed ostatnią odsłoną.
Trzecia tercja była zdecydowanie najbardziej zwariowaną z huśtawką nastrojów. Znów lepiej w nią weszli przyjezdni z Katowic. W 47. minucie Shigeki Hitosato popędził lewym skrzydłem, wypalił i zdobył “bramkę-stadiony świata”. Japończyk jakimś cudem zmieścił gumę przy krótkim słupku.
Sosnowiczanie za wszelką cenę chcieli odrobić bramkę straty ale sytuacja ze złej przemieniła się w dramatyczną. Otwarci gospodarze narażali się na kontry GieKsy. W 53. minucie jedna z takich kontr przyniosła świetną akcję sfinalizowaną celnym uderzeniem przez Kacpra Maciasia.
Młody defensor cieszył się z bramki nieco prowokacyjnie nadstawiając ucha, jakby nie słyszał sosnowieckich trybun. Dość sporną decyzję podjęli wówczas sędziowie o wykluczeniu Maciasia za niesportowe zachowanie.
Gospodarze nie zmarnowali szansy od losu i wykorzystali grę w przewadze za sprawą Patryka Krężołka i znów złapali kontakt. Mało, kto jednak spodziewał się, że 119 sekund wypełniony po brzegi Stadion Zimowy znów będzie mógł wybuchnąć radością. Stało się to za sprawą Damiana Tyczyńskiego, który po wzorowej kontrze przymierzył ponad parkanem Murraya i dał Zagłębiu wyrównanie.
Obie ekipy chciały wygrać jeszcze spotkanie w regulaminowym czasie ale bramkarze spisali się na medal i w Sosnowcu potrzebna była dogrywka.
Trzeba przyznać, że w dogrywce jak i całym spotkaniu to goście mieli więcej z gry, ale przez większą część czasu niewiele z tego wynikało. Gospodarze starali się wypadać z kontrami, ale te kończyły się często w tercji neutralnej.
W końcu udało się miejscowym zaskoczyć, w 68. minucie spotkania Szturc świetnie dobił strzał Andrejkiwa i obudził po raz ostatni tego dnia sosnowiecką arenę. Zagłębie wygrywa i wyrównuje stan rywalizacji.
Chyba mało, kto spodziewał się, że w tej parze dojdzie do pojedynku nr 5, a chyba nikt nie przypuszczał, że przystąpimy do niego z remisowego stanu rywalizacji 2-2. Sosnowiczanie nie mają nic do stracenia, a katowiczanie muszą zdjąć z siebie presję i zwyciężyć w piątym spotkaniu.
Piąta bitwa dla Katowic! GKS o krok od półfinału
46 minut 40 sekund, tyle czasu potrzebował zespół GKS-u Katowice aby znaleźć sposób na świetnie dysponowanego Patrika Spěšnego. Po trafieniach Bartosza Fraszki oraz Grzegorza Pasiuta, piąte spotkanie padło łupem mistrzów Polski, którzy objęli prowadzenie w serii 3:2 i są o krok od zameldowania się w półfinale.
Punktualnie o godzinie 17:00 został rzucony krążek inaugurujący piąty akt niezwykle emocjonującej rywalizacji pomiędzy GKS-em Katowice a Zagłębiem Sosnowiec. Już pierwsze sekundy zdradzały ciężar gatunkowy dzisiejszego spotkania. Decyzje podejmowane przez zawodników obu stron oparte były przede wszystkim na odpowiedzialności. Pierwsi do głosu doszli zawodnicy Jacka Płachty, którzy dążyli do dłuższego utrzymywania się przy krążku. Pomysłem mistrzów Polski na otwarcie wyniku były uderzenia spod niebieskiej linii połączone z twardą pracą na Patriku Spěšnym. Goście ciężko pracując w obronie, starali się kolejny raz zadać ciosy poprzez wyprowadzanie zabójczych kontrataków.
Wydarzenia początku drugiej odsłony skupiały się w tercji Zagłębia. Podopiecznym Piotra Sarnika, należy oddać jednak, że umiejętnie bronili dostępu do własnej bramki. W 26. minucie gości czekał okres wzmożonej pracy w defensywie, gdy do boksu kar zawitał Oskar Krawczyk. Z liczebnej przewagi na lodzie użytek zrobił Sam Marklund, który znalazł się w optymalnej pozycji strzeleckiej, jednak jego intencje uderzenia po długim rogu doskonale odczytał Spěšný. Choć w kolejnych minutach Zagłębie próbowało dążyć do otwarcia gry i wyrównania przebiegu spotkania, wciąż więcej jakości było po stronie mistrzów Polski.
W pierwszych 5. minutach nieco piachu we własne tryby wsypali zawodnicy Zagłębia, rozpoczynając trzecią tercje od dwóch wykluczeń. W bramce Zagłębia świetnie dysponowany był jednak „Pan bramkarz” Patrik Spěšný, który dwoił się i troił, aby jego drużyna nie straciła bramki. Najboleśniej o formie sosnowieckiego bramkarza przekonał się Bartosz Fraszko, któremu Spěšný dwukrotnie zamykał drogę do bramki przy krótkim słupku w sytuacjach w których wydawało się, że nie miał szans na skuteczną interwencję. Bramka gości została odczarowana w 47. minucie. Mocny strzał pod poprzeczkę zaskoczył Spěšnego i spowodował wybuch radości w „Satelicie”. Pieczęć nad zwycięstwem GKS położył w 58. minucie. W okresie gry czterech na czterech Bartosz Fraszko ruszył z krążkiem na bramkę rywala. Mimo, że przegrał on pojedynek „twarzą w twarz” ze Spěšným, po chwili krążek dobił Grzegorz Pasiut, który ustalił wynik spotkania.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Piynciok na Arenie Katowice!
W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.
Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.
W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!
GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.
23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

Najnowsze komentarze