Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Znakomity Murray i fińskie trafienia. Katowiczanie w połowie drogi do mistrzostwa!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Piłkarki GieKSy w spotkaniu szesnastej kolejki rozgrywek Orlen Ekstraligi wygrały na wyjeździe, w Gdańsku z APLG-iem Gdańsk 2:0 (1:0). Ze względu na mecze reprezentacji następna runda spotkań zostanie rozegrana po Świętach Wielkanocnych, w weekend 15-16 kwietnia. Piłkarki zmierzą się, w Katowicach z KKP Bydgoszcz. Drużyna męska, ze względu na spotkania reprezentacji, zamiast meczu ligowego rozegrała sparing z Legią Warszawa, w którym uległa 0:3 (0:1). Kolejny mecz ligowy zespół rozegra na wyjeździe pierwszego kwietnia, od godziny 20:00 z Arką Gdynia.

Siatkarze w minionym tygodniu rozegrali jedno spotkanie, w którym ulegli ZAKSie Kędzierzyn – Koźle 0:3. Ostatnie spotkanie ligowe sezonu zasadniczego drużyna rozegra w piątek, 31 marca w Katowicach z Resovią Rzeszów. Początek meczu o godzinie 20:30.

Po wygranej, 4:0 z Cracovią, w siódmym spotkaniu półfinałowym rozgrywek Polskiej Hokej Ligi hokeiści awansowali do finału rozgrywek w którym walczą o złote medale z GKS-em Tychy. W sobotę i niedzielę, w Tychach, rozegrano dwa pierwsze spotkania w których GieKSa pokonała rywali odpowiednio 3:1 i 2:1. W tym tygodniu zostaną na pewno rozegrane w Satelicie dwa mecze: w środę i czwartek (29 i 30 marca). Początek rywalizacji odpowiednio o 20:15 i 19:30. Ewentualne kolejne spotkania zostały zaplanowane na drugiego, czwartego i szóstego kwietnia. Mistrzem Polski zostanie drużyna, która wygra cztery spotkania.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – GKS Katowice wywozi komplet punktów z północy

GKS Katowice pokonał Orlen Gdańsk 2:0 w meczu 18.kolejki Orlen Ekstraligi i powrócił na fotel lidera. Zwycięstwo przyjezdnym zapewniła Weronika Kłoda i Amelia Bińkowska.

Gdańszczanki, które osiągnęły ostatnio historyczny sukces w Pucharze Polski awansując do 1/8 finału rozpoczęły mecz ambitnie stawiając Katowiczankom twarde warunki. Przez pierwsze minuty gospodynie utrzymywały się na połowie rywalek. Po pierwszych minutach w których gospodynie atakowało inicjatywę przejęły przyjezdne i w 21.minucie uderzeniem głową Weronika Kłoda wyprowadziła swój zespół na prowadzenie. Mimo straty bramki zawodniczki Orlenu nie podłamały się a gra zrobiła się jeszcze bardziej ostra co skończyło się między innymi ukaraniem zawodniczki Orlenu Tarnawskiej żółtym kartonikiem w 25 minucie. Do przerwy wynik się nie zmienił chociaż w 43 minucie Klaudia Słowińska miała wymarzoną sytuację by doprowadzić do remisu jednak na posterunku stanęła Kinga Seweryn. Tuż przed przerwą w zderzeniu z Kim Sanford, Patrycja Kozarzewska doznała kontuzji i do końca pierwszej połowy nie wróciła na plac gry.

W drugiej połowie Kozarzewską zastąpiła Aleksandra Drąg. Zawodniczki z Katowic coraz mocniej naciskały na Gdańszczanki, które zostały cofnięte do defensywy. Gdyby nie Kim Sanford, która jest opoką obrony Orlenu zgospodynie mogłyby stracić jeszcze niejedną bramkę. W 76. minucie Klaudia Maciążka zagrała spod końcowej linii w pole karne z piłką minęła się Nikola Brzęczek, ale piłkę dopadła Amelia Bińkowska która płaskim strzałem zrób bramki podwyższyła wynik na 2:0.  Parę minut później Amelia miała jeszcze jedną szansę jednak nie trafiła do bramki. Zawodniczki GKS-u Katowice po ciężkim meczu wywiozły trzy punkty z Gdańska.

 

legioniści.com – Legia Warszawa 3-0 GKS Katowice

W sparingowym meczu, rozegranym w Legia Training Center, Legia Warszawa wygrała z pierwszoligowym GKS-em Katowice 3-0. Do przerwy legioniści prowadzili 1-0.

Legioniści wyszli na to spotkanie w nieco zmienionym składzie. Na boisku zobaczyliśmy Lindsaya Rose’a, Jurgena Celhakę czy Makanę Baku. Pierwsza połowa była bardzo spokojna, pod całkowite dyktando gospodarzy, ale ciekawe sytuacje podbramkowe można policzyć na palcach jednej ręki. Legioniści oddali kilka strzałów, jednak po większości z nich piłka przelatywała nad poprzeczką. W 10. minucie mieliśmy pierwszą godną uwagi sytuację – Ernest Muci zagrał futbolówkę w pole karne, a Bartosz Kapustka uderzył z czuba prosto w bramkarza. W 23. minucie swoich sił próbował Makana Baku, jednak strzelił tak niecelnie, że piłka przeleciała ponad piłkochwytami i niemal trafiła w okno budynku akademii. 5 minut później mocne uderzenie oddał Josue, ale zrobił to nieskutecznie. Podobnie było w 31. minucie, kiedy to po raz kolejny piłka przeleciała nad poprzeczką. Jeszcze w 36. minucie Ernest Muci posłał piłkę ponad bramką, ale minutę później uderzył już celnie i skutecznie. Zawodnik Legii popędził środkiem boiska i oddał mocny strzał w okienko z ok. 20 metrów. Bramkarz był w tej sytuacji bez szans. Jak się okazało, to był jedyny gol w tej części spotkania.

Na drugą połowę legioniści wyszli z kilkoma zmianami w składzie. Podobnie jak w pierwszej części, dużo było rozgrywania piłki, a niewiele sytuacji bramkowych. Legia nadal dominowała na boisku, choć rywale mieli 2 sytuacje. W 53. minucie wykonywali rzut rożny, ale dośrodkowanie wybił Rafał Augustyniak. Z kolei w 59. minucie Zbigniew Wojciechowski oddał niecelny strzał. 10 minut później drugą bramkę dla Legii zdobył Patryk Sokołowski, który uderzył głową po podaniu Makany Baku. Jeszcze w końcówce akcję przeprowadzili legioniści, ale piłkę stracił Kisiel, a rywale mieli rzut rożny, jednak nie zamienili go na groźną sytuację, z której mógłby paść gol. W ostatnich sekundach piłkę pod poprzeczkę posłał Sokołowski i spotkanie zakończyło się wynikiem 3-0.

 

SIATKÓWKA

sportdziennik.com – Popis w polu serwisowym

Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle dla graczy GieKSy z pewnością nie należy do ulubionych.

Przez lata, w których występują w ekstraklasie, a jest to już ich siódmy sezon, udało im się ją pokonać tylko raz, 3:1 w rozgrywkach 2017/18. Mimo fatalnego bilansu wierzyli, że tym razem mogą sprawić niespodziankę w Kędzierzynie-Koźlu. – To zespół jak każdy inny. Liga pokazuje, że każdy może wygrać z każdym. Zostały nam dwa mecze do końca rundy zasadniczej. Nie możemy już za bardzo wskoczyć wyżej w tabeli ani spaść, więc będziemy grać dla siebie i dla kibiców – mówił przed meczem w rozmowie z klubowymi mediami rozgrywający GKS, Jakub Nowosielski.

Początek spotkania w wykonaniu katowiczan był obiecujący. Dwukrotnie udało im się złapać w bloku Łukasza Kaczmarka, sami zaś kończyli swoje akcje. Dokładnie rozgrywał Georgi Seganow – dwa razy popisał się też udanymi kiwkami – a efektownie atakowali Jakub Szymański oraz Damian Domagała. Goście wygrywali nawet 16:14. I wtedy zaczął się ich dramat. W roli głównej wystąpił David Smith. Amerykanin po raz kolejny pokazał, jak silną jego stroną jest zagrywka. Raz za razem zmuszał przyjmujących gości do błędów. Grzegorz Słaby, trener GieKSy, starał się ratować sytuację, wprowadzając do gry Wiktora Mielczarka, który wszedł za Gonzalo Quirogę. Niewiele to zmieniło. Mielczarek przyjmował równie słabo, co Argentyńczyk.

Gospodarze przejęli inicjatywę. Rozegrał się Bartosz Bednorz. Coraz lepiej grali też Aleksander Śliwka, Kaczmarek oraz obaj środkowi Dmytro Paszycki i Smith. Katowiczanie końcówkę oddali praktycznie bez walki. W kolejnych partiach też niewiele zdziałali. Na tle mistrzów Polski prezentowali się bardzo słabo. Szwankowało przede wszystkim przyjęcie zagrywki. Po serwisach Kaczmarka, Śliwki, Smitha i przede wszystkim Bednorza gospodarze seryjnie zapisywali na swoim koncie punkty. W sumie w meczu zaserwowali aż 10 asów przy zaledwie 12 zepsutych zagrywkach. To rewelacyjna statystyka. Zaimponował Bednorz, który miał pięć asów! I w taki sposób miejscowi zakończyli spotkanie. Na zagrywkę Paszyckiego nie zareagowali ani libero Bartosz Mariański, ani Jakub Szymański.

Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle – GKS Katowice 3:0 (25:22, 25:14, 25:16)

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Hokeiści „GieKSy” w finale!

GieKSa do play offu startowała z pozycji nr 4, ale hokeiści swoim charakterem sprawili, że znów zagrają o złoto.

Czternaście meczów rozegrali obrońcy tytułu mistrzowskiego z Katowic, by znów znaleźć się w finale. W ćwierćfinale z JKH GKS-em Jastrzębie oraz w półfinale z Comarch Cracovią były niesłychane emocje i zwroty akcji. GieKSiarze wykazali się niezłomnymi charakterami i w najważniejszych momentach okazali się skuteczniejsi. Ostatnia potyczka pod Wawelem pokazała kunszt taktyczny hokeistów z Katowic.

Marcin Kolusz, doświadczony i uniwersalny zawodnik, po kilka meczach nieobecności z powodu kontuzji powrócił do drużyny. To była jedyna roszada w składzie GKS-u. Natomiast trener Rudolf Rohaczek pozostawił taki sam skład, jak w ostatnim, zwycięskim meczu w „Satelicie”. Oba zespoły rozpoczęły spokojnie, nieco asekuracyjnie, ale szukały szans, by otworzyć wynik. Jakub Wanacki zdecydował się na indywidualną akcję, minął dwóch rywali i strzelił z ostrego kąta. Rok Stojanović wyczuł intencję strzelca. W 11 min Patryk Wronka i Damian Kapica próbowali zaskoczyć Johna Murraya.

Goście wykazywali większą inicjatywę i częściej byli w posiadaniu krążka. Bartosz Fraszko (14 min) w swoim stylu znalazł się między kołami bulikowymi i strzelił, ale krążek został zatrzymany przez słoweńskiego golkipera. W 15 min starania GKS-u zostały nagrodzone golem. Kanadyjczyk Brandon Magee uderzył z trudnej pozycji i krążek, ku zaskoczeniu wszystkich, wpadł do siatki. Goście w pełni zasłużyli na gola, bo mieli nieco więcej z gry i oddali więcej strzałów w tej tercji.

Jedni i drudzy przede wszystkim starali się zabezpieczyć własna bramkę, ale nie zapominali o atakach. „Pasy” 2-krotnie za sprawą Daniela Krejciego próbowały doprowadzić do remisu. Swoją szansę w 29 min miał Martin Kasperlik, ale posłał krążek pod poprzeczkę. W 28 min Alan Łyszczarczyk w dynamicznym rajdzie uderzył silnie, ale bez powodzenia. Goście, grając rozważnie i ekonomicznie, mieli również swoje szanse. W 32 min Hampus Olsson w sytuacji 2 na 1 zdecydował się na strzał, choć lepiej był ustawiony Teemu Pulkkinen. Rosły Szwed w pełni się zrehabilitował w 39 min, kiedy sfinalizował składną akcję Romana Simka i Jonny Monto. Nieco wcześnie właśnie Simek oraz Shigeki Hitosato zatrudnili Stojanovicia, ale bez rezultatu.

Gdy do końca tercji było 0,5 sek. Grzegorz Pasiut w na niebieskiej linii rywala próbował odebrać krążek, ale sędziowie uznali, że zaatakował rywala kolanem. Tym sposobem początek ostatniej odsłony rozpoczął się od przewagi „Pasów”, które w tym momencie nie miały nic do stracenia. A tymczasem grały niemrawo i podczas przewagi ani razu poważnie nie zagroziły bramce GKS-u. Goście umiejętnie się bronili i już w strefie neutralnej przejmowali krążek, wybijając go do tercji gospodarzy. W 43 min Roman Graborenko za atak łokciem znalazł się na ławie kar, ale goście również tej okazji nie wykorzystali. Minuty płynęły, a wynik ciągle się nie zmieniał.

W końcu niezawodny Pasiut znów wykazał się sprytem i popędził w towarzystwie Fraszki na bramkę „Pasów”. Nie podawał do kolegi, lecz zdecydował się na uderzenie i krążek wpadł do siatki. A potem jeszcze Olsson wpakował „gumę” do pustej bramki. To był prawdziwy nokaut. „Pasy” czekają 6 lat na złoto i poczekają jeszcze kolejny rok! Słowa uznania należą się GKS-owi za rozsądna grę w każdym calu!

 

Pierwsza odsłona dla GieKSy!

Hokeiści GKS-u Katowice, obrońcy tytułu mistrzowskiego, zrobili pierwszy krok, by powtórzyć sukces z poprzedniego sezonu. W pierwszym spotkaniu byli zespołem bardziej dojrzałym i odnieśli cenną wygraną. Rywalizacja jednak dopiero nabierze rumieńców, tak przypuszczamy, w kolejnych potyczkach. Tyszanie przecież nie zrezygnują tak łatwo ze zdobycia złota.

Wysoka stawka meczu sprawiła, że obie drużyny rozpoczęły nerwowo i ostrożnie. Goście grali z nieco większą werwą, choć w 8 min gospodarze mogli objąć prowadzenie po silnym uderzeniu Christiana Mroczkowskiego. W 10 min Mateusz Bepierszcz strzelił i krążek minimalnie minął cel. Kilkanaście sekund później był współautorem gola, bowiem podał do niezawodnego Grzegorza Pasiuta i ten wpakował krążek do siatki. Szybka, składna akcja i goście w pełni zasłużenie zostali nagrodzeni golem, bo mieli optyczną przewagę. Nic nie wskazywało, by gospodarze mogli wyrównać stan meczu. A tymczasem w 15 min Bartłomiej Jeziorski zdecydował się na strzał z koła bulikowego i krążek wpadł pod parkanem Johna Murraya. 2 min Szymon Marzec próbował zaskoczyć golkipera goście, ale tym razem bez efektu. Gra była prowadzona w szybkim tempie i obyło się bez kar, choć była kilka starć przy bandach.

„GieKSa” sprawiała nieco lepsze wrażenie i tak też było w kolejnej odsłonie. Jej akcje były płynniejsze i stwarzała większe zagrożnie pod bramką rywali. Fuczik miał zdecydowanie więcej pracy niż jego vis-a-vis Murray. Gospodarze grali zbyt nerwowo i ich akcje były szarpane. A przede wszystkim mało strzelali (zaledwie 3 razy w tej tercji), by mogli zdobyć gola. W 26:26min do boksu kar ponownie powędrował Komorski i goście wzięli się do solidnej pracy w tercji przeciwnika.

Ukoronowaniem tego był gol Juraja Simka, który krążek z bliskiej odległości skierował do siatki. Dobitkę Czecha poprzedziła uderzenie z daleka Aleksiegi Varttinena. GKS w pełni zasłużenie prowadził, ale zaledwie golem. Ostatnia tercja zapowiadała spore emocje. W 41 min po nieporozumieniu Teemu Pulkkinen przejął krążek i trafił w słupek. Część obserwatorów była przekonana, że „guma” znalazła się w siatce. Sędziowie jeszcze raz analizowali tę sytuację na wideo, podtrzymali tę decyzję. W 44 min karę otrzymał Marcin Kolusz i tyszanie mieli okazję na wyrównanie. Jednak gra z przewagą jednego zawodnika w ich wykonaniu była mizerna i nie mogła przynieść żadnych efektów. Potem mieli po raz drugi przewagę, bo w boksie kar znalazł się Patryk Wajda. Gra była niemal kopią poprzedniej przewagi. Tyszanie próbowali rozbić szczelną obronę gości, ale nic z tego nie wszyło. N 45 sek. przed końcem trener gospodarzy wziął czas. Tyszanie stworzyli sporo zamieszania i zdecydowali się na wycofanie bramkarza. Fraszko, na 2 sek. przed końcem ustalił wynik meczu strzałem do pustej. „GieKSa” pierwsze starcie finałowe wygrała w pełni zasłużenie. I czekamy na niedzielny rewanż.

 

hokej.net – Znakomity Murray i fińskie trafienia. Katowiczanie w połowie drogi do mistrzostwa!

Świetna dyspozycja Johna Murraya, ofiarność w defensywie i skuteczność w ataku – te elementy przesądziły o tym, że GKS Katowice pokonał na wyjeździe GKS Tychy 2:1. W finałowej rywalizacji podopieczni Jacka Płachty prowadzą już 2:0 i stają przed szansą, aby tytuł mistrzowski obronić we własnej hali.

– Przespaliśmy pierwsze dwie tercje, ale Johny uratował nam tyłki. Dzięki niemu mogliśmy myśleć o czymkolwiek w trzeciej tercji– zaznaczył Jakub Wanacki, defensor GieKSy.–To jest play-off, a w nim meczów się nie rozgrywa, ale wygrywa. Cieszymy, że prowadzimy 2:0, ale ta rywalizacja się nie kończy. Wiemy, że tyszanie przegrywali też dwa pierwsze mecze z Unią i ostatecznie pokonali ją po siedmiu meczach.

Czy w kilkanaście godzin można przejść metamorfozę i poprawić wadliwe elementy? To pytanie zadawało sobie wielu kibiców GKS-u Tychy. Nad tym faktem zapewne rozmyślali też podopieczni Andrieja Sidorienki.

Trójkolorowi – zdając sobie zapewne sprawę z tego, że we wczorajszym meczu zbyt mało dali z siebie w ofensywie – zaczęli odważniej i agresywniej. Już w pierwszej minucie dobrą sytuację miał Christian Mroczkowski, ale zabrakło mu odrobiny precyzji, aby zaskoczyć Johna Murraya.

Z kolei najlepszą okazję dla gości zmarnował Juraj Šimek. Były reprezentant Szwajcarii uderzył z nadgarstka, a Tomáša Fučíka uratowała poprzeczka.

W drugiej odsłonie gospodarze częściej byli przy krążku i wykreowali sobie więcej okazji. Sęk w tym, że nie potrafili znaleźć sposobu na Johna Murraya. Golkiper GieKSy fenomenalnie strzegł swojego posterunku i miał to, co powinien mieć rasowy bramkarz, więc odrobinę szczęścia. Sposobu na niego nie potrafili znaleźć Christian Mroczkowski, Bartłomiej Jeziorski i Jean Dupuy, choć okazje mieli naprawdę wyborne.

Tymczasem katowiczanie w 30. minucie wyszli na prowadzenie. Na listę strzelców wpisał się Teemu Pulkkinen, ale trzeba przyznać, że jego trafienie było z gatunku tych “szczęśliwych”. Uderzenie fińskiego środkowego próbował zablokować Bartłomiej Pociecha, guma została podbita i znalazła się wysoko nad taflą aż w końcu pechową interwencję kijem zaliczył Tomáš Fučík, który strącił krążek kijem… do własnej bramki.

Tuż po tym zdarzeniu trójkolorowi powinni byli odpowiedzieć. O sporym pechu mógł mówić zwłaszcza Jean Dupuy, który nie wykorzystał dwóch sytuacji sam na sam z Johnem Murrayem. Kibice zgromadzeni na „Stadionie Zimowym” aż złapali się za głowy.

Jednak tyszanie przed przerwą dopięli swego. Udało im się zamienić na gola okres gry w przewadze. Soczystym uderzeniem spod linii niebieskiej popisał się August Nilsson, a nim guma zatrzepotała w siatce odbiła się jeszcze od kija Hampusa Olssona.

W trzeciej odsłonie gra się wyrównała, bo oba zespoły nie chciały sobie pozwolić na wpadkę w defensywie. O losach spotkania przesądziły więc… przewagi. W 55. minucie na ławkę kar trafił Grzegorz Pasiut, ale trójkolorowi nie potrafili znaleźć sposobu na Johna Murraya.

Później gospodarzom przytrafił się błąd przy zmianie. Katowiczanie po raz pierwszy tego wieczoru mieli okazję grać w “power playu” i wykorzystali go. Brandon Magee idealnie dograł do Matiasa Lehtonena, który pewnym strzałem posłał krążek do siatki.

Trójkolorowi nie zdołali wyrównać, choć chwilę później dobrą okazję miał Roman Szturc. Pozytywnego skutku dla tyszan nie wywołał też czas wzięty przez Andrieja Sidorienkę na 63 sekundy przed końcem, a także późniejsze ściągnięcie bramkarza.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Orzesze GieKSa

    27 marca 2023 at 10:55

    Brawo Gieksiorze !!! Jeszcze dwa szpile i momy Majstra. Pozdro z Orzesza .yno GieKSa

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Piynciok na Arenie Katowice!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.

Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.

W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!

GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.

23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga