Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Przegląd mediów: GieKSa inkasuje punkty po jednostronnym widowisku

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Ekstraliga kobiet wznowiła rozgrywki po przerwie na mecze reprezentacyjne. Nasza drużyna, w siódmej kolejce spotkań wygrała z Hydrotruck Sportową Czwórką Radom 4:1, prowadząc do przerwy 3:0. Kolejne spotkanie zespół rozegra 22 października o godz. 12:00, na wyjeździe z Pogonią Tczew. Piłkarze w ramach czternastej kolejki spotkań zremisowali w Niepołomicach z Puszczą 1:1. Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Kolejne spotkanie męski zespół rozegra w ramach 1/16 Pucharu Polski z Górnikiem Zabrze. Mecz zostanie rozegrany w najbliższy czwartek, na Bukowej, o godzinie 20:30. Trener Rafał Górak prowadził podczas meczu z Chrobrym drużynę GieKSy po raz dwusetny.

Drużyna siatkarzy w czwartej kolejce rozgrywek PlusLigi wygrała z ukraińską drużyną VC Barkom Każany Lwów 3:2. W nadchodzącym tygodniu zespół rozegra dwa spotkania: pierwsze z nich u siebie z Cerrad ENEA Czarnymi Radom, w środę o godzinie 17:30. Drugie spotkanie siatkarze zagrają w sobotę na wyjeździe, 22 października (sobota), z LUK Lublin, o godzinie 20:30.

W środę hokeiści zakończyli meczem wyjazdowym rozgrywki w CHL. Niestety zespół przegrał z Fehérvár AV19 0:1. W Polskiej Hokej Lidze drużyna zdążyła rozegrać jeszcze dwa spotkania: jedno w piątek, wygrane z JKH GKS Jastrzębie 3:2 oraz w niedzielę z GKS-em Tychy, przegrane 1:2. W rozpoczętym tygodniu hokeiści rozegrają trzy spotkania, dwa z Cracovią: w środę w ramach Superpucharu, w piątek w ramach PHL oraz w  niedzielę z KH Energą Toruń. Mecze zostaną rozegrane w Katowicach odpowiednio o godzinach 20:00, 18:30 i 17:00.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – GieKSa inkasuje 3. punkty po jednostronnym widowisku

GKS Katowice dziś wręcz wygrać musiał. Druga ofensywa ligi podejmowała beniaminka, który nie strzeliła nawet gola w tej kampanii ligowej. Dobry mecz, pięć goli i efektowna wygrana katowiczanek, to wszystko dziś zobaczyli zgromadzeni na Bukowej kibice.

Mecz ostro zaczęły piłkarki GieKSy. Już w 2. minucie mogło być 1-0, ale w ostrzale bramki górą była Oliwia Macała. To, co nie udało się na początku, przyszło na przestrzeni kilku minut w 23. oraz 26. minucie.

Najpierw Katerina Vojtkova wykorzystała idealne prostopadłe podanie Kasandry Rybaczuk i silnym strzałem pod poprzeczkę umieściła piłkę w bramce. Chwilę później gola dołożyła Amelia Bińkowska i piłkarki ze stolicy województwa Śląskiego prowadziły już 2-0.

Jeszcze przed przerwą ponownie Bińkowska umieściła piłkę w siatce. Młoda piłkarka GKS-u Katowice popędziła prawą stroną, wpadając w pole karne, oddała strzał w długi róg i bezradnie interweniująca Macała, chwilę później musiał piłę ponownie wyciągnąć z siatki.

Po przerwie odważniej na bramkę zaczęły atakować podopieczne Wojciecha Pawłowskiego. Dużo dało pojawienie się na placu gry Federici Dall’ary, która sprytnie zachowała się w polu karnym, odegrała do Oliwii Malesy, a ta z najbliższej odległości pokonała Kingę Seweryn. Była to premierowa bramka w dla HydroTruck Radom w sezonie 2022/2023.

W końcówce spotkania ponownie dobre zagranie po stronie byłej piłkarki Banika Ostrawa. Vojtkova idealnie na piąty metr zagrywa do Nikoli Brzęczek, ta bez zastanowienia “szczupakiem” ładuje piłkę obok Macały. Czwarta bramka GKS-u Katowice była ostatnią tego popołudnia na Bukowej.

Choć przed meczem w ciemno można było taki wynik postawić, to przyjezdne tanio skóry nie sprzedały. GKS Katowice pozostaje na pozyci REWELACYJNEJ do walki o najwyższe cele w tym sezonie, z mistrzostwem włącznie.

 

cozadzien.pl – Jest gol, ale wciąż brakuje punktów. Piłkarki HydroTrucku Radom przegrały w Katowicach

[…] Przed meczem faworytkami były katowiczanki, które w sześciu spotkaniach zgromadziły aż 15 punktów. Ponadto atak GKS-u ustępował w lidze jedynie mistrzowi Polski – SMS-owi Łódź. Za to dość nieoczekiwanie na ławce dla zawodniczek rezerwowych mecz rozpoczęła Federica Dall’ara. Pierwsza połowa pokazała, że beniaminkowi będzie niezwykle ciężko nawiązać rywalizację z rywalkami. Już w 23 minucie futbolówkę z siatki wyciągnęła Oliwia Macała, a pokonała ją Katerina Vojtkova. Nie upłynęło 180 sekund, a GKS-ianki wygrywały 2:0. Tym razem na listę strzelczyń wpisała się Amelia Bińkowska. Ta sama zawodniczka w 35 minucie ustaliła wynik 1. połowy.

W 60 minucie gry trener Wojciech Pawłowski postawił wszystko na jedną kartę i dokonał aż trzech zmian. Zaledwie trzy minuty później aktualna mistrzyni Polski juniorek – Oliwia Malesa dokonała historycznej sztuki w trwającym sezonie, bo zdobyła premierowego gola dla radomianek! Młoda pomocniczka wykorzystała podanie od wprowadzonej kilka chwil wcześniej Dall’ary. Ostatnie słowo należało jednak do katowiczanek, bo w 87 minucie wynik gry ustaliła Nikola Brzęczek.

 

sportdziennik.com – Dwieście meczów Góraka

Szkoleniowiec GieKSy przy okazji ostatniego spotkania z Chrobrym Głogów miał swój jubileusz. W kronikach coraz bliżej mu do Piotra Piekarczyka.

Jaki piękny jubileusz! W sobotę Rafał Górak poprowadził GKS Katowice w meczu o stawkę już po raz dwusetny! Uczcił ten fakt zwycięstwem z Chrobrym Głogów – swoim 85. w roli szkoleniowca GieKSy, 80. ligowym (190 spotkań zaliczył w lidze, 10 – w Pucharze Polski) i 59. podczas drugiej kadencji przy Bukowej. Ta pierwsza przypadała na lata 2011-13, ta obecna trwa od połowy 2019 roku. 49-latek z Bytomia goni Piotra Piekarczyka, który na trenerskiej ławce katowickiej drużyny zasiadał 225-krotnie i pod tym względem do dziś nie ma sobie równych.

– 200. mecz Rafała Góraka… Jak duże to wydarzenie? Wystarczy popatrzeć, co działo się, nim trafił do GieKSy po raz drugi, na okres od jego zwolnienia do ponownego zatrudnienia. To był jakiś szał, trenerów zwalniano jak w wariatkowie, tylko Jerzy Brzęczek wytrwał prawie dwa lata. Jasne, że trener Górak nie ma takich osiągnięć, jak legendarni Władysław Żmuda czy Alojzy Łysko, ale już pracuje od nich dłużej – mówi Tomasz Pikul, autor wielotomowej monografii sekcji piłkarskiej GKS-u.

Podczas swojej drugiej kadencji w klasyfikacji trenerów z największą liczbą meczów w GieKSie Rafał Górak wyprzedził nie tylko Żmudę (115) czy Łyskę (143), ale też Jerzego Nikiela (126). Z tym ostatnim, patrząc przez pryzmat statystyk, rywalizuje też na innych polach. W 58-letniej historii klubu Nikiel był dotąd tym, który pracował najdłużej nieprzerwanie – od 1964 do 1967 roku, a więc niecałe 3 lata. Górak już przebił go, bo obecny sezon jest czwartym z rzędu, w którym odpowiada za wyniki zespołu z Bukowej. Z drugiej strony, gdyby cofnąć się do czasów „przedGKS-owych”, wełnowieckiego Rapidu, to Jerzy Nikiel do dziś pozostaje jedynym szkoleniowcem, który wywalczył z GieKSą i jej poprzednikami więcej niż jeden awans, pokonując drogę ze „starej” trzeciej do pierwszej ligi. Rafał Górak też ma już w CV jedną promocję – tę ubiegłoroczną, z drugiej ligi na zaplecze ekstraklasy. Wyrównanie osiągnięcia Nikiela z lat 60. – to dopiero byłoby coś.

Już pierwsza kadencja Rafała Góraka (trafił do klubu w miejsce Wojciecha Stawowego) jak na realia GieKSy była bardzo długa, a skończyła się… nawet bardziej niż po GieKSiarsku. Pierwszy sezon w pierwszej lidze ukończył na 13. miejscu, drugi – na 10. Trzeci zaczął od zdobycia 4 punktów w 4 meczach i przebrnięciu dwóch przeszkód w Pucharze Polski, w tym ekstraklasowego wówczas Podbeskidzia Bielsko-Biała. Ale po porażce 0:5 w Bełchatowie prezes Wojciech Cygan nie wytrzymał.

– Dziwny to był czas. Pierwszy sezon trenera Góraka rozgrywany był jeszcze za rządów Ireneusza Króla. Od jesieni 2012 trwała walka, by klub przejęło miasto. Gdy sytuacja w miarę ustabilizowała się, to po czterech kolejkach szkoleniowiec został zwolniony. Poczuł to katowickie wariactwo na własnej skórze. Był wtedy już co prawda w klubie dwa lata, ale zmiana trenera w czwartej kolejce… To chyba jakiś rekord – zastanawia się Tomasz Pikul.

W sierpniu 2013 miejsce Góraka zajął Kazimierz Moskal, no i się zaczęło. Moskal, Artur Skowronek, Piotr Piekarczyk, Janusz Jojko, raz jeszcze Piekarczyk, Jerzy Brzęczek, raz jeszcze Jojko, Piotr Mandrysz, Jacek Paszulewicz, Jakub Dziółka, Dariusz Dudek. Nazwiska tych szkoleniowców w latach 2013-19 wpisywane były do protokołów meczowych GKS-u. Zamiast upragnionego awansu do ekstraklasy skończyło się spadkiem z jej zaplecza i rewolucją.

Górak, wykupiony z Elany Toruń, po blisko 6 latach wrócił na Bukową – jak w przeszłości czynili też Łysko, Żmuda, Żurek czy Piekarczyk – a wraz z nim dyrektor Robert Góralczyk czy II trener Dariusz Okoń. Prezes Marek Szczerbowski pojawił się w Katowicach dopiero dwa miesiące później, zaufania do sztabu i dyrektora nie stracił mimo trudnych chwil. Jak przegrany baraż ze Stalą Rzeszów i brak awansu w pierwszym II-ligowym sezonie; jak złe wejście w jesień 2020, jak pandemiczny kryzys wiosną 2021, wreszcie jak fatalne wyniki w roli beniaminka na starcie pobytu w pierwszej lidze.

– Cechy osobiste Rafała Góraka zapewne nie pomogłyby mu, gdyby był inny prezes. Pewnie wyleciałby już po przegranym barażu ze Stalą; przy innych prezesach, jak wcześniejsi, nie zachowałby stanowiska. Akurat trafił pod tym względem na dobry czas. Trafił na kogoś, kto nie wariuje, daje pracować. Marek Szczerbowski sam mówił, że podpowiedzi ludzi doradzających zmianę trenera było sporo – zwraca uwagę autor monografii GieKSy.

Górak oczywiście pomógł też sam sobie. Jego stołek najgorętszy stał się na przełomie września i października ub. roku. Po porażce 2:4 z Odrą Opole drużyna spadła na dno tabeli, traciła multum bramek, nie wygrywała, w perspektywie miała mecz „o 6 punktów” ze Stomilem Olsztyn. Szkoleniowiec zmienił ustawienie, przeszedł na trójkę środkowych obrońców, za przetarcie posłużył jeszcze pucharowy wyjazd do IV-ligowej Olimpii Zambrów (1:0). Ze Stomilem wygrał 2:1 po bramce Bartosza Jaroszka z doliczonego czasu. To był moment zwrotny. GKS wywalczył utrzymanie, dzięki dobrej końcówce finiszował na 8. pozycji, a w tym sezonie, mimo że fajerwerków w jego grze nie uświadczymy, jest skuteczny, ciuła punkty, dzięki dwóm ostatnim wygranym (po 1:0 ze Skrą i Chrobrym) wdrapał się na podium.

Warto wrócić jeszcze do tego przełomowego meczu w Opolu, o którym po czasie Górak opowiadał, że „zdał sobie sprawę, że prowadzi zespół na rzeź”. Gdyby ułożyć tabelę za okres liczony już po tamtej porażce, GKS spośród aktualnych pierwszoligowców punktuje gorzej jedynie od Arki Gdynia (61 pkt w 37 meczach, przy 66 pkt Arki). Stracił też przez ten nieco ponad rok najmniej goli spośród uczestników rywalizacji na zapleczu (35).

A to wystawia jego sztabowi, asystentom Tomaszowi Włodarkowi czy Dawidowi Szwardze (wypromował się do Rakowa Częstochowa) jak najlepsze świadectwo i dowodzi, że stabilizacja popłaca. Tak jak konsekwencja, by wspomnieć o polityce kadrowej. GKS długo nie miał w kadrze obcokrajowca (wyjątkiem Chorwat Marko Roginić), czy zawodnika urodzonego w latach 80. Odstępstwo od tej reguły zostało wykonane latem, gdy ściągnięto Daniela Tanżynę (r. 1989), który z przyczyn zdrowotnych jeszcze nawet… nie zadebiutował.

Nie można zapomnieć o okolicznościach drugiej kadencji Góraka. Pamiętamy, jak po pierwszym meczu rozegranym po pandemicznym lockdownie (2:1 z Górnikiem Łęczna, czerwiec 2020) przyznał patrząc na puste trybuny, że „w niektórych momentach brakowało mi Blaszoka”. Tego „Blaszoka” brakuje przez ostatnie 2,5 sezonu często. Pandemia. Zamknięcie stadionu po zadymie z Widzewem. Bojkot – to wszystko powoduje, że atmosfera na meczach GieKSy jest daleka od ideału.

Swoją drogą, kibice nieraz próbowali dopytać szkoleniowca, co myśli o bojkocie, jaki prowadzą przeciw rządom prezesa Szczerbowskiego. Można odnieść wrażenie, że po jego słowach „miejsce kibica jest na stadionie” delikatnie mówiąc nie poprawił sobie notowań, ale o te dbać musi przede wszystkim dzięki tabeli, a nie mikrofonom.

Kontrakt Góraka z GieKSą, podpisany na początku tego roku, obowiązuje do 30 czerwca 2024. Czy go wypełni? Nie wiemy, ale odpowiedzmy historią: w całym trenerskim życiu został zwolniony tylko raz. Właśnie z Katowic, niemal 10 lat temu. Z Radzionkowa, Tychów, BKS-u czy Elany odchodził na swoich warunkach. Trzy miesiące pauzy między GKS-em a BKS-em w 2013 roku to było jego ostatnie wolne. Od grudnia 2013 pracuje nieprzerwanie.

To chyba rekord, mówiąc o poziomach od makroregionalnego w górę. Patrząc zaś na szczebel centralny, kurczy się też grono szkoleniowców pracujących dłużej i nieprzerwanie w jednym klubie. Są to już tylko Marek Papszun (od kwietnia 2016 w Rakowie), Waldemar Fornalik (od września 2017 w Piaście) i Tomasz Tułacz (od sierpnia 2015 w Niepołomicach).

Właśnie w starciu z tym ostatnim trenerem i jego Puszczą, w meczu na szczycie I-ligowej tabeli, Rafał Górak zacznie w sobotnie popołudnie w GieKSie swoją trzecią setkę. 25 spotkań brakuje mu do Piotra Piekarczyka. No to może tak: 21 w sezonie zasadniczym. 2 baraże. 2 wyjazdy w ekstraklasie – i osiągnięcie „Orzecha” wyrównane. A przebite w pierwszym po 17 latach ekstraklasowym meczu przy Bukowej, już bez bojkotu. Marzenie? Tak, ale nie totalna fikcja.

Tomasz Pikul: – Pewnie, że wolelibyśmy, aby Rafał Górak bił rekordy dzięki sukcesom w ekstraklasie, a nie grze w pierwszej czy drugiej lidze. Życzę mu, by dostał się z GKS-em do ekstraklasy i tam śrubował swój wynik.

Najczęściej prowadzili GieKSę

225 meczów – Piotr Piekarczyk (1993-95, 1996-98, 2006-08, 2015)

200 meczów – Rafał Górak (2011-13, 2019 – nadal).

143 mecze – Alojzy Łysko (1985-87, 1991-92)

126 meczów – Jerzy Nikiel (1964-67)

115 meczów – Władysław Żmuda (1980-81, 1987-89)

124 SPOTKANIA GieKSy o stawkę poprowadził Rafał Górak, odkąd w połowie 2019 roku wrócił na Bukową (59 wygrał, 29 zremisował, 36 przegrał, uzyskując awans do I ligi).

274 BRAMKI pod wodzą Góraka zdobyła GieKSa w latach 2011-22 (przy 231 straconych).

3237 DNI nieprzerwanie Rafał Górak prowadzi seniorską drużynę. W latach 2013-17 pracował w III-ligowym BKS-ie Stal Bielsko-Biała, od 2017 do 2019 roku odpowiadał za wyniki Elany Toruń, z której nieco ponad 3 lata temu wykupili go katowiczanie.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – W Katowicach tie-break dla GKS-u

Siatkarze GKS-u Katowice prowadzili już z Barkom-Każany Lwów 2:0, ale lwowianie nie złożyli broni. Podjęli rękawice i doprowadzili do tie-breaka zdobywając tym samym swój drugi punkt w Pluslidze.  W decydującej partii do głosu znów doszli jednak gospodarze i to oni mimo pogoni rywali okazali się lepsi inkasując dwa oczka do tabeli. MVP został wybrany Jakub Jarosz, ale w pięknym geście oddał potem statuetkę Damianowi Domagale. Warto też odnotować kolejny uraz środkowego GKS-u, tym razem Jakuba Lewandowskiego, za którego wszedł właśnie Domagała.

W początkowym okresie gry GKS oraz Barkom grały punkt za punkt (2:2, 4:4). Goście za sprawą Wasyla Tupczyja i jego trudnych zagrywek odrzucili od siatki miejscową ekipę. Punkty w ataku zdobył Jonas Kvalen, katowiczanie mieli problemy z przyjęciem, nie kończyli ataków z pierwszego uderzenia, przegrywali 6:10. Sygnał do odrabiania strat dał Gonzalo Quiroga, dzięki niemu GKS zniwelował straty do jednego punktu (10:11). Do remisu doszło po tym jak w kontrataku punkt zdobył Jakub Jarosz (12:12). Od tego momentu ponownie obie ekipy grały punkt za punkt do stanu po 21. Dwa błędy w ataku ukraińskiej drużyny dały katowiczanom przewagę (23:21). Seta atakiem zakończył Jakub Jarosz.

Początek drugiej partii spotkania należał do katowiczan, po ataku Damiana Domagały prowadzili 5:3. Przy serii zagrywek Jakuba Jarosza GKS powiększył przewagę do czterech punktów, Barkom miał problemy z przyjęciem (10:6). Więcej do powiedzenia na boisku mieli podopieczni trenera Grzegorza Słabego, skuteczniej zagrali w obronie i na siatce. Po ataku Gonzalo Quirogi drużyna z Katowic w dalszym ciągu miała cztery punkty więcej niż Barkom (16:12). Podopieczni Ugisa Krastinsa zerwali się do odrabiania strat, zbliżyli się do gospodarzy na jeden punkt, przegrywali  19:20. Seria błędów własnych zadecydowała o porażce w tej części gry lwowian.

Otwarcie trzeciego seta należało do katowiczan.  Po ataku Jakuba Jarosza prowadzili 4:1. Barkom popełnił wiele prostych błędów, był w odwrocie, przegrywał 10:14. Gospodarzom także przytrafił się przestój. Przy serii zagrywek Wasyla Tupczyja goście doprowadzili do remisu 16:16. Był to przełomowy moment tego seta, miejscowi siatkarze popełnili błędy w ataku, nadziewali się na blok swoich rywali w efekcie czego przegrywali 19:21. Przyjezdni wykorzystali słabszy okres gry GKS-u, czujnie zagrali na siatce, po ataku ze środka wygrali seta w stosunku 25:22.

Podbudowani zwycięstwem w trzecim secie goście  poszli za ciosem i po ataku Szewczenki prowadzili 4:1. Katowiczanie byli w  odwrocie,  nie kończyli ataków z pierwszego uderzenia,  nadziewali się na blok Barkomu, przegrywali 4:8. W szeregach gospodarzy szwankowało przyjęcie, co przełożyło się na słabą skuteczność w ataku. Zespół z Lwowa punktował w polu zagrywki, asami serwisowymi popisał Ilja Dowhy oraz Wasyl Tupczyj, było 17:12 dla Bakomu. Pojedyncze ataki Jakuba Jarosza, czy Tomasa Rousseaux na niewiele się zdały.  Po tym jak punkt w ataku zdobył Wasyl Tupczyj tablica wyników wskazała prowadzenie Barkomu 22:17. W polu zagrywki w zespole z Katowic pojawił się Jakub Szymański, dzięki niemu miejscowa ekipa zbliżyła się do przyjezdnych na dwa punkty (20:22). Na więcej nie było jej już stać w tym secie, błąd Rousseaux zakończył tego seta i o wszystkim miał zadecydować tie-break.

W nim żadnej z drużyn nie udało się zbudować przewagi. Wynik oscylował wokół remisu (3:3). Autowym atak Tupczyja oraz blok na tym zawodniku sprawił, że trener Krastins przywołał swoich zawodników do siebie, było 6:3 dla GKS-u. Na zmianie stron boisk gospodarze powiększyli przewagę do czterech punktów, atakował Jakub Jarosz (8:4). Podopiecznym trenera Grzegorza Słabego nie przytrafiły się przestoje jak miało to miejsce we wcześniejszych setach. Czujna gra w obronie oraz w ataku dały gospodarzom serię piłek meczowych.  Ostatni punkt w tym meczu zdobył Jakub Jarosz.  Jarosz przekazał po meczu swoją statuetkę MVP Damianowi Domagale, który musiał pomóc zespołowi w obliczu kontuzji kolegów na środku siatki.

MVP: Jakub Jarosz

GKS Katowice – Barkom-Każany Lwów 3:2 (25:23, 25:20, 22:25, 21:25, 15:12)

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Jeden błąd

GKS Katowice nie sprostał rywalom i zajął ostatnie miejsce w eliminacjach Ligi Mistrzów, ale wstydu nie przyniósł. Debiut katowiczan w Lidze Mistrzów należy uznać za udany, choć o odległej lokacie w grupie zadecydował przegrany dwumecz z węgierskim zespołem Fehervar AV19. W rewanżu GieKSa przegrała, bo popełniła zaledwie jeden błąd. Cóż, tak bywa…

Jacek Płachta, trener GKS-u, lubi od czasu do czasu zaskakiwać roszadami w składzie. Któż mógłby się spodziewać, że między słupkami stanie 21-letni Maciej Miarka, który ma znikome doświadczenie ligowe, zaś pucharowe żadne. Nie wiadomo czym kierował się szkoleniowiec, ale wychowanek ŁKH Łódź i absolwent SMS-u PZHL Katowice stanął przed trudnym zadaniem. Starał się jak mógł, ale słowa uznania należą się również jego kolegom, którzy mu pomagali.

Od początku rozgorzała twarda walka. Jedni i drudzy nie zamierzali się oszczędzać, prowadzili akcje w szybkim tempie. Pod obiema bramkami wiele się działo i było kilka okazji, by rezultat się zmienił. Katowiczanie oddali 9 celnych strzałów, zaś gospodarze zrewanżowali się dwoma mniej. W decydujących momentach zabrakło jednak spokoju, by posłać krążek do siatki. 1. tercja rewanżowego meczu była zupełnie odmienna od tej na „Jantorze”. Wówczas gospodarze narzucili swój styl gry i dyktowali warunki na tafli. Teraz było zgoła inaczej.

Niewiele się zmieniło w kolejnej odsłonie, bo jedni i drudzy szukali szans. Jednak większą inicjatywę wykazywali katowiczanie i nękali Oliviera Roya, ale nic z tego nie wychodziło. Gdy po raz drugi do boksu kar powędrował Andrew O’Brien (36 min) wówczas najskuteczniejszy strzelec GKS-u, Bartosz Fraszko, miał dwie okazje, by zmienić rezultat. Nic z tego! Zabrakło niewiele, a Royowi dopisało szczęście. W 39 min igraszki Joona Monty na niebieskiej linii rywala sprawił, że stracił krążek i samotnie na bramkę popędził Aleksander Petan. Kanadyjczyk z włoskim paszportem nie dał Miarce mu najmniejszych szans. To jedno potknięcie sprawiło, że GKS przegrywał po 40 min 0:1, choć wcale na to nie zasłużył.

Podopieczni trenera Płachty nie zamierzali rezygnować z uzyskania korzystnego wyniku. Atakowali z pasją, ale krążek ciągle mijał światło bramki. Wszystkie formację grały na maksymalnych obrotach i w rezultacie gorących spięć nie brakowało. Jednak cóż z tego, skoro krążek jak zaczarowano nie chciał wpaść do siatki węgierskiego zespołu. GKS atakował z pasją, ale przegrał tyme jednym trafieniem. Szkoda, bo nie był wcale słabszym zespołem, tylko nie potrafił strzelić gola.

 

Gwarancja mistrzów z Katowic

To było dobre spotkanie w wykonaniu GKS-u Katowice i JKH GKS-u Jastrzębie. Obie zespoły zademonstrowały wiele ciekawych akcji i stworzyły wiele okazji do strzelenia goli.

Jednak ostatecznie jednym trafieniem lepsi okazali się obrońcy tytułu mistrzowskiego. Jastrzębianie zanotowali 100% skutecznością podczas gry w przewadze. To niebywałe, ale prawdziwe!

Hokeiści GKS-u Katowice pożegnali europejską przygodę w wyjazdowym, przegranym meczu na Węgrzech. I mieli pewny prawo, by przełożyć ten mecz. Jednak trenerzy uznali, że nie można stosować żadnej taryfy ulgowej i przystąpić do meczu o ligowe punkty z Jastrzębie niemal z marszu. Widać, że podróże zespół katowicki… kształcą, bo w 1. tercji oglądaliśmy potyczkę z prawdziwego zdarzenia. Jedni i drudzy grali szybko, pomysłowo i, co najważniejsze, nie stronili od strzałów. Skończyło zaledwie na jednym golu zdobytym w przewadze przez gospodarzy. To jednak była „wina” obi golkiperów: Johna Murraya oraz Węgra Bence Balizsa (po 11. skutecznych interwencji). Tylko z małym wyjątkiem ten drugi skapitulował po silnym uderzeniu Macieja Kruczka. Defensor popisał silnym uderzeniem i po nim krążek wpadł do siatki. Po stracie gola winić madziarskiego bramkarza, który miał ograniczone pole widzenia, ale również strzał Kruczka był odpowiedniej jakości. To była dobra odsłona w wykonaniu obu zespołów i na dodatek okraszona wieloma akcjami pod bramkowymi.

Spodziewaliśmy się kolejnej dobrej odsłony, ale nie przepuszczaliśmy, że narzekania w przewadze Jastrzębia pójdą w zapomnienie. Do meczu z „GieKSą” hokeiści z Jastrzębia na 36 przewag wykorzystali zaledwie jedną! A tymczasem w „Satelticie” tryskali energią i wykorzystali 2 razy przewagę. Najpierw Murraya pokonał Markus Kaleinikowas, a potem tę sytuacje Josef Mikyska, wykorzystując przewagę. zawodnika. To jednak nie załamało gospodarzy i w końcu Marcin Koluszy precyzyjnym uderzeniem wyrównał stan meczu.

W ostatniej tercji przez 1:14 min katowiczanie grali w podwójnej przewadze (w boksie kary Maciej Urbanowicz i Górny), ale ta doskonała sytuacja nie została wykorzystana. A potem rozpoczął się w twardy bój o wygraną. Ostatecznie Hampus Olsson, rosły Szwed, zdołał trafić do siatki gości. Nikłe zwycięstwo gospodarzy, ale jakże ważne w kontekście kolejnych rozstrzygnięć. Jastrzębie swoją grą na pewno zasłużyło na punkt, ale liczy się to, co w siatce.

 

hokej.net –Derby Śląska dla GKS-u Tychy!

GKS Tychy pokonał w „Satelicie” GKS Katowice w ramach 13. kolejki Polskiej Hokej Ligi. Zwycięstwo tyszanom zapewnił Roman Szturc, który zdobył decydujące trafienie tuż przed zakończeniem spotkania.

Zdecydowanie lepiej w mecz weszli hokeiści GKS-u Tychy, którzy od początku dyktowali warunki i tempo gry. Goście długo jednak nie potrafili przypieczętować swojej przewagi zdobytym golem, bo bardzo dobrze w bramce GKS-u Katowice spisywał się John Murray. W 14. minucie na ławkę kar powędrował Jakub Bukowski, a chwilę później Szymon Marzec wykorzystał błąd gospodarzy i w liczebnym osłabieniu wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Gol zdobyty przez gracza gości został poddany wideoweryfikacji, ponieważ podczas uderzenia została poruszona bramka. Po sprawdzeniu zapisu wideo sędziowie nie mieli jednak wątpliwości, by wskazać na środek lodowiska. Katowiczanie obudzili się przed końcem pierwszej tercji, ale nie zdołali wyrównać i na pierwszą przerwę z jednobramkowym prowadzeniem zjeżdżali tyszanie.

Druga tercja stała na zdecydowanie niższym poziomie. W poczynaniach obu ekip było widać dużo niedokładności i ostatecznie w drugich dwudziestu minutach nie oglądaliśmy bramek.

W ostatnich dwudziestu minutach tyszanie stanęli przed znakomitą okazją do podwyższenia prowadzenia. W 44. minucie Maciej Kruczek został ukarany czterema minutami kary, ale goście zmarnowali tak długi okres gry w przewadze. Niewykorzystana sytuacja zemściła się na gościach w 55. minucie, w której Bartosz Fraszko zdobył trafienie w przewadze pewnym strzałem po dalszym słupku. Wydawało się, że nie unikniemy w tym starciu dogrywki, jednak w 59. minucie Filip Komorski zagrał zza bramki do Romana Szturca, a ten wyprowadził GKS Tychy na ponowne prowadzenie, którego już nie wypuścili.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Nie popadać w euforię ani lament

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.

Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga