Felietony Piłka nożna
Trenerze Górak – oto lista do poprawy w trakcie przerwy
Za nami kolejna kolejka ligowych zmagań, w których GieKSa zanotowała kolejny remis. Tym razem nie udało się wygrać z tyskim GKS-em. Bilans punktowy GieKSy nie jest może najgorszy, ale do „mitycznych” baraży ciągle czegoś brakuje.
Jako że czeka przerwa na reprezentację, to można nieco dłużej potrenować i dopracować kilka elementów w grze GieKSy. Po meczu z Łęczną trener Górak przyjął uwagę na temat treningów strzeleckich dla Araka, więc nie omieszkamy przedstawić kolejnych uwag, które naszym zdaniem należałoby poprawić przed powrotem na ligowe boiska.
Treningi strzeleckie – najlepiej 3-4 w tygodniu. Skoro już Marco Roginic potrenował sobie na bramce, to może należy w końcu dać mu więcej szans na treningach strzeleckich. Bilans dwóch podstawowych napastników w 1/3 rozgrywek jest wręcz dramatyczny i ogranicza się do dwóch trafień Chorwata. Wielki transfer Jakub Arak bez gola. Może więc czas na solidniejszy trening, a nie tylko zachwycanie się dobrą zmianą czy umiejętnościami gry tyłem do bramki. Mamy super napastników tylko bramek nie potrafią strzelać – tak można by rzecz, póki co.
Stałe fragmenty gry – czas na solidniejszy trening tego elementu. W drugiej lidze był to nasz solidny atut, po którym zdobywaliśmy wiele bramek. Po awansie było dobrze, ponieważ również udawało się stwarzać zagrożenie pod bramką rywali. W tym sezonie coś się jednak zacięło i coś nam się wydaje, że to przez te wszystkie stare schematy, które nie zmieniają się od dawna. Trenerze, na Boga, cała liga już jest przygotowana na lekką wrzutkę w formie balona na stojącego z boku pola karnego Jędrycha czy też Kołodziejskiego (Jaroszka). To jest tak oczywiste, że ciężko tego nie zauważyć. Pomijamy fakt, że jest to tak czytelne, że każdy zespół spokojnie to broni. Czy naprawdę musimy tak rozgrywać każdy stały fragment? Czy nie można uświadczyć solidnego, mocnego dośrodkowania w światło bramki?
Rozmowa z Jędrychem – co miał w głowie Jędrych, kiedy postanowił się końcówce zabawić z napastnikiem Tychów i nabić go piętką jako ostatni obrońca, wie tylko sam kapitan. Idiotyczne zachowanie mogło nas kosztować utratę bramki. Nie byłby to pierwszy błąd Jędrycha, ponieważ spotkanie wcześniej, to jego słabe wybicie zadecydowało o stracie bramki. Poważna rozmowa o braku koncentracji mile widziana. I jeszcze jedno trenerze – nie zgadzamy się, że bez Jędrycha nie zrobimy postępu. Zrobimy, tylko trzeba zapukać do drzwi dyrektora sportowego i popracować nad transferem solidnego środkowego obrońcy, a nie… kontuzjowanego.
Więcej kreacji – trzy podania i piękna bramka. Kto wie, czy w ostatnim czasie gol na 1:1 nie był najładniejszym, jeśli chodzi o zespołowość. Z Sosnowcem również pokazaliśmy, że potrafimy budować akcje. Dlaczego więc robimy to tak rzadko? Dlaczego brakuje w rozegraniu trójkątów tworzonych przez zawodników? Dlaczego brakuje wychodzenia na pozycje? Dlaczego tego jest tak mało trenerze? Czwarty rok pracy w GieKSie i dwie solidne zespołowe akcje w ostatnim czasie, to zdecydowanie za mało. Oczekujemy więcej i wierzymy, że można grać przez większą część spotkania tak, jak przy golach z Tychami czy Sosnowcem.
Felietony Piłka nożna
Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier
Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.
Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.
***
Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.
Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.
Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.
W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.
Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.
Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.
Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.
Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.
Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.
Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.
Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.
Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.
Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.
Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.
Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.
Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.
Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.
Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.
A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.
Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.
Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.
Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.
Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.
Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.
Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.
***
Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.
W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.
Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.
Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.
Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.
Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.
Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.
Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.
Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.
Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.
Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.
Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.
Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.
Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.
Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.
Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.
Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.
Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.
Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.
Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.
Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.
Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.
Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.
W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.
A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!
I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.
No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.
W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!
Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:
„Szanowni Klienci!
W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.
Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.
Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.
Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.
Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.
***
Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.
Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.
Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.
Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.
W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.
Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.
Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.
Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.
Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.
W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.
Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.
Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.
– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?
– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.
– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”
– Nie mam pojęcia.
Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?
To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.
Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.
Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.
Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.
Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.
Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.
Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.
***
W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.
To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.


























































































































Sas
20 września 2022 at 06:58
Górak cel stawiają Ci kibice. Minimum baraże. Inaczej udowodnisz, że jesteś przeciętnym trenerem.
tomek
20 września 2022 at 10:03
To kiepski trener
tomek
20 września 2022 at 10:10
Nigdy nie byłem zwolennikiem tego trenera ze względu na niskie jego kwalifikacje. Słabo mu wychodzi dobór zawodników. Motywatorem wybitnym też nie jest. Najlepiej mu wychodzi puste gadanie z którego i tak za wiele nie wynika. Gdyby nie GKS nikt by go nie wziął na poziom 1 ligi. W II lidze miał bardzo dobry skład a awansował w wymęczony sposób dopiero przy drugim podejściu. W mojej ocenie z tym trenerem nie osiągniemy nic więcej jak okolica 10 ,11 miejsca. On teraz ma zamiar 10 lat sie uczyc tej ligi. No nic ja na to wpływu nie mam żadnego wiec nie ma sensu się denerwować ale wygląda to tak jakby wszystkim układ z Górakiem pasował. Mało ambitnie ale stabilnie
Marek
20 września 2022 at 10:26
jebac cie koszecka kurwo cwelu jebany. wszyscy an mecz, jebac koszeckiego kurwe.
GKS
20 września 2022 at 12:38
Trenerze Górak może by Jędrych spoczął kilka meczów?
Irishman
20 września 2022 at 13:13
Tomek, kwalifikacje zawsze można podnieść.
Trener Górak nie jest z pewnością wybitny w swoim fachu ale ambitny jest. Czyli pierwszy, niezbędny warunek, aby się rozwijać spełnia. Niestety w moim przekonaniu nie jest zbyt odważny. Ja tam jakoś przełknąłem to jego gadanie o „uczeniu się I ligi”, bo jakiś w tym niewielki sens od biedy był. Aczkolwiek też nam sąsiedzi pokazują, że wcale nie trzeba się tej ligi uczyć żeby sobie ODWAŻNIE wyznaczyć ambitne cele i skutecznie je realizować. Co by szkodziło, gdyby trener powiedział otwarcie – chcemy spróbować powalczyć w tym sezonie o awans? Nawet jak mu tego z góry ani niezbyt ambitny jak się okazuje właściciel, ani wykonawca jego woli prezes nie nakazuje. A tak, to skoro właściciel klubu, prezes, a nawet trener są zachwyceni 8-mym miejscem w I lidze, a za cel stawiają sobie to, aby szybko zapewnić sobie utrzymanie to niby po co, wbrew temu także i piłkarze mieliby walczyć o coś więcej? No i mamy po derbach Adriana Błąda wesolutkiego, pomimo że zmarnował dwie kapitalne sytuacje czy Arka Jędrycha, który beztrosko sobie chciał pokazać gieksiarską brassilianę pustym trybunom, mając przeciwnika na plecach.
Panie trenerze. To nie było wcale takie złe, aby się uczyć I ligi, tak aby mieć przygotowaną drużynę nie tylko do awansu ale później do utrzymania się w ekstraklasie. Ale uczenie się polega na rozwoju, na stawianiu sobie ambitnych celów, a nie siedzeniu kilka lat w tej samej klasie i tylko pilnowaniu, aby nas nie wyrzucili ze szkoły! Dlaczego tak się Pan boi postawić na młodzież? Przecież przykład Szwedzika pokazał, że czasem warto zaryzykować! Tymczasem mamy kolejnego wychowanka Alana Bróda, którego Pan „chroni” i „umiejętnie wprowadza do gry”. Kuchnia, no jeśli Pan nie chce walczyć o awans to niech Pan przynajmniej spróbuje zrobić z kilku młodzików wartościowych piłkarzy. Grając dla przykładu ciągle takim Jędrychem, który ciągle, co jakiś czas popełnia śmieszne błędy, to może Pan i utrzyma się w lidze ale NIC WIĘCEJ NIE OSIĄGNIE! Ostatnio mieliśmy problem z kontuzjami, no i miał Pan ból głowy. Ale może byłby on mniejszy gdyby Pan w ubiegłym sezonie po Stomili postawi na dublerów sprawdzając co są warci? Ale Pan wolał stawiać na przykład na Szymczyka, pomimo, że przecież wiadomo było, że odejdzie. No i osiągnął Pan „sukces” zajmując 8-me miejsce w lidze, tylko co z tego???
Panie trenerze, więcej odwagi! Powodzenia!
Marco
20 września 2022 at 13:54
Ja osobiście uważam za aktualnie nie stać nas na więcej z tą kadrą i tym prezesem.
Trener z pewnością robi co może i potrafi. Czy stać nas na więcej?
Tak, ale to również sprawa mentalności i siły charakteru naszych piłkarzy..
Kato
20 września 2022 at 14:32
Za dwa/trzy lata trener pokarze co potrafi albo odejdzie. Za dwa lata, bądźmy cierpliwi. Na razie możemy sobie spokojnie pooglądać niezwykłe wyczyny i zwroty akcji na boisku.
Nie ma się czym irytować, po prostu wykonujemy solidnie przygotowany plan na przyszłe lata.
Będzie nowy stadion (o ile będzie)
Będzie awans i feta w Katowicach.
Nowa miotła na już!
20 września 2022 at 16:11
Jak coś to wuefista Górak a nie trener Górak. Wy tego jeszcze nie widzicie?
Irishman
20 września 2022 at 17:05
Kato, nie wiem skąd ta wiara w jakąś mityczną wręcz moc nowego stadionu? No ludzie! Awans się nie zrobi jeśli nie będziemy mieli przygotowanej do tego drużyny! A tej nie zbudujemy na licząc np. na rozwój leciwego już Arka Jędrycha czy ściągając jeszcze starszego Tanżynę i to z kontuzja, z której nie potrafi się wyleczyć od marca!
Spójrz sobie na Motor Lublin, który mają nowy, piękny, nowoczesny stadion a za chwilę będą na nim grać derby z Lublinianką w III lidze. Spójrz na Tychy, na ŁKS, przypomnij sobie jak Widzew musiał się męczyć żeby ten awans zrobić pomimo nowego stadionu!
No i ja właśnie o tym przecież piszę. Jak mamy teraz nie awansować to przynajmniej wzmacniajmy stopniowo drużynę, najlepiej młodymi, którzy nam ten awans za kilka lat dadzą. Nie zrobimy tego stawiając na weteranów i to chorych!
Irishman
20 września 2022 at 17:09
Dodam jeszcze, że właśnie tego m.in. chcą kibice od prezesa! Rozwoju klubu! Choć właściwie to błędnie to adresują, bo powinni wymagać tego od właściciela klubu czyli Magistratu. Prezes jest tu tylko wykonawcą ich woli.
Kato
21 września 2022 at 06:11
Irishman
Kierujesz kibiców z postulatami do magistratu, jako że jest właścicielem. Ten sam magistrat buduje nowy stadion i jednocześnie daje poparcie zarządowi klubu w sporze z kibicami. Drużyna uczy się drugi rok ligi po dwóch latach przeznaczonych na powrót do pierwszej ligi. Za dwa lata planowane jest oddanie nowego stadionu. To nie jest moja wiara, tylko analiza faktów.
Irishman
21 września 2022 at 06:50
Ja nie twierdzę, że nie masz racji co do planów Magistratu tylko pokazuję, że takie myślenie jest pozbawione sensu. Bo to czy będziesz miał stadion czy nie nic nie zmieni jeśli nie będziesz miał drużyny. A ta nie zbuduje się ot tak – pstryk, czary-mary i teraz mamy super-ekipę walczącą o awans.
Poza tym sam mi przyznałeś rację, że to w Magistracie, od którego wszystko zależy leży problem, a nie w prezesie. Dlatego chyba już nawet nie ma sensu, aby kibice prowadzili z nim jakieś choćby nawet trójstronne rozmowy tylko trzeba porozmawiać z przedstawicielami miasta. A jeśli tam uważają, że z kibicami się nie rozmawia (bo może np. to ktoś gorszy?) to trzeba to zrobić jako mieszkańcy Katowic i wyborcy.
Zresztą nie byłoby tego całego, niepotrzebnego zamieszania, gdyby wykazano odrobinę dobrej woli. Ale to czasem trzeba, aby ktoś się zachował jak mąż stanu, potrafiący się wznieść ponad pewien przyziemny poziom.
Kato
21 września 2022 at 08:17
Irishman
Czasami drużyna grająca w Ekstraklasie domaga się nowoczesnego stadionu, bo go nie posiada. A czasami gdy jest nowoczesny stadion wymaga się od drużyny awansu do Ekstraklasy, bo są warunki ku temu. Każdy klub funkcjonuje w innych realiach.
U nas nie ma obecnie celów do awansu co powiedziano, więc drużyna gra jak gra. Stadion powstanie (oby) za co najmniej dwa/trzy lata, zależy to od dalej pogarszających się warunków na rynku. Więc nikt oprócz kibiców nie ma ciśnienia co do jakichkolwiek zmian. Możemy mieć olbrzymią wiarę w poprawę sytuacji i oby w końcu nastała.
Ale po prostu tak to obecnie widzę, to są moje osobiste przemyślenia. Po grze naszej drużyny (bezpieczny środek tabeli) i tylko się w nich upewniam.
Irishman
21 września 2022 at 23:32
Ja też tego nie rozumiem dlaczego jesteśmy traktowani jako zło konieczne. Ala w takim razie, to chyba wszyscy są zadowoleni, że nie ma nas na trybunach?
I tylko, mała poprawka – młodsi koledzy nie siedzą w ciepłych domach tylko stoją pod płotem podczas meczów. Mnie niestety zdrowie już na to nie pozwala więc… cóż, faktycznie zostaję w domu. Trudno, jak trzeba to trzeba, skoro chodzi o dobro klubu!
Irishman
22 września 2022 at 20:28
Pdw
Jeśli twierdzisz, że przez bojkot jakaś duża liczba kibiców została „wciągnięta w ruch” to znaczy, że jesteś zupełnie oderwany od rzeczywistości. I dyskusja z Tobą to niestety strata czasu.
A bojkot właśnie się nasila i właśnie dołączyli do niego kibice z Zabrza.
Kto następny?
Już niedługo będzie o Katowicach głośno w całej sportowej Polsce. Szkoda, że nie dlatego, ze walczymy o awans do ekstraklasy i tym bardziej szkoda, że tak to musi wyglądać….. Piszę to nie tylko jako kibic ale chyba nawet bardziej jako katowiczanin, bo po prostu mi wstyd za nasze miasto.
Kato
23 września 2022 at 08:33
Irishman
Akurat rozgłos i pusty stadion w PP może przynieść odwrotny skutek.
To kibice uważają że coś to da.
Może być inaczej. Bojkot w tej formie może wywołać i spowodować weryfikację wielu spraw w magistracie względem Gieksy. A miasto jest obecnie głównym właścicielem i płatnikiem całej wielo sekcyjnej Gieksy.
Długo trwający impas i rozgłos medialny (od lat głównie
nam nieprzychylny), to nie jest nic dobrego. I bardzo się obawiam, bo czasy są ciężkie a będą jeszcze gorsze gospodarczo i finansowo, o to co się może jeszcze wydarzyć.
Oglądanie się w kibiców Zabrza, gdzie Górnik gra w Ekstraklasie na nowym (choć jeszcze nie dokończonym) stadionie z dużą frekwencja,której nam brakuje. No cóż… tylko z pełnych trybun możliwe jest skuteczne przekazanie manifestu wobec zarządu klubu. To pokazują pełne trybuny kibiców w innych klubach.
A tak, to czas pokarze co w obecnych realiach przyniesie tak prowadzony bojkot. Tylko żeby analizującym historię w przyszłości, nie wpadło olśnienie że majstra w hokeju od 52lat zdobyliśmy pod zarządem znienawidzonego prezesa , przeciw któremu kibice prowadzą bojkot i opuszczają obiekty. Oby tych majstrów było więcej i nie był tylko ten jedyny, i tylko w sekcji hokeja, tego życzę sobie i innym.
firek
23 września 2022 at 09:00
już to pisałem w komentarzu pod innym artykułem: jeśli bojkot się nie zakończy, to cały obecny skład się rozpadnie. Żaden piłkarz nie chce grać przy pustych trybunach – dostaną propozycję z klubu, w którym kibice niosą dopingiem, to nie będą się zastanawiali ani chwili.
druga kwestia jest taka, że każdy tu marudzi na „bezpieczny środek tabeli”, a w moim odczuciu z kibicami mogłoby być kilka pkt. więcej. Te kilka pkt oznaczałoby przy spłaszczonej tabeli okolice lidera
Wracając do meritum artykułu, czyli rad do trenera: Panie trenerze – więcej odwagi! Czemu jak tylko wychodzimy na prowadzenie, cała drużyna cofa się na 40-metr i broni 1:0 do końca?;/ w tym sezonie wygraliśmy 2 mecze różnicą więcej, niż jednej bramki, przy czym ten z Sosnowcem to też była obrona Częstochowy i jakoś udało się strzelić. Grajmy przez 90 minut swoją piłkę, a jak trafimy na kogoś słabszego, to wygrajmy to 3, czy 4:0, a nie starajmy się dowieźć jednobramkowego prowadzenia do końca, bo to się zawsze może źle skończyć…
Kato
23 września 2022 at 13:00
firek
Oby to nie nastąpiło, bo mecz tej rangi, przy pustych trybunach w PP może być tym przysłowiowym gwoździem.
No i jeszcze wspaniale grający hokeiści, gdy zobaczą puste trybuny w satelicie…
Łukasz Z.
23 września 2022 at 21:39
Kato
Ja właśnie się tego boję, że puste trybuny na meczach piłkarzy i hokeistów właśnie doprowadzi do tego,że miasto wycofa się z finansowania Naszego Klubu i skończymy w A klasie. Ja się pytam czy o to nam chodzi? Bo może racja jest po naszej stronie,ale jeśli nie masz alternatywnego rozwiązania (czytaj:kasy) to upoważnia cię do zarżnięcia Gieksy? Naprawdę musimy iść śladem Zawiszy? Były gorsze czasy Gieksy i nie było takich akcji jak ta. Teraz jest najgorszej od 20 lat? A dlaczego nie wcześniej? Usuwanie komentarzy to nie rozwiązanie.
Irishman
24 września 2022 at 09:22
Czyli co, jeśli dobrze rozumiem to albo kibice staną na baczność przed prezesem albo skończymy w A-klasie???
Wielkie słowa i ja nawet nie chcę myśleć co by się działo zanim by do tego doszło.
A wystarczy tak niewiele – usiąść i porozmawiać. I jestem w 100%, że doszlibyśmy do porozumienia, bo na tym zamieszaniu nikomu nie zależy. Tylko Magistrat musi też wysłuchać tego co mówią kibice, a nie tylko tego co mówi prezes.
Łukasz Z.
24 września 2022 at 11:18
Nic nie pisałem o stawaniu na baczność, tylko o tym , że bez pieniędzy z miasta hokejowa Gieksa przestanie po prostu istnieć a piłkarze będą się błąkać gdzieś w niższych ligach. To miliony z miasta dają życie temu klubowi, może w sekcji piłkarskiej szare ale jednak na zapleczu ekstraklasy. Tak ciężko zrozumieć, że nie ma na horyzoncie nikogo z wielką kasą kto by podniósł nasz poziom o tyle by już teraz był pewny awans i szansa na dobre wyniki poziom wyżej? Jeżeli miasto wycofa finansowanie to będzie oznaczało upadek czego tu nie rozumieć?
Kato
24 września 2022 at 11:49
Irishman
Cel słuszny, metody już nie. Mało skuteczne jak do tej pory widać i niosące dużo ryzyka i niepewności.
O tym piszemy
Łukasz Z.
24 września 2022 at 13:43
Potęga Gieksy z końca lat 80 i większości 90 wynikała z mądrości prezesa Dziurowicza,ale przede wszystkim z tego że nasz Klub był w trójce najbogatszych klubów w Polsce. Za naszych najlepszych piłkarzy którzy wyjeżdżali na zachód byli sprowadzani najlepsi piłkarze z ligi polskiej i tak się to kręciło! Teraz jest inny etap naszej historii i trzeba się do niego dostosować a nie żyć marzeniami!
Irishman
25 września 2022 at 09:18
Łukasz, piszesz: „Tak ciężko zrozumieć, że nie ma na horyzoncie nikogo z wielką kasą kto by podniósł nasz poziom o tyle by już teraz był pewny awans i szansa na dobre wyniki poziom wyżej?”
Nie ma czegoś takiego jak pewny wynik sportowy, bez względu na to jaką kasę wpompujesz w drużynę. Bo to jest nieprzewidywalny i dlatego tak fascynujący sport!
I ja nawet nie chciałbym, tego wpompowywania kasy! Zdecydowanie wolę stopniowy rozwój, który jest z reguły trwalszy. Tylko, że my po awansie do I ligi po prostu stanęliśmy w miejscu i wręcz zaczęliśmy się cofać. Transferujemy jakichś słabych piłkarzy, którzy i tak nie mają szansy na grę, wiekowych, kontuzjowanych. Poprzedłużano umowy z zawodnikami, którzy nie rokują już rozwoju, a nawet gdyby to po co mieliby się rozwijać skoro stawia się przed nimi jakieś śmieszne cele? No i czekamy na ten stadion jak na jakiegoś Świętego Gralla, który rozwiąże wszystkie nasze problemy! To jest droga donikąd!
No i bardzo dobrze pamiętam to jak za prezesa Dziurowicza staliśmy się z kopciuszka jednym z czołowych klubów w Polsce. I raczej BARDZO mocno wątpię, abyśmy wtedy, w połowie lat 80-tych byli w trójce najbogatszych klubów w Polsce! Natomiast byliśmy znakomicie zarządzani! I takiego zarządzania naszym klubem, choćby tylko w części pragną kibice. Tak bardzo, że skoro ludzie, którzy mogli zrobić coś w tej sprawie pozostawali na nich głusi zdecydowali się na bojkot.
PS.
I tylko nie piszcie proszę, że przecież mamy mistrza w hokeju! Moim zdaniem to trafiliśmy jak pełną pulę w totka z tym, że na pracę u nas zdecydował się Jacek Płachta i stąd to mistrzostwo. Oczywiście doceniam też to, że miasto Katowice zapewniło mu do tego warunki. Niestety w męskiej piłce nożnej to jest to tylko niedoścignione marzenie, aby tak było 🙁 🙁 🙁
Łukasz Z.
25 września 2022 at 12:52
Przecież trenera Płachtę ktoś zatrudnił. A sukces w hokeja bierze się z tego że nie odstajemy finansowo od najlepszych z tej ligi. Uważam, że dobry poziom finansowania oraz dobre zarządzanie daje sukces sportowy. Nie pewny sukces bo czegoś takiego w sporcie nie ma,ale duże prawdopodobieństwo. Ja też z wieloma rzeczami się nie zgadzam i pisałem o tym często. Denerwuje mnie na przykład promowanie piłkarzy innych klubów zamiast stawianie na swoją młodzież co na pewno nie przyczynia się do naszego rozwoju. Te transfery też do dupy, szczególnie Tanzyny, wiek nie ten i kontuzja w pakiecie ale tu wychodzi nasza słabość finansowa. Mylisz, że trener czy dyrektor sportowy nie chcieli by lepszych piłkarzy i że nie wiedzą którzy to są? Wiedzą tylko nas na nich nie stać! Powtórzę to jeszcze raz, obecna forma protestu jest niewłaściwa i szkodzi mojemu ukochanemu Klubowi i nie mogę milczeć gdy zamiast korzystać z sukcesów które ewidentnie ostatnimi czasy są walczymy z prezesem i rozwalamy to co udało się stworzyć .