Felietony
Dudek – trener, który ma pomysł?
Waga zwycięstwa w Bielsku-Białej jest olbrzymia. Tak naprawdę nie mówiło się o tym meczu tak wiele, jak można by było, nie podkreślało się wartości punktów do zdobycia, tak jak te punkty były cenne. Przegrywając, a nawet remisując z Podbeskidziem – mogliśmy pogrążyć się w otchłani strefy spadkowej tak głęboko, że wygrzebanie się z niej mogłoby być już niemożliwe.
Mało co przemawiało za GieKSą. Słaba forma, fatalne występy w defensywie i praktycznie brak gry w ofensywie. Zespół tracąc gola (a przeważnie tracił dwa) nie miał możliwości, motywacji i pomysłu, jak tu się dobrać do skóry przeciwnikowi. Zestawiając ze sobą trzy pierwsze mecze Dariusza Dudka można z przekonaniem stwierdzić, że był to jeden z najgorszych trójmeczów w historii GieKSy. Nawet w tę historię się zbyt głęboko nie zagłębiając.
Z drugiej strony stawaliśmy naprzeciw Podbeskidzia, które w ostatnim czasie spisuje się dobrze, strzela sporo bramek i po prostu wygrywa. Dodatkowo rachunek prawdopodobieństwa nie wróżył sukcesu – w końcu wygranie dwóch meczów z rzędu na stadionie konkretnego rywala było niespodziewane, a skoro już się zdarzyło – to trzecie zwycięstwo – zwłaszcza przy obecnej dysproporcji formy obu ekip – wydawało się wyczynem z kategorii science-fiction.
I przez większość pierwszej połowy wydawało się, że marzenia o zwycięstwie w Bielsku trzeba będzie odłożyć na przyszłe lata. GieKSa w ofensywie nie istniała, to rywal miał przewagę optyczną i choć bardzo groźnych sytuacji sobie zbyt wielu nie stwarzał – to Krzysztof Baran musiał być czujny. Zwłaszcza jego interwencja przy rzucie wolnym, które z dośrodkowania zamieniło się w strzał – zdecydowanie uchroniła nasz zespół od utraty gola.
Gdy wydawało się, że jakikolwiek gol, który może w tym meczu paść, to gol dla gospodarzy, a naszym szczytem może być bezbramkowy remis, w zupełnie „beznadziejny” sposób uderzył na bramkę Bartosz Śpiączka. Celowo słowo „beznadziejny” ujmuję w cudzysłów, bo nie chodzi o to, że ten strzał był bardzo zły, ale powiedzmy sobie szczerze – nadziei na gola to on nie dawał. A jednak, w momencie, gdy nic już sensownego napastnik z piłką nie mógł zrobić, to przynajmniej oddał celny strzał. Dzięki temu bramkarz miał szansę popełnić fatalny błąd i z tego zrodziła się bramka. Jako że było to niedługo przed końcem pierwszej połowy, udało się bez większego problemu dotrzymać wynik do przerwy.
W drugiej połowie obraz gry nieco się zmienił, ale bardziej w kontekście podejścia do tego spotkania i oczekiwanego wyniku. Podbeskidzie dalej próbowało, ale zgasł w nich jakiś płomień, który sprawiał, że mogliśmy odczuwać wielki niepokój. Oczywiście nadal istniało spore zagrożenie, że gospodarze się obudzą, strzelą jedną czy dwie bramki – i będzie trzeba znów patrzeć na radość nielicznie przybyłych kibiców gospodarzy. A jednak im ten mecz trwał dłużej, tym można było nabierać coraz większego spokoju. Bramka Adriana Błąda, po kapitalnym zachowaniu Bartosza Śpiączki – tylko ten spokój ugruntowała. Chyba i piłkarze GieKSy po raz pierwszy od dawna nabrali pewności siebie i tak naprawdę grając już spokojnie, sami mogli strzelić trzecią bramkę.
Można sobie zadać pytanie, co zadecydowało o sukcesie w Bielsku? Nie będę tutaj rozważał wielu aspektów i czynników mający nań wpływ. Skupię się na jednym, który wydaje mi się kluczowy. A jest nim taktyka. Taktyka i pomysł trenera Dariusza Dudka.
Nie byłem zwolennikiem przyjścia tego szkoleniowca i nadal nie jestem piewcą jego trenerskiego talentu. Ale jednak zaskoczył mnie w ostatnim czasie i to zaskoczył bardzo. I zrobił (robi) to, czego nie robili poprzedni trenerzy, pogrążając drużynę w marazmie.
Reaguje. Po prostu reaguje.
Przychodząc do GieKSy, Dariusz Dudek zastał zgliszcza. Potrzebował trzech meczów, aby przekonać się, jak bardzo rozsypana jest ta drużyna. Czy fizycznie – nie wiemy. Ale na pewno mentalnie i typowo piłkarsko. Poprzedni szkoleniowiec coraz to bardziej pogrążał drużynę w taktycznym chaosie, tak że prawdopodobnie zawodnicy kompletnie pogubili się w tym, jaka jest ich rola w drużynie.
Krytykowałem Dudka za pierwsze spotkania (za sam mecz ze Stalą nie, ale za kolejne już tak), gdy oprócz tego, że GKS wyglądał fatalnie, to trener jeszcze snuł „opowieści dziwnej treści” na konferencjach. Jak widać, potrzebował aż trzech spotkań, by naprawdę zderzyć się z dnem i dać sobie możliwość odbicia się.
Szkoleniowiec zorientował się w tym, co widzieli wszyscy, czyli bardzo złej grze obronnej, która skutkowała olbrzymimi stratami. Ale jedno to się zorientować, a drugie – zadziałać. Nie mając ofensywnych wirtuozów, zdecydował się poszukać możliwości uszczelnienia defensywy. Zdecydował się w pierwszej kolejności podjąć próbę zacementowania tych wielu dziur, które z kruchego muru powstawały w zastraszającej szybkości. Dodatkowo nie było „gadanie”, tak jak w przypadku Jakuba Dziółki, który na konferencjach pięknie mówił o trenowaniu defensywy, kosztem ofensywy, a w meczach nie widzieliśmy kompletnie żadnej zmiany, tylko powielanie znanych już wszystkim błędów. Dudek stworzył sobie w głowie plan i od razu wcielił go w życie. Najpierw z Jagiellonią, a potem w meczach ligowych.
Ustawienie zespołu z pięcioma obrońcami może mieć różne oblicza. Czasami to ustawienie zwiększa możliwości ofensywne, jeśli boczni są szybcy i usposobieni ofensywnie. Dudek jednak nie poszedł w tę stronę, tylko skoro postanowił grać jednym zawodnikiem więcej w formacji obronnej, to w celu wzmocnienia obrony właśnie. Jeszcze nie wiedzieliśmy tego przed meczem, kiedy to ujrzeliśmy na prawej stronie Kacpra Tabisia. Ale ku zaskoczeniu wszystkich, zawodnik ten naprawdę angażował się w grę w destrukcji i zaliczył kilka udanych interwencji, na czele z bardzo dobrym wślizgiem przy groźnej sytuacji gospodarzy na początku meczu. Z drugiej strony mieliśmy Tymoteusza Puchacza, który bardziej się angażował do przodu, ale też działał w obronie, jak należy. Gdy dodamy do tego, że trójka środkowych obrońców w końcu w komplecie zagrała dobre zawody – mieliśmy klucz do uchylenia furtki z napisem „zwycięstwo”. Kluczem tym było zastawienie wzmocnionych zasieków przed własną bramką.
Dudek swoim wyborem sposobu gry nie wygrał spotkania w Bielsku. Ale otworzył zespołowi i zawodnikom ofensywnym tę możliwość. Oczywiście mogło się skończyć tym, że nie strzelilibyśmy żadnej bramki, bo ta ofensywa ma olbrzymie braki. A jednak trochę szczęścia przy golu Śpiączki i błysk oraz kreatywność w jednym momencie meczu – czyli przy drugim golu – spowodowała, że na plusie pojawiły się dwa trafienia.
Szkoleniowiec dużo zyskał w moich oczach także wypowiedziami na konferencji prasowej. Tym razem już nie zgrywał kowboja, z wiecznym szelmowskim uśmiechem na twarzy. Wypowiadał się merytorycznie i rozważnie. Dodatkowo stwierdzenie, że to nie jest jego ulubiona taktyka, określenie jej mianem „siermiężnej” oraz danie do zrozumienia, że dostosował ją z całą mocą do materiału ludzkiego, jaki posiada – jest kolejnym argumentem, że trener chce coś zmienić, chce poprawić i nie chce powtarzać tego wielomiesięcznego piłkarskiego błędu, który mecz po meczu musieliśmy obserwować na Bukowej i w meczach wyjazdowych.
Co będzie dalej – tego nie wiemy. Taktyka to oczywiście jedno, a jej realizacja i forma zawodników to osobna sprawa. Jedno jest pewne – Dudek próbuje wyprowadzić GieKSę z chaosu, jako pierwszy trener od dłuższego czasu. Czy droga, którą obrał, jest właściwa? Na to pytanie nie da się w tej chwili odpowiedzieć. Równie dobrze może się na tym coś zbudować, jak i szkoleniowiec – w przypadku na przykład zafiksowania się na swoim projekcie – może doprowadzić zespół w ślepą uliczkę. Możliwości jest wiele. Na ten moment widać, że położył swoją rękę na tym zespole i po prostu podjął próbę.
Nie, to nie jest pean o trenerze Dariuszu Dudku. Nadal nie jestem zwolennikiem tego szkoleniowca i zdecydowanie za wcześnie, żebym zmienił swoje zdanie. Przed szkoleniowcem jeszcze długa droga, aby przekonać mnie (i wielu innych kibiców), że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.
Nie mogę jednak nie docenić pomysłu na ten konkretny mecz. Pomysłu, który dał sukces zespołowi, nam relacjonującym to spotkanie chwilę radości, a Żółtej Armii na sektorze gości możliwość przeżycia chwili euforii. I to w ten szczególny moment, w przededniu tak ważnego dla wszystkich święta.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.
Galeria Piłka nożna
GieKSa zagrała na piątkę
GKS Katowice pokonał 5:0 Wisłę Płock na Arenie Katowice. Zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z tego emocjonującego spotkania na Nowej Bukowej.

Kolo
11 listopada 2018 at 22:03
Rozważny i pisany bez emocji tekst. Cenię w Tobie, Shellu, zimną głowę i celne uwagi. Twoi Koledzy z redakcji trochę mają na ten temat inne chyba zdanie???? ale ich żarty na Twój temat nie są ani trochę złośliwe. Mam nadzieję, że nie masz im ich za złe. Co do Dudka, to w pełni się z Tobą zgadzam. Po owocach go rozliczymy (Czy jakoś tak????
Mecza
12 listopada 2018 at 09:09
Ten mecz był dla mnie najbardziej nerwowym w ostatnich latach. Nic nie zmienił w naszej sytuacji ale to był mecz o życie. W 85 minucie nadal się bałem, że się coś złego może wydarzyć. Zastanawiam się czy nie przestać oglądać w trosce zdrowie, lepiej byłoby po prostu sprawdzić wynik na końcu.
kolo
12 listopada 2018 at 09:43
Mecza, miałem to samo do samego końca. Bielsko cisnęło jak Jaga w Pucharze. Ale tym razem się udało, bo…Lisowskiego zabrakło!
kolo
12 listopada 2018 at 09:59
Był za to Gonzo i jak zwykle nie zawiódł!! He He!
Irishman
12 listopada 2018 at 10:30
Mylisz się @Mecza i to bardzo, bo ten mecz zmienił bardzo dużo!
Przede wszystkim spójrz w tabelę. Mogliśmy mieć przecież 5 pkt-ów straty do Stomilu, 6 do Wigier, 7 do Warty (dalej nie patrze bo to nie ma sensu), a w perspektywie kolejne bardzo trudne mecze. Przystępowalibyśmy do nich z coraz większa beznadzieją, prawie jak skazaniec idący na szafot.
Tymczasem mamy kontakt, z bezpiecznym miejscem w tabeli i świadomość, że ta praca, która jest wykonywana przynosi nareszcie efekty. Oczywiście! Nie można, absolutnie zachłysnąć się tym zwycięstwem, bo kolejni rywale są bardzo trudni, a ich trenerzy to fachowcy, którzy zapewne bardzo skrupulatnie przeanalizują zmianę naszej taktyki. Ale te sobotnie zdobycze – punktowe, a przede wszystkim mentalne są BEZCENNE! Jeśli się utrzymamy (bo to nadal nie jest pewne) to w dużej mierze dzięki temu meczowi.
Mecza
12 listopada 2018 at 11:51
Dla mnie nic się nie zmieniło, bo nadal miejsce spadkowe. Najważniejsze że nadal żyjemy. Szkoda, że nie możemy zagrać z ŁKS za tydzień. Na dzisiaj się wydaje że walczymy z Garbarnią, Stomilem, Wartą i Wigrami. Może jeszcze inaczej, to jest walka z samym sobą aby się podnieść.
PanGoroli
12 listopada 2018 at 16:16
@Mecza, ta przerwa dla nas, jak manna z niebios. My na ŁKS nie jesteśmy w tej chwili gotowi. A w 2 tygodnie mozna sporo popracować, i kto wie, jak pójdą te 3 ostatnie mecze. Tu każdy punkt teraz bezcenny. W zadnym z ostatnich meczy GieKSa nie jest faworytem.
jordan
13 listopada 2018 at 13:44
Hej ziomale co tam słychać z nowym stadionem