Piłka nożna
[RELACJA] Jak co mecz – porażka
W sobotę 27 października w ramach 16 kolejki Fortuny 1 Ligi na Bukową przyjechała drużyna Warty Poznań. Trener Dariusz Dudek w pierwszym składzie na ten mecz wystawił aż 3 młodzieżowców: Tymoteusza Puchacza, Kacpra Tabisia i Adriana Łyszczarza. Pozostałą część wyjściowej 11-stki stanowili Pawełek, Remisz, Wawrzyniak, Lisowski, Poczobut, Piesio, Woźniak i Rumin. Spotkanie rozpoczęło się o godzinie 17:45.
Już po 60 sekundach gorąco zrobiło się pod bramką strzeżoną przez Mariusza Pawełka. Po dalekim wyrzucie z autu jeden z piłkarzy Warty uderzył z przewrotki, a piłka minimalnie minęła słupek. Katowiczanie powoli budowali swoje akcje od tyłu, natomiast zawodnicy z Poznania po przejęciu piłki starali się szybko przedostać z nią pod bramkę GieKSy. Po szybkiej wymianie podań w 15 minucie z dystansu uderzył Tabiś, ale bardzo lekko. W 17 minucie Warta wyszła na prowadzenie. Po rykoszecie piłka trafiła do Spławskiego, któremu pozostało umieścić ją w bramce. Po chwili Woźniak w polu karnym Poznaniaków nawinął rywala na zamach, po czym uderzył prosto w bramkarza. W 23 minucie żółtą kartkę otrzymał Poczobut, a 2 minuty później Lisowski. W 30 minucie również zawodnik Warty wpisał się do protokołu – „żółtko” obejrzał Wypych. Kilkanaście sekund później Piesio wjechał rywalowi w nogi i także otrzymał kartkę. W 38 minucie było już 0:2. Kontrę strzałem przy krótkim słupku wykończył Fadecki. Chwilę później Wawrzyniak dał się wyprzedzić, a piłka po przelobowaniu Pawełka minimalnie minęła słupek. W 43 minucie sędzia kolejny raz wyjął kartonik i pokazał go Szymusikowi. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:2.
Na drugą połowę nie wyszedł już Grzegorz Piesio, a jego miejsce zajął Adrian Błąd. Ponownie mieliśmy przewagę w posiadaniu piłki, ale nic to nie dawało, bo byliśmy okropnie niedokładni. W 60 minucie Łyszczarz stracił piłkę i próbował ją odzyskać wślizgiem, ale trafił w nogi i dostał żółtą kartkę. W 61 minucie Rumina zastąpił Śpiączka. 6 minut później Cierpka kopnął Błąda i sędzia znów pokazał kartonik. 69 minuta to kolejna kartka – tym razem dla Grobelnego. W 70 minucie Śpączka z dystansu uderzył niecelnie. Po chwili Artur Marciniak zmienił Łukasza Spławskiego. W 78 minucie Fadecki otrzymał kartkę. 3 minuty później został on zastąpiony przez Fiedosiewicza. Po chwili drugą, a w konsekwencji czerwoną kartkę otrzymał Poczobut. Jednocześnie „żółtko” dostał także Woźniak. W 88 minucie piłkarz Warty z linii pola karnego uderzył minimalnie niecelnie. Mecz zakończył się wynikiem 0:2.
GKS Katowice – Warta Poznań 0:2
Bramki: Spławski, Fadecki
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

KOSZUTKA.EU
27 października 2018 at 19:47
Każdy milion wpompowany przez Urząd Miasta w tych partaczy to kolejne zero w tabeli. Tak grają piłkarze spasieni kasą z zasiłku.
Solski
27 października 2018 at 20:05
Może oni koniecznie chcą się zrewanżować smrodom i dlatego tak ich ciągnie do II ligi? Ale tak na poważnie, to jest poprostu tragedia. Paszulewicz ich zajechał, teraz mecze co 3 dni, brak możliwości spokojnego treningu. Lisowski pierwszy do odstrzelenie, Wawrzyniak nie radzi sobie zupełnie, Piesio drugi po Lisowskim. Chcieliśmy grać młodzieżą? Dzisiaj było ich 3 w wyjściowej. Może to i trudne, ale powinniśmy się do II ligi szykować. Powtórzę się kolejny raz, ale taka jest prawda, że GieKSa zawsze dobrze grała na jesień a na wiosnę był piach. Więc skoro tak graja na jesień, to resztę należy sobie dopowiedzieć. II liga i derby z ROW-em, Rozwojem i smierdzielami
Robson
27 października 2018 at 20:23
Pierdzielisz Koszuta, tu nie chodzi o kasę ale o nietrafione transfery i zajechanie piłkarzy przez Paszula. Odpowiedzialni za to byli Paszulewicz i Bartnik jednego już nie ma drugi niestety jest i boję się kim się wzmocnimy a kogo pożegnamy w przerwie zimowej..
lwyszo
27 października 2018 at 20:52
Trzeba sobie uswiadomic ze oni z meczu na mecz do konca tej rundy beda grac jak dzis – topornie ciezko bez szybkosci, widac ze nogi maja w cemencie zero dynamiki. To nie do konca ich wina bo wydaje sie ze im sie chce ale po prostu sie nie da. Fatalnie jak przygotowanie fizyczne zostalo zajebane, a to podstawa jakiejkolwiek gry. Zima a potem walka o byt … podobnie jak za Nawalki – oby z tym samym skutkiem….
majck
27 października 2018 at 21:18
w normalnym klubie odwiedziny kibiców na treningu piłkarzy…… tu nic
peter
27 października 2018 at 21:49
Karteczki z życzeniami. … kurwa czy to jest powazny klub czy przedszkole, tu trzeba męskich decyzji, pierdolniecia pięścią w stół, chopa na miarę Mariana Dziurowicza. Po tym co dziś widziałem oni są zajechani. Odpowiada za to Paszul ,tak samo przygotował Olimpie rok temu ,jak można było zatrudnić chopa ,który doprowadził zespół na ostatnie miejsce a zwolnić po swinsku Mandrysza ,który rok temu o tej porze ogarnął temat. Odpowiada za to Bartnik.
Oberschlesien
27 października 2018 at 21:53
co wy kurwa pierdolicie ,pilkarze zajechani przez Paszula????czy wyscie ku…grali kiedys w pile kaj indziej niz na placu albo pod trzepakiem????JAK pilkarz ktory zawodowo gar w pilke i tak zarabia na zycie nie umie wytrzymac cyklu meczowego na poziomie naszej kopaniny w 2 lidze ,to co to jest za sportowiec???OGLADACIE lige angielska ,tam tez graja czesto co 3 dni i w tempie 3 razy szybszym niz u nas….i co??? i wytrzymuja…temat jest prosty ,Paszul wziol te towarzycho za mordy ,kazal trenowac i zapierdalac na boisku,to na poczatku jeszcze w miare szlo…a potem standard tym hujom obibokom bylo za ciezko ,to zaczeli grac przeciw trenerowi,a Dudek miekka faja im nie podskoczy ,bo w skladzie znowu sa starzy wyjadacze co pilnuja tylko by pensja byla co miesiac!! KTO SCIAGNAL TEGO CIULA WAWRZYNIAKA???????kto sie pod tym podpisal zeby takie drewno sciagac do klubu na emeryturze???NASTEPNE PODPISANIE KONTRAKTU Z JAKIMKOLWIEK GRACZEM powinno byc tylko podparte wynikami ,inaczej minus 80% pensji…wtedy by grali….bo jak na razie to mozna miec pewnosc ze oni sami lub ich rodzinki sa czestymi goscmi u bukow po czeskiej stronie granicy…
peter
27 października 2018 at 21:59
Był moment na uratowanie sytuacji jak były te dwa tygodnie przerwy, wtedy zatrudnienie doświadczonego trenera mogło dać efekt. Teraz jest zamiecione te dwa mecze były kluczowe. Są rozjebani fizycznie i psychicznie.
Krzysiek
28 października 2018 at 00:40
Zgadzam się w 100% z Oberschlesien – jeśli piłkarze są „zajechani” to tylko o nich źle świadczy. Niestety ale mentalność polskich piłkarzy pozostawia wiele do życzenia i potem prezentują taką padakę. Zresztą to jest ogólny problem polskiej piłki. Ledwo jeden jest trochę lepszy niż koledzy z placu to od razu bujaka, a jak jeszcze trochę zarobi za to, że kopie gałę to już w ogóle król świata. A potem przychodzi trener, który wymaga profesjonalizmu w podejściu do swojego zawodu i lament, że zajeżdza zawodników. Nawet nie trzeba zawodowo grać w piłkę, żeby wiedzieć o czym mówię.
GieKSiorz
28 października 2018 at 00:40
No i fajnie.frajersko sprzedane 2 awanse teraz ma być kara 2 liga i huj, jebie mnie ten syf, GieKSa była kiedyś,teraz to żenada,banda huja bez ambicji i nieudolny zarząd, ktoś fajny kurwidolek do cyckania udupic, blaszok bijcie brawo, śpiewajcie nic się nie stało, wierzcie biuuuhhaaaa
GieKSiorz
28 października 2018 at 00:52
Zniszczono ten klub pod każdym względem (piłka nożna chopow),lata stagnacji w 1 lidze,brak ambicji awansowania,nieudolne zarządzanie, nie stawianie na młodych i jest po klubie, frekwencja i poziom kibicowania upadł,klub stal się pośmiewiskiem,a młodzi dalej swoje, kiedyś by już był wpier…, manifestacja pod um,a teraz żenada.Gieksa prawdziwą na którą ja chodziłem już nie istnieje,teraz to jakiś twór Krupy.po 2 frajersko zdupionych awansach przestałem być kibicem obecnej GieKSy, choć uważam że obecny klub hańbi historię Wielkiej GieKSy i lepiej jakby występował pod inną nazwą
Tymron
28 października 2018 at 07:06
Zniszczono GKS. To co teraz występuje w 1 lidze to twór Krupy i Janickiego. Zniszczono także Nas – kibiców mamiąc wizją kasy i „opieką” nad klubem Urzędu Miasta. Dalej jesteśmy ślepi i wolimy nie ingerować w to co się dzieje. Dwa razy klub uratowali kibice ale chyba do trzech razy sztuka… Wiadomo że problem jest u góry a nie na boisku tylko czemu kurwa nikt z tym nic nie zrobi? Kosa , inni „wpływowi” kibice, siedzicie w gabinetach u zarządzających klubem ?? Boicie się że miasto odetnie prąd?? Co jest do stracenia ?? Za chwilę nie będzie nic, kibiców już nie ma.
Krzysiek
28 października 2018 at 12:58
Klubem powinnien zarządzać prywatny właściciel a nie miasto albo kibice. To zawsze prowadzi do patologii. Mam na myśli zdrowy biznesowy układ tak jak ma to miejsce na zachodzie, a nie polskich biedabiznesmenów, którzy też już wykończyli niejeden klub. Ale niestety nie widzę nawet światełka w tunelu bo cała ta polska liga to jedna wielka porażka, gdzie byś nie spojrzał. Boli, że akurat Gieksa jest aktualnie jednym z klubów gdzie najbardziej to widać.