Felietony
Rzetelnie wykonana robota
GKS Katowice odbił się od dna. Dwie wygrane pozwalają nabrać w końcu optymizmy i wiary w to, że praca trenera Piotra Mandrysza może przynieść efekty. Nie wiemy, czy to odbicie jest stałe czy chwilowe, bo doświadczenia ostatnich lat pokazały przecież, że nawet całe dobre rundy jesienne potrafią zaciemnić obraz. Faktem jest, że GieKSa po wygranej z Rakowem, pokonała u siebie rozpędzoną Chojniczankę w niezłym stylu, to znaczy takim, przy którym goście nie mieli wiele do powiedzenia. Dobrze się stało, zwłaszcza w kontekście nastrojów kibiców. Po bardzo nerwowej atmosferze na początku sezonu teraz jest ten moment, w którym może znów zagościć spokój. Na jak długo? To zależy od piłkarzy.
Wczoraj wiele rzeczy zafunkcjonowało naprawdę nieźle. Zdecydowanie nie było jednego ojca zwycięstwa, bo większość zawodników zagrała – jako zespół – na dobrym poziomie. Z taką postawą na wiosnę byłby pewny awans. Zarówno defensywnie, a mówimy o grze defensywnej całego zespołu, jak i w ofensywie mogliśmy zobaczyć ciekawe akcje. W końcu szaleństwa Prokića były robione z dokładnością i precyzją, dzięki czemu mieliśmy kilka dobrych akcji, a jego dwa zachowania związane z szybkością – w pierwszej i drugiej połowie – robiły różnicę. Obudził się Wojciech Kędziora, którego bardzo krytykowaliśmy w pierwszych spotkaniach. Tym razem był aktywny, dużo przy piłce, wziął sprawy w swoje ręce i nie ograniczał się tylko do czekania na piłkę. Zejdler i Kalinkowski zagrali jak za najlepszych czasów na jesień zeszłego roku, spokojnie, z agresją, ale też pomyślunkiem – po destrukcji przychodził czas na uruchomienie swojej akcji ofensywnej. Środek pola był na tyle zaryglowany, że przeciwnicy nie potrafili się przedrzeć.
Cała linia obrony spisała się też na piątkę. Nawet jeśli niektórym zawodnikom brakuje umiejętności, to tym razem wykrzesali z siebie bardzo wiele. Mączyński już nie był tym Mateuszem z pierwszych meczów, czyli beznadziejnym. Zagrał poprawne, solidne zawody, bez większych błędów. Adrian Frańczak wyrósł na kluczową postać w tym spotkaniu, a jego dwie mięciutkie wrzutki (a przecież znamy go z mocnego kopyta) otwierały partnerom szansę na zdobycie gola – był idealne. Środkowi obrońcy plus bramkarz, także spisali się bez zarzutu.
Swoją drogą tyle pewności, ile zapewnia w tyłach Mateusz Abramowicz każe nam z jednej strony zapytać trenera Mandrysza, dlaczego tak późno, ale też cieszyć się, że… tak szybko dokonał tej zmiany. Abram broni spokojnie, naprawdę potrafi wybronić mecz – wczoraj nie wybronił, ale swoją postawą pomagał drużynie. Z całym szacunkiem do Sebastiana Nowaka, przy udziale tego golkipera nie mogliśmy czuć takiego komfortu. Tu Mateusz jest numerem jeden.
Jest jednak pewien mankament, choć na ten moment jeszcze trochę na wyrost i nie musi ostatecznie wystąpić na dłuższą metę. Wydaje się bowiem, że jedenastka, która wybiegła przeciw Chojniczance, jest zbliżona do optymalnej. Zbliżona, bo przydałoby się jeszcze kilka wzmocnień, na pozycji choćby lewego obrońcy, ofensywnego pomocnika czy napastnika. Nie, broń Boże nie mówimy, że ci co zagrali zawiedli – wręcz przeciwnie. Jednak nie możemy podniecać się tymi dwiema wygranymi i mówić, że mamy kompletną drużynę. To byłby błąd w sztuce trenera, gdyby tak założył. Natomiast nadal ławka nie jest taka, jak byśmy chcieli. Dobrze, że jest Adrian Błąd, który nie zadebiutował, ale powinien być mocnym punktem zespołu. Oktawian Skrzecz jest żywiołowy i jeśli nie z Odrą, to z Zagłębiem Sosnowiec można się go spodziewać od pierwszej minuty, gdyż Paweł Mandrysz będzie na zgrupowaniu reprezentacji.
Nadal nie jest zadowalająca kadra jeśli chodzi o napastników. Wojciech Kędziora pierwszej młodości nie jest i ciężko mu będzie choćby fizycznie. Grzegorz Goncerz już chyba na dobre przestał być typowym napastnikiem, a raczej w środku pola będzie rozgrywał, wspomagając gościa na szpicy – tak jak w innym artykule porównaliśmy go do Wayne’a Rooneya, który kiedyś masowo strzelał bramki, a potem przestał je zdobywać i skupił się na harówce w środku pola. Być może powtórzymy podobny schemat z Gonzem, jednak musi dać od siebie więcej kreatywności, bo wczoraj mimo, że nie zawiódł i nieźle grał bez piłki, to jednak przydałoby się na tej pozycji nieco więcej. Jakub Yunis to niestety nie ta klasa, a dodatkowo zaraz po wejściu tak wycelował wyprostowaną nogą, że gdyby trafił w przeciwnika, to połamałby mu nogi. Chłopie, to nie jest mordobicie, tylko piłka nożna. Cud, że nie dostał czerwonej kartki, bo na nią zasłużył.
Zachodzi jeszcze jedna obawa, co do składu. Bo o ile dwie wygrane zasiewają w nas nutkę optymizmu, to nie odwołujemy swoich słów z poprzednich meczów, one co najwyżej – działaniami piłkarzy – mogą się zdezaktualizować. Obawiamy się powrotu Tomasza Foszmańczyka do składu. Zawodnika już za poprzedni sezon nie powinno być w klubie i to utrzymujemy. Jak się obecnie okazuje – bez Fosy GieKSa zagrała dwa dobre i zwycięskie spotkania. Akcje były szybkie, kreatywne, środkiem i skrzydłami. Gdy teraz wyobrazimy sobie zwalniającego i czasem pozorującego grę Tomasza, trochę się człowiek wzdryga na myśl, że szkoleniowiec może go wprowadzić do pierwszej jedenastki. Oczywiście to jest tak, że on może wejść i strzelić gola. Ale nie w tym rzecz. Znamy zawodnika bardzo dobrze, sportowo i w kwestii podejścia, i całokształt mówi o tym, żeby jak najdalej trzymać go od pierwszej jedenastki. No ale to mrzonki. Trener bardzo czeka na powrót tego piłkarza i – co niezbyt fortunne – to chyba na razie na nim opierana ma być ofensywa zespołu.
Teraz, żeby nie było tak kolorowo i żeby jeden z drugim zawodnikiem nie obrośli w piórka. W Katowicach znamy te historię kilku dobrych meczów z rzędu, kilku zwycięstw czy wspomnianych całych rund dających nam wielkie nadzieje na awans do ekstraklasy. To było przerabiane i zawsze kończyło się mniej lub bardziej spektakularną klęską. Dlatego nie powiemy w żadnym wypadku, że oto mamy mocną drużynę i jednak powalczymy o awans. Do takiego stwierdzenia przydałoby się jeszcze z 10 zwycięstw. Więc stwierdzenie – „do roboty!” – jest nadal aktualne, z tym, że ta robota została wczoraj wykonana bardzo solidnie.
Wiąże się to też z faktem, że euforia kibiców po wygranej z Rakowem była kompletnie niezrozumiała. Niektóre osoby tak zachłysnęły się jednym zwycięstwem, że zupełnie zmieniły ton dotyczący drużyny i nagle z „frajerów” stali się oni prawie „panami piłkarzami”. I z naszych ust (a raczej palców) wychodziły różne epitety, a sam mecz z Rakowem jeszcze wiele w tym temacie nie zmienił, ale mecz z Chojniczanką – już lekko tak. Wygrana na wyjeździe z beniaminkiem plus triumf z rozpędzoną i bramkostrzelną ekipą z Chojnic to już są w pakiecie wyniki godne uwagi i pochwały. Tym bardziej, jeśli zespół zareagował w ten sposób na kubeł pomyj, który się na nich wylał od nas i kibiców.
W niedzielę mecz z Odrą Opole, kolejnym mocnym rywalem, ale słabszym niż Chojniczanka. To będzie mecz w świetnej atmosferze, po mobilizacji kibiców do powrotu na Blaszok, z żółtymi koszulkami i ogólną przychylnością. Piłkarze dali dobry sygnał dwoma meczami, kibice też są w dobrych nastrojach. Jeśli uda się wygrać z Odrą i będzie to trzecie zwycięstwo z rzędu, będzie można powiedzieć, że obraz początku sezonu się zatarł. Bo on jeszcze się tam gdzieś przewija i trzeba zrobić wszystko, by nie wrócił.
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















tyta
24 sierpnia 2017 at 11:45
… co do Fosy to sądzę, że trener nie taki głupi, ślepy i głuchy, żeby ewentualnie takim zawodnikiem popsuć to co próbuje sklecić. Więc albo Fosa udowodni trenerowi, że dorósł do poziomu budowanej drużyny albo ława lub wpożyczenie do Rozwoju ( w każdym sensie tego słowa)bo rezerw przecie nima… no ale miejmy nadzieje, że z Fosą to faktycznie tylko nietrafione insynuacje.
Maks
24 sierpnia 2017 at 12:59
Szkoda tych straconych punktów u siebie bo byli by teraz na szpicy tabeli….no ale może jeszcze będą….oby…i tego im życzę…
Adaś
24 sierpnia 2017 at 13:04
No jeśli kogoś przekonuje Abramowicz to nie mam pytań. Wczoraj w drugiej polowie sam latał po orzedpolu i prowokował niebezpieczeństwi pod nasza bramka.
W mojej opini mamy solidnych bramkarzy bez rewelacji z całym szacunkiem ale bramkarz Chojnic naszych „zjada na sniadanie”…
Maks
24 sierpnia 2017 at 13:04
Widzę że szykuje się kolejne wzmocnienie na pozycji obrońcy…niejaki Dalibor Pleva Słowak z Niecieczy….oby trafiony wybór….chyba teraz wiedzą co robią Panowie z zarządu….
stefan
24 sierpnia 2017 at 13:08
Obraz z początku sezony si ezmieni jak wskoczymy na miejsca gwarantujące awans, teraz nie ma innego wyjcia , wieczne ocieranie si eo wysokie pozycje już nie wystarczy.Trener musi teraz tylko dobrze rotować składem , bo kilku graczy ma chetke na wskoczenie do „11” , a Fosa będzie miał fest ciężko zagrac .
Matti
24 sierpnia 2017 at 13:26
Nie ma co wybrzydzać Fosa jak i Gonzo mogą ze sobą konkurować i powinno to wyjść na dobre drużynie. Gonzo ma więcej cech waleczności na boisku Fosa zaś napewno lepszy przegląd pola strzał i technikę. Gdyby tak połączyć ich w jedno 🙂 ale spokojnie myśle że i Fosa będzie musiał zapieprzać bo inaczej będzie siedział na ławie a grać będą Gonzo, Zejdler i Kalinkowski.
Mecza
24 sierpnia 2017 at 15:51
Kadra szeroka i niektórzy wzięli się za siebie i trzymają poziom bo za chwilę mogą wylecieć na dłużej z 11. Jestem ciekawy Błąda, Suka i ten Skrzecz przez tą chwilę pokazał się.