Felietony
[POMECZOWO] Spokojnie, ale… trzeba się ogarnąć!
GKS Katowice przegrał derbowy pojedynek z Tychami i tak szczerze mówiąc – trudno się z tym pogodzić. Analizując nadchodzący terminarz można było sobie myśleć, gdzie katowiczanie mogą potracić punkty. Może w Nowym Sączu, może w Bytowie, może w Suwałkach. Nawet jeśli ktoś myślał o tym, że w Tychach może zabraknąć zwycięstwa, to trudno było się spodziewać porażki. Tym bardziej, jeśli Tychy ostatni mecz przegrały aż 0:4.
To nie był mecz GieKSy. Coś w naszej dyspozycji się zepsuło… w przerwie meczu ze Stalą Mielec. Tym razem nie możemy wiele zarzucić trenerowi Brzęczkowi z zestawieniem na to spotkanie. Zagraliśmy w zasadzie w optymalnym składzie, bo zarówno Garbacik, jak i Mateusz Abramowicz nie obniżają na ten moment jakości zespołu. Przez cały mecz jednak nie stworzyliśmy sobie jakiejś naprawdę dobrej sytuacji. Nawet jeśli dochodziliśmy do sytuacji bramkowych (głównie Goncerz), to albo brakowało precyzji, albo techniki. Mnożyły się niedokładności w rozegraniu. Mając oczywiście świadomość, że boisko było fatalne, za dużo było też gry na poziomie pierwszego piętra, a wiadomo, że taką piłkę trudniej opanować. To był tak naprawdę typowy mecz na 0:0 i szczęściu gospodarze mogą zawdzięczać to, że te derby wygrali. W praktyce poza okazją bramkową nie zagrozili bramce Abramowicza.
Gdzieś uciekł nam ten polot, a pokazuje się trochę momentów, w których bijemy głową w mur. Taka była pierwsza połowa z Puławami, druga ze Stalą. W Legnicy w drugiej połowie dla odmiany GieKSa dominowała. Mamy na ten moment zmienną w kwestii jakości gry ekipę, ale lekkim niepokojem napawają trzy słabe połowy z rzędu, no i niemal 180 minut bez gola, bo przecież ze Stalą trafiliśmy już w 3. minucie.
Na szczęście większość kibiców nie rozdziera szat i nie robi wielkiego problemu z tej porażki. Każdy kto chodzi na GieKSę co najmniej od 9 lat, czyli od awansu na zaplecze ekstraklasy, dobrze widzi, że mamy fajną ekipę, drużynę, która śmiało może walczyć o awans do ekstraklasy, ale też zdaje sobie sprawę, że nie jest to jeszcze hegemon, zespół na tyle mocny, żeby wygrywać wszystko z każdym rywalem. Wiemy też doskonale, jaka jest specyfika pierwszej ligi. Na ten moment po 11 kolejkach mamy na koncie 2 porażki. Wiecie z kim w poprzednim sezonie przegrała Wisła Płock, ta wielka Wisła, tak chwalona, że w cuglach awansowała do ekstraklasy? Z Pogonią Siedlce, z Chrobrym (dwa razy!), z Chojniczanką czy nawet Rozwojem! Nie wspominając o dwóch przegranych z głównym rywalem – Arka Gdynia. Arkowcom zdarzyły się porażki z Wigrami czy Stomilem – u siebie! Więc naprawdę pamiętajmy o wspomnianej specyfice zaplecza ekstraklasy. Tu się nie wygra w cuglach wszystkich meczów. Nie ma na to szans.
Oczywiście nie jest tak, że nic się nie stało. Lekkie zacięcie nastąpiło i rolą trenera jest jak najszybsza diagnoza i próba rozwiązania problemu. Niestety musimy powiedzieć, że kilku zawodników ostatnio mocno zawodzi. Do defensywy i gry defensywnej całego zespołu jakoś specjalnie nie możemy się przyczepić – to jest w porządku. Szwankuje nam ofensywa, rozgrywanie, konstruowanie akcji, ostatnie podanie, wykończenie. Czyli wszystko co jest związane z tym, aby mieć co najmniej jeden z przodu. Zawodzą zawodnicy odpowiedzialni za ofensywę. Mamy wrażenie, że Tomasz Foszmańczyk marnuje nam się na skrzydle i brakuje sensownego rozegrania w środku. Bardzo słabo prezentuje się Andreja Prokić, z którego gry na lewej stronie niewiele wynika. Mikołaj Lebedyński po super kilkuminutowym debiucie w Bielsku, potem miał aktywa z Wisłą Puławy (asysta), z Miedzią (wywalczony karny), ale od meczu ze Stalą Mielec jest kompletnie bezproduktywny. Gonzo w tym meczu próbował, ale akurat tym razem mu nie wyszło – ważne, że przynajmniej dochodził do sytuacji. Paweł Mandrysz wchodzi ostatnio na ogony i nie jest w stanie kompletnie nic zrobić.
Brakuje nam trochę niuansów. Brakuje nam też ławki, przez co nawet jeśli według trenera słabo grał Mandrysz, to co prawda zasiadł na rezerwie, ale na tym możliwości zmian się kończą. Nie posadzimy na ławce i Mandrysza i Prokića, bo musiał by grać wtedy Wołek albo Maciej Bębenek, albo o zgrozo obaj. To jest kwestia na zimę, aby załatwić wartościowych zmienników, ale na ten moment trzeba radzić sobie z tym, co mamy. A że za bardzo nie ma możliwości roszad, po prostu niektórzy zawodnicy muszą się ogarnąć. Owszem przesunięcie do środka Fosy powoduje konieczność zrobienia „czegoś” z Lebedyńskim (no bo Gonzo na ławce nie usiądzie z ostatnią skutecznością). A tak naprawdę przydałoby się wzmocnienie na lewej flance, ale znowu kto miałby zagrać za Prokića? Przykłady można mnożyć. Jeśli Foszmańczyk nie może grać w środku, to musi po prostu więcej dać na skrzydle.
To było święto piłkarskie w Tychach – kibice gospodarzy, którzy do Jaworzna jeździli w kilkadziesiąt osób i pozwalali ponaddwustuosobowej grupie kibiców GieKSy wejść na swoje sektory i prowadzić „doping” tym razem stawili się na nowym obiekcie w sile ponad 10 tysięcy. To tylko pokazuje, jak z zerowego potencjału nowy stadion potrafi wyciągnąć taki efekt. Niestety w Katowicach chyba się tego nie doczekamy, bo mamieni jesteśmy obietnicami od 10 lat i chyba jeszcze sto lat minie, zanim taki obiekt w Katowicach powstanie.
GieKSa przegrała w Tychach i szkoda też trochę z tego względu, że w tych prestiżowych pojedynkach wyjazdowych – podobnie jak w Sosnowcu – znowu jesteśmy pokonani. Szkoda. Była też szansa na zrównanie się punktami z liderem, bo Zagłębie zaledwie zremisowało.
Historia lubi się powtarzać i to, o czym pisaliśmy przed meczem niestety znalazło swoje odzwierciedlenie. Świetna seria dziewięciu meczów bez porażki Kazimierza Moskala zakończyła się na wyjazdowym pojedynku z Tychami. Jedak pamiętając o słowach Georga Santayamy, mówiących o tym, że „ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie” musimy też pamiętać, co działo się dalej w historii Kazimierza Moskala w GieKSie dlatego też trener Brzęczek, sztab szkoleniowy, zawodnicy, zarząd muszą potraktować tę okoliczność jako pewne ostrzeżenie i po prostu wyciągnąć wnioski, aby to co było trzy lata temu po meczu z Tychami – już się nie powtórzyło…
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.
Galeria Piłka nożna
GieKSa zagrała na piątkę
GKS Katowice pokonał 5:0 Wisłę Płock na Arenie Katowice. Zapraszamy do obejrzenia fotorelacji z tego emocjonującego spotkania na Nowej Bukowej.

Kibol
2 października 2016 at 17:33
Wstyd panowie musicie wiedzieć na całe życie ze derby z Sosnowcem i Tychami nigdy nie można przegrywać bo kibice ze Śląska i zagłębia wiedzą że w tym rejonie rządzi ich klub A nie jakieś patalachy
Irishman
3 października 2016 at 11:09
Zgadzam się, powinniśmy podejść bardzo spokojnie do tej porażki i nawet niespecjalnie łączyć ją z dwoma poprzednimi, słabszymi meczami. No chyba, że w sferze mentalnej, bo może faktycznie poczuliśmy się już zbyt pewnie i zaczęło nam się wydawać, że punkty należą nam się po prostu jak psu buda i tyle? Natomiast stricte sportowo poprzednie dwa mecze graliśmy osłabieni, a ponieważ totalnie nie mamy zmienników to musiało to gorzej wyglądać. Sobotni mecz graliśmy już w pełnym składzie ale tu moim zdaniem zabiła nas murawa. Przecież nawet oglądając mecz w tv można było dostrzec, że piłka wyczynia jakieś dziwne harce. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy aby nowy stadion w Tychach nie wyposażono w jakąś fatalnej jakości sztuczną murawę. Ja wiem, że boisko jest takie samo dla obu druzyn. Tylko, że na takiej „murawie” znacznie łatwiej się bronić, a po drugie nasza gra opiera się w dużej mierze na krótkiej grze po ziemi, co w tych warunkach było wręcz niewykonalne. Co ciekawe, jak czytam to nawet kibice Tychów zaskoczeni byli stanem boiska więc… ale zostawmy spiskowe teorie i skupmy się na wyciągnięciu wniosków z tej lekcji. Bo tak jak dobrze Shellu zauważył – na poziomie „operacyjnym” nie wyciągnęliśmy wniosków z porażki trenera Moskala w Tychach sprzed 3 lat. Ale to jeszcze da się nadrobić, gorzej jeśli nie wyciągniemy także wniosków „taktycznych” i „strategicznych” z tego co się wtedy stało. A wniosek jest taki, że choć jesteśmy bardzo blisko to jeszcze nie mamy drużyny gotowej na awans bo:
– nie ma wypracowanej alternatywnych sposobów gry na takie sytuacje jak przedwczoraj
– personalnie, absolutnie nie ma zmienników, którzy byliby do grania w przypadku jakichś absencji podstawowych graczy, a przede wszystkim, którzy potrafiliby swoim wejściem w trakcie meczu dodać drużynie jakości.
Tak więc Panowie piłkarze, trenerzy, dyrektorzy i prezesi – nadal przed Wami szmat pracy, aby spełniły się nasze wspólne marzenia.
PS.
Może trener powinien powinien spróbować wpuścić na boisko takich piłkarzy jak Szołtys, Sawicki, czy Stanik skoro ich starsi koledzy nic nie wnoszą? Az sobie zerknąłem, czy oni jeszcze są w kadrze I drużyny i…
PS. PS.
…wypadałoby zmienić w końcu skład naszej kadry na gieksainfo.pl, bo tam ciągle jeszcze w Kuchta, Iwan, Burkhardt i inni… 🙂
tomek
3 października 2016 at 12:17
Zgadzam się z Irishman ale tylko w kwestii braku zmienników. Jak pisałem wcześniej cuda na tym świecie czasami mają miejsce ale niezbyt często. Oczywiście upragnionego awansu w tym roku nie będzie i to wiedziałem już po transferach. Owszem paru zawodników podniosło poziom ale tylko w porównaniu z dotychczasową miernotą. Nie są to wzmocnienia na miarę awansu i boisko to zweryfikuje. Klasowa drużyna w sobotę bez problemu pokonała by Tychy bo oni nic sobą nie prezentowali. Problem w tym że brak zawodników kreatywnych i pewnych siebie. Wszystko to jako tako wygląda gdy układa się po naszej myśli. Jak są problemy to brak rozwiązań. Jasne że jest lepiej niż było tylko Cygan chyba zapomniał że ma byc awans albo on mam nadzieje honorowo odejdzie. On już liczy na to że skoro kibice widzą postęp to wykonał zadanie. Awans może być możliwy tylko przy założeniu że do końca rundy strata nie będzie większa niż 6 pkt i że przyjdą sensowni zawodnicy. Czas też podziekować wołkom pielorzom dudom. Szkoda na nich czasu.Osobiscie posadziłbym na ławce Goncerza bo nic sobą nie prezentuje no i dzieki niemu tez pkt mniej. Generalnie on tylko noge potrafi przyłożyć i nic więcej. Jest surowy technicznie i mało kreatywny.Szukać drugiego do ataku ale o umiejętnościach większych niż sobków
Irishman
4 października 2016 at 09:24
@Tomek, podsumuje krótko, bo wszystko już napisałem:
Zgadzam się awansu w tym roku nie będzie 😉
Nie jestem jednak takim pesymistą, aby twierdzić, że nie będzie go w przyszłym roku na wiosnę.
Ale też nie jestem aż takim optymista, aby wierzyć, że będzie on w miarę realny jeśli będziemy mieć po jesieni aż 6 punktów straty do drugiego miejsca.