Piłka nożna
Rotacje w linii pomocy
Pomoc to zawsze najtrudniejsza do opisania formacja z prostego względu. Roszady, zmiany, cofnięcia, przesunięcia w pionie i w poziomie sprawiają, że nieraz nawet w trakcie meczu mamy kilku zawodników na jednej pozycji. Przyjrzyjmy się więc, jak wyglądała linia pomocy w rundzie wiosennej sezonu 2014/15.
Defensywni pomocnicy
Tak naprawdę ten zestaw składający się z dwójki zawodników teoretycznie mógł być rozdysponowany pomiędzy Sławomira Dudę, Kamila Cholerzyńskiego, Łukasza Pielorza i Povilasa Leimonasa. Jako że Litwin w pierwszym meczu w Niecieczy wystąpił w obronie, defensywną dwójkę utworzyli Pielorz i Duda. Nie był to jednak jakiś błyskotliwy mecz obu zawodników, zresztą Duda został zmieniony już w przerwie. W drugim meczu Leimonas został już przesunięty do pomocy i było to dobre posunięcie, choć nawet nie tyle dlatego, że Povilas wniósł jakąś jakość w drugiej linii, co… został oddalony od naszej bramki. Duda pozostał drugim defensywnym, a do linii obrony cofnął się Pielorz.
W kolejnych meczach partnerem Dudy nieoczekiwanie został Cholerzyński. W Chojnicach zagrał całkiem dobry mecz, ale z Wisłą Płock było już słabo. Jednak dramatycznie w tym drugim meczu spisał się Duda w związku z czym zawodnik ten stracił miejsce w składzie. Z Wigrami wystąpił Jarosław Wieczorek, ale kompletnie nie wykorzystał swojej szansy, będąc jednym z najgorszych zawodników na boisku. Z Bytovią mieliśmy więc inny zestaw, składający się z Dudy i Leimonasa, którzy zagrali bardzo przeciętnie. W Siedlcach nasz zespół zagrał bardziej ofensywnie, bo w środku boiska mieliśmy Dudę, Pitrego i Bętkowskiego. Właśnie ten ostatni zawodnik zagrał kapitalne spotkanie i było widać to przesunięcie akcentów na ofensywę. Niestety piłkarz się wykartkował i nie mógł zagrać z Zagłębiem.
Właśnie w tym najgorszym meczu rundy w środku zagrali Duda z Pielorzem. Nie byli oni najgorsi na boisku, ale jednak dali sobie pogrywać piłkarzom Zagłębia. Po zwolnieniu trenera i przyjściu na ławkę Piotra Piekarczyka w pierwszym meczu w Głogowie znów mieliśmy dwójkę nowych zawodników. Tym razem był to duet Cholerzyński – Leimonas. Kufel zagrał bardzo słabo, Litwin przeciętnie, ale to nie było to. W pierwszej połowie Chrobry klepał nas niemiłosiernie, w drugiej już było sporo lepiej.
Od meczu z Olimpią nastąpiła na chwilę stabilizacja na pozycji defensywnych pomocników. Do końca sezonu bowiem duet utworzyli Leimonas z Pielorzem. I do pewnego momentu wydawało się to optymalne posunięcie. Leimonas z Olimpią zagrał bardzo dobrze, a ze Stomilem świetnie i liczyliśmy, że może umocnić swoją pozycję. Niestety od meczu z Dolcanem było zupełnie odwrotnie i zawodnik grał coraz słabiej. Dodatkowo wchodzący na zmiany Duda spisywał się lepiej od Litwina, potrafił rozruszać grę. Dlatego w Jaworznie czy z Arką mocno się dziwiliśmy, że trener nadal stawia od pierwszej minuty na Povilasa. W meczu z Arką i środkowi obrońcy i defensywni pomocnicy spisali się bardzo źle, przez co Arka raz po raz wychodziła na czyste pozycje.
Ofensywny pomocnik
Tutaj oczywiście postać była tylko jedna – czyli Przemysław Pitry. Zawodnik miał praktycznie abonament na tej pozycji, ale przede wszystkim dlatego, że nie było godnego zmiennika. Owszem zdarzały się trochę bardziej udane mecze czy zagrania, ale generalnie to była dość przechodzona runda z nieoczkowanymi – choć pojedynczymi – momentami zwiększonej agresji w grze. Nie wiemy z czego to wynikało, ale kapitanowi zdarzało się nieraz na chwilę podostrzyć grę, z czego go raczej nie znaliśmy. Szkoda, że były to pojedyncze momenty.
I tym bardziej szkoda, bo drugi mecz wiosny z Flotą był w jego wykonaniu kapitalny. To był stary, dobry Pitry, robiący użytek ze swoich umiejętności. Potem było coraz gorzej z fatalnymi meczami z Bytovią i Zagłębiem na czele. Potem było już z reguły przeciętnie lub słabo, choć wyjątkami były dobre mecze ze Stomilem i Tychami. Niestety tylko wyjątkami.
Niestety Przemo jako reżyser gry nie dał wiele zespołowi na wiosnę i słusznie się z nim pożegnano. Czas na młodych, bardziej ambitnych.
Dodajmy, że w Ząbkach na pozycji dziesiątki zagrał… Sławomir Duda, ale zdecydowanie nie odnalazł się w tej chwilowej nowej roli.
Boczni pomocnicy
Jeżeli mamy trzymać się chronologii to musimy zacząć od meczu z Niecieczą, w którym od pierwszej minuty wystąpił na prawej stronie Aleksander Januszkiewicz. Nie wdając się w poszczególne mecze, w których grał musimy go określić jednym słowem – „pomyłka”. Oczywiście życzymy mu, żeby kiedyś grał lepiej, ale na ten moment po prostu on nie daje jakichkolwiek argumentów, żeby uznać, że jest utalentowany. Poza szybkością w tych spotkaniach nie prezentował nic. Naprawdę równie dobrze można by było na jego miejsce wziąć szybko biegającego chłopaka z ulicy i kazać mu biegać tam i nazot. Alex idzie na pojedynki 1 na 1, z których sporo wygrywa, ale nigdy nie wie co dalej zrobić z piłką. W efekcie nie myśląc zbyt wiele idzie na drugiego przeciwnika i w 99,9% taką piłkę traci. Jedyna pozytywna rzecz z jego strony to gol w meczu z Olimpią. To było to 0,1%, które mu wyszło. Może się mylimy, może on ma gdzieś ukryty talent, ale jak na razie nie zanosi się na to.
Z Flotą na prawej stronie grał Adrian Frańczak i był to bardzo aktywny mecz zawodnika z sytuacjami bramkowymi, choć niestety niewykorzystanymi. Dodajmy, że z Nieciecza grał na lewej pomocy. Potem w wyniku potrzeby został wycofany do obrony.
Sporadycznie na prawej stronie (nie liczymy chwilowych zmian stron w trakcie meczu) grał Krzysztof Wołkowicz. Zawsze jednak powtarzaliśmy, że dla tego zawodnika optymalna jest lewa strona, a na prawej radzi sobie gorzej.
Wkrótce na prawej pomocy pojawił się Alan Czerwiński i to było dość ciekawe posunięcie, a Alan zawitał na tej pozycji na dłużej. Zwłaszcza godna uwagi była niesamowita walka i agresja w meczu w Siedlcach. Agresja może aż za bardzo, bo zawodnik pracował w pewnym momencie na czerwoną kartkę. Ale mogło się to podobać, a i piłkarsko było dobrze. Bardzo dobre spotkania rozegrał w Głogowie (bramka) i z Olimpią u siebie. Trochę gorzej było w Ostródzie.
W Ząbkach Alan zagrał na pomocy i swoją szansę dostał w pomocy Piotr Ceglarz. Szansę, której nie wykorzystał, grając bardzo słabo. Ponownie Ceglarz wystąpił z Tychami i tu już mogliśmy go pochwalić. To było jednak za mało, aby pozostał w GieKSie.
Na lewej stronie w Niecieczy zagrał wspomniany Frańczak. Potem gdzieś starała się funkcjonować lewa strona z Petaszem i Pietrzakiem. Potem Petasz na stałe zagościł na jakiś czas w obronie, a w pomocy grał Pietrzak, co wydawało się ciekawym posunięciem. Gdy potem Pietrzak wracał do obrony, na pomocy oglądaliśmy Wołkowicza. W pierwszej fazie wiosny jednak ta flanka nie dawała efektywności. Od bardzo słabego meczu z Bytovią rozpoczęła się zwyżka formy Pietrzaka. Na dobrą sprawę to był jedyny zawodnik, który wówczas nie zawiódł. Potem w dwóch kolejnych wyjazdach spisał się świetnie – w Siedlcach i Głogowie. W obu udało mu się strzelić bramki, a asysta do Czerwińskiego w Głogowie była najwyższej jakości.
W wyniku kompromitacji Petasza i w praktyce odsunięcia go od składu, na obronę wrócił właśnie Rafał, w związku z czym w pomocy musiał regularnie grać Wołek. Drugim względem, dla którego ten zawodnik musiał występować był fakt, że był młodzieżowcem. Dlatego też mimo bardzo przeciętnej postawy praktycznie w każdym meczy grał od początku. Niestety z każdym meczem było widać, że szwankują u zawodnika umiejętności, a trzeba przyznać, że w niektórych spotkaniach dość mocno walczył – na przykład w Ząbkach, gdzie był najbardziej waleczny z wszystkich zawodników. No i pamiętajmy o pięknej bramce z Sandecją – to był ten typowym przebłysk Wołka w jednym na dziesięć meczów. I to jest właśnie niepokojące, że grając już od trzech lat na tym poziomie nie potrafi w żaden sposób ustabilizować formy…
Podsumowanie
Linia pomocy na pewno wymaga wzmocnień (jak każda pozycja zresztą). Zbyt duża rotacja defensywnych pomocników świadczyła o tym, że nie są oni w najlepszej formie i o stabilizacji, zastawieniu takich solidnych zasieków w środku boiska możemy tylko pomarzyć. Pojedyncze świetne mecze – jak Leimonasa w Ostródzie – to trochę za mało. Za dużo mieliśmy w środku pola bylejakości. Nawet Pielorz, który generalnie gra nieźle, to jednak dużo lepiej spisuje się na środku obrony, jako ostatnia instancja. W środku boiska trzeba jeszcze umieć rozegrać, a tej umiejętności Łukaszowi brakuje. Duda nie potrafi ustabilizować formy, ale będzie miał na to okazję w nadchodzącym sezonie.
Bardzo ważne będzie obsadzenie pozycji rozgrywającego. Zobaczymy, czy trener Piekarczyk postawi na młodego Bętkowskiego czy na przykład będzie kombinował z Bębenkiem. Na razie nie ma co typować i musimy poczekać na sparingi. W każdym razie ta pozycja jest kluczowa.
Jeśli chodzi o skrzydła to optymalnie by było, gdyby na lewej stronie grał Pietrzak, ale do tego musimy mieć wartościowego lewego obrońce. Wołek na ten moment nie gwarantuje jakości – on tę jakość musi w sobie „jakoś” wyrobić. Na prawej stronie na razie chyba najlepszą opcją jest Alan Czerwiński.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

Najnowsze komentarze