Dołącz do nas

Hokej

Baník na lodzie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Czasem trzeba użyć chwytliwego tytułu by przyciągnąć czytelników, zapewne większość z was spodziewała się informacji o kłopotach Baníka, tym razem jest inaczej. W tym artykule postaramy się przybliżyć krótką dwudziestoośmioletnią historię, hokejowej sekcji Baníka.

4564446584Hokejowa sekcja Baníka powstała w 1952 jako przybudówka do istniejącego klubu piłkarskiego, którego resortowym sponsorem były „Ostravsko-Karvinske doly” czyli po prosu Śląskie kopalnie. Gdy 1952 roku powstawał klub w systemie Czechosłowackim rozgrywkowym istniała tylko pierwsza liga a beniaminków do niej rekrutowano w turnieju do którego awansowały najlepsze drużyny rozgrywek regionalnych. Już w pierwszym sezonie istnienia zespół z Ostrawy zdołał wygrać zarówno lokalne rozgrywki jaki i awansować do najwyższej klasy rozgrywkowej po zwycięstwie w turnieju centralnym!

W swoim pierwszym sezonie w „Československá hokejová liga” zespół Baníka, radził sobie nadspodziewane dobrze, najpierw grając w jednej z trzech siedmiozgłoskowych grup uplasował się na drugiej pozycji, tuż za drużyną swojego ówczesnego imiennika i obrońcy mistrzowskiego tytułu sprzed roku zespołu „Baníka VŽKG Ostrava” który dziś nosi nazwę „HC Vítkovice Steel„. W pierwszej fazie rozgrywek drużyna rodem z Vitkovic (V w nazwie pochodziło od Vitkovickich hut im Klemensa Gottwalda), jako jedyna w tej fazie pokonała Ślązaków niestety uczyniła to dwukrotnie. Zajęcie drugiego miejsca wystarczyło jednak do awansu do finałowej fazy rozgrywek. Ta rozgrywana była już bez rewanżów, turniej finałowy rozgrywany był w Ostrawie i Brnie. Prawdziwy Baník nie radził sobie zbyt dobrze i zajął ostatecznie piątą lokatę mając po jednym i zwycięstwie remisie, przegrywając trzy mecze. Vitkovice nie obroniły tytułu, mistrzostwo zdobył zespół „TJ Spartak Praha Sokolovo” dziś noszący nazwę Sparta Praga.

JOG3cc0c1_Kotas_4.jpg

uv_kotas_121130 Lodowisko na którym grał Baník, tu zapewne podczas meczów zespołu Vitkovic

 

Ciekawostką jest, że oba Ostrawskie Baníki nie dość że nosiły niemal identyczną nazwę to rozgrywały swoje mecze na tym samy lodowisku! Wybudowanym w 1947 a później nazwanym na cześć Josefa Kotasa, zmarłego w 1966 roku prezydenta miasta z lat 1945-1960. Lodowisko to znajdowało się w centrum, nieopodal stacji Ostrava Stodolni czyli w Morawskiej części miasta, jednak to do obecnego stadionu Baníka jest stamtąd niespełna dwa kilometry, do Vitkovic cztery.

Rok później Baník gra już nie w siedmio a sześciodrużynowej grupie, radzi sobie jednak zdecydowanie gorzej niż rok wcześniej. Rywalizację kończy na 4 miejscu w swojej grupie z 4 zwycięstwami, remisem i 5 porażkami o fazie finałowej może zapomnieć.

Rok później rozgrywki nie toczą się już w trzech grupach a dwóch a liga ma w tym sezonie już nie 18 a 16 drużyn podzielonych na dwie grupy. Nie wychodzi to ostrawianom na dobre, zajmują ostatnie miejsce w swojej grupie i muszą się z ligą pożegnać na dwa lata. Turniej finałowy ponownie rozgrywany był w Ostrawie, powodem takiego wyróżnienia był fakt, że w tym roku miejscowe lodowisko jako pierwsze w Czechosłowacji otrzymało zadaszenie! W turniej brały udział 4 zespoły, wszystkie przyjezdne.

Pierwszy sezon na zapleczu to druga pozycja zajęta w jednej z dwóch grup, awansem premiowani byli tylko ich zwycięzcy. W swojej grupie Baník musiał uznać wyższość Taranu Opava, jedynej drużyny która w tym sezonie zdołała pokonać Ostrawian. Bilans Baníka w tym sezonie to 7 zwycięstw, dwa remisy i wspomniana wcześniej porażka. Kolejny sezon to już pierwsza lokata w swojej grupie z dziewięcioma zwycięstwami i jedną porażką.

Sezon 1957/58 jest drugim w którym ligą rozgrywana jest w systemie ligowym. Niestety dla „prawdziwego Baníka” jest także jedynym takim w którym uczestniczy. W całym sezonie ostrawianie zdobywają 8 punktów (2 za każde zwycięstwo) zdobytych w 22 spotkaniach co sprawia, że Ślązacy muszą pożegnać się z ligą tym razem już na zawsze. Ostateczny bilans Baníka na tym szczeblu rozgrywek to 63 mecze: 20 zwycięstw, 5 remisów, 38 porażek. Na pocieszenie, można jedynie dodać, że zespół z Vitkovic traci ze swej nazwy słowo „Baník” – które już nigdy przy nazwie tego klubu się nie pojawi.

W pierwszych sezonach na zapleczu Baník radzi sobie całkiem nieźle, sezon 1958/59 to druga lokata w jednej z dwóch grup, ze stratą 3 Punktów do Taranu Opava który uzyskuje awans do elity. Rok później Baník jest piąty, z I ligi natomiast z hukiem leci zespół Opavy noszący już nazwę Slezan oraz zespół Vitkovic.

Spadek Slezana sprawił, że Śląsk będący w Polsce hokejowym sercem kraju, w Czechach traci pierwszą ligę na bagatela 35lat! Odzyska ją dopiero w sezonie 1994/95 zespół z Třinca wywalczy awans do ligi, rok później zrobi to także drużyna Opavy która rozegra w lidze 3 sezony, by 3 kolejne rozegrać mając siedzibę w Havířovie. W każdym z tych sezonów balansując na krawędzi utrzymania się w lidze co ostatecznie w 2003 się nie udaje. Sezony 1996/97-2002/03 były jedynymi w których można było zobaczyć w najwyższej lidze „Śląskie derby”. Zespół z Třinca podobnie jak ten z Vitkovic w lidze grają do dziś, a ich spotkania są co prawda uznawane za derbowe, ale dla Ślązaków to nie jest jednak to samo.

Wróćmy jednak do czasów bardziej zamierzchłych, sezon 1960/61 na zapleczu to rozgrywki w dwóch 12zespołowych grupach. W jednej z nich mamy aż 12 derbowych spotkań. W jednej z grup znajduje się Baník, Opava, Havířov i Vitkovice – te ostatnie wygrywając grupę wracają do elity. Dwa następne lata to kolejno 5 i 6 pozycja w 12 zespołowych ligach. Później przychodzi kolejna reforma, liga zostaje powiększona do 24 zespołów podzielonych na 4 grupy. Przez cztery następne sezony Baník zajmuje w nich zawsze piątą lokatę.

1968/1969 to rok w których II liga zostaje podzielona na 3 grupy, 16 zespołową „Czeską“ i 8 zespołowe „Słowacką“ i „Śląsko-Morawską“ w której Baník zajmuje 7 pozycję. Ten system utrzymuje się tylko sezon, w kolejnym na zapleczu obwiązuje już podział narodowy który utrzyma się aż do rozpadu Czechosłowacji, w części Słowackiej w pierwszym sezonie gra tylko 8 zespołów w kolejnych już zawsze będzie ich 12. Ciekawiej jest po Czeskiej stronie, tam w pierwszym sezonie po reformie na zapleczu jest aż dwadzieścia dwie drużyny więcej, siłą rzeczy podzielone są one na dwie nierówne grupy wschodnią (14drużyn) i zachodnią (16drużyn). W dwóch kolejnych latach Baník jest kolejno dziewiąty i trzynasty. W sezonie 1971/1972 Baník jest oczko wyżej, zajmuje dwunastą pozycję, tyle tylko że w tym sezonie pozycja ta nie daje mu już utrzymania. W kolejnym sezonie Baník gra w „Divizji“ odpowiedniku naszej okręgówki, ligę tą zwycięża ale ze względu na reformę rozgrywek awansuje nie „Czeskiej ligi narodowej“ będącej zapleczem „Ligi Czechosłowackiej“ lecz trafia do nowo utworzonej „ II Ligi Czeskiej“ utworzonej z gorszej połowy zaplecza. Niestety, nawet druga liga składająca się z 24 zespołów podzielonych na 3 grupy to dla Baníka także za wiele i po sezonie spada z powrotem do „Dywizji“. Z tego upadku już się nie podniesie, kolejne 6 lat to gra w 4 klasie rozgrywkowej. Najgorszy okres hokeja spod znaku Baníka to zarazem najlepsze czasy piłkarzy z Ostrawy. W 1976 roku po raz pierwszy Baník zdobywa tytuł mistrzowski a 1980 robi to po raz kolejny, niestety, w tym też roku rozwiązanie sekcji hokeja staje się faktem. Kolejny rok jest najlepszym w historii Ostrawskiego sportu, piłkarze Baníka po raz 3 swej historii sięgają po mistrzowski tytuł, hokeiści z Vitkovic triumfują w lidze po raz drugi i ostatni a koszykarze NHKG Ostrava zdobywają jeden ze swoich 5 brązowych medali, o hokeju spod znaku Baníka powoli się zapomina…

1989 roku Vitkovice w końcu przenoszą się na lodowisko wybudowane w swojej dzielnicy, w 1993 lodowisko „Josefa Kotasa” zostaje zamknięte by 11 lat później ostatecznie zostać zburzone. W 2011 drużyna Třinca jako pierwsza i na razie jedyna drużyna ze Śląska sięgnie po mistrzowski tytuł.

4941618034

Odznaki hokejowej sekcji Baníka. Zmieniony układ barw to rzecz typowa dla tego typu odznak.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    BOLO

    22 stycznia 2015 at 08:56

    Super artykół zawsze warto wiedziac cos wiecej .I moze jest to dobry moment aby przypomniec ze mamy swoj hokej i choc na ostatnim miejscu to jest nasza Gieksa.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Piynciok na Arenie Katowice!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.

Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.

W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!

GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.

23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga