Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Górnikiem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jedne derby za nami, jedne przed nami. Mecz przy Roosevelta przeszedł nasz najśmielsze oczekiwania. GieKSa wygrała i zrobiła to w spektakularny sposób. To już jednak historia. Zamykamy tym PS-em temat spotkania z Górnikiem i żyjemy już tylko piątkowym starciem z Piastem Gliwice.

1. Tym razem cała redakcja pojechała na wyjazd… osobno. Jakoś tak wyszło. Wszystko blisko, każdy miał swoje sprawy, więc można sobie było na to pozwolić.

2. Ja chciałem być już dużo wcześniej. Ale przystanek miałem mieć w Jugo Grillu. Jednak nie pamiętałem, że w niedzielę jest czynne do 15:00. Pocałowałem więc klamkę i posiłek musiałem odłożyć na Zabrze.

3. Szybko przemieściłem się do miasta naszego rywala. Po zaparkowaniu udałem się szukać gastronomii. Pamiętałem z dwóch poprzednich sezonów, że jadła i atrakcji przed stadionem jest mnóstwo.

4. Kibiców już trochę się zbierało, a było przecież ponad dwie godziny do meczu. No ale właśnie wspomniane atrakcje przyciągają ludzi, którzy chcą się dobrze nastroić i nabrać apetytu na piłkarskie emocje. Znamy to przecież z Nowej Bukowej.

5. Wybór padł na langosza. Dawno nie jadłem, a i kolejki do foodtrucka nie było. Wziąłem madziarskiego, czyli takiego z salami, papryką i czerwoną cebulą, oprócz podstawowych składników, czyli sera, czosnku i śmietany.

6. Madziarski nie kojarzy się zarówno nam, ale przede wszystkim kibicom Górnika dobrze. My przegraliśmy na Węgrzech swój mecz z Hapoelem, zabrzanie natomiast już stricte z węgierskim zespołem porażką zaliczyli swój dwumecz.

7. Ale było to bardzo smaczne. Ryzyko langosza jest takie, że ze względu na smażenie w głębokim tłuszczu – może siąść na żołądku. Tym razem nic takiego nie miało miejsca. Jedynie… nie najadłem się.

8. Musiałem więc doprawić kiełbasą. No i tu już tak dobrze nie było. Mówiąc wprost – była słaba. Jakaś bez większego smaku, do tego tak niefajnie zjarana, że się zrobiła taka gruba twarda skorupa. No ale głód zaspokoiło.

9. Udałem się jeszcze do jednego z punktów sklepiku klubowego. Udało mi się zakupić proporczyk, co mnie ucieszyło, bo często na stadionach nie ma. Tak więc – na plus. A na stoiskach były łączone szale GKS i Górnika.

10. No i trzeba było powoli przedostawać się na stadion. Przeszedłem więc wzdłuż trybuny przy Roosevelta i za chwilę przez bramę główną wszedłem na obiekt. Będąc już tutaj trzeci raz w ekstraklasie pamięta się z grubsza, co, gdzie i jak. Do tego na Górniku wszystko jest fajnie oznaczone. Po chwili odebrałem akredytację.

11. Szybki wjazd winą na trzecie piętro. Pan przy windzie, młody chłopak, mówi, że trzeba jechać na trzecie piętro, bo na inne się nie da. No dzięki. W każdym razie pewnie inne guziki teleportują na inne stadiony. Na przykład na stadion Piasta.

12. Po chwili znalazłem się na trybunie. Dużo dużo jeszcze było czasu do rozpoczęcia meczu, więc odpaliłem końcówkę Rakowa z Jagiellonią. Od stanu 2:2 szybo zrobiło się 2:5. Co by nie mówić, Adrian Siemieniec to jest goacik i wypada mu życzyć, żeby… nie zepsuł sobie kariery reprezentacją.

13. A Dawid Kroczek – no cóż. Pożegnał się z posadą. Chyba było to nieporozumienie. Ostatecznie trener co prawda przeszedł dwie rundy, małym sukcesem było wyeliminowanie Hammarby. Ale strzelić z Hajdukiem gola na 2:2 na wyjeździe w doliczonym czasie gry tylko po to, by w pierwszej minucie rewanżu dostać gonga. I przespana dogrywka. Słabo.

14. I nade wszystko cztery porażki w czterech meczach w lidze. A przecież teraz Raków czekają mecze z Górnikiem i Lechem. Istnieje opcja, że po sześciu meczach nadal będą mieli zero punktów.

15. Z czasem bardzo powoli zaczęli się zbierać na stadionie kibice, bramkarze, a potem piłkarze z pola wybiegli na rozgrzewkę. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie potężny wręcz hałas – zarówno jeśli chodzi o puszczaną muzykę i spikera. Czy w Zabrzu mają problemy ze słuchem? Być może. W każdym razie bębenki pękały. Ja osobiście mam nadwrażliwość, więc szlag mnie trafiał i musiałem w pewnym momencie wyjść z trybuny do takiej strefy dla mediów.

16. To hałas taki, że jak zatkacie mocno uszy, to i tak wszystko słyszycie, jednocześnie czując drgania w bebechach. Spokojnie to mogło być dwa razy ciszej, i tak wszyscy by wszystko słyszeli.

17. No ale zbliżał się mecz i emocje. Ciekawi byliśmy, jak to będzie wyglądało. Ja osobiście miałem optymizm. I wierzyłem, że możemy zagrać dobry mecz i osiągnąć korzystny rezultat.

18. Widoczność z sektora prasowego kapitalna. Wszystko, co jest potrzebne, na miejscu. Co prawda internet działał dość przeciętnie, ale to drugorzędne. Najważniejsze, że w komfortowych warunkach można było oglądać mecz.

19. No i w końcu zaczęliśmy wielkie granie. Pamiętałem trochę tych meczów z przeszłości w Zabrzu, wspominałem o tym w felietonie. Ale na tych, na których byłem GKS wygrał tylko raz. Liczyłem po 23 latach na kolejny triumf.

20. Kibice nie szczędzili sobie delikatnych razów, ale z zachowaniem klasy. Było szybkie pozdrawianie zgód, dla unaocznienia faktu, że my już zgodą nie jesteśmy. No i ta oprawa Zabrzan z numerem 64 i Erikiem Janżą.


21. Co to było za widowisko. Zwroty akcji, zmiany wyników, obopólne dążenie do strzelania bramek i wygrania meczu.

22. Najpierw trafił Ilja i do przerwy prowadziliśmy 1:0, ale przecież mogło być 2:0. Szkoda, bo dla Erika Jirki ten gol byłby bardzo ważny – raz, że kiedyś grał w Górniku, ale przecież i jako zawodnik Piasta grał przeciw KSG.

23. Kibice z Zabrza rozpuścili zielony dym, który na około 9 minut spowił stadion i mecz został przerwany. Piłkarze zakładali koszulki na nos, gdyż substancja ta była drażniąca. Ale być może miała też jakieś pobudzające działanie i była swoistym dopingiem, skoro od tego momenty piłkarze obu ekip strzelili cztery bramki.

24. Nie wiem, czy Kacper Urbański już wygrał w karierze seniorskiej mecz, w którym gra cały mecz. Podejrzewam, że w Górniku mu się to w końcu udało, bo miał długo kuriozalną statystykę. No i tutaj był blisko, ale nie udało mu się to.

25. W każdym razie karnego wykonał pewnie, a po chwili poprawił Josema, który strzelił nam bramkę już dwa lata temu. Zawodnik ma mały patent na GKS, bo dla Górnika w nieco ponad dwa sezony strzelił cztery gole i połowę z nich GieKSie. Przez chwilę grał też w Ruchu i strzelił jednego gola ze Stalą Mielec, ale w tamtym meczu trafił również Ilja Szkurin, więc wszystko się zgadza.

26. No i nasz Ilja, który popisał się hat-trickiem, jak niegdyś w Szczecinie. Jak już zostało wspomniane, to pierwszy hat-trick w ekstraklasie od 33 lat i bramek Mariana Janoszki. Historyczny wyczyn.

27. Sędzia przedłużał, za bardzo przedłużał. Ale w końcu skończył i mogliśmy odetchnąć z ulgą, jak i poczuć euforię z tego spektakularnego zwycięstwa. Radości nie było końca.


28. Tym samym oprócz przerwania znanych pass, trzeba też powiedzieć, że zrewanżowaliśmy się Górnikowi na jego stadionie za nasze porażki u siebie, które jeszcze za czasów pierwszoligowych były w Pucharze Polski – przy Bukowej raz przegraliśmy 1:2 po bombach Lukasa Podolskiego, za drugim razem było aż 0:4.

29. GKS ma swój kolejny skalp w ostatnich latach. Potrafiliśmy wygrywać ze zdobywcą Pucharu Polski (Wisła), Mistrzem Polski (Jagiellonia), teraz ponownie byliśmy górą z triumfatorem krajowego pucharu. GieKSa nie pęka z najlepszymi.

30. Nawet Błażej Łukaszewski przeprowadził wywiad z Ilją Szkurinem, co zdecydowanie nie jest faktem oczywistym, jeśli zakładalibyśmy to przed meczem 🙂

31. Przyznam, że byłem tak przebodźcowany, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć, tu trzeba relację skończyć, tu nagrywka, nagrywanie radości kibiców z piłkarzami, a i na konferencję trzeba się było spieszyć. Na szczęście wiedziałem, gdzie iść.

32. Konferencja rozpoczęła się zadziwiająco szybko, miałem szczęście, bo zaraz, gdy pojawiłem się na sali, był start. Trener Górak był zadowolony, ale nie „wujował radośnie”, jak niektórzy trenerzy po wygranych meczach. Więc spoko.

33. Za to na Michala Gasparika trochę żal patrzeć po porażkach. Widać, że trener bardzo to przeżywa i miałem wrażenie na tej konferencji, że zaraz się popłacze. Pewnie to jeszcze było pokłosie odpadnięcia z Monaco. Ale podobnie było na wiosnę w Katowicach, choć tam szkoleniowiec bardziej marudził.

34. Po konferencji zostałem jeszcze jakiś czas, żeby ogarniać swoje rzeczy. Wkrótce, gdy już zamieściłem konferencję na stronie, udałem się do wyjścia. Z krótką jeszcze wizytą na murawie.

35. Brama już była… zamknięta. Podobnie jak rok temu. Ostatecznie więc… sam ją sobie musiałem otworzyć.

36. Zabrze zostało zdobyte!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Taką GieKSę chcę oglądać zawsze

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.

Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.

Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.

GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.

Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.

Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak  już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.

Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.

Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.

Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.

Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.

Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.

I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.

Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.

Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.

Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.

To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.

Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.

Walczymy dalej!

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Kielc i Łęcznej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.

1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.

2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.

4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.

5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.

6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.

7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.

8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.

9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.

10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.

11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.

12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.

13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.

14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.

15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.

16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.

17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.

18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.

19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna  i schludna.

20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.

21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.

22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.

23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.

24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.

25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.

26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.

27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.

28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.

29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.

30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.

31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.

32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.

33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!

34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.

35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga