Felietony Piłka nożna
„Nie życzę sobie podważania ciężkiej pracy”
Nie była to udana inauguracja. Trochę się do tego przyzwyczailiśmy i jakkolwiek kadencja Rafała Góraka jest w GieKSie naznaczona sukcesami, to te początki należą do… słabych. Najpierw były porażki ze Zniczem i Hutnikiem, potem po awansie do pierwszej ligi remis z Resovią (utrata gola w doliczonym czasie) i wygrana z ŁKS na wyjeździe. A ostatnie cztery lata to wtopy na początek: Miedź, Radomiak, Raków i teraz MŠK Žilina.
Słabo to wyglądało w pierwszej połowie, choć nie od samego początku. GKS przeprowadził kilka niezłych akcji, no i strzelił gola. Mało co zapowiadało, że potem pojawią się problemy. A te wynikały nie tyle z bardzo dobrej gry Żiliny, co z błędów własnych, niewymuszonych. Poślizgnięcia, podania do przeciwnika, jakieś próby krótkiego rozegrania pod presją. I notoryczne straty, które skutkowały groźnymi akcjami gospodarzy. No i doigraliśmy się. Niezrozumiały brak wybicia piłki z pola karnego, zamieszanie i Alan nadepnął przeciwnika. Nie bawiłbym się tutaj w jakieś obwinianie sędziego, bo choć nadepnięcie było niewielkie, to było ewidentne. Na oko 52-letni Miroslav Káčer doprowadził do wyrównania. Do końca połowy GKS się nie pozbierał. I gdy mogliśmy mieć nadzieję, że w szatni zespół uspokoi nerwowe głowy, dostaliśmy gonga na samym początku drugiej połowy. Nie popisał się Gabriel Kobylak wypluwając piłkę pod nogi przeciwnika. Nowy golkiper GKS miał też jakieś dziwne wybicia po ziemi, gdzie piłka mogła trafić do przeciwnika. Z drugiej strony też wybronił sytuację sam na sam i w kilku innych sytuacjach interweniował bardzo dobrze. Podsumowując więc był to występ średni.
No i już od początku drugiej połowy przegrywaliśmy. Dodam tylko, że w przerwie nie nastąpiła w naszym zespole ani jedna zmiana. Na te musieliśmy czekać niecały kwadrans. Na boisku pojawili się m.in. Eman Marković, Adam Zreľák i wkrótce Bartosz Wolski. Eman co prawda się zagrzał i w pierwszej akcji dostał żółtą kartkę, ale potem było już nieco lepiej. Ostatecznie zmiany – wszedł również Kacper Łukasiak i w końcówce Szymon Bartlewicz – odmieniły obraz gry GKS. To znaczy ta gra się ustabilizowała i wyglądała nieźle, choć bez rewelacji. Grając jednak w taki sposób przez cały mecz na pewno byśmy nie przegrali, a z dużym prawdopodobieństwem wyjechalibyśmy ze Słowacji z zaliczką.
Wiadomo, że skład w pierwszym meczu oficjalnym jest pochodną tego, co było w okresie przygotowawczym. Na ten moment więc plac wywalczyli sobie Jesse Bosch i Marcel Wędrychowski. Ilja Szkurin to osobna historia, bo tu w grę wchodzi logistyka z Adamem Zreľákiem. No ale niestety ci zawodnicy nie dowieźli. Marcel cały czas musi pracować, bo potencjał ma bardzo duży, ale wczoraj nie był zbyt efektywny. Ilja… trochę odcięty, ale też był kompletnie nieefektywny i przypominał tego zawodnika z nieudanych meczów poprzedniego sezonu. Jesse Bosch, który przychodził w glorii czołowego zawodnika Erdivisie, po kilkumiesięcznej absencji związanej z kontuzją wrócił i pokazał to, z czego znaliśmy z dotychczasowej gry – czyli straty i głupie faule. Nie wiem, jaki ma Holendra plan trener, ale zupełnie randomowo przypomniała mi się historia Bartosza Baranowicza w ekstraklasie – młody zawodnik wyszedł na pierwszą kolejkę z Radomiakiem w podstawowym składzie – zagrał jedną połowę i to był praktycznie jego koniec w GKS, bo potem zagrał cztery ogony i dzisiaj jest nowym zawodnikiem Wigier Suwałki. Pytanie, czy do Jesse trzeba mieć cierpliwość i poczekać aż da tej drużynie coś naprawdę wartościowego czy… ta cierpliwość będzie wystawiona na próbę. Na razie to tylko jeden mecz. Ale czasem i jeden mecz to papierek lakmusowy.
Zmiennicy spisali się dobrze. Adam Zreľák był bardzo aktywny, walczył, zbierał piłki, rozgrywał. Brakowało mu jednak ciągu na bramkę. Raz kapitalnie dośrodkował, choć tuż przed kopnięciem złapałem się za głowę, bo miał cały korytarz, żeby wbiec w pole karne, a wybrał tak prosty środek. Wszedł też Bartosz Wolski i coś zaczęło się dziać. Trudno nie oczekiwać, żeby ci zawodnicy w kolejnych spotkaniach nie grali w wyjściowym składzie. Choć to zestawienie w pierwszych meczach sezonu będzie się oczywiście krystalizować, a i rotacja w zakresie meczów ligowych i pucharowych (miejmy nadzieję), będzie w jakiś sposób konieczna.
Ostatecznie nie ma co wpadać w jakiś pesymizm. Z kilku możliwych scenariuszy słabszy mecz w Żilinie i porażka był jednym z nich. Jakbym miał Żilinę określić na podstawie trzech meczów, które widziałem, bo oglądałem również oba mecze z Hajdukiem, to jest to taka drużyna – średniak ekstraklasy. Czyli ekipa, która ma swoje atuty, jak złapie wiatr w żagle to potrafi być groźna, zwłaszcza u siebie, ale absolutnie nie jest to zespół, którego nie można ukłuć. Meczów z takimi rywalami rozgrywaliśmy dziesiątki. I czasem zdarzało się przegrać. Kwestia jest taka, że grając bardzo słabą pierwszą połowę nie straciliśmy szans na awans. Mieliśmy też trochę szczęścia w końcówce, że rywal nie strzelił trzeciej, bo 3:1 byłoby już trudniejsze do odrobienia, choć nadal realne.
Musimy się nauczyć podchodzić do dwumeczów. Trzeba je traktować jako pierwszą i drugą połowę. Można więc powiedzieć, że „do przerwy” GKS przegrywa jedną bramką. Typowa piłkarska sprawa, której doświadcza każdy zespół na świecie. Tyle że teraz sytuacja zmienia się diametralnie, bo na drugą połowę tej rywalizacji GKS wychodzi na swoje boisko. A wiemy, jak w poprzednim sezonie różniła się gra GieKSy u siebie i na wyjeździe. W delegacjach bywało to – zwłaszcza w końcówce sezonu – męczenie buły i ciułanie remisu lub np. fatalny mecz z Cracovią. Na Nowej Bukowej niejednokrotnie GKS potrafił swoich przeciwników zdominować, grając przy tym bardzo efektywnie. Nie ma więc powodu, żeby nie spodziewać się, że – w tej specyficznej sytuacji – będzie podobnie.
Oczywiście z założenia łatwy to mecz nie będzie i jednak tę jedną bramkę trzeba odrobić. Im dłużej nie będzie się to udawało, tym bardziej może pojawić się pewna piłkarska frustracja, choć z drugiej strony i z tym przecież GieKSa sobie radziła. Zespół pokazał wiele razy, że nie poddaje się, tylko ciuła, ciuła na tym boisku i w końcu swój cel osiąga.
I tak już trochę z kibicowskiego punktu widzenia, oprócz zwykłej chęci zwycięstwa mojej drużyny, mam dodatkową nadzieję, że zawodnicy będą tak zdeterminowani, że odrobią straty i zamkną usta tym wszystkim, którzy zarówno po zakończeniu sezonu, jak i teraz krzyczą głośno, jak to niekorzystne dla Polski jest, że to GKS gra w pucharach. Że nie zdobędzie punktów w rankingu i będzie wstyd. Najbardziej płaczą o to – co za niespodzianka – kibice Legii Warszawa, których swoich precyzyjnym strzałem w Szczecinie Marcel Wędrychowski z pucharów bezlitośnie wykopał. Czytam dzisiaj tu i ówdzie, że to Legia powinna grać w pucharach. I że niepotrzebnie GKS się do nich pchał.
No nie. W pucharach powinien zagrać ten zespół, który sobie awans do nich wywalczy. GKS pracował na to rzetelnie i ciężko przez cały sezon, mając swoje problemy, kryzysy i przecież w stosunku do Legii będąc w pozycji drużyny teoretycznie gorszej, a jako klub finansowo i medialnie jesteśmy daleko w tyle. Więc, gdyby to była jakaś sytuacja z mojego prywatnego życia i ktoś by mi coś takiego pieprzył to bym powiedział wprost, że „nie życzę sobie takiego podważania efektu mojej ciężkiej pracy”.
Abstrahując już od tego, że ta ich Legia prześlizgnęła się do fazy ligowej Ligi Konferencji, a potem dostała w mazak od Samsunsporu, Celje czy Noa Erewań. Zajęli 28. miejsce w 36-zespołowej lidze. Historycznie w ostatnich 10 latach z pucharów wykopywali ich Kazachowie, Mołdawianie, Luksemburczycy czy Azerowie. Weźcie więc sympatycy Legii o mentalności Darka Mioduskiego dajcie sobie na wstrzymanie, bo całkiem możliwe, że z Żiliną i wy dostalibyście w tytę.
Tylko się człowiek unosi bezsensownie.
No ale jeszcze co do tych rankingów. A co nas one obchodzą? Brzydko mówiąc, piłka nożna to partykularne interesy konkretnych klubów piłkarskich. Jak jakaś drużyna awansuje do pucharów, to ogarnia sobie wszystko – finanse, przygotowania, transfery, treningi pod to, by jak najlepszy wynik w tych rozgrywkach osiągnąć. Dla siebie, dla swojej sportowej satysfakcji i… żeby zarobić jak najwięcej pieniędzy. To, że wygrane podnoszą Polskę w rankingu, to jedynie efekt uboczny, a niektórzy traktują te rankingi jako główny cel polskich drużyn i w ogóle nie wiadomo jakie dobro wspólne. Ja osobiście ranking mam w poważaniu. Dla mnie liczą się wyniki GieKSy i jej sukcesy. Co więcej – kibicuję polskim drużynom w europejskich pucharach (chociaż jakoś mniej mnie to jara niż kiedyś), ale z powodu czystej, dziecięcej frajdy, że polski klub zajdzie gdzieś wysoko. A ranking? Wywalone…
Ktoś teraz powie, że jestem hipokrytą, bo przecież to dzięki rankingowi GKS Katowice w ogóle w tym sezonie gra w pucharach. Ba, ktoś nawet powie, że dzięki Legii, bo tak daleko zaszła dwa sezony temu w Lidze Konferencji. Wzruszę na to tylko ramionami. I powiem, że Legia zaszła tak daleko, tylko dlatego, że ktoś wymyślił Ligę Konferencji. A idąc dalej, ktoś wymyślił europejskie puchary. I jeszcze dalej, że ktoś kiedyś kopnął świński pęcherz, spodobało się i jakoś przyjęło, że teraz na całym świecie będzie się kopać świńskie pęcherze i jeszcze ludzie będą się prześcigać kto to zrobi lepiej.
Jak się nadarza okazja, to trzeba ją wykorzystać. GKS się nie prosił o dodatkowe premiowane miejsce w lidze, nie prosił się też o to, by Górnik Zabrze wygrał Puchar Polski. Katowicki zespół zobaczył szansę i ją po prostu wykorzystał.
Trochę długa ta dygresja, ale niech będzie. Życzyłbym sobie, żeby właśnie też z tego powodu Katowiczanie odwrócili losy starcia z Żiliną, a najlepiej, żeby zrobili to w dobrym stylu. Wiem, że stać ich na to i jak podejdą odpowiednio, to możemy za tydzień o tej porze zastanawiać się jak dotrzeć do Miszkolca lub Razgradu.
Ale najpierw Kraków. Już dzisiaj, a dla nas w niedzielę zaczyna się liga. Pojedziemy w niezły kocioł (nie-poznański), bo kibice Wisły wygłodniali po czterech latach wracają do ekstraklasy. Szykuje się przy Reymonta wielkie święto, którego GieKSa będzie udziałem. Liczymy, że nasz zespół nie będzie tylko w tym przedstawieniu grał roli statystów, ale odegra główne role z reżyserem Rafałem Górakiem na czele. Co prawda Oskara straciliśmy już jakiś czas temu, ale to nie szkodzi. Mamy swoje atuty.
Tak więc GieKSiarze piłkarze – trochę krytyki za ten mecz w Żilinie jest, wiadomo. Słabsze mecze się zdarzają. Ważne, żeby teraz wejść już szybko na wyższy poziom, na który przecież was stać. A GieKSiarze kibice – bądźcie wyrozumiali. Przeżyliśmy wczoraj piękną przygodę, prezentując się tak wyśmienicie na trybunach, ale sam fakt oficjalnego meczu GKS za granicą to było coś fantastycznego. To zupełnie inne odczucia, inna bajka, inna piłkarska rzeczywistość. Więc trochę leciutko spuściliśmy głowy po wczorajszym, ale tak naprawdę to…
… zabawa dopiero się zaczyna!
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.







































Mario
24 lipca 2026 at 20:36
Fajny komentarz jak zwykle zresztą. Ale z tym „wywalone” na ranking się zgodzić nie mogę… Heloł! Jakby nie ten ranking to moglibyśmy zaśpiewać „Mam tak samo ja Ty, puchary w tv”😉Dobra pozycja Polski to też łatwiejsza droga do fazy ligowej, no i w konsekwencji sianka… Co do żalów Legii i innych mądralińskich to jest na to tylko jedna rada. Puknąć Żilinę, potem dwóch kolejnych rywali i dzioby w kubeł💛💚🖤