Piłka nożna
Brak gościny w Słowacji
Zapraszamy do zapoznania się z relacją z pierwszego meczu w 2. rundzie eliminacji do Ligi Konferencji Europy, w którym GieKSa musiała uznać wyższość MSK Ziliny.
Przed pierwszym, od sezonu 2003/04, meczem GKS-u Katowice w europejskich pucharach niebo nie oszczędzało piłkarzy, zsyłając na nich ciągły deszcz. W trochę lepszej sytuacji byli kibice i dziennikarze, gdyż wszystkie trybuny na stadionie w Żylinie są kryte. W składzie gospodarzy znalazł się jeden P`olak – Fabian Bzdyl, młodzik piłkarsko pochodzący z Cracovii. Sposobem trenera Rafała Góraka na nieobecnych Mateusza Kowalczyka i Damiana Rasaka został Jesse Bosch postawiony koło Sebastiana Milewskiego. Na bramce Katowiczan pojawił się Gabriel Kobylak, a Maciej Kikolski rozpoczął to spotkanie na ławce. Ciekawostką jest, że Ilja Szkurin zmienił swój numer na koszulce – z 80 na 17, który zwolnił się po odejściu Mateusza Marca.
Pierwszy gwizdek arbitra, akcję spróbowała rozkręcić GieKSa przez bramkarza, wywalczając w ten sposób aut. Już po 3 minutach goście wykonywali swój pierwszy rzut rożny. Na płaskie podanie w róg pola karnego zdecydował się Bartosz Nowak, obrońcy jednak bez trudu je przechwycili. Szósta minuta spotkania, do kolejnego rzutu rożnego podszedł znowu Bartosz Nowak. Zdecydował się tym razem na centrę bardzo blisko sektora bramkarza, najwyżej wyskoczył jednak Lukas Klemenz i strzałem głową z najbliższej odległości pokonał Badzgonia! Po tej bramce gospodarze się nieco ożywili, doprowadzając po kilku próbach ataku do rzutu rożnego. Kiedy podeszli do jego wykonania, zakończył się on… faulem w ataku. W 17. minucie po niefortunnym poślizgnięciu Arkadiusza Jędrycha gospodarze, grający w tym meczu w żółtych koszulkach, przeprowadzili świetną, szybką akcję. Płaskim podaniem w poprzek boiska na sytuację sam na sam wyszedł Krisztian Bari, lecz został on fenomenalnie zatrzymany przez Gabriela Kobylaka. Chwilę później, bez presji, na środku boiska piłkę pod nogi rywala podał Jesse Bosch, znowu więc bronić musiał nowy nabytek GKS-u. Brzydkim faulem w pressingu przedstawił się polskiej publiczności kapitan zespołu, Miroslav Kacer, bez wyobraźni jadąc wślizgiem od przodu w nogi Klemenza. Gdyby trafił obrońcę podeszwą buta, a nie czubkiem, to kartka zmieniłaby kolor z żółtej na czerwony. W 28. minucie groźną akcję z dużą ilością chaosu w polu karnym przeprowadzili gospodarze, po wielku odbiciach od wszystkich części ciała minimalnie z przecięciem spóźnił się Alan Czerwiński, prokurując rzut karny. Do jedenastki podszedł Kacer i, mimo wyczucia intencji przez Kobylaka, strzał był na tyle celny, że pod odbiciu od słupka wpadł do siatki, 1:1. Ataki Žiliny nie ustępowały, dwie minuty po strzeleniu gola mieli kolejną okazję, tym razem jednak strzelający z 16. metra posłał piłkę kilometr nad poprzeczką. Nietypowa sytuacja miała miejsce za linią boczną murawy, gdy za dwa przesunięcia miejsca wykonania przez Klemenza piłka została oddana przez sędziego gospodarzom. Do przerwy mieliśmy remis 1:1.
Niedługo po rozpoczęciu przez Žilinę drugiej części meczu, ci mieli już okazję do pierwszego dośrodkowania – jak się okazało, niegroźnego.W 47. minucie jednak zabrakło przed polem karnym doskoku i po zwiedzeniu Klemenza ruchem ciała celny strzał sparował Kobylak, a do dobitki doskoczył jednak Hranica i wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Swoje winy próbował odkupić Jesse Bosch, świetnie czyszcząc wślizgiem napastnika z piłką na 25. metrze. W 58. minucie Rafał Górak w reakcji na kiepsko wyglądającą grę zespołu, postanowił przeprowadzić potrójną zmianę – na murawę weszli Marković, Łukasiak oraz Zrel’ak. Od razu po wejściu na murawę Marković został ukarany żółtą kartką za atak w pressingu. Świetnie pokazał się za to Adam Zrel’ak. Wykorzystując błąd w ocenie sytuacji przy linii bocznej popełniony przez rywala, wziął niepilnowaną piłkę, w konsekwencji czego z 18. metra rzut karny dostała GieKSa, trochę jednak poza światłem bramki. Do piłki podszedł oczywiście Bartosz Nowak. Próba centrostrzału na dalszy słupek, bramkarz musiał parować piłkę. GieKSa weszła w serię rzutów rożnych, która została przerwana przez a’la hokejową bijatykę pod bramką Badžgoňa. Ostatni rzut rożny został posłany na stojącego tuż przed polem karnym Markovića, wolej Norwego jednak był bliżej wylecenia poza stadion niż trafienia w bramkę. W 73. minucie okazję na debiut dostał Bartosz Wolski, zmieniając Jessego Boscha. Sprytnie oszukać linię pomocy i obrony spróbował Alan Czerwiński, zagrywając niekonwencjonalną piłkę lobem na dobieg do Zrel’aka, ten jednak okazał się trochę za wolny. Wsteczną piłkę na 14. metr dostał Borja Galan od Bartosza Wolskiego, jednak podszedł zbyt pod nią i posłał balona bardzo wysoko. Kolejny debiut, tym razem na końcówkę – Bartosza Nowaka zmienił Szymon Bartlewicz. Kolejna świetna okazja dla gospodarzy, tym razem od stracenia bramki drużynę uratował Czerwiński, blokując strzał instynktownie zostawioną nogą z tyłu ciała. 90. minuta, głupota obrońcy słowackiej drużyny podarowała rzut wolny ekipie Rafała Góraka z boku pola karnego rywala. Do piłki podszedł Wolski, niestety sędzia od razu po wykonaniu wolnego gwizdnął faul w ataku. Zagrzało w doliczonym czasie gry, gdy zawodnik Ziliny wybił piłkę przed wykonaniem stałego fragmentu gry, razem z Czerwińskim dostali żółtą kartkę. GieKSa przegrała w swoim pierwszym od 23 lat meczu w europejskich pucharach.
23.07.2026, Stadion MŠK Žilina, Słowacja
MŠK Žilina 2:1 GKS Katowice
Bramki: Kacer (29-k), Hranica (47) – Klemenz (6).
MŠK Žilina: Badžgoň – Pališčák, Minárik, Narimanidze, Hranica, Bzdyl (82. Florea), Káčer (75. Adang), Bari, Kóša (82. Datko), Roginić (75. Prokop), Iľko (67. Fasko).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski, Czerwiński, Jędrych, Klemenz, Galan – Wędrychowski (58. Marković), Bosch (73. Wolski), Milewski (58. Łukasiak), Nowak (84. Bartlewicz) – Szkurin (58. Zrel’ak).
Żółte kartki: Roginić, Minarik, Badžgoň, Bari, Florea – Marković, Jędrych, Czerwiński.
Żółtą kartką ukarany został także Mateusz Wdowiak, znajdujący się na ławce rezerwowych.
Sędzia: Sven Wolfensberger (Szwajcaria).
Frekwencja: 7062 (w tym 2200 kibiców GieKSy).
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.







































Artur Bąkowski
23 lipca 2026 at 22:49
Chyba od 31, bo z Cementarnicą były dwa remisy.