Dołącz do nas

Piłka nożna

Marko – „król” wyjazdów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W pierwszym sezonie ekstraklasy z racji wskoczenia do elity zamieszczaliśmy przed domowymi meczami opis kluczowych i ważnych zawodników naszych rywali. Chodziło o to, żeby osoby nie mające na co dzień styczności z ekstraklasą mogły zobaczyć, jak ciekawi piłkarze przeciw GieKSie będą grali. Piłkarze z przeszłością i naprawdę światowymi epizodami. Teraz ze względu na udział w Europie przyjrzymy się piłkarzom naszych zagranicznych rywali. Piłkarze Żiliny nie mieli co prawda jakichś niesamowicie wybitnych osiągnięć, wielu z nich jest młodych, ale zawsze warto. Słowacka młodzieżówka nieraz korzystała i korzysta z zawodników zdobywcy krajowego pucharu.

Jakub Badžgoň to 21-letni młodzian, który był już powoływany do kadry U-21, ale nie rozegrał jeszcze meczu. W pierwszym zespole od roku, na razie raczkuje, ale wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie i w grupie mistrzowskiej poprzedniego sezonu bronił regularnie, podobnie jak w finale Pucharu Słowacji.

Aleksandre Narimanidze to natomiast kapitan gruzińskiej młodzieżówki. Z Iberią 1999 Tbilisi został w 2024 roku Mistrzem Gruzji, choć jego wkład był symboliczny, w 15 meczach rozegrał zaledwie 464 minuty.

Filip Kaša to Czech, choć ma też obywatelstwo słowackie. Zdarzyło mu się dwukrotnie wystąpić w reprezentacji, raz nawet w eliminacjach do Mundialu w Katarze – zagrał cały mecz i  nie był to najlepszy występ. Przy pierwszym golu na kilkunastu metrów przegrał pojedynek z Romelu Lukaku, który jak wiemy do sprinterów nie należy. Ogólnie patrząc na skrót tamtego meczu można było odnieść wrażenie, że zawodnik za bardzo nie ogarniał. Kilka dni później dostał jeszcze szansę w towarzyskim spotkaniu z Ukrainą i tyle go widziano w kadrze. Kasa to Mistrz Słowacji z Żiliną z sezonu 2016/17 oraz Czech z Viktorią Pilzno 2021/22. Zagrał nawet 27 minut w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów z HJK Helsinki. Viktoria do elitarnych rozgrywek awansowała, ale Kasa w kadrach meczowych już się nie znalazł, co wynikało m.in. z tego, że wcześniej przez trzy miesiące leczył kontuzję kolana. W przeszłości grał również w Baniku Ostrava, którego jest wychowankiem.

Krisztián Bari to Słowak mający też obywatelstwo węgierskie. W czerwcu zadebiutował w reprezentacji Słowacji w meczach towarzyskich z Maltą i Czarnogórą, ale były to końcówki. W MŠK Žilina ma już na koncie 147 występów i 9 goli. Strzelił nawet gola w przegranym 2:5 meczu pucharów u siebie z Gent, ale to chyba było marne pocieszenie, bo w dwumeczu Belgowie pokarali Słowaków aż 10 razy.

Timotej Hranica to kolejny młodzieżowy reprezentant Słowacji. W U-21 zagrał na razie dziewięć meczów.

Frantisek Kosa to kolejny młodzian z występem w U-21. Zaczynał w rezerwach w II lidze, od poprzedniego sezonu grał już regularnie w ekstraklasie i zdobył 7 bramek.

Miroslav Káčer to 30-letni kapitan zespołu. Ma na koncie dwa występy w reprezentacji Słowacji – jednak dawno temu, bo w styczniu 2017. Nie były to udane mecze, jego zespół przegrał bowiem z Ugandą 1:3 oraz Szwecją aż 0:6. Jego drugi mecz był jednocześnie drugim w reprezentacyjnej karierze Alexandra Isaka, a Szwed zdobył swoje premierowe trafienie dla kadry. Kacer to były piłkarz Viktorii Pilzno, z którą zdobył mistrzostwo Czech. Trafił nawet dla Viktorii w jednym meczu eliminacji Ligi Europy z Sonderjyske. Przede wszystkim jednak to legenda MŠK Žilina. Rozegrał dla tego zespołu 283 mecze i strzelił 45 bramek. Pamięta mistrzostwo Słowacji z 2017 roku. Grał we wspomnianych w innym artykule bojach z Worskłą Połtawa i Athletikiem Bilbao. Ogólnie w kwalifikacjach do europejskich pucharów rozegrał aż 28 meczów, jest to więc zawodnik bardzo doświadczony w letnich kontynentalnych rozgrywkach.

Fabian Bzdyl to wychowanek Cracovii ochrzczony dwa sezony temu niebywałym talentem. W ekstraklasie debiutował w końcówce meczu z Radomiakiem w sezonie 2023/24. W kolejnych rozgrywkach zagrał już w 11 spotkaniach i strzelił dwie bramki – z Zagłębiem i Jagiellonią. W poprzednim dołożył jeszcze dwa występy i trafił do Żiliny. W finale pucharu grał pełne 90 minut. Dotychczas w słowackim zespole rozegrał 23 mecze i strzelił jednego gola. Bryluje w kadrze U-19, gdzie w 12 meczach strzelił 7 goli.

Michal Faško to król strzelców minionego sezonu, dodatkowo został wybrany zawodnikiem sezonu. Piłkarz na początku czerwca zagrał 10 i 14 minut w towarzyskich meczach z Maltą i Czarnogórą. Zawodnik rzeczywiście strzelał sporo bramek w poprzednim sezonie, m.in. trafił w wygranym na wyjeździe meczu grupy mistrzowskiej ze Slovanem Bratysława, zaliczył też trafienie w finale Pucharu Słowacji. Ogólnie zwiedzał słowackie kluby – ma na koncie po kilkadziesiąt występów w Dukli Bańska Bystrzyca (83), Koszycach (72), Rużomberoku (60), Nitrze (47), a także czeskim Slovanie Liberec (37). Próbował też swoich sił na Zachodzie – w Eintrachcie Braunschweig zagrał trzy razy, a w Grashoppersie Zurych – trzynaście, w większości symbolicznie.

Patrik Iľko w młodzieżówce zagrał siedem meczów i strzelił trzy gole. 25-letni obecnie zawodnik ma już na koncie w barwach Żiliny 192 mecze i 22 gole. František Kosa zagrał jeden mecz w U-21.

Marko Roginić wybił się w słowackiej Nafcie w drugiej lidze i najprawdopodobniej na fejmie z tamtego czasu potoczyła się jego kariera. Miał m.in. niesamowity tydzień w lidze, gdy w trzech meczach w dziewięć dni zdobył dziesięć goli (kareta i dwa hat-tricki). Wkrótce trafił do Podbeskidzia i tam w sezonie 2019/20 trafił 11 razy w 31 meczach. Awansował do ekstraklasy, ale tam już dla Górali trafił zaledwie dwa razy, w tym w wygranym 1:0 meczu z Lechem Poznań. W kolejnym sezonie ponownie strzelił dwa gole, po czym odszedł do GKS Katowice. W barwach naszego klubu strzelił trzy bramki przez półtora sezonu, a następnie zasilił szeregi Górnika Łęczna, gdzie również występował przez dwa sezony. Osiem trafień podczas tych dwóch lat furory nie zrobiły. Wrócił na Słowację i zdobył puchar, w finale strzelając gola.

Ciekawą postacią jest Andrei Florea, włoski Rumun, który w U-20 Rumunii zagrał cztery mecze. Piłkarsko ukształtowany jest we Włoszech, gdzie w Juventusie i Parmie grał w Primaverze. Rok temu trafił do Żiliny, gdzie najpierw w rezerwach, a potem w pierwszym zespole próbuje swoich sił.

Ján Minárik to kolejna ważna postać w zespole. Piłkarz rozegrał dla Żiliny 188 meczów i strzelił 13 goli. Ma na koncie mistrzostwo Słowacji, choć wówczas dopiero wchodził do zespołu i nie zagrał ani minuty. W przeszłości w wielu meczach był kapitanem.

Xavier Adang to Kamruńczyk, mający na koncie już 97 meczów i 11 goli dla Żiliny. W ostatnim sezonie strzelił 3 gole, bardzo dobry moment miał natomiast rok temu, kiedy w grupie mistrzowskiej w dwóch kolejkach z rzędu zaliczył dublet – i to w starciach ze Spartakiem Trnava i Slovanem Bratysława.

Samuel Ďatko dopiero od dwóch sezonów gra w Żilinie, ale zdążył już założyć trykot 61 razy i strzelić 10 bramek. Wcześniej zagrał aż 153 razy dla Železiarne Podbrezová.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Taką GieKSę chcę oglądać zawsze

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.

Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.

Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.

GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.

Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.

Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak  już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.

Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.

Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.

Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.

Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.

Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.

I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.

Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.

Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.

Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.

To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.

Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.

Walczymy dalej!

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Kielc i Łęcznej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.

1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.

2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.

4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.

5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.

6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.

7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.

8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.

9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.

10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.

11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.

12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.

13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.

14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.

15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.

16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.

17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.

18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.

19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna  i schludna.

20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.

21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.

22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.

23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.

24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.

25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.

26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.

27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.

28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.

29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.

30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.

31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.

32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.

33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!

34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.

35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga