Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Ekstraklasa to nie Football Manager

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Nic tak nie rozpala wyobraźni jak wielkie pieniądze, a tych w polskim futbolu pojawia się coraz więcej. Na czoło wyścigu ekstraklasowych zbrojeń ma ochotę wysunąć się nasz najbliższy ligowy rywal, którego plany i ambicje mogą imponować. Jak daleko do ich realizacji? Czy starczy na nie cierpliwości? I jak zważyć ciężar niedzielnego meczu w lidze i marcowego Pucharu? Przed meczem z Widzewem opowiedział nam o tym Maciej Winczewski z Radia Widzew.

Kto najmocniej pompuje czerwony widzewski balonik?
Wszystkie media nie-widzewskie, czyli tak naprawdę cały sportowy mainstream, bo to się klika. Szerokim echem odbijają się treści o kolejnych wydawanych milionach euro, można zrobić dziesięć programów o transferowych spekulacjach, natomiast całą tę „panikę”, że ruchy Widzewa się nie sprawdzają, tak naprawdę nakręcają główne media sportowe i kibice innych klubów. Paradoksalnie, najspokojniejsi w tym wszystkim są kibice Widzewa.

Jest to powszechne nastawienie, czy mimo wszystko daje o sobie znać niecierpliwość i apetyt na sukces tu i teraz?
Tego typu głosy zawsze będą się pojawiać, natomiast ostatnie lata nauczyły nas pokory, która studzi rozgrzane głowy. Pamiętajmy, że przez wiele lat nie było nas w „dużej” piłce. Z rozbawieniem czytałem, gdy po powrocie do Ekstraklasy przed meczem z Legią wyliczano, od jak dawna nie wygraliśmy ze stołecznymi. Zapominano jednak dodać, że przez większość tego okresu nie było nas w elicie. Dużo czasu zajęła nam reaktywacja i powrót na piłkarskie salony, dlatego moim zdaniem większość kibiców rozumie, że sukces nie przyjdzie z dnia na dzień. Ekstraklasa to nie Football Manager – może to banalne, ale prawdziwe.

Jest pewna przestrzeń – choć w tym sezonie niezbyt szeroka – pomiędzy walką o mistrzostwo a obroną przed spadkiem. Tymczasem Widzew mimo ambitnych ruchów na razie się w niej nie mieści i okupuje dolne rejony tabeli. Jest to dla ciebie powód do niepokoju?
Nie jest przyjemnie przewijać tabelę coraz niżej w poszukiwaniu Widzewa, natomiast to jeszcze nie moment, gdy wszyscy tu biją na alarm. Liga jest płaska i wyrównana, a różnice punktowe małe. W Widzewie jest za dużo jakości, aby na dłuższą metę martwić się o utrzymanie. Z drugiej strony przed laty podobnie mówiło się o Górniku pod skrzydłami Allianza, który z hukiem spadł do 1. ligi. To jednak nie jest ten sam model wypalonych piłkarzy, który wtedy trafiali do Zabrza w poszukiwaniu dużych pieniędzy. Dlatego na ten moment ja jestem spokojny, pewności dodaje mi też swoim nastawieniem trener Igor Jovićević.

Podkręcaniu medialnego szumu wokół was posłużyła porażka z Jagiellonią. Waszym szczęściem w nieszczęściu jest postawa Legii, bo krytyka i „szydera” rozkłada się niejako na dwa markowe kluby. Odczuwacie w Łodzi tę zewnętrzną presję?
Na pewno. Zwróćmy uwagę, że przed rozpoczęciem rundy wszystkie najważniejsze sportowe kanały robiły specjalne programy, łączenia, wysyłały ludzi do Łodzi, budując swoje zasięgi. A gdy przychodzi pierwsza porażka, znów mogą nakręcić kolejny materiał, zaprosić następnych ekspertów i omawiać nasze problemy. Kliki będą się zgadzać, bo pojawią się różne komentarze. Koniec końców przekłada się to na pieniądze. Zobaczmy, ile mówiło się o Widzewie w ostatnim czasie – praktycznie bez końca, mimo przerwy w rozgrywkach. Teraz przegraliśmy pierwszy mecz, więc można pisać i mówić dalej.

Coraz częściej trafiam na komentarze o „polskim PSG” – czasem poważne, a czasem nieco szydercze. Jak na to patrzysz?
Nie da się uciec od tego, że Widzew wydaje kosmiczne jak na polskie warunki pieniądze. Mówi się, że zimą trudniej o transfery, tymczasem my robiąc o połowę mniej ruchów niż latem, wydaliśmy znacznie więcej. Dlatego można szukać takich analogii, ale moim zdaniem nie do końca. Jak podkreślał Robert Dobrzycki, w innych klubach takie inwestycje były rozłożone w czasie. My mamy obecnie takie możliwości, że nie musimy czekać i trzymać pieniądze w kieszeni. Kluby takie jak PSG czy Manchester City startowały z poziomu zbliżonego do ligowej czołówki, tymczasem my mamy do nadrobienia różnice, które powstały przez lata. Dlatego żal byłoby nie wykorzystać okazji, jaka się nadarza. Poza tym na razie nikt w Łodzi głośno o tym nie mówi, ale dużą szansą na zwiększenie przychodów są europejskie puchary, które są coraz bardziej w zasięgu polskich klubów. Najlepszy przykład to Jagiellonia, która m.in. dzięki występom w Europie buduje dziś super ośrodek szkoleniowy. Mówi się, że nie można kupić sukcesu – moim zdaniem można. Oczywiście, nikt nie oczekuje od Widzewa Ligi Mistrzów, w której ostatnio graliśmy w 1996 roku. Natomiast w polskich warunkach można zwiększyć swoje szanse na dobry wynik w lidze inwestując w klasowych piłkarzy. W dłuższej perspektywie takie wydatki muszą się przełożyć na wynik sportowy.

Smaczne danie wymaga jakościowych produtków, tak jak dobra drużyna musi się składać z jakościowych piłkarzy. Pozostaje pytanie, jak długo trzeba gotować, aby efekt był zadowalający. Nie zabraknie wam cierpliwości?
Kibice potrafią zareagować, gdy brakuje zaangażowania, czego przykład mieliśmy w tym sezonie w meczu z Koroną, gdy w drugiej połowie zaprzestano dopingu. Nie było zmasowanej szydery czy ataku na piłkarzy – powiedziano jedynie, że skoro piłkarzom się nie chce, to kibice dostosują się do tego poziomu. Na pewno nie jest tak, że po każdej porażce są rozmowy „przy płocie” – kibice zdają sobie sprawę, że zmiana nie będzie natychmiastowa. Natomiast im dalej w las, tym tej cierpliwości może ubywać, bo nie możemy się już doczekać tego, kiedy przyjdą sukcesy sportowe. Z kolei jeśli chodzi o Roberta Dobrzyckiego, to w jednym ze swoich pierwszych wystąpień dostał dwa pytania: czy Widzew w ciągu trzech lat zdobędzie mistrzostwo Polski lub czy w tym czasie zagra w fazie grupowej europejskich pucharów. Na oba odpowiedział przecząco. Być może nieco asekuracyjnie, bo mówi się, że od następnego sezonu Widzew ma walczyć o ligowe podium. Wtedy wymagania w stosunku do drużyny i pionu sportowego zaczną rosnąć. Pamiętajmy, że Robert Dobrzycki jest zafiksowany na punkcie Widzewa, więc porównania do Wojciechowskiego czy Króla są nieuzasadnione. Nie od wczoraj jest obecny w Widzewie i zostanie z nim na dobre i na złe.

O transferach Widzewa powiedziano już chyba wszystko, dlatego proszę o wskazanie zawodnika, po którym ty obiecujesz sobie najwięcej.
Wskażę dwóch. Pierwszy to Lukas Lerager, który jeszcze jesienią grał w Lidze Mistrzów i był ważną postacią Kopenhagi. Pokazał się z dobrej strony już w meczu z Jagiellonią – patrząc na jego statystyki odbiorów, większość na połowie przeciwnika, byłem pod wrażeniem. Jestem pewien, że z każdą kolejką będzie się rozkręcał. Drugi to Emil Kornvig z norweskiego Brann, z którym grał w Lidze Europy. Bardzo żałowano tam jego odejścia. W sobotę od razu po wejściu na boisko uczestniczył w trzech akcjach, które można było zamienić na gole. Myślę, że szybko stanie się podstawowym piłkarzem Widzewa. Na te dwie postaci zwróciłbym szczególną uwagę, ale nie jest tajemnicą, że klub szykuje jeszcze jakieś ruchy.

Niedawno pojawiło się nawet nazwisko Nicoli Zalewskiego.
Ten transfer na pewno nie dojdzie do skutku, ale pokazuje kierunek, w jakim Widzew będzie podążał. Dajemy w ten sposób sygnał co do naszych ambicji i planów. Piłkarze lubią rozmawiać o takich sprawach i jestem przekonany, że na najbliższym zgrupowaniu kadry temat Widzewa będzie się przewijał, czy w kontekście Zalewskiego, czy Kędziory, który również był w orbicie naszych zainteresowań, a przede wszystkim Wiśniewskiego i Drągowskiego, którzy dzisiaj są u nas. Myślę, że temat Widzewa będzie poważnie rozpatrywany przez menadżerów piłkarzy z coraz wyższej półki.

W mojej poprzedniej rozmowie o Widzewie z Bartkiem Stańdo zwrócił on uwagę, że nie wyobraża sobie, że Widzew stanie się przytulnym miejscem, gdzie można dobrze zarobić bez większych oczekiwań. Dostrzegasz obecnie takie ryzyko?
Myślę, że pójdzie to raczej w drugą stronę: możesz trafić do Widzewa? Zastanów się i spójrz, co tam się dzieje. A co się dzieje? Fornalczyk pozyskany za 1,5 mln euro, zaczyna nową rundę jako rezerwowy i już szukamy zawodnika na lewe skrzydło. Akere, potencjalna gwiazda ligi, dziś jest wypożyczony do Osijeku, Teklicia też już w Łodzi nie ma. Podobnie jest w innych formacjach. Absolutnie nie mam obaw, że wśród piłkarzy rozejdzie się fama o Widzewie jako ciepłym i spokojnym przytułku. Na każdym treningu trzeba udowadniać swoją wartość, by zostać w tej drużynie.

Odwrócę więc pytanie. Jak motywować piłkarzy, szczególnie tych młodszych, skoro w przypadku obniżki formy za pół roku może nie być już dla nich miejsca w zespole, więc nie opłaca się wypruwać żył?
Widzew nie chce pozyskiwać zawodników o takim nastawieniu. Mówił mi o tym Robert Dobrzycki – nie chcemy piłkarzy niegotowych do rywalizacji. Z drugiej strony nikt nie będzie robił problemów z odejściem na rozsądnych warunkach zawodnikom, którzy się nie sprawdzili. Widzew to projekt, w którym piłkarz będzie mógł się rozwijać – być może dziś trudno w to uwierzyć, ale wkrótce będziemy grać o najwyższe cele w Polsce. Jestem o tym przekonany, a czas będzie naszym sprzymierzeńcem.

Miałem nie pytać o Sebastiana Bergiera, bo w poprzedniej rozmowie było o nim dużo, natomiast w związku z informacją sprzed chwili, że podpisał nowy kontrakt, warto się przy nim zatrzymać. Przekonał do siebie wszystkich w Łodzi?
Na początek proszę, aby właściwie nazywać naszego napastnika, a więc nie Bergier, ale Bergier – King. Przez ostatnie miesiące Sebastian zrobił olbrzymie wrażenie na kibicach swoim charakterem i zaangażowaniem, szybko odnalazł się w szatni i stał się „swój”. Jego transfer oceniam jako jeden z lepszych ruchów, mimo że jeden z najtańszych, bo trafił przecież do nas za darmo. GKS może żałować, że nie udało się zatrzymać go w Katowicach. Przed sezonem przewidywałem, że zdobędzie 15-16 bramek w sezonie. Dziś ma na swoim koncie 10, więc niewykluczone, że ten pułap przebije. Mówiło się, że ma być napastnikiem numer dwa, tymczasem z powodzeniem walczy o swoje miejsce w składzie. Uważam, że Bergier będzie pierwszym od lat debiutantem w reprezentacji Polski powołanym z Widzewa. Dziś jest naszym napastnikiem numer jeden i myślę, że w niedzielę zamelduje się na boisku w Katowicach.

Tak się ułożyły ligowe ścieżki, że nasze ekipy miały się mierzyć z Jagiellonią w odstępie kilku dni. Nasz mecz jednak po raz kolejny przełożono. Nie możemy się więc porównywać na tle Jagi, z którą w tym sezonie dwa razy przegraliście.
Przede wszystkim uważam, że poprzednia kolejka nie powinna być rozgrywana. Nie chcę usprawiedliwiać naszej porażki pogodą, bo warunki były równe dla obu zespołów, ale jeden zespół czuł się w nich trochę lepiej i wygrał. Natomiast ani dla kibiców, ani dla piłkarzy, którzy bardziej niż o dobrej grze myśleli o swoim zdrowiu, nie były to odpowiednie warunki. Nawet Adrian Siemieniec, trener zwycięskiej drużyny, zwracał na to uwagę. Piłkarstwa nie było zbyt wiele, natomiast patrząc na statystyki Widzew pozwolił Jagiellonii oddać zaledwie pięć strzałów, gdy w innych meczach oddawała ich co najmniej jedenaście. Dlatego mimo straty trzech goli zagraliśmy nienajgorzej w obronie. Nie ustrzegliśmy się błędów indywidualnych, bo w kilku sytuacjach, szczególnie przy rzucie karnym, można było zachować się lepiej. Widzew stworzył sobie kilka dogodnych sytuacji, ale Jagiellonia okazała się zespołem inteligentniejszym i lepiej poprowadziła to spotkanie. Pamiętajmy jednak, że jest to zgrany zespół, który od kilku lat gra o najwyższe cele w Ekstraklasie, mając jednego z najlepszych, o ile nie najlepszego polskiego trenera. Porażka z takim zespołem nie jest więc powodem do rozpaczy, bo doceniamy klasę rywala. Wyszliśmy z nastawieniem na zwycięstwo i mimo że się nie udało, to nie była to deklasacja. Chętnie zobaczyłbym taki mecz rozgrywany w bardziej sprzyjających warunkach.

Przykładając tę samą miarę do GieKSy – nie jesteśmy zespołem z topu, a dopiero urządzamy się w Ekstraklasie. Trzy punkty z takim rywalem to w waszej sytuacji obowiązek?
Zarówno piłkarze, jak i trener chcą coś udowodnić światu – nie sobie, bo oni znaja swoją wartość. Na marginesie, trochę żałuję, że nie zagraliście w Białymstoku, bo na pewno odczulibyście w nogach zarówno sam mecz, jak i męczącą podróż. Z drugiej strony cieszę się, bo z Widzewem nie zagra Borja Galán, którego uważam za jednego z trzech najlepszych zawodników GieKSy.

Wracając pamięcią do czasów dawnej rywalizacji GieKSy z Widzewem, w piłkarskim żargonie popularne było hasło „puchar za ligę”. Gdybyś dziś musiał wybierać, co byś wolał?
Trudno mi odpowiedzieć, bo każdy chciałby wygrać jedno i drugie, a Widzew na to stać. Dzisiaj bardzo mi zależy, aby wygrać w lidze, ale jak zadzwonisz do mnie za tydzień, to powiem, że wcześniej trochę kłamałem i teraz bardziej zależy mi na zwycięstwie w Pucharze. Mówiąc serio, nie jestem w stanie zdecydować, co jest ważniejsze. Puchar to krótka droga do europejskich pucharów, która może wieść przez GKS i np. Zawiszę Bydgoszcz. Wtedy perspektywa finału na Narodowym staje się całkiem realna. Poczuliśmy szansę, że można mocniej powalczyć w Pucharze i mimo że wciąż można marzyć o przepustce do Europy przez ligę, to szybciej może się to ziścić poprzez Puchar Polski. Tym bardziej, że nie mamy ich w kolekcji zbyt wiele bo raptem jeden, zdobyty ponad 40 lat temu po pokonaniu w finale GKS-u.

Rok później my pokonaliśmy Górnika w finale na Stadionie Śląskim i po raz pierwszy podnieśliśmy ten puchar. Aż się prosi, aby uczcić 40. rocznicę tego wydarzenia powtarzając taki sukces.
Z kolei w 1996 roku, 30 lat temu Widzew po raz trzeci sięgnął po Mistrzostwo Polski…

Możemy się więc podzielić – wy bierzcie Mistrza, a my zgarniamy Puchar.
Widzew będzie chciał wygrać w Katowicach, zarówno w niedzielę, jak i w marcu. Ale jak to w sporcie, na boisku może wydarzyć się wszystko.

Przez wiele lat graliśmy poza Ekstraklasą, a nasze drogi czasem się przecinały. Masz jakieś szczególne wspomnienia towarzyszące naszej rywalizacji?
Z pewnością nietypowy „sylwester”, jaki nam zorganizowaliście w pierwszej lidze. Jednak w pierwszej kolejności przychodzi mi na myśl Marek Koniarek, czyli napastnik, który łączy oba kluby. Nie wiem, ile bramek nastrzelał w Katowicach, ale w Widzewie jest jednym z tych, których do dzisiaj się wspomina i śni o napastniku podobnego kalibru. Pamiętam, jak przed meczem z Legią w Warszawie został zaczepiony przez dziennikarza pytaniem, czy czuje się na siłach, aby strzelić bramkę Legii. Odpowiedział w swoim stylu, że gdyby się nie czuł, to nie wychodziłby na boisko. A w meczu oczywiście trafił do siatki. Poza tym mam rodzinę na osiedlu Tysiąclecia w Katowicach, pamiętam starą Bukową i jestem ciekawy waszego nowego stadionu.

W kontekście stadionu wiele się mówi także i w Łodzi, że obiekt przy Piłsudskiego jest dla was za ciasny. Rok temu pytany przeze mnie Michał Nibarski polecał włożyć między bajki zapowiedzi rozbudowy, ale gdy dziś głośno mówi o tym Robert Dobrzycki, można chyba podejść do sprawy poważniej.
Wcześniej tylko się o tym mówiło, natomiast Robert Dobrzycki zlecił sporządzenie studium takiej operacji – projekt, kosztorys i warunki przebudowy. Konkrety trzeba będzie przedstawić Miastu, które jest właścicielem obiektu i gruntów wokół niego. Jedno jest pewne – Dobrzycki nie zrobi nic na obiekcie, który nie będzie jego własnością. Trzeba więc dojść do porozumienia z Urzędem Miasta, gdzie nie ma zbyt wielu przychylnych nam osób. W ostateczności właściciel Widzewa może poszukać innego terenu i w całości poprowadzić taką inwestycję od zera. Obecny stadion jest i za mały, i niezbyt funkcjonalny, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wszyscy skupiamy się na transferach, ale gdzieś z boku trwają prace nad budową ośrodka treningowego, plany związane ze stadionem, czy rozwój akademii. Chcemy się rozwijać na wielu polach.

Środowisko piłkarskie pełne jest przesądów. Przed niedzielnym meczem z jednej strony mamy Rafała Góraka, który jako trener GieKSy jeszcze nie wygrał z Widzewem, ale na drugim biegunie jest red. Michał Trela, który przyznał mi w niedawnej rozmowie, że jako komentator Canal+ w tym sezonie widział tylko nasze zwyciestwa. W niedzielę również zasiądzie w komentatorskiej kabinie przy Nowej Bukowej. Które fatum okaże się silniejsze?
Mam nadzieję, że utrzyma się to pierwsze i za to będę trzymał kciuki. To zawsze fajne ciekawostki, a jedną z popularniejszych jest klątwa byłego gracza, który w barwach innego zespołu trafiał do naszej siatki. Zdarzało nam się to często, na szczęście w Katowicach nie ma już Kuby Łukowskiego. Jest za to były zawodnik GieKSy w naszym składzie, zresztą jednego gola Sebastian już wam strzelił. Będzie chciał pokazać swoją ambicję w niedzielę, zobaczymy, jak przyjmą go kibice – pewnie dostanie swoją porcję „pozdrowień”. Liczę, że zadziała to na niego mobilizująco.

Jaki scenariusz przewidujesz na niedzielę? Patrząc na wasz potencjał będziecie dyktować warunki od pierwszej do ostatniej minuty?
Bardzo wiele będzie zależało od dwóch zawodników GKS-u: Nowaka i Kowalczyka, których obok Galána uważam za najlepszych w Katowicach. Nowak wygląda niesamowicie w tym sezonie i myślę, że powoli możecie szukać kamienia na pomnik, jaki mu postawicie. Tym bardziej, że niedawno przedłużył kontrakt. Nie chcę zdradzać zbyt wiele co do pomysłu Widzewa na ten mecz, ale jestem ciekawy, który z planów wybierze trener Jovićević. Nie sądzę z kolei, że trener Górak odejdzie od swojego pomysłu na drużynę. Spodziewam się, że Widzew zaprezentuje się inaczej niż z Jagiellonią, zarówno pod względem personalnym, jak i taktycznym. Od początku ruszymy do natarcia i będziemy chcieli szybko objąć prowadzenie. Potrzebujemy takiego bodźca mentalnego. Jeśli boisko będzie dobrze przygotowane, to mecz będzie ciekawy piłkarsko. Nie sądzę, że powtórzy się wynik z jesieni, kiedy wyjechaliście z Łodzi z bagażem trzech goli. Marzy mi się wynik 2:0 dla Widzewa, ale nie obrażę się też na 2:1.

Na koniec pytanie a’la tiktokowe rolki: żółto-czarne stroje meczowe – klasa czy obciach?
Klasa. Te barwy kojarzą mi się z Widzewem lat 90., ale także czasami Sylwestra Cacka, kiedy dwa sezony z rzędu wygrywaliśmy 1. ligę, choć wtedy koszulki były bardziej złote. Pamiętam tamte sezony, a szczególnie piękną bramkę Marcina Robaka w Opolu. Oczywiście, GKS Katowice to żółto-czarne barwy, ale chyba każdemu przychodzi też do głowy Borussia Dortmund, z którą rywalizowaliśmy w Lidze Mistrzów w sezonie 1996/97. Powtarzano wtedy słowa Franza Beckenbauera, że takie zespoły jak Widzew nie powinny grać w Lidze Mistrzów, tymczasem Niemcy drżeli o to, czy wywiozą choćby punkt z Piłsudskiego. Po tym meczu Widzew postrzegano już inaczej.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dawid Kudła GKS!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.

Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.

Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.

Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.

Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.

Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.

Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.

GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.

Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.

W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.

W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.

Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.

Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.

Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.

A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa bawi się w Opalenicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.

Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.

Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.

„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.

To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.

Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.

No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.

I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.

Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.

Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!

Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.

Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.

Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.

PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!

Kontynuuj czytanie

Kibice Piłka nożna

Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.

Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.

W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.

Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.

Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.

Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.

W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.

Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.

Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.

Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.

Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.

W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.

Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.

Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!

Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.

JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.

Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.

Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.

Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga