Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: siedzieć cicho i spokojnie budować

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Rundę jesienną zamykamy pojedynkiem z Pogonią Szczecin, która mimo odważnych zapowiedzi dosyć niespodziewanie walczy o wydostanie się z dolnych rejonów tabeli. O przyczyny takiego stanu rzeczy zapytaliśmy Dawida Zielińskiego z podkastu „Skazani na Pogoń”.

Kiedy przed sezonem życzyłem sobie, żeby na półmetku mieć podobną liczbę punktów co Legia, niekryjący mocarstwowych planów Widzew czy właśnie Pogoń, to nie do końca chodziło mi o to, co obecnie widzimy w tabeli. Wy też chyba inaczej wyobrażaliście sobie te rozgrywki.
Gdybyś przed sezonem zapytał fana Pogoni, jakiego miejsca w tabeli oczekuje, to chyba każdy odpowiedziałby, że walczymy o puchary. Ambicją zarówno kibiców, jak i właściciela jest powrót do europejskich rozgrywek, a sam Alex Haditaghi deklarował nawet, że zadowoli go tylko miejsce na podium. Rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię, moim zdaniem także przez to, że za dużo było nas w mediach. Nauczeni przeszłością, a przede wszystkim faktem, że nasza gablota wciąż świeci pustkami, wolelibyśmy siedzieć cicho i spokojnie budować, zamiast chodzić po piłkarskich salonach i obiecywać złote góry. Tymczasem w Szczecinie ostatnio dzieje się wiele – sami żartujemy, że czasem aż strach iść spać, bo można się obudzić w zupełnie innych realiach.

Kibice wolą ciszę, ale z pewnością nie lubi jej właściel i prezes – Alex Haditaghi. Mówi i pisze dużo, szczególnie w social mediach, gdzie albo toczy wojenki, albo snuje sny o potędze.
Niestety, Ekstraklasa szybko zweryfikowała słowa prezesa. Początek sezonu był słaby, za co posadą zapłacił trener Kolendowicz. Zdaniem kibiców nie dostał on odpowiedniego wsparcia ze strony klubu w walce o najwyższe cele. Owszem, przeprowadzono transfery, ale ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Na dziś jednego czy dwóch zawodników można zweryfikować pozytywnie, natomiast pozostali mają więcej minusów niż plusów. Stąd słaba postawa drużyny i gdyby nie ostatnie zwycięstwo z Zagłębiem, to na dobre urządzilibyśmy się w dolnych rejonach tabeli. Z drugiej strony różnice nie są duże i wiele może się jeszcze zmienić.

Jak więc ocenić styl zarządzania Pogonią w wykonaniu Haditaghiego?
Trudno oceniać go zero-jedynkowo. Nie można mu zarzucić, że nie dokłada pieniędzy do klubowej kasy, bo sukcesywnie spłaca długi. Z drugiej strony, jak mówi powiedzenie, krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje. Myślę, że prezes uczy się, że warto czasami trzy razy pomyśleć, zanim powie się coś w wywiadzie lub napisze w social mediach. Kibice Pogoni są bardzo wyczuleni na to, co się im obiecuje, a jaki produkt ostatecznie dostają. Przed sezonem Alex Haditaghi opowiadał w mediach, że buduje potęgę – dziś się z tego śmiejemy, bo rzeczywistość okazała się inna. Zwracaliśmy uwagę, że drużyna potrzebuje wzmocnień, bo z jednej strony konkurencja się zbroi, a z drugiej w Szczecinie pożegnano kilkunastu piłkarzy. Tymczasem nie udało się ani poszerzyć, ani nawet uzupełnić kadry na odpowiednim poziomie, w porównaniu z ubiegłym sezonem.

Medialny obraz potężnej Pogoni budowanej przez Haditaghiego opierał się na transferach wielkich nazwisk, takich jak doświadczony w Premier League Sam Greenwood czy francuski mistrz świata Benjamin Mendy. Z dużej chmury mały deszcz?
Na ten moment tak to wygląda. Sam Greenwood zaczyna się budzić, co daje nadzieję na przyszłość, ale jeśli dziś zapytałbyś kibica Pogoni o największy transferowy flop, to większość wskazałaby właśnie jego. Jego problemem może być fakt, że nowy sztab zmienił system gry na 4-4-2, w którym nie ma pozycji, do której Greenwood pasowałby w stu procentach. To typowa dziesiątka, choć w meczu z Zagłębiem zagrał na prawym skrzydle i zdobył gola. Mam nadzieję, że to go odblokuje. Jeśli natomiast chodzi o Mendy’ego, to w debiucie zagrał pięć minut z Jagiellonią, a tydzień później wcale nie wyszedł na boisko. Nie wiemy, w jakiej jest formie i czy w ogóle jest w stanie pomóc drużynie, gdy wypadnie np. Koútris. Bardziej niż na boiskach Ekstraklasy pokazuje się na razie na Instagramie. Podkreślano, że jest to zawodnik do odbudowy, natomiast wciąż czekamy na efekty sportowe tego transferu.

Czy Rajmund Molnár jest w stanie zastąpić Efthymiosa Koulourisa?
Mocno krytykowałem Molnára, bo odnosiłem wrażenie, że jest napastnikiem tylko z nazwy. Ciężko mu było odnaleźć się w parze z Kamilem Grosickim – częściej wchodzili sobie w paradę niż współpracowali na boisku. Po meczu z Zagłębiem sam Rajmund przyznał, że ostatnie tygodnie w jego wykonaniu były po prostu słabe i dopiero uczy się Ekstraklasy, która jest dużo lepsza niż liga węgierska, a wiele rzeczy jest dla niego nowych. Poznaje drużynę, system gry i schematy, więc jego zdaniem z każdym tygodniem będzie wyglądał coraz lepiej. Z Zagłębiem zdobył dwa gole i mam nadzieję, że ostatecznie przełamał strzelecką niemoc. Natomiast moim zdaniem nie sposób zastąpić takiego napastnika jak Koulouris, bo był to zawodnik, który przerastał Ekstraklasę i cały Szczecin za nim tęskni, mimo że jego rozstanie z Pogonią nie przebiegało harmonijnie.

Spośród piłkarzy, którzy latem opuścili Szczecin, dwóch obrało kierunek na Katowice. Jakie odczucia towarzyszyły kibicom Pogoni w związku z pożegnaniem Marcela Wędrychowskiego i Kacpra Łukasiaka?
W Szczecinie da się wyczuć przywiązanie do wychowanków, tym bardziej, że ostatnio nie było ich w kadrze zbyt wielu. Kacper wrócił do nas z wypożyczenia do Łęcznej i szybko wywalczył sobie podstawowy skład. W ubiegłym sezonie spisywał się bardzo dobrze i był ważnym elementem drużyny. Rozmawiałem z nim po jednym z meczów i wszystko wskazywało na to, że nie będzie przeszkód w przedłużeniu kontraktu. Zarówno on, jak i Marcel, mieli przygotowane oferty nowych umów, natomiast po zmianie władz klubu zostały one wycofane, ponieważ ich zdaniem były za wysokie. Nie było sentymentu do wychowanków, dlatego nie dziwię się, że obaj zawodnicy nie chcieli zostać w Szczecinie. Uważam, że wybrali bardzo dobre miejsce do dalszego rozwoju, a jedyne, czego dziś się obawiam, to klątwa, która w przypadku Pogoni często daje o sobie znać – nasi wychowankowie w barwach innych klubów zwykle strzelają nam bramki. Osobiście żałuję, że musieliśmy ich pożegnać, bo bardzo ich lubiłem, dlatego życzę im wszystkiego, co najlepsze – no, może oprócz sobotniego meczu.

Mówi się, że suma szczęścia w futbolu zawsze wychodzi na zero. Jesteście tego doskonałym przykładem, patrząc na wasze ostatnie mecze z Jagiellonią i Zagłębiem.
Trzeba pochwalić drużynę, że wzięła sobie do serca wydarzenia z meczu z Jagiellonią. Było widać, że zawodnicy są przybici, bo powinni byli zapakować Jadze wór bramek i odesłać do Białegostoku. Tymczasem w ostatniej minucie to goście przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę. Z kolei zwycięstwo 5:1 z Zagłębiem w żaden sposób nie odzwierciedla przebiegu tego pojedynku. Uważam, że było to jedno z gorszych spotkań Pogoni w tym sezonie. Los oddał jednak sprawiedliwość nie tylko za Jagiellonię, ale także za mecz pierwszej kolejki z Radomiakiem, kiedy obijaliśmy słupki i poprzeczki, a gospodarze trafiali do siatki i skończyło się 5:1 dla nich. W poniedziałek, mimo że to Zagłębie przejęło inicjatywę, to nasi zawodnicy z chirurgiczną precyzją wykorzystywali każdą nadarzającą się okazję. Gra, szczególnie w pierwszej połowie, powinna być dużo lepsza, natomiast ostatnie pół godziny przebiegało już pod nasze dyktando. Taką Pogoń chcemy oglądać – utrzymującą się przy piłce i agresywnie atakującą bramkę rywala.

W przeszłości nasze drogi kilkukrotnie krzyżowały się poza Ekstraklasą. Masz jakieś szczególne wspomnienia z tamtych pojedynków?
Kiedy my graliśmy w pierwszej lidze, nie była ona tak dostępna i opakowana jak dzisiaj, kiedy każdy mecz można zobaczyć w telewizji. Z tego powodu jednen z naszych pojedynków z GieKSą zapamiętałem szczególnie, bo w czasie bierzmowiania razem z kuzynem słuchaliśmy relacji w kościele w ostatniej ławce. Wiadomo, że bierzmowanie jest ważne, ale mecz ukochanej drużyny również.

Za to w Katowicach często wspominamy mecz z 2010 roku, który udało nam się wygrać w dramatycznych okolicznościach.
Tego spotkania wolałbym nie pamiętać. Nie byłem wtedy na stadionie, ale śledząc je w internecie, przez ostatnie pięć minut ilość wypowiedzianych przeze mnie niecenzuralnych słów z pewnością była rekordowa. Nie do wiary, że udało się przegrać taki mecz, tracąc trzy gole w samej końcówce. Z drugiej strony za to kochamy piłkę nożną, bo dostarcza nam emocji – czasem pozytywnych, a czasem negatywnych.

Spotkaliśmy się także w Pucharze Polski w sezonie 2018/2019 – dla nas pamiętnym, bo zakończonym spektakularnym spadkiem do 2. ligi. Sam mecz z Pogonią był jednak okazją do zetknięcia się z Ekstraklasą – wykorzystaną, bo w tym spotkaniu to my byliśmy górą.
Bardzo się wtedy irytowałem, bo mieliśmy mnóstwo sytuacji, które powinniśmy byli zamienić na bramki i spokojnie awansować. Doszło jednak do karnych, które przegraliśmy. Swoją drogą mam same negatywne wspomnienia związane z rzutami karnymi w Pucharze, bo jeszcze za czasów Macieja Skorży graliśmy z Bytovią i tam również przegraliśmy po karnych. A to, co działo się po meczu, włącznie z kibicami, którzy próbowali przedostać się na boisko i wyjaśniać coś piłkarzom Pogoni – nie są to miłe wspomnienia.

Generalnie zestawienie „Pogoń” i „Puchar Polski” może jeżyć włos na głowie szczecińskich kibiców. Czy ostatnim zwycięstwem z Legią udało się na dobre odegnać pucharowe demony?
Nie. Jeśli zapytasz kibica Pogoni, którego stadionu nie cierpi najbardziej, to każdy powie to samo: PGE Narodowy. Mówiąc jednak poważnie, to ścieżka pucharowa jest dla nas bardzo ważna, by po pierwsze wygrać wreszcie trofeum, a po drugie załapać się na europejskie puchary. W lidze bywa różnie, bo forma raz idzie w górę, a raz w dół. W ubiegłym sezonie graliśmy dwa finały: ten na Narodowym oraz bezpośredni mecz ligowy z Jagiellonią o miejsce w pierwszej trójce. Oba przegraliśmy i było to dużym rozczarowaniem. Przegrany finał z Legią przyjęliśmy i tak na chłodno, ze względu na rangę przeciwnika, natomiast pamiętny mecz z Wisłą będzie się nam śnił do końca życia. Tej traumy prędko nie wyleczymy. Dziś, po wyeliminowaniu Legii, niektórzy kibice z optymizmem spoglądają w stronę Narodowego, natomiast sam przestrzegam przed hurraoptymizmem, bo akurat nas piłkarscy bogowie nie oszczędzają. Przed nami mecz z Widzewem, który ma swoje problemy, ale z drugiej strony pracują tam ludzie, którzy nie tak dawno byli w Szczecinie, a więc były dyrektor sportowy Dariusz Adamczuk czy Mariusz Fornalczyk, który będzie się chciał przypomnieć szczecińskim kibicom.

W kontekście Widzewa mówiło się niedawno o możliwym transferze Kamila Grosickiego. Ile w tym prawdy?
Trochę na pewno, między innymi właśnie z powodu Dariusza Adamczuka, który sprowadzał Kamila do Szczecina po jego przygodzie w Anglii. Wiem, że rozmowy były i propozycja dla Kamila została przedstawiona. Mówimy o transferze latem jako wolny zawodnik, po wypełnieniu kontraktu w Pogoni. Grosik dostał również ofertę przedłużenia kontraktu i sprawa jest otwarta. Sam zawodnik deklaruje chęć pozostania w Szczecinie i ma nadzieję na pozytywny finał negocjacji co do nowej umowy. Kamil jest niekwestionowaną legendą naszego klubu i wydaje mi się, że duma nie pozwoliłaby mu odejść z Pogoni bez wygrania choćby jednego trofeum. Z takim zamiarem wracał przecież do Szczecina – zakończyć temat „pustej gabloty” i zerwać z Pogoni łatkę wiecznych przegranych. Nieraz sam ciągnął tę drużynę do kolejnych zwycięstw, szczególnie gdy w klubie nie działo się najlepiej. Trudno sobie dziś wyobrazić Pogoń bez niego, dlatego wszyscy tutaj mamy nadzieję, że wkrótce w prezencie pod choinką znajdziemy informację o nowym kontrakcie dla Kamila.

W ubiegłym sezonie w naszych pojedynkach zgodnie wygrywali gospodarze.
Mocno nas bolała porażka w Katowicach, bo mieliśmy duże ambicje, które pozostały niespełnione. Z jakiegoś powodu nie radzimy sobie dobrze z beniaminkami – tak było w poprzednim sezonie i tak jest obecnie. Po naszym meczu mocno po głowie dostała cała linia obrony, a słowo „pozorant” było najłagodniejszym określeniem kierowanym w stronę defensorów. Trener Kolendowicz stwierdził po meczu, że nie poznawał swojej drużyny, bo zupełnie nie realizowała przedmeczowych założeń. Z kolei w rewanżu oglądaliśmy taką Pogoń, jaką dobrze znaliśmy ze spotkań domowych – grającą ofensywnie, z polotem, nie zatrzymującą się po pierwszym golu. Za ten mecz drużyna zebrała same pochwały.

Wasz wyjazdowy dorobek pozostawia w tym sezonie wiele do życzenia. W Katowicach może być inaczej?
Nie po raz pierwszy wyjazdy są naszą bolączką, bo w poprzednim sezonie było podobnie. Mimo wszystko oczekiwania wobec drużyny są duże, a na kolejne pojedynki patrzymy przede wszystkim przez pryzmat naszych możliwości. Mam nadzieję, że trener Thomasberg skutecznie odwróci ten trend słabych spotkań wyjazdowych i w Katowicach zapunktujemy. Kibice bardzo licznie stawią się w sektorze gości – stowarzyszenie poinformowało, że wykorzystano wszystkie bilety przeznaczone dla nas już na etapie przedsprzedaży. Ciśnienie jest spore, także z powodu nowego stadionu, na którym jeszcze nie byliśmy. Sam wybieram się na ten mecz i jestem ciekawy, co się wydarzy. Termin jest idealny, podróż samochodem ze Szczecina zajmie nie więcej niż pięć godzin, więc w sobotę zobaczymy się w Katowicach.

Z powodu nadmiaru żółtych kartek w składzie Pogoni zabraknie Danijela Lončara. Czy to duże osłabienie?
Lončar od ponad miesiąca gra najgorszy futbol jaki w życiu widziałem i jest krytykowany ze wszystkich stron. Wiemy na co go stać, bo potrafił być najlepszym defensorem Pogoni, jednak ostatnio popełnia masę błędów, podając piłkę rywalowi na tacy. Dlatego jego brak to zła wiadomość, ale dla was, bo obecnie jest naszym najsłabszym punktem, ponadto nie radzi sobie w grze pod pressingiem. Widzę dwa warianty na sobotę: albo wróci Marian Huja i zagra w parze z Dimítrisem Keramítsisem, który jest liderem naszej defensywy, albo to miejsce zajmie Linus Wahlqvist.

Jaki wynik przewidujesz na sobotę?
Liczę na ciekawe spotkanie i dużo emocji dla kibiców. Obstawiam 2:1 dla Pogoni.

A bramkę dla GieKSy zdobędzie…
Kacper Łukasiak.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dawid Kudła GKS!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.

Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.

Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.

Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.

Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.

Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.

Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.

GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.

Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.

W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.

W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.

Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.

Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.

Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.

A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa bawi się w Opalenicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.

Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.

Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.

„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.

To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.

Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.

No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.

I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.

Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.

Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!

Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.

Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.

Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.

PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!

Kontynuuj czytanie

Kibice Piłka nożna

Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.

Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.

W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.

Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.

Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.

Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.

W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.

Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.

Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.

Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.

Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.

W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.

Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.

Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!

Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.

JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.

Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.

Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.

Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga