Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: siedzieć cicho i spokojnie budować
Rundę jesienną zamykamy pojedynkiem z Pogonią Szczecin, która mimo odważnych zapowiedzi dosyć niespodziewanie walczy o wydostanie się z dolnych rejonów tabeli. O przyczyny takiego stanu rzeczy zapytaliśmy Dawida Zielińskiego z podkastu „Skazani na Pogoń”.
Kiedy przed sezonem życzyłem sobie, żeby na półmetku mieć podobną liczbę punktów co Legia, niekryjący mocarstwowych planów Widzew czy właśnie Pogoń, to nie do końca chodziło mi o to, co obecnie widzimy w tabeli. Wy też chyba inaczej wyobrażaliście sobie te rozgrywki.
Gdybyś przed sezonem zapytał fana Pogoni, jakiego miejsca w tabeli oczekuje, to chyba każdy odpowiedziałby, że walczymy o puchary. Ambicją zarówno kibiców, jak i właściciela jest powrót do europejskich rozgrywek, a sam Alex Haditaghi deklarował nawet, że zadowoli go tylko miejsce na podium. Rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię, moim zdaniem także przez to, że za dużo było nas w mediach. Nauczeni przeszłością, a przede wszystkim faktem, że nasza gablota wciąż świeci pustkami, wolelibyśmy siedzieć cicho i spokojnie budować, zamiast chodzić po piłkarskich salonach i obiecywać złote góry. Tymczasem w Szczecinie ostatnio dzieje się wiele – sami żartujemy, że czasem aż strach iść spać, bo można się obudzić w zupełnie innych realiach.
Kibice wolą ciszę, ale z pewnością nie lubi jej właściel i prezes – Alex Haditaghi. Mówi i pisze dużo, szczególnie w social mediach, gdzie albo toczy wojenki, albo snuje sny o potędze.
Niestety, Ekstraklasa szybko zweryfikowała słowa prezesa. Początek sezonu był słaby, za co posadą zapłacił trener Kolendowicz. Zdaniem kibiców nie dostał on odpowiedniego wsparcia ze strony klubu w walce o najwyższe cele. Owszem, przeprowadzono transfery, ale ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Na dziś jednego czy dwóch zawodników można zweryfikować pozytywnie, natomiast pozostali mają więcej minusów niż plusów. Stąd słaba postawa drużyny i gdyby nie ostatnie zwycięstwo z Zagłębiem, to na dobre urządzilibyśmy się w dolnych rejonach tabeli. Z drugiej strony różnice nie są duże i wiele może się jeszcze zmienić.
Jak więc ocenić styl zarządzania Pogonią w wykonaniu Haditaghiego?
Trudno oceniać go zero-jedynkowo. Nie można mu zarzucić, że nie dokłada pieniędzy do klubowej kasy, bo sukcesywnie spłaca długi. Z drugiej strony, jak mówi powiedzenie, krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje. Myślę, że prezes uczy się, że warto czasami trzy razy pomyśleć, zanim powie się coś w wywiadzie lub napisze w social mediach. Kibice Pogoni są bardzo wyczuleni na to, co się im obiecuje, a jaki produkt ostatecznie dostają. Przed sezonem Alex Haditaghi opowiadał w mediach, że buduje potęgę – dziś się z tego śmiejemy, bo rzeczywistość okazała się inna. Zwracaliśmy uwagę, że drużyna potrzebuje wzmocnień, bo z jednej strony konkurencja się zbroi, a z drugiej w Szczecinie pożegnano kilkunastu piłkarzy. Tymczasem nie udało się ani poszerzyć, ani nawet uzupełnić kadry na odpowiednim poziomie, w porównaniu z ubiegłym sezonem.
Medialny obraz potężnej Pogoni budowanej przez Haditaghiego opierał się na transferach wielkich nazwisk, takich jak doświadczony w Premier League Sam Greenwood czy francuski mistrz świata Benjamin Mendy. Z dużej chmury mały deszcz?
Na ten moment tak to wygląda. Sam Greenwood zaczyna się budzić, co daje nadzieję na przyszłość, ale jeśli dziś zapytałbyś kibica Pogoni o największy transferowy flop, to większość wskazałaby właśnie jego. Jego problemem może być fakt, że nowy sztab zmienił system gry na 4-4-2, w którym nie ma pozycji, do której Greenwood pasowałby w stu procentach. To typowa dziesiątka, choć w meczu z Zagłębiem zagrał na prawym skrzydle i zdobył gola. Mam nadzieję, że to go odblokuje. Jeśli natomiast chodzi o Mendy’ego, to w debiucie zagrał pięć minut z Jagiellonią, a tydzień później wcale nie wyszedł na boisko. Nie wiemy, w jakiej jest formie i czy w ogóle jest w stanie pomóc drużynie, gdy wypadnie np. Koútris. Bardziej niż na boiskach Ekstraklasy pokazuje się na razie na Instagramie. Podkreślano, że jest to zawodnik do odbudowy, natomiast wciąż czekamy na efekty sportowe tego transferu.
Czy Rajmund Molnár jest w stanie zastąpić Efthymiosa Koulourisa?
Mocno krytykowałem Molnára, bo odnosiłem wrażenie, że jest napastnikiem tylko z nazwy. Ciężko mu było odnaleźć się w parze z Kamilem Grosickim – częściej wchodzili sobie w paradę niż współpracowali na boisku. Po meczu z Zagłębiem sam Rajmund przyznał, że ostatnie tygodnie w jego wykonaniu były po prostu słabe i dopiero uczy się Ekstraklasy, która jest dużo lepsza niż liga węgierska, a wiele rzeczy jest dla niego nowych. Poznaje drużynę, system gry i schematy, więc jego zdaniem z każdym tygodniem będzie wyglądał coraz lepiej. Z Zagłębiem zdobył dwa gole i mam nadzieję, że ostatecznie przełamał strzelecką niemoc. Natomiast moim zdaniem nie sposób zastąpić takiego napastnika jak Koulouris, bo był to zawodnik, który przerastał Ekstraklasę i cały Szczecin za nim tęskni, mimo że jego rozstanie z Pogonią nie przebiegało harmonijnie.
Spośród piłkarzy, którzy latem opuścili Szczecin, dwóch obrało kierunek na Katowice. Jakie odczucia towarzyszyły kibicom Pogoni w związku z pożegnaniem Marcela Wędrychowskiego i Kacpra Łukasiaka?
W Szczecinie da się wyczuć przywiązanie do wychowanków, tym bardziej, że ostatnio nie było ich w kadrze zbyt wielu. Kacper wrócił do nas z wypożyczenia do Łęcznej i szybko wywalczył sobie podstawowy skład. W ubiegłym sezonie spisywał się bardzo dobrze i był ważnym elementem drużyny. Rozmawiałem z nim po jednym z meczów i wszystko wskazywało na to, że nie będzie przeszkód w przedłużeniu kontraktu. Zarówno on, jak i Marcel, mieli przygotowane oferty nowych umów, natomiast po zmianie władz klubu zostały one wycofane, ponieważ ich zdaniem były za wysokie. Nie było sentymentu do wychowanków, dlatego nie dziwię się, że obaj zawodnicy nie chcieli zostać w Szczecinie. Uważam, że wybrali bardzo dobre miejsce do dalszego rozwoju, a jedyne, czego dziś się obawiam, to klątwa, która w przypadku Pogoni często daje o sobie znać – nasi wychowankowie w barwach innych klubów zwykle strzelają nam bramki. Osobiście żałuję, że musieliśmy ich pożegnać, bo bardzo ich lubiłem, dlatego życzę im wszystkiego, co najlepsze – no, może oprócz sobotniego meczu.
Mówi się, że suma szczęścia w futbolu zawsze wychodzi na zero. Jesteście tego doskonałym przykładem, patrząc na wasze ostatnie mecze z Jagiellonią i Zagłębiem.
Trzeba pochwalić drużynę, że wzięła sobie do serca wydarzenia z meczu z Jagiellonią. Było widać, że zawodnicy są przybici, bo powinni byli zapakować Jadze wór bramek i odesłać do Białegostoku. Tymczasem w ostatniej minucie to goście przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę. Z kolei zwycięstwo 5:1 z Zagłębiem w żaden sposób nie odzwierciedla przebiegu tego pojedynku. Uważam, że było to jedno z gorszych spotkań Pogoni w tym sezonie. Los oddał jednak sprawiedliwość nie tylko za Jagiellonię, ale także za mecz pierwszej kolejki z Radomiakiem, kiedy obijaliśmy słupki i poprzeczki, a gospodarze trafiali do siatki i skończyło się 5:1 dla nich. W poniedziałek, mimo że to Zagłębie przejęło inicjatywę, to nasi zawodnicy z chirurgiczną precyzją wykorzystywali każdą nadarzającą się okazję. Gra, szczególnie w pierwszej połowie, powinna być dużo lepsza, natomiast ostatnie pół godziny przebiegało już pod nasze dyktando. Taką Pogoń chcemy oglądać – utrzymującą się przy piłce i agresywnie atakującą bramkę rywala.
W przeszłości nasze drogi kilkukrotnie krzyżowały się poza Ekstraklasą. Masz jakieś szczególne wspomnienia z tamtych pojedynków?
Kiedy my graliśmy w pierwszej lidze, nie była ona tak dostępna i opakowana jak dzisiaj, kiedy każdy mecz można zobaczyć w telewizji. Z tego powodu jednen z naszych pojedynków z GieKSą zapamiętałem szczególnie, bo w czasie bierzmowiania razem z kuzynem słuchaliśmy relacji w kościele w ostatniej ławce. Wiadomo, że bierzmowanie jest ważne, ale mecz ukochanej drużyny również.
Za to w Katowicach często wspominamy mecz z 2010 roku, który udało nam się wygrać w dramatycznych okolicznościach.
Tego spotkania wolałbym nie pamiętać. Nie byłem wtedy na stadionie, ale śledząc je w internecie, przez ostatnie pięć minut ilość wypowiedzianych przeze mnie niecenzuralnych słów z pewnością była rekordowa. Nie do wiary, że udało się przegrać taki mecz, tracąc trzy gole w samej końcówce. Z drugiej strony za to kochamy piłkę nożną, bo dostarcza nam emocji – czasem pozytywnych, a czasem negatywnych.
Spotkaliśmy się także w Pucharze Polski w sezonie 2018/2019 – dla nas pamiętnym, bo zakończonym spektakularnym spadkiem do 2. ligi. Sam mecz z Pogonią był jednak okazją do zetknięcia się z Ekstraklasą – wykorzystaną, bo w tym spotkaniu to my byliśmy górą.
Bardzo się wtedy irytowałem, bo mieliśmy mnóstwo sytuacji, które powinniśmy byli zamienić na bramki i spokojnie awansować. Doszło jednak do karnych, które przegraliśmy. Swoją drogą mam same negatywne wspomnienia związane z rzutami karnymi w Pucharze, bo jeszcze za czasów Macieja Skorży graliśmy z Bytovią i tam również przegraliśmy po karnych. A to, co działo się po meczu, włącznie z kibicami, którzy próbowali przedostać się na boisko i wyjaśniać coś piłkarzom Pogoni – nie są to miłe wspomnienia.
Generalnie zestawienie „Pogoń” i „Puchar Polski” może jeżyć włos na głowie szczecińskich kibiców. Czy ostatnim zwycięstwem z Legią udało się na dobre odegnać pucharowe demony?
Nie. Jeśli zapytasz kibica Pogoni, którego stadionu nie cierpi najbardziej, to każdy powie to samo: PGE Narodowy. Mówiąc jednak poważnie, to ścieżka pucharowa jest dla nas bardzo ważna, by po pierwsze wygrać wreszcie trofeum, a po drugie załapać się na europejskie puchary. W lidze bywa różnie, bo forma raz idzie w górę, a raz w dół. W ubiegłym sezonie graliśmy dwa finały: ten na Narodowym oraz bezpośredni mecz ligowy z Jagiellonią o miejsce w pierwszej trójce. Oba przegraliśmy i było to dużym rozczarowaniem. Przegrany finał z Legią przyjęliśmy i tak na chłodno, ze względu na rangę przeciwnika, natomiast pamiętny mecz z Wisłą będzie się nam śnił do końca życia. Tej traumy prędko nie wyleczymy. Dziś, po wyeliminowaniu Legii, niektórzy kibice z optymizmem spoglądają w stronę Narodowego, natomiast sam przestrzegam przed hurraoptymizmem, bo akurat nas piłkarscy bogowie nie oszczędzają. Przed nami mecz z Widzewem, który ma swoje problemy, ale z drugiej strony pracują tam ludzie, którzy nie tak dawno byli w Szczecinie, a więc były dyrektor sportowy Dariusz Adamczuk czy Mariusz Fornalczyk, który będzie się chciał przypomnieć szczecińskim kibicom.
W kontekście Widzewa mówiło się niedawno o możliwym transferze Kamila Grosickiego. Ile w tym prawdy?
Trochę na pewno, między innymi właśnie z powodu Dariusza Adamczuka, który sprowadzał Kamila do Szczecina po jego przygodzie w Anglii. Wiem, że rozmowy były i propozycja dla Kamila została przedstawiona. Mówimy o transferze latem jako wolny zawodnik, po wypełnieniu kontraktu w Pogoni. Grosik dostał również ofertę przedłużenia kontraktu i sprawa jest otwarta. Sam zawodnik deklaruje chęć pozostania w Szczecinie i ma nadzieję na pozytywny finał negocjacji co do nowej umowy. Kamil jest niekwestionowaną legendą naszego klubu i wydaje mi się, że duma nie pozwoliłaby mu odejść z Pogoni bez wygrania choćby jednego trofeum. Z takim zamiarem wracał przecież do Szczecina – zakończyć temat „pustej gabloty” i zerwać z Pogoni łatkę wiecznych przegranych. Nieraz sam ciągnął tę drużynę do kolejnych zwycięstw, szczególnie gdy w klubie nie działo się najlepiej. Trudno sobie dziś wyobrazić Pogoń bez niego, dlatego wszyscy tutaj mamy nadzieję, że wkrótce w prezencie pod choinką znajdziemy informację o nowym kontrakcie dla Kamila.
W ubiegłym sezonie w naszych pojedynkach zgodnie wygrywali gospodarze.
Mocno nas bolała porażka w Katowicach, bo mieliśmy duże ambicje, które pozostały niespełnione. Z jakiegoś powodu nie radzimy sobie dobrze z beniaminkami – tak było w poprzednim sezonie i tak jest obecnie. Po naszym meczu mocno po głowie dostała cała linia obrony, a słowo „pozorant” było najłagodniejszym określeniem kierowanym w stronę defensorów. Trener Kolendowicz stwierdził po meczu, że nie poznawał swojej drużyny, bo zupełnie nie realizowała przedmeczowych założeń. Z kolei w rewanżu oglądaliśmy taką Pogoń, jaką dobrze znaliśmy ze spotkań domowych – grającą ofensywnie, z polotem, nie zatrzymującą się po pierwszym golu. Za ten mecz drużyna zebrała same pochwały.
Wasz wyjazdowy dorobek pozostawia w tym sezonie wiele do życzenia. W Katowicach może być inaczej?
Nie po raz pierwszy wyjazdy są naszą bolączką, bo w poprzednim sezonie było podobnie. Mimo wszystko oczekiwania wobec drużyny są duże, a na kolejne pojedynki patrzymy przede wszystkim przez pryzmat naszych możliwości. Mam nadzieję, że trener Thomasberg skutecznie odwróci ten trend słabych spotkań wyjazdowych i w Katowicach zapunktujemy. Kibice bardzo licznie stawią się w sektorze gości – stowarzyszenie poinformowało, że wykorzystano wszystkie bilety przeznaczone dla nas już na etapie przedsprzedaży. Ciśnienie jest spore, także z powodu nowego stadionu, na którym jeszcze nie byliśmy. Sam wybieram się na ten mecz i jestem ciekawy, co się wydarzy. Termin jest idealny, podróż samochodem ze Szczecina zajmie nie więcej niż pięć godzin, więc w sobotę zobaczymy się w Katowicach.
Z powodu nadmiaru żółtych kartek w składzie Pogoni zabraknie Danijela Lončara. Czy to duże osłabienie?
Lončar od ponad miesiąca gra najgorszy futbol jaki w życiu widziałem i jest krytykowany ze wszystkich stron. Wiemy na co go stać, bo potrafił być najlepszym defensorem Pogoni, jednak ostatnio popełnia masę błędów, podając piłkę rywalowi na tacy. Dlatego jego brak to zła wiadomość, ale dla was, bo obecnie jest naszym najsłabszym punktem, ponadto nie radzi sobie w grze pod pressingiem. Widzę dwa warianty na sobotę: albo wróci Marian Huja i zagra w parze z Dimítrisem Keramítsisem, który jest liderem naszej defensywy, albo to miejsce zajmie Linus Wahlqvist.
Jaki wynik przewidujesz na sobotę?
Liczę na ciekawe spotkanie i dużo emocji dla kibiców. Obstawiam 2:1 dla Pogoni.
A bramkę dla GieKSy zdobędzie…
Kacper Łukasiak.
Piłka nożna
Mecz Legend GieKSy i Banika
W przerwie sobotniego Meczu Przyjaźni zostanie rozegrane spotkanie Legend GKS Katowice i Banika Ostrava. Będzie to nie lada gratka dla fanów obu drużyn. Ci starsi będą mogli powspominać piłkarzy, których pamiętają z przeszłości, a młodsi – zobaczyć Legendy, o których opowiadali im starsi koledzy.
Do pierwszego spotkania Legend GKS Katowice i Banika Ostrava doszło na Bazalach 27 czerwca tego roku. To właśnie wtedy na legendarnym stadionie Bazaly odbywał się kibicowski turniej Chachar Cup 2026, a w Ostrawie pojawiło się ponad 1100 kibiców GieKSy. Sam mecz Legend zakończył się remisem 6:6. Poniżej relacja wideo z oficjalnej telewizji klubowej.
W sobotę w trójkolorowych barwach będziemy mogli zobaczyć: Artura Andruszczaka, Adama Kucza, Marka i Piotra Świerczewskich, Andrzeja Nikodema, Zdzisława Strojka, Grzegorza Górskiego, Damiana Sadowskiego, Dominika Sadzawickiego, Dawida Plizgę i Jarosława Tkocza. Trenerem naszej drużyny będzie Piotr Piekarczyk.
Banik reprezentować mają: Nemanja Kuzmanović, Vít Baránek, Martin Lukeš, Aleš Neuwirth, Antonín Buček, Petr Zajaroš, Rostislav Pikonský, Marek Heinz, Jan Daněk, Michal Daněk, Jan Laštůvka, Michal Papadopulos i Pavel Besta.
Przypominamy, że cały czas dostępne są bilety na sobotni Mecz Przyjaźni. Najprościej wejściówki zakupić na www.bilety.GKSKatowice.eu.
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Piłka nożna kobiet
Demolka stołecznej drużyny
Kibice długo czekali na powrót Ekstraligi do Katowic, jednak zawodniczki w pełni wynagrodziły dłuższy okres piłkarskiej pustki aż sześcioma bramkami.
Jeśli wracać po przerwie reprezentacyjnej, to tylko z takim hukiem, jak Patricia Hmirova! Po pressingu Kalaberovej i jej późniejszej centrze Hmirova tylko dołożyła nogę do pustej siatki, Nowak bardzo źle obliczyła sytuację i opuściła posterunek. Legia bardzo łatwo pozwalała wrzucać sobie długie piłki w boczne strefy, już chwilę później Nicola Brzęczek po takim zagraniu otrzymała piłkę na 12. metr od Klaudii Maciążki i tylko pozycja spalona pozbawiła ją szansy na bramkę. W 8. minucie po stracie McLaughlin wydawało się, że swoją szansę będą miały przyjezdne – nic bardziej mylnego. Błyskawicznie z Kalaberovą odzyskały posiadanie, a Hmirova ruszyła sam na sam w przegrany pojedynek z Nowak. Gra Legii zupełnie się nie kleiła w pierwszych akcjach, choć z każdą minutą udawało im się przedzierać coraz bliżej bramki Frankovej. W 13. minucie w końcu udało się stworzyć zagrożenie po błędzie przy przekazaniu krycia Zawadzkiej z Milovanović, choć golkiperka GieKSy zdawała się mieć wszystko pod kontrolą. Po przerwie spowodowanej urazem nastąpił rzut rożny, po którym Julia Przybył idealnie odnalazła głowę McLaughlin – nie udało się Legii dobrze zablokować jej wbiegnięcia. W 26. minucie złe wybicie Milovanović powinno zakończyć się przynajmniej sytuacją bramkową, jej błąd naprawiła Marcjanna Zawadzka zablokowaniem uderzenia. Dwie minuty później, po centrze Maciążki, o krok była Hmirova od wykorzystania równie nieudanego wybicia defensorki, która zdołała jednak w porę się obrócić i tym razem skutecznie wyekspediować piłkę na połowę gospodyń. 32. minutę rozpoczęła Julia Przybył od ciętej wrzutki na 7. metr, najmniejszy błąd przy próbie wyjaśnienia akcji spowodowałby ogromne zamieszanie. Chwila oddechu, wrzut z autu pomocniczki przerodził się w błyskawiczny zwód Hmirovej i podanie wzdłuż bramki do Kalaberovej, która wślizgiem dopełniła formalności. Zupełnie Legia odpuściła krycie przy tym fragmencie gry, jakby od początku nie wierzyły w możliwość jego obrony. Samodzielnie odpowiedziała Materek, oddając celny i kozłujący, acz lekki strzał w pobliże słupka bramki Frankovej. Podwyższyć mogła Maciążka po podaniu McLaughlin za linię defensywy, liniowa uniosła jednak chorągiewkę. Po rzucie rożnym nieco później znów było groźnie, Hmirova huknęła w bliższe okienko i Nowak bardzo dobrze interweniowała. Poprawka Słowaczki spod drugiej chorągiewki i Amerykanka głowkowała w poprzeczkę, znów było bardzo blisko. W 42. minucie po podaniu z pierwszej piłki Hmirovej przez całą szerokość boiska Maciążka na pełnym spokoju zmyliła trzy przeciwniczki, posyłając piłkę obok bezradnej golkiperki. Już w doliczonej części McLaughlin wypuściła prawą półprzestrzenią Kalaberovą, Nowak zdołała w porę zareagować i wyjść z własnej bramki.
W 49. minucie kapitalną interwencją wykazała się Nowak, McLaughlin po centrze Hmirovej zupełnie niepilnowana odnalazła się w szesnastce i huknęła pod poprzeczkę. Kolejny rzut wolny i tym razem to słupek uratował Legię przed utratą bramki, po niecelnym strzale Zawadzkiej do piłki dopadła jeszcze Jaszek i minimalnie zabrakło jej do szczęścia. Rzut rożny to jednak coś, z czym Legia sobie nie mogła poradzić – Przybył odnalazła Molly McLaughlin, a ta skorzystała z prezencji Dżesiki Jaszek angażującej defensorki i sfinalizowała centrę. W 59. minucie bardzo wysoko z bramki wyskoczyła Nowak, mimo kiksu skutecznie zażegnując kontrę Kalaberovej. Kilka podań i już jednak drugą flanką gnała Julia Przybył, ostatecznie posyłając „rogalika” na dłuższy słupek i wcale nie zabrakło wiele do ładnego trafienia. W 65. minucie GieKSa zmarnowała przynajmniej 2.0 łącznego xG: po wrzutce Maciążki przed samą bramkarką nie trafiały czysto kolejno Kalaberova, Jaszek i ostatecznie Hmirova. Takie pudła spotkały się z zasłużonym ostrzeżeniem, gdy Kinga Bużan huknęła z dystansu w poprzeczkę bramki Frankovej. Swojego szczęścia spróbowała także Kazanecka, po udanym dryblingu uderzając w stronę krótkiego słupka. W 80. minucie strzał po zgraniu Jaszek oddała Vojtkova, piłka po rykoszecie znalazła się w rękawicach Nowak. Chwila nieuwagi w końcówce, i już Hmirova podaniem odnalazła wybiegającą Klaudię Maciążkę. Wiktoria Nowak zdołała uprzedzić jeszcze Dżesikę Jaszek, lecz dobitą piłkę bezlitośnie wpakowała do bramki Amelia Bińkowska.
Legia Ladies do Warszawy wraca z bagażem aż sześciu trafień, a komplet punktów zostaje w Katowicach!
26 września 2026 rok, Katowice
GKS Katowice – Legia Ladies 6:0 (4:0)
Bramki: Hmirova (3), McLaughlin (23, 53), Kalaberova (33), Maciążka (42), Bińkowska (90).
GKS Katowice: Fraňková – Milovanović, Zawadzka, Kłoda – Kaláberová (74. Bińkowska), McLaughlin (65. Vojtkova), Šurnovská (46. Kozarzewska), Przybył (65. Turkiewicz) – Maciążka, Brzęczek (46. Jaszek), Hmírová.
Legia: Nowak – Sokołowska, Grabowska (24. Zielińska), Kurzelowska, Prochowska, Materek (59. Grosicka), Bużan, Drożyńska (46. Koźmińska), Nestorowicz, Kazanecka (59. Jankiewicz), Dubiel.
Kartki: Kłoda.


Najnowsze komentarze