Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Oldschool

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jeśli ktoś myślał, że mecz Pucharu Polski to taka popierdółka, nudne wypełnienie piłkarskiego kalendarza, wczoraj mógł przekonać się, że był w błędzie. W iście oldchoolowych okolicznościach stadionowej przyrody mieliśmy bardzo ciekawe widowisko, ze swoją dramaturgią i zwrotami akcji. Po raz kolejny zresztą w tym sezonie.

Puchar Polski to przekleństwo GieKSy od lat. Przed tym meczem katowiczanie mieli w ciągu ostatnich 20 lat zaledwie 10 wygranych meczów na szczeblu centralnym. Statystyka jest to iście katastrofalna. Oznaczająca tyle, że wygrywając tyle spotkań i licząc, że zaczynamy od 1/32 finału, nie zdobylibyśmy nawet dwóch trofeów. W ciągu tych 20 lat GKS nigdy nie doszedł do ćwierćfinału, a tylko dwa razy zameldował się w 1/8 finału, czyli przeszedł dwie rundy. Przez wiele lat ten puchar był traktowany po macoszemu, niepoważnie i jako zbędny balast.

Mecz w środku tygodnia, więc trzeba było się sprężyć z dotarciem na stadion. Po raz pierwszy na nasz nowy dom docierało się już w całkowitej ciemnicy. Pięknie się prezentuje nasza rozświetlona i zapraszająca swym blaskiem Arena Katowice. Czuć piłkę…

Właśnie idąc na stadion, poznałem składy i już pomyślałem – „jest nieźle”. Co prawda z kilkoma zmianami, ale nie sięgamy do głębokich rezerw, nie wymieniamy prawie całej jedenastki. Gramy na poważnie. Bo i rywal poważny i nie w ciemię bity. Rewelacja tych rozgrywek i do niedawna lider. Czekało nas trudne wyzwanie przed tym jednym ze szlagierów pierwszej rundy Pucharu Polski.

Wczoraj po raz pierwszy mogliśmy uświadczyć niskiej frekwencji przy Nowej Bukowej. I przyznam, że… nie było to takie złe. Atmosfera była iście oldschoolowa, mimo niecałych sześciu tysięcy doping był dobry i głośny, pogoda już mocno jesienna, a na boisku ciekawy mecz. Podobało mi się. W różnych dziedzinach, czy to w życiu, czy w piłce, czy w górach – bardzo lubię różnorodność. Fajnie, że ekstraklasa jest taka efektowna i mamy na meczach ponad dziesięć tysięcy widzów – to jest naprawdę extra. Ale raz na jakiś czas taki futbolowy oldchool się przyda. Pamiętam mecz w grupowym Pucharze Polski w 2004 roku, kiedy – również jako ówczesny ekstraklasowicz – graliśmy z czwartoligowym Skalnikiem Gracze. Frekwencja była na poziomie niecałego tysiąca, przyjechała nawet grupka kibiców z Opolszczyzny i śpiewała „Skaaalnik, Skaaalnik”. Klimacik.

Mecz miał swojego oczywistego bohatera i był nim oczywiście Bartosz Nowak. Indywidualnie na uwielbienie Blaszoka trzeba sobie zasłużyć. Nie wiem, czy jest klub w Polsce, którego kibice tak oszczędnie i rzadko (ba, prawie nigdy) skandują nazwisko zawodnika. Jakbym miał typować, to bym powiedział, że u nas zdarza się to maksymalnie raz na rok, ale chyba jednak rzadziej. Więc wczorajsza sytuacja, w której po trzecim golu oraz po meczu kibice wykrzykiwali chóralne „Bartek Nowak!” to kompletny ewenement. Musiał indywidualnie jakiś zawodnik zrobić coś spektakularnego, żeby taka reakcja trybun nastąpiła. Swoją drogą to też był powrót do tych starych czasów, kiedy nazwiska Jojki, Ledwonia, Wojciechowskiego czy Jasia Furtoka były wykrzykiwane dość często. To były legendy. Teraz piłkarze budują nową historię.

Bartek Nowak ofensywnie ciągnie tę drużynę w tym sezonie. Zawodnik strzelił już siedem bramek w tym sezonie, niejednokrotnie przyczyniając się do zdobyczy punktowych. Swoim dubletem uratował remis z Zagłębiem, po pięknej bramce na Legii było blisko jednego punktu, a gol z Radomiakiem z wolnego był odmieniamy przez wszystkie… kamery. No i teraz ten hat-trick, przy czym nie były to byle jakie bramki. Obie wymagały techniki i kunsztu. Przy drugiej Bartek zachował się jak wytrawny bilardzista posyłający bilę do łuzy z niebywałą precyzją. Przy trzecim golu zadziałała szybka noga zawodnika. Gol skojarzył się jedną z czterech bramek Roberta Lewandowskiego w dawnym meczu BVB z Realem Madryt.

Cieszy pierwszy gol Ilji Szkurina. Zawodnik najwyraźniej upatrzył sobie swoją ulubioną kępkę trawy na Nowej Bukowej, bo przecież z dość podobnego miejsca trafił do siatki GKS w wiosennym meczu, jeszcze jako zawodnik Legii. W każdym razie świetnie, że trafienie zaliczył, a było blisko drugiej bramki, ale minimalnie chybił. Miejmy nadzieję, że zawodnik rozwiązał worek z bramkami i będzie dalej strzelał. W obliczu cały czas różnej maści problemów zdrowotnych Adama Zrelaka, odpowiedzialność za „dziewiątkę” może spaść na Białorusina, jako na głównego napastnika.

Ogólnie w ofensywie wyglądało to lepiej, przede wszystkim dlatego – bo skuteczniej. GieKSa swoje bramki strzelała i wykorzystała słabość przeciwnika przede wszystkim w dogrywce, kiedy Wisła Płock ewidentnie spuchła. Nie pomogła też płocczanom kontuzja Lecoucha, który musiał opuścić boisko z powodu kontuzji, podczas gdy goście mieli już wykorzystany limit zmian. Nie najlepiej zarządzali tym meczem i musieli końcówkę grać w dziesiątkę i przez to byli już praktycznie bez szans. Dla odmiany, GKS wytrzymał to spotkanie kondycyjnie naprawdę bardzo dobrze. Mateusz Kowalczyk w samej końcówce rozpędził się, jakby chciał zamazać odwrotną sytuację z meczu z Lechią, kiedy grający cały mecz Camilo Mena wygrał sprinterski pojedynek.

Niestety wszystkie stare grzechy powieliły się i w tym meczu. Mimo że Wisła nie grała ofensywnie jakoś dobrze, to gdy zbliżyli się pod nasze pole karne, to już było ryzyko utraty gola. Znów prawie sami sobie wbiliśmy gola, gdy Galan nie zrozumiał się ze Strączkiem i piłka odbiła się od słupka i prawie po chwili wleciała do bramki, ale niebywałym refleksem popisał się Kuusk i uratował GKS od utraty gola. Przy pierwszym golu dla płocczan zaspał Alan Czerwiński, co zdarza mu się ostatnio coraz częściej.

Wiele mówiło się o słabszej dyspozycji Dawida Kudły. W końcu szansę dostał Rafał Strączek i… nie dał absolutnie argumentów trenerowi, by poważniej myślał o zmianie bramkarza. Drugi gol obciąża po części jego konto. Najpierw wybijał piłkę prosto pod nogi przeciwnika na szesnastkę – rozumiem, że padał deszcz, nie chciał łapać mokrej piłki, ale ostatecznie ten wybór okazał się niekorzystny. Do tego dał się złapać na „złym kroku” i gdy wyskakiwał do uderzonej z kilkunastu metrów piłki, nie miał się za bardzo od czego odbić i efektem jednak złego ustawienia była niemożność skutecznej interwencji.

Dodatkowo bramka znów wpadła w końcówce i to już naprawdę jest… zieeeew. Po prostu nudne. Jeśli jest jakaś największa powtarzalność GieKSy, to są to utraty bramek na sam koniec. Piszę to co mecz od kilku tygodni. Szczęściem GKS w tej sytuacji było to, że nie był to mecz ligowy, w której taka bramka miałaby ostateczne skutki w postaci utraty punktów. Tutaj była druga szansa – dogrywka.

Tę dogrywkę nasi zawodnicy wykorzystali świetnie. Już w pierwszej minucie Bartek Nowak zdobył bramkę i wybił Wiśle z głowy marzenia o awansie. Więc nastąpiła solidna rehabilitacja katowiczan, wypili piwo, które nawarzyli tym golem z 91. minuty. Wypili na eksa.

Taki zestaw meczów co trzy dni jest też wyzwaniem dla naszej redakcji. Mamy rozpiskę newsów na konkretne mecze i tu trzeba było mocno ten harmonogram „ścieśnić”. A zwłaszcza jak pogodzić newsy z meczu pucharowego i ligowego z jedną i tą samą drużyną. Dlatego ten felieton, choć głównie traktuje o meczu zakończonym, pełni też funkcję przedmeczowego – dotyczącego spotkania ligowego, które już w piątek.

To będzie zupełnie inne spotkanie, już z większą frekwencją, z otoczką ekstraklasową, o – według wielu – większej wadze. Wracamy do walki o ligowe punkty, przygodę pucharową odkładając na kilka tygodni, z małą wstawką, gdy będzie losowanie. W Płocku GKS będzie walczył o to, by wydostać się ze strefy spadkowej.

Mamy pewną przewagę psychologiczną, bo wygraliśmy mecz u siebie, ale przede wszystkim wygraliśmy wytrwałością i wytrzymałością. Tym razem to nasz sztab trenerski okazał się bardziej wytrawny, zostawiając sobie jedną zmianę na dogrywkę, podczas gdy płocczanie, wprowadzając w 87. minucie Hanglinda-Sangre zawiesili sobie pętlę na szyję. Trudno oczywiście jednoznacznie krytykować trenera Misiurę, bo dla niego ważne było postawić va banque, by w ogóle do tej dogrywki poprowadzić. Pech jednak chciał, że zawodnik w dogrywce odniósł kontuzję i nie mogli kończyć w komplecie.

GieKSa dała radę i jest ten jeden kroczek przed Wisłą. Jest jednak drugi aspekt – rywale mają swoje cele w lidze i też będą chcieli się nam zrewanżować. Dodatkowo będą mieli atut własnego boiska, a dla GKS mecz wyjazdowy to kontr-atut. Można więc powiedzieć, że suma wychodzi na zero i będziemy startować do tego meczu z równymi szansami. Ale GieKSa musi zacząć punktować, bo perspektywa bilansu wyjazdowego 0-0-5 jest dość przerażająca.

Na razie cieszmy się z tego, że po dwóch porażkach ligowych GieKSa wygrała mecz i to wygrała w naprawdę trudnych okolicznościach i wychodząc z opresji. Minuta po minucie? Po straconym golu, gol zdobyty? Tak było rok temu na Cracovii. Wtedy to trener mówił, że sam już zwątpił, ale na szczęście zawodnicy nie zwątpili. Co by nie mówić – tę zdolność nasi piłkarze mają. Grają te swoje i nawet jak zawalą, nie poddają się. No chyba, że wtopią bezdyskusyjnie, to wtedy animusz opada.

Dla sprawiedliwości dziejowej – nie powielajmy błędów, że ostatnim hat-trickiem w GieKSie były trzy bramki Mateusza Maka w meczu ze Stalą Rzeszów. Z całym szacunkiem dla sympatycznego zawodnika – ale jedna z bramek przypisywana jemu, to było trafienie samobójcze Milana Simcaka. Wobec tego ostatnim tego typu wyczynem była „trójka” Arkadiusza Woźniaka ze… Stalą Rzeszów, gdy GKS zapewniał sobie awans do pierwszej ligi.

Czekamy na piątek i na dobrą grę GieKSy w Płocku. No i oczywiście na losowanie kolejnej rundy. Czy wywieje nas do Goczałkowic albo innego dziwnego miejsca? A może znów zagramy u siebie? A może… nad morze? Fajny jest ten Puchar Polski.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dawid Kudła GKS!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.

Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.

Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.

Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.

Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.

Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.

Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.

GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.

Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.

W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.

W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.

Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.

Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.

Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.

A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa bawi się w Opalenicy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.

Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.

Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.

„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.

To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.

Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.

No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.

I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.

Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.

Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!

Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.

Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.

Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.

PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!

Kontynuuj czytanie

Kibice Piłka nożna

Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.

Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.

W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.

Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.

Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.

Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.

W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.

Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.

Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.

Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.

Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.

W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.

Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.

Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!

Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.

JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.

Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.

Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.

Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga