Felietony Piłka nożna
Oldschool
Jeśli ktoś myślał, że mecz Pucharu Polski to taka popierdółka, nudne wypełnienie piłkarskiego kalendarza, wczoraj mógł przekonać się, że był w błędzie. W iście oldchoolowych okolicznościach stadionowej przyrody mieliśmy bardzo ciekawe widowisko, ze swoją dramaturgią i zwrotami akcji. Po raz kolejny zresztą w tym sezonie.
Puchar Polski to przekleństwo GieKSy od lat. Przed tym meczem katowiczanie mieli w ciągu ostatnich 20 lat zaledwie 10 wygranych meczów na szczeblu centralnym. Statystyka jest to iście katastrofalna. Oznaczająca tyle, że wygrywając tyle spotkań i licząc, że zaczynamy od 1/32 finału, nie zdobylibyśmy nawet dwóch trofeów. W ciągu tych 20 lat GKS nigdy nie doszedł do ćwierćfinału, a tylko dwa razy zameldował się w 1/8 finału, czyli przeszedł dwie rundy. Przez wiele lat ten puchar był traktowany po macoszemu, niepoważnie i jako zbędny balast.
Mecz w środku tygodnia, więc trzeba było się sprężyć z dotarciem na stadion. Po raz pierwszy na nasz nowy dom docierało się już w całkowitej ciemnicy. Pięknie się prezentuje nasza rozświetlona i zapraszająca swym blaskiem Arena Katowice. Czuć piłkę…
Właśnie idąc na stadion, poznałem składy i już pomyślałem – „jest nieźle”. Co prawda z kilkoma zmianami, ale nie sięgamy do głębokich rezerw, nie wymieniamy prawie całej jedenastki. Gramy na poważnie. Bo i rywal poważny i nie w ciemię bity. Rewelacja tych rozgrywek i do niedawna lider. Czekało nas trudne wyzwanie przed tym jednym ze szlagierów pierwszej rundy Pucharu Polski.
Wczoraj po raz pierwszy mogliśmy uświadczyć niskiej frekwencji przy Nowej Bukowej. I przyznam, że… nie było to takie złe. Atmosfera była iście oldschoolowa, mimo niecałych sześciu tysięcy doping był dobry i głośny, pogoda już mocno jesienna, a na boisku ciekawy mecz. Podobało mi się. W różnych dziedzinach, czy to w życiu, czy w piłce, czy w górach – bardzo lubię różnorodność. Fajnie, że ekstraklasa jest taka efektowna i mamy na meczach ponad dziesięć tysięcy widzów – to jest naprawdę extra. Ale raz na jakiś czas taki futbolowy oldchool się przyda. Pamiętam mecz w grupowym Pucharze Polski w 2004 roku, kiedy – również jako ówczesny ekstraklasowicz – graliśmy z czwartoligowym Skalnikiem Gracze. Frekwencja była na poziomie niecałego tysiąca, przyjechała nawet grupka kibiców z Opolszczyzny i śpiewała „Skaaalnik, Skaaalnik”. Klimacik.
Mecz miał swojego oczywistego bohatera i był nim oczywiście Bartosz Nowak. Indywidualnie na uwielbienie Blaszoka trzeba sobie zasłużyć. Nie wiem, czy jest klub w Polsce, którego kibice tak oszczędnie i rzadko (ba, prawie nigdy) skandują nazwisko zawodnika. Jakbym miał typować, to bym powiedział, że u nas zdarza się to maksymalnie raz na rok, ale chyba jednak rzadziej. Więc wczorajsza sytuacja, w której po trzecim golu oraz po meczu kibice wykrzykiwali chóralne „Bartek Nowak!” to kompletny ewenement. Musiał indywidualnie jakiś zawodnik zrobić coś spektakularnego, żeby taka reakcja trybun nastąpiła. Swoją drogą to też był powrót do tych starych czasów, kiedy nazwiska Jojki, Ledwonia, Wojciechowskiego czy Jasia Furtoka były wykrzykiwane dość często. To były legendy. Teraz piłkarze budują nową historię.
Bartek Nowak ofensywnie ciągnie tę drużynę w tym sezonie. Zawodnik strzelił już siedem bramek w tym sezonie, niejednokrotnie przyczyniając się do zdobyczy punktowych. Swoim dubletem uratował remis z Zagłębiem, po pięknej bramce na Legii było blisko jednego punktu, a gol z Radomiakiem z wolnego był odmieniamy przez wszystkie… kamery. No i teraz ten hat-trick, przy czym nie były to byle jakie bramki. Obie wymagały techniki i kunsztu. Przy drugiej Bartek zachował się jak wytrawny bilardzista posyłający bilę do łuzy z niebywałą precyzją. Przy trzecim golu zadziałała szybka noga zawodnika. Gol skojarzył się jedną z czterech bramek Roberta Lewandowskiego w dawnym meczu BVB z Realem Madryt.
Cieszy pierwszy gol Ilji Szkurina. Zawodnik najwyraźniej upatrzył sobie swoją ulubioną kępkę trawy na Nowej Bukowej, bo przecież z dość podobnego miejsca trafił do siatki GKS w wiosennym meczu, jeszcze jako zawodnik Legii. W każdym razie świetnie, że trafienie zaliczył, a było blisko drugiej bramki, ale minimalnie chybił. Miejmy nadzieję, że zawodnik rozwiązał worek z bramkami i będzie dalej strzelał. W obliczu cały czas różnej maści problemów zdrowotnych Adama Zrelaka, odpowiedzialność za „dziewiątkę” może spaść na Białorusina, jako na głównego napastnika.
Ogólnie w ofensywie wyglądało to lepiej, przede wszystkim dlatego – bo skuteczniej. GieKSa swoje bramki strzelała i wykorzystała słabość przeciwnika przede wszystkim w dogrywce, kiedy Wisła Płock ewidentnie spuchła. Nie pomogła też płocczanom kontuzja Lecoucha, który musiał opuścić boisko z powodu kontuzji, podczas gdy goście mieli już wykorzystany limit zmian. Nie najlepiej zarządzali tym meczem i musieli końcówkę grać w dziesiątkę i przez to byli już praktycznie bez szans. Dla odmiany, GKS wytrzymał to spotkanie kondycyjnie naprawdę bardzo dobrze. Mateusz Kowalczyk w samej końcówce rozpędził się, jakby chciał zamazać odwrotną sytuację z meczu z Lechią, kiedy grający cały mecz Camilo Mena wygrał sprinterski pojedynek.
Niestety wszystkie stare grzechy powieliły się i w tym meczu. Mimo że Wisła nie grała ofensywnie jakoś dobrze, to gdy zbliżyli się pod nasze pole karne, to już było ryzyko utraty gola. Znów prawie sami sobie wbiliśmy gola, gdy Galan nie zrozumiał się ze Strączkiem i piłka odbiła się od słupka i prawie po chwili wleciała do bramki, ale niebywałym refleksem popisał się Kuusk i uratował GKS od utraty gola. Przy pierwszym golu dla płocczan zaspał Alan Czerwiński, co zdarza mu się ostatnio coraz częściej.
Wiele mówiło się o słabszej dyspozycji Dawida Kudły. W końcu szansę dostał Rafał Strączek i… nie dał absolutnie argumentów trenerowi, by poważniej myślał o zmianie bramkarza. Drugi gol obciąża po części jego konto. Najpierw wybijał piłkę prosto pod nogi przeciwnika na szesnastkę – rozumiem, że padał deszcz, nie chciał łapać mokrej piłki, ale ostatecznie ten wybór okazał się niekorzystny. Do tego dał się złapać na „złym kroku” i gdy wyskakiwał do uderzonej z kilkunastu metrów piłki, nie miał się za bardzo od czego odbić i efektem jednak złego ustawienia była niemożność skutecznej interwencji.
Dodatkowo bramka znów wpadła w końcówce i to już naprawdę jest… zieeeew. Po prostu nudne. Jeśli jest jakaś największa powtarzalność GieKSy, to są to utraty bramek na sam koniec. Piszę to co mecz od kilku tygodni. Szczęściem GKS w tej sytuacji było to, że nie był to mecz ligowy, w której taka bramka miałaby ostateczne skutki w postaci utraty punktów. Tutaj była druga szansa – dogrywka.
Tę dogrywkę nasi zawodnicy wykorzystali świetnie. Już w pierwszej minucie Bartek Nowak zdobył bramkę i wybił Wiśle z głowy marzenia o awansie. Więc nastąpiła solidna rehabilitacja katowiczan, wypili piwo, które nawarzyli tym golem z 91. minuty. Wypili na eksa.
Taki zestaw meczów co trzy dni jest też wyzwaniem dla naszej redakcji. Mamy rozpiskę newsów na konkretne mecze i tu trzeba było mocno ten harmonogram „ścieśnić”. A zwłaszcza jak pogodzić newsy z meczu pucharowego i ligowego z jedną i tą samą drużyną. Dlatego ten felieton, choć głównie traktuje o meczu zakończonym, pełni też funkcję przedmeczowego – dotyczącego spotkania ligowego, które już w piątek.
To będzie zupełnie inne spotkanie, już z większą frekwencją, z otoczką ekstraklasową, o – według wielu – większej wadze. Wracamy do walki o ligowe punkty, przygodę pucharową odkładając na kilka tygodni, z małą wstawką, gdy będzie losowanie. W Płocku GKS będzie walczył o to, by wydostać się ze strefy spadkowej.
Mamy pewną przewagę psychologiczną, bo wygraliśmy mecz u siebie, ale przede wszystkim wygraliśmy wytrwałością i wytrzymałością. Tym razem to nasz sztab trenerski okazał się bardziej wytrawny, zostawiając sobie jedną zmianę na dogrywkę, podczas gdy płocczanie, wprowadzając w 87. minucie Hanglinda-Sangre zawiesili sobie pętlę na szyję. Trudno oczywiście jednoznacznie krytykować trenera Misiurę, bo dla niego ważne było postawić va banque, by w ogóle do tej dogrywki poprowadzić. Pech jednak chciał, że zawodnik w dogrywce odniósł kontuzję i nie mogli kończyć w komplecie.
GieKSa dała radę i jest ten jeden kroczek przed Wisłą. Jest jednak drugi aspekt – rywale mają swoje cele w lidze i też będą chcieli się nam zrewanżować. Dodatkowo będą mieli atut własnego boiska, a dla GKS mecz wyjazdowy to kontr-atut. Można więc powiedzieć, że suma wychodzi na zero i będziemy startować do tego meczu z równymi szansami. Ale GieKSa musi zacząć punktować, bo perspektywa bilansu wyjazdowego 0-0-5 jest dość przerażająca.
Na razie cieszmy się z tego, że po dwóch porażkach ligowych GieKSa wygrała mecz i to wygrała w naprawdę trudnych okolicznościach i wychodząc z opresji. Minuta po minucie? Po straconym golu, gol zdobyty? Tak było rok temu na Cracovii. Wtedy to trener mówił, że sam już zwątpił, ale na szczęście zawodnicy nie zwątpili. Co by nie mówić – tę zdolność nasi piłkarze mają. Grają te swoje i nawet jak zawalą, nie poddają się. No chyba, że wtopią bezdyskusyjnie, to wtedy animusz opada.
Dla sprawiedliwości dziejowej – nie powielajmy błędów, że ostatnim hat-trickiem w GieKSie były trzy bramki Mateusza Maka w meczu ze Stalą Rzeszów. Z całym szacunkiem dla sympatycznego zawodnika – ale jedna z bramek przypisywana jemu, to było trafienie samobójcze Milana Simcaka. Wobec tego ostatnim tego typu wyczynem była „trójka” Arkadiusza Woźniaka ze… Stalą Rzeszów, gdy GKS zapewniał sobie awans do pierwszej ligi.
Czekamy na piątek i na dobrą grę GieKSy w Płocku. No i oczywiście na losowanie kolejnej rundy. Czy wywieje nas do Goczałkowic albo innego dziwnego miejsca? A może znów zagramy u siebie? A może… nad morze? Fajny jest ten Puchar Polski.
Piłka nożna
Mecz Legend GieKSy i Banika
W przerwie sobotniego Meczu Przyjaźni zostanie rozegrane spotkanie Legend GKS Katowice i Banika Ostrava. Będzie to nie lada gratka dla fanów obu drużyn. Ci starsi będą mogli powspominać piłkarzy, których pamiętają z przeszłości, a młodsi – zobaczyć Legendy, o których opowiadali im starsi koledzy.
Do pierwszego spotkania Legend GKS Katowice i Banika Ostrava doszło na Bazalach 27 czerwca tego roku. To właśnie wtedy na legendarnym stadionie Bazaly odbywał się kibicowski turniej Chachar Cup 2026, a w Ostrawie pojawiło się ponad 1100 kibiców GieKSy. Sam mecz Legend zakończył się remisem 6:6. Poniżej relacja wideo z oficjalnej telewizji klubowej.
W sobotę w trójkolorowych barwach będziemy mogli zobaczyć: Artura Andruszczaka, Adama Kucza, Marka i Piotra Świerczewskich, Andrzeja Nikodema, Zdzisława Strojka, Grzegorza Górskiego, Damiana Sadowskiego, Dominika Sadzawickiego, Dawida Plizgę i Jarosława Tkocza. Trenerem naszej drużyny będzie Piotr Piekarczyk.
Banik reprezentować mają: Nemanja Kuzmanović, Vít Baránek, Martin Lukeš, Aleš Neuwirth, Antonín Buček, Petr Zajaroš, Rostislav Pikonský, Marek Heinz, Jan Daněk, Michal Daněk, Jan Laštůvka, Michal Papadopulos i Pavel Besta.
Przypominamy, że cały czas dostępne są bilety na sobotni Mecz Przyjaźni. Najprościej wejściówki zakupić na www.bilety.GKSKatowice.eu.
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Piłka nożna kobiet
Demolka stołecznej drużyny
Kibice długo czekali na powrót Ekstraligi do Katowic, jednak zawodniczki w pełni wynagrodziły dłuższy okres piłkarskiej pustki aż sześcioma bramkami.
Jeśli wracać po przerwie reprezentacyjnej, to tylko z takim hukiem, jak Patricia Hmirova! Po pressingu Kalaberovej i jej późniejszej centrze Hmirova tylko dołożyła nogę do pustej siatki, Nowak bardzo źle obliczyła sytuację i opuściła posterunek. Legia bardzo łatwo pozwalała wrzucać sobie długie piłki w boczne strefy, już chwilę później Nicola Brzęczek po takim zagraniu otrzymała piłkę na 12. metr od Klaudii Maciążki i tylko pozycja spalona pozbawiła ją szansy na bramkę. W 8. minucie po stracie McLaughlin wydawało się, że swoją szansę będą miały przyjezdne – nic bardziej mylnego. Błyskawicznie z Kalaberovą odzyskały posiadanie, a Hmirova ruszyła sam na sam w przegrany pojedynek z Nowak. Gra Legii zupełnie się nie kleiła w pierwszych akcjach, choć z każdą minutą udawało im się przedzierać coraz bliżej bramki Frankovej. W 13. minucie w końcu udało się stworzyć zagrożenie po błędzie przy przekazaniu krycia Zawadzkiej z Milovanović, choć golkiperka GieKSy zdawała się mieć wszystko pod kontrolą. Po przerwie spowodowanej urazem nastąpił rzut rożny, po którym Julia Przybył idealnie odnalazła głowę McLaughlin – nie udało się Legii dobrze zablokować jej wbiegnięcia. W 26. minucie złe wybicie Milovanović powinno zakończyć się przynajmniej sytuacją bramkową, jej błąd naprawiła Marcjanna Zawadzka zablokowaniem uderzenia. Dwie minuty później, po centrze Maciążki, o krok była Hmirova od wykorzystania równie nieudanego wybicia defensorki, która zdołała jednak w porę się obrócić i tym razem skutecznie wyekspediować piłkę na połowę gospodyń. 32. minutę rozpoczęła Julia Przybył od ciętej wrzutki na 7. metr, najmniejszy błąd przy próbie wyjaśnienia akcji spowodowałby ogromne zamieszanie. Chwila oddechu, wrzut z autu pomocniczki przerodził się w błyskawiczny zwód Hmirovej i podanie wzdłuż bramki do Kalaberovej, która wślizgiem dopełniła formalności. Zupełnie Legia odpuściła krycie przy tym fragmencie gry, jakby od początku nie wierzyły w możliwość jego obrony. Samodzielnie odpowiedziała Materek, oddając celny i kozłujący, acz lekki strzał w pobliże słupka bramki Frankovej. Podwyższyć mogła Maciążka po podaniu McLaughlin za linię defensywy, liniowa uniosła jednak chorągiewkę. Po rzucie rożnym nieco później znów było groźnie, Hmirova huknęła w bliższe okienko i Nowak bardzo dobrze interweniowała. Poprawka Słowaczki spod drugiej chorągiewki i Amerykanka głowkowała w poprzeczkę, znów było bardzo blisko. W 42. minucie po podaniu z pierwszej piłki Hmirovej przez całą szerokość boiska Maciążka na pełnym spokoju zmyliła trzy przeciwniczki, posyłając piłkę obok bezradnej golkiperki. Już w doliczonej części McLaughlin wypuściła prawą półprzestrzenią Kalaberovą, Nowak zdołała w porę zareagować i wyjść z własnej bramki.
W 49. minucie kapitalną interwencją wykazała się Nowak, McLaughlin po centrze Hmirovej zupełnie niepilnowana odnalazła się w szesnastce i huknęła pod poprzeczkę. Kolejny rzut wolny i tym razem to słupek uratował Legię przed utratą bramki, po niecelnym strzale Zawadzkiej do piłki dopadła jeszcze Jaszek i minimalnie zabrakło jej do szczęścia. Rzut rożny to jednak coś, z czym Legia sobie nie mogła poradzić – Przybył odnalazła Molly McLaughlin, a ta skorzystała z prezencji Dżesiki Jaszek angażującej defensorki i sfinalizowała centrę. W 59. minucie bardzo wysoko z bramki wyskoczyła Nowak, mimo kiksu skutecznie zażegnując kontrę Kalaberovej. Kilka podań i już jednak drugą flanką gnała Julia Przybył, ostatecznie posyłając „rogalika” na dłuższy słupek i wcale nie zabrakło wiele do ładnego trafienia. W 65. minucie GieKSa zmarnowała przynajmniej 2.0 łącznego xG: po wrzutce Maciążki przed samą bramkarką nie trafiały czysto kolejno Kalaberova, Jaszek i ostatecznie Hmirova. Takie pudła spotkały się z zasłużonym ostrzeżeniem, gdy Kinga Bużan huknęła z dystansu w poprzeczkę bramki Frankovej. Swojego szczęścia spróbowała także Kazanecka, po udanym dryblingu uderzając w stronę krótkiego słupka. W 80. minucie strzał po zgraniu Jaszek oddała Vojtkova, piłka po rykoszecie znalazła się w rękawicach Nowak. Chwila nieuwagi w końcówce, i już Hmirova podaniem odnalazła wybiegającą Klaudię Maciążkę. Wiktoria Nowak zdołała uprzedzić jeszcze Dżesikę Jaszek, lecz dobitą piłkę bezlitośnie wpakowała do bramki Amelia Bińkowska.
Legia Ladies do Warszawy wraca z bagażem aż sześciu trafień, a komplet punktów zostaje w Katowicach!
26 września 2026 rok, Katowice
GKS Katowice – Legia Ladies 6:0 (4:0)
Bramki: Hmirova (3), McLaughlin (23, 53), Kalaberova (33), Maciążka (42), Bińkowska (90).
GKS Katowice: Fraňková – Milovanović, Zawadzka, Kłoda – Kaláberová (74. Bińkowska), McLaughlin (65. Vojtkova), Šurnovská (46. Kozarzewska), Przybył (65. Turkiewicz) – Maciążka, Brzęczek (46. Jaszek), Hmírová.
Legia: Nowak – Sokołowska, Grabowska (24. Zielińska), Kurzelowska, Prochowska, Materek (59. Grosicka), Bużan, Drożyńska (46. Koźmińska), Nestorowicz, Kazanecka (59. Jankiewicz), Dubiel.
Kartki: Kłoda.


Najnowsze komentarze