Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Oskar będzie podstawowym zawodnikiem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Nowy sezon rozpoczynamy z wysokiego „C” – do Katowic przyjeżdża świeżo upieczony wicemistrz Polski, dla którego ligowy mecz z GieKSą będzie jednocześnie próbą generalną przed startem kwalifikacji do Ligi Konferencji. O nastroje po niedawno zakończonym, ambicje w nadchodzącym i wspomnienia z historycznych sezonów zapytaliśmy Michała Cybulskiego, który od 1992 roku wspiera Raków z trybun przy Limanowskiego i z licznych „klatek” na stadionach całej Polski.

W ubiegłym sezonie mieliście mistrzostwo na wyciągnięcie ręki, jednak roztrwoniliście przewagę nad Kolejorzem. Wicemistrz to twoim zdaniem sukces czy pierwszy przegrany?
Srebrny medal Mistrzostw Polski trzeba traktować jako wielki sukces, tym bardziej w kontekście Rakowa, który dopiero od kilku sezonów jest w ligowej czołówce. Wcześniej, przez blisko sto lat był średniakiem grającym najczęściej na 2. i 3. poziomie rozgrywkowym. Jednak biorąc pod uwagę, że na kilka kolejek przed końcem sezonu mieliśmy pięć punktów przewagi nad Lechem, wśród kibiców czuć ogromny niedosyt. Jeszcze przed zakończeniem rozgrywek w Częstochowie powstał wielki mural z wizerunkiem trenera Papszuna. Można było odczuć, że jest to pierwszy akt świętowania mistrzostwa – przewidziano nawet miejsce na domalowanie drugiego pucharu za Mistrzostwo Polski. Wszyscy byliśmy przekonani, że to tylko kwestia czasu i po rocznej przerwie tytuł wróci do Częstochowy. Niestety, strata punktów w Niepołomicach, Szczecinie i Kielcach, a także porażka u siebie z Jagiellonią pozwoliły Lechowi odrobić straty.

Mogliście jeszcze liczyć na GKS, który na finiszu rozgrywek podejmował Lecha w Katowicach, jednak remis 2:2 okazał się dla was niewystarczający. Być może gdyby na czas dojechała walizka pieniędzy, o której tyle mówiono…
Nikt nie powinien traktować poważnie takich historii i myślę, że żaden z kibiców Rakowa ani przez moment nie wierzył, że klub ma takie plany. Wydaje mi się, że Ekstraklasa to dziś zbyt poważne rozgrywki, którymi zajmują się zbyt poważni ludzie, by bawić się w takie gierki. Przez lata polska liga była nieczysta, nieuczciwa i zbyt wiele wysiłku włożono w odbudowę jej wizerunku, aby teraz pozwalać sobie na tego typu operacje.

Na ile nieudana końcówka sezonu podrażniła ambicje klubowych włodarzy przed startem kolejnej kampanii? Jedynym celem jest mistrzostwo?
Gdy 10 lat temu Michał Świerczewski przejmował stery w 2-ligowym Rakowie, obiecał kibicom, że klub będzie grał w europejskich pucharach. Wtedy absolutnie nie wierzyłem, że uda mu się dotrzymać tej obietnicy. Po ostatnim meczu z Widzewem Świerczewski zwrócił się do nas z deklaracją, że w kolejnym sezonie celem będzie mistrzostwo. Dzisiaj mu wierzę, bo swoją pracą sprawił, że Raków jest czołową polską drużyną.

Czy Raków jest do tego odpowiednio przygotowany pod względem kadrowym?
Przed rozpoczęciem poprzedniego sezonu też nie był gotowy. Dość szybko odpadliśmy z Pucharu Polski przegrywając po karnych w Legnicy i wydawało się, że nie będzie to dobry sezon w naszym wykonaniu. Tymczasem do mistrzostwa zabrakło naprawdę niewiele. Liczę na dobrą pracę Marka Papszuna, który potrafi wycisnąć z zawodników więcej niż jakikolwiek inny trener. Myślę, że większość rywali może nam zazdrościć takiego szkoleniowca, szefa i motywatora.

Zerkacie nerwowo na informacje płynące z piłkarskiej centrali? Liczycie się z tym, że Cezary Kulesza sięgnie po Marka Papszuna w kontekście reprezentacji?
Im dłużej trwa serial z wyborem nowego selekcjonera, tym mniejsze są szanse, by Marek Papszun zgodził się podjąć takiej roli. Coraz głośniej mówi się, że PZPN doszedł do porozumienia z Janem Urbanem (rozmawiamy przed oficjalnym komunikatem związku – przyp. red.), którego asystentem ma być związany z Rakowem Jacek Magiera. Moim zdaniem to najlepszy wybór na ten moment. Papszun powinien był zostać selekcjonerem zamiast Michała Probierza i być może w przyszłości dostanie jeszcze taką ofertę. Widzę go w tej roli, podobnie zresztą jak Magierę. Warto wspomnieć, że trenerem Rakowa był także jeden z poprzednich selekcjonerów – Jerzy Brzęczek, który wprowadził kadrę na Euro 2020. Dobrze to o nas świadczy jako klubie.

Lista potencjalnych wzmocnień Rakowa jest dosyć długa, tymczasem tuż przed startem sezonu sfinalizowano ich niewiele. Czekacie jeszcze na duże nazwiska?
Nie przywiązywałbym się za bardzo do nazwisk. Kluczem do naszych sukcesów zawsze był kolektyw i pomysł na grę. Nie zawsze sprawdzają się duże nazwiska, jak choćby Leonardo Rocha, który trafił do Rakowa jako lider klasyfikacji strzelców Ekstraklasy. Miał być postrachem rywali, tymczasem kompletnie nie odnalazł się w naszym systemie. Każdy zawodnik musi podporządkować się w stu procentach zadaniom, jakie nakreśli trener Papszun, w przeciwnym razie nie będzie grał. Moim zdaniem w Rakowie nie ma gwiazdorstwa, tylko ciężka harówka na każdym treningu. To dotychczas przynosiło owoce. Osobiście największe nadzieje wiążę ze sprowadzonym z Katowic Oskarem Repką.

Ten transfer wzbudził niemało emocji w Katowicach. Na ile Oskar jest w stanie zaistnieć w Rakowie?
W sytuacji, gdy niemal pewne jest odejście Berggrena do MLS, a Vladyslav Kochergin doznał bardzo poważnej kontuzji, jestem przekonany, że już od pierwszego meczu Oskar będzie podstawowym zawodnikiem drugiej linii. Jego zadaniem będzie zabezpieczenie środka boiska i wszyscy mamy nadzieję, że sprawdzi się w tej roli. Poza tym cieszy, że ważną postacią zespołu będzie Polak, bo nie ma ich wielu w Rakowie, w przeciwieństwie do GieKSy, w której grają prawie wyłącznie Polacy.

Sprowadzenie Repki czy Karola Struskiego może pomóc w tym, aby Raków był „bardziej polski”?
Moim zdaniem w drużynie jest za mało Polaków, dlatego Oskar Repka niemal od razu został dobrze przyjęty w Częstochowie. Jeśli tylko będzie grał na dotychczasowym poziomie, ma szansę zdobyć sympatię i uznanie kibiców. Takich transferów potrzebujemy, bo na razie nie ma co liczyć, że do pierwszego zespołu przebiją się zawodnicy z naszej akademii. Mimo że szkolimy ich dużo, to przeważnie trafiają oni na wypożyczenia do niższych lig. Dopóki nie doczekamy się klasowych wychowanków, trzeba szukać Polaków w innych klubach.

Wspomniałeś o poważnym urazie Kochergina, ale to nie koniec zmartwień trenera Papszuna. Do listy kontuzjowanych dołączył ostatnio Ivi Lopez.
Strata Iviego to duże osłabienie, bo jest to zawodnik, który potrafi w pojedynkę decydować o losach meczu. Moim zdaniem, gdyby był zdrowy w sezonie 2022/23, to udałoby nam się przejść Kopenhagę i zagralibyśmy w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Zabrakło wtedy bardzo niewiele, bo w Danii było 1:1, a wcześniej w Sosnowcu przegraliśmy 0:1. Grek Papanikolaou strzelił nawet wyrównującego gola, jednak sędzia VAR dopatrzył się centymetrowego spalonego. Ivi mógłby wtedy przechylić szalę na naszą stronę. Po tamtej kontuzji nie wrócił jeszcze na poziom, jaki prezentował wcześniej, mimo to jest bardzo przydatny w systemie gry Marka Papszuna. Poza tym nie ma Kochergina, ale mam nadzieję, że Repka zajmie jego miejsce bez straty na jakości. Raczej zabraknie też Carlosa, który strzelił bramkę w naszym poprzednim meczu w Katowicach i prawdopodobnie odejdzie Berggren. Ubytki są więc spore, ale okno transferowe jest otwarte i codziennie pojawiają się kolejne pogłoski. Moim zdaniem pomimo tych kontuzji nasza kadra jest dość szeroka, co pokazały ostatnie mecze towarzyskie z FC Brugge (1:1) i Anderlechtem (2:2).

Już w przyszłym tygodniu rozpoczynacie swoją europejską przygodę. Jakie cele stawiacie przed drużyną?
Faza ligowa LKE dla Rakowa to nie jest wcale oczywisty scenariusz. To będzie nasze czwarte podejście do europejskich pucharów – raz graliśmy w fazie grupowej Ligi Europy, ale ani razu nie zakwalifikowaliśmy się do tej fazy w Lidze Konferencji, odpadając z Gent i Slavią Praga. Na pierwszy ogień gramy z MSK Żylina, ogranym w pucharach słowackim zespołem. Rywale mają swoje problemy, bo kilka dni temu doszło tam do zmiany szkoleniowca, a miejsce to zajął znany w Polsce Pavol Stano. Mimo to będą trudną przeszkodą już na tym etapie. Potem czekają nas jeszcze dwie rundy kwalifikacyjne, więc droga do fazy ligowej jest daleka. Z Żyliną będziemy minimalnym faworytem, ale czekają nas trudne mecze.

Rozgrywki grupowe Ligi Konferencji będziecie musieli rozgrywać w Sosnowcu. Coś się zmieniło w kwestii nowego stadionu dla Rakowa?
W ubiegłym tygodniu odbyło się spotkanie w Urzędzie Miasta, jednak nie przyniosło ono żadnego przełomu. Wciąż jesteśmy bardzo daleko od wbicia pierwszej łopaty. Wytypowano potencjalne miejsce na nowy stadion, jednak budowę zablokował konserwator zabytków i trzeba odwoływać się od jego decyzji. Od lat sprawy nie ruszyły nawet o krok do przodu – nie wiemy gdzie, nie wiemy kiedy, nie wiemy wręcz czy ten stadion powstanie. Ostatnie miesiące też nie przyniosły w tej sprawie żadnych konkretów.

Wiosenna porażka w Częstochowie z GKS-em była dla was niespodzianką?
Nikt nie zakładał, że Raków przegra u siebie z GieKSą, tymczasem przegrał zupełnie zasłużenie. GKS był lepszy, miał więcej sytuacji strzeleckich i choć nie wykorzystał rzutu karnego, to pozostawił po sobie lepsze wrażenie. Warto zaznaczyć, że Raków przegrał tylko 5 razy w całym sezonie, z czego cztery razy u siebie. Moim zdaniem właśnie te domowe porażki zadecydowały o przegranym mistrzostwie.

Jak wspominasz historię rywalizacji naszych klubów?
Mamy bardzo długą historię wspólnych meczów. Raków powstał w 1921 roku, ale dopiero w 1962 roku awansował do 2. ligi. Do walki o awans na najwyższy szczebel włączył się trzy lata później, zajął jednak trzecie miejsce, z trzema punktami straty do GKS-u, który awansował. Co ciekawe, piłkarze Rakowa grający wtedy w meczu z GieKSą byli przekonani, że był on „ustawiony”, aby to GKS zajął premiowane awansem miejsce, bo ówczesnym władzom nie pasował awans Rakowa. Nasz bramkarz Józef Wolnik wpuścił dwa absurdalne gole, których w normalnych okolicznościach nie miałby prawa wpuścić. Mówił o tym żyjący do dziś Stefan Stachowiak, który grał w tamtym meczu. Od tego czasu minęło 60 lat, a pan Stefan nadal nie może o tym zapomnieć.

Długo przyszło wam czekać, aby wreszcie zagrać na najwyższym szczeblu.
Wydaje się to nieprawdopodobne, ale kolejną szansę na awans Raków wykorzystał dopiero w sezonie 1993/94. W międzyczasie w 1972 roku spotkaliśmy się z GKS-em w ćwierćfinale Pucharu Polski. W Katowicach Raków wygrał 2:0, a w Częstochowie przegrał 0:1. Tym samym jako 3-ligowiec wystąpił w półfinale, przegrywając z Legią, w której składzie grał między innymi Kazimierz Deyna. Wracając do Ekstraklasy, debiut Rakowa w sezonie 1994/95 przypadł właśnie na mecz z GieKSą w Częstochowie, gdzie po bramkach Pawlaka i Strojka padł remis 1:1. Mecz oglądało około 10 tysięcy widzów, czyli dwa razy więcej, niż dziś może pomieścić ten sam obiekt. Pierwsze podejście Rakowa do Ekstraklasy trwało cztery sezony i co ciekawe, w tym czasie przegraliśmy wszystkie mecze w Katowicach.

Byliśmy wtedy aż tak mocni?
Przez wiele lat przyjaźniłem się ze śp. trenerem Gothardem Kokottem, który wtedy prowadził Raków. Często żartował, że na wyjazd do Katowic szkoda było benzyny, bo rezultat był z góry znany. Duża w tym rola ówczesnego prezesa GieKSy – Mariana Dziurowicza, który budził taki respekt, a wręcz strach, szczególnie wśród sędziów, że ci wręcz stawali przed nim na baczność. Trener Kokott powtarzał, że sędziowie nie chcieli zaszkodzić późniejszemu prezesowi PZPN, dlatego tak ciężko było wygrać w Katowicach. Mimo to mam wielki sentyment do tamtych pojedynków. Szczególnie miło wspominam stary stadion przy Bukowej, który moim zdaniem był w tamtym czasie najlepszym obiektem w Polsce. Dlatego w pewnym sensie żałuję, że przenieśliście się na nowy stadion. Nie da się zastąpić tamtej atmosfery. Dostrzegam wiele podobieństw w historii naszych klubów: Raków przez wiele lat grał w niższych ligach i przez baraże wspinał się na kolejne szczeble. Podobnie było w przypadku GieKSy i dziś oba kluby mogą rywalizować w Ekstraklasie.

Miałeś okazję być na Bukowej w poprzednim sezonie?
Na swoim koncie mam 274 wyjazdy. W ubiegłym sezonie opuściłem tylko dwa – do Lubina i właśnie do Katowic, ale wcześniej byłem na meczach Rakowa na Bukowej pięciokrotnie. Atmosfera zawsze była kapitalna, często wasi kibice pomagali nam w wejściu, gdy na przeszkodzie stawały kwestie formalne. Bukowa zawsze była moim ulubionym stadionem w latach 90. i tak zostało do dzisiaj. Mimo że GKS nie jest starym klubem, to było czuć u was historię i piłkarską tradycję. Starsi kibice doskonale pamiętają wasze występy w europejskich pucharach, pojedynki z Bordeaux czy Leverkusen – do dziś mam je przed oczami.

Jaki scenariusz meczu przewidujesz w sobotę?
Spodziewam się trudnego meczu, bo już w Częstochowie GieKSa pokazała swój potencjał. W sobotę okaże się, jak wpłynie na was brak kluczowego zawodnika, jakim był Oskar Repka. Trener Górak jest jednak dobrym fachowcem i jest w stanie właściwie poukładać drużynę. Podoba mi się jego zaangażowanie podczas meczów – widać, że przeżywa i ciągle analizuje to, co dzieje się na boisku. GieKSa na pewno postawi nam trudne warunki.

Jaki będzie wynik?
Bardzo wierzyłem, że w poprzednim sezonie GieKSa będzie w stanie wygrać u siebie z Lechem. To się wam nie udało, więc analogicznie zakładam, że nie wygracie z Rakowem. Chciałbym powtórki wyniku z poprzedniego sezonu, czyli 1:0 dla nas.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Hapoel: Nowi zawodnicy pomogą drużynie?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W przerwie pomiędzy sezonami działacze Hapoelu dokonali kilku zmian w składzie. Z klubem pożegnało się pięciu zawodników i tylu samo podpisało nową umowę.

Największe nadzieje są wiązane z pochodzącym z Ghany Douglasem Owusu. 20-letni Owusu gra na pozycji napastnika, poprzednie dwa sezony grał w Super liga Srbije – najpierw w Radniku Surdulica, a przez ostatnie pół roku w Crvenie Zvezda Belgrad. W tych dwóch klubach strzelił 11 bramek i zanotował tyle samo asyst. Kontrakt z Owusu został podpisany 5 sierpnia i od razu został zgłoszony do rozgrywek Ligi Konferencji, jednak nie zagrał w meczu w Miszkolcu. Filigranowy (mierzy zaledwie 1,65 m) piłkarz jest wart 4,5 mln euro.

Hapoel podpisał także umowę z obrońcą Doronem Leidnerem. 24-latek występował w drużynie z Tel Awiwu jako junior, później „błąkał” się po Europie (Olympiakos Pireus, Austria Wiedeń, FC Zurich), by ostatecznie wrócić do Hapoela. Leidner występuje w kadrze Izraela. Jego wartość rynkowa wynosi 300 tys. euro. Doron wystąpił we wszystkich meczach pucharowych, w jednym w pełnym wymiarze, w pozostałych był zmieniany po około 60 minutach. W drugim meczu z Ludogortsem zobaczył żółtą kartkę.

Kolejnym obrońcą, który podpisał nową umowę, jest wysoki, mierzący 188 centymetrów, Chico. 27-latek przez większość kariery grał w Brazylii (Sport Recife i Novorizontino), a na początku poprzedniego sezonu został wypożyczony do Hapoelu. Przed tym sezonem związał się z klubem 3-letnią umową. Wartość rynkowa Chico oceniana jest na 1,2 mln euro. Brazylijczyk wystąpił we wszystkich meczach pucharowych. W pierwszym meczu z Ludogortsem strzelił bramkę i zobaczył żółtą kartkę.

Z kolei 24-letni Yonatan Farber gra na pozycji pomocnika i występował tylko w drużynach z Izraela. Farber mierzy 1,9 m, a jego wartość wyceniania jest na 350 tys. euro. W meczach pucharowych wystąpił tylko parę minut – w drugim meczu z Ludogortsem.

Ostatnim zawodnikiem, który dołączył do Hapoela przed sezonem, jest 19-letni Itay Shavit. Shavit jest reprezentantem Izraela U19 i gra na pozycji pomocnika. Jego wartość wyceniana jest na 150 tys. euro. Nie wystąpił w żadnym meczu pucharowym.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga