Felietony Piłka nożna
Jaga ma Ajax, my mamy Jagę
Już jutro święto na Bukowej. Po raz ostatni Bukowa gościła aktualnego Mistrza Polski 20 lat i… 3 dni temu. 21 sierpnia 2004 katowiczanie zmierzyli się z Wisłą Kraków. Przegraliśmy 0:3, a gdyby starszych kibiców zapytać, kto wtedy strzelił gole dla Białej Gwiazdy, nawet strzelając nie mieliby problemów z prawidłowym wytypowaniem autorów trafień. Jakiś tam Żurawski, jakiś tam Frankowski. W tamtych czasach karali nas regularnie, a Żuraw już wyjątkowo upodobał sobie Bukową, przy której strzelił osiem bramek. Na Bukowej też chyba wpadł w największy szał, w przerwie słynnego meczu wygranego przez naszą drużynę 1:0, kiedy to w wywiadzie dla Canal Plus spokojny i stonowany przecież Żuraw pomstował wzburzony na sędziego.
To były piękne czasy, kiedy GKS grał w Ekstraklasie i mogliśmy cieszyć się meczami na najwyższym poziomie. Przez 19 lat banicji tego futbolu na salonach nie mieliśmy, ba – nawet coroczne kompromitacje w Pucharze Polski, przeplatane z rzadka (bardzo rzadka) jakimś awansem powodowały, że na nasz stadion przyjeżdżały jednak drużyny z ekstraklasy przeciętne. Podbeskidzie, Zawisza, Cracovia, Warta. Trochę lepsze – Pogoń czy Jagiellonia. Ale nigdy ekipy z topu. Dziwny traf chciał, że również po niemal 20 latach w końcówce sezonu przyjechał do nas aktualny zdobywca Pucharu Polski – Wisła Kraków. Choć to trochę naciągane, bo to był wręcz świeżo upieczony zdobywca – zdobywca „elekt”. I tych Wiślaków GieKSa zmiotła z powierzchni ziemi, niejako przyzwyczajając krakowian do tego, co ich czeka w spotkaniach z Rapidem Wiedeń czy Cercle Brugge.
Trzy miesiące po zdobywcy pucharu przyjeżdża mistrz. Jagiellonia Białystok. Zespół, który pewnie (choć nie bez problemów pod koniec) wygrał Ekstraklasę w poprzednim sezonie, grając najładniejszą piłkę w całej lidze. Zespół, na którego w ostatnich tygodniach zwrócone są oczy całej piłkarskiej Polski – a to ze względu na walkę o Ligę Mistrzów i obecnie – Ligę Europy. Piłkarze Adriana Siemieńca mają już za sobą dziewięć meczów w tym sezonie. Zaczęło się spektakularnie – od pięciu zwycięstw z rzędu. Z Poniewieżem zespół wygrał w cuglach, m.in. po klasycznym hat-triku Jesusa Imaza na wyjeździe. W lidze zespół pewnie pokonał u siebie Puszczę i Stal oraz w wielkich trudach – ale wygrał w Radomiu 3:2. I seria posypała się. W dużej mierze przez klasę kolejnych rywali, ale też niefrasobliwość – głównie w obronie – piłkarzy z Białegostoku. Norweski Bodo Glimt okazał się zbyt silny i po wyrównanym meczu u siebie Jaga poległa na wyjeździe 1:4. Potem w strzelaninie w lidze z Cracovią przegrała 2:4. No i przedwczoraj – z rywalem już z naprawdę wysokiej półki – Ajaxem Amsterdam nasi rywale polegli 1:4, a mogli wyżej, ale w końcówce Sławomir Abramowicz obronił rzut karny. Cztery porażki z rzędu, trzy ostatnie mecze z czterema straconymi bramkami. Brzmi dość strasznie, a przecież Jagiellonię w kolejny czwartek czeka rewanż w Amsterdamie.
W tym wszystkim, całej pucharowo-ligowej przeplatance mistrza swój udział będzie mieć GKS Katowice. W czasach ekstraklasowych mieliśmy już takie sytuacje i wracając do wspomnianego meczu z Wisłą przegranego 0:3, to był on rozgrywany trzy dni przed spotkaniem Białej Gwiazdy z Realem w Madrycie. Fajny kontrast musieli mieć piłkarze i kibice – sobota Bukowa, środa Santiago Bernabeu. Sobota – Sławik, Bartnik, Agafon, Gorszkow, Kęska. Środa – Figo, Beckham, Zidane, Raul, Ronaldo. Takie rzeczy tylko w piłce.
No i tym razem Jagiellonii pomiędzy starciami z Hendersonem, Berghuisem i Bergwijnem przyjdzie się zmierzyć z naszymi, swojskimi Rogalą, Galanem, Błądem czy Zrelakiem.
Może nie powinno nas to interesować najbardziej, ale jednak ma duże znaczenie, jak do tego spotkania podejdzie trener rywali Adrian Siemieniec. Pierwszy „sukces” już został osiągnięty – Jagiellonia zadecydowała, że nie przełoży tego meczu, co swego czasu wydawało się pewne. Sam Siemieniec jednak w wywiadach mówił, że jeśli chcą być poważną drużyną, muszą sobie radzić z grą co trzy dni. A to będzie udziałem Jagiellonii przez całą jesień, bo zagrają w fazie grupowej Ligi Konferencji (nie ma co liczyć, że odrobią straty z Ajaxem).
Druga kwestia jest taka, czy w obliczu praktycznie przegranego dwumeczu z Holendrami, szkoleniowiec nie postawi na żelazny pierwszy skład w Katowicach. Mogliśmy się bowiem łudzić, że w przypadku korzystnego wyniku w pierwszym meczu z Ajaxem, na rewanż trener będzie oszczędzał najlepszych zawodników.
Jakkolwiek Jagiellonia ma za sobą kilka nieudanych meczów, to dla nas jest to jeden z najtrudniejszych możliwych rywali. I najbardziej istotne jest to, jaką koncepcję na ten mecz ma Rafał Górak i oczywiście, jak ta koncepcja będzie realizowana. W poprzednich felietonach pisałem – i nadal to utrzymuję – że wiadomo, że… nic nie wiadomo. Wszystkie mecze GKS są tak różne, że poza wspomnianym już niedawno aspektem, że nie odstajemy mocno od rywali, nie da się wyciągnąć wspólnego mianownika. Bo porównując chociażby mecze z Rakowem i Motorem, to w tym pierwszym, z teoretycznie lepszym przeciwnikiem, GieKSa zagrała bardzo dobrze, z pressingiem, walecznie i dobrze technicznie, a z lublinianami… szkoda gadać. Mecz meczowi więc nierówny. Do tego pomiędzy było spotkanie z Piastem, w którym GieKSa zagrała średnio, ale z dwoma błyskami.
Szkoleniowiec rotuje składem, zmienia, kombinuje, szuka. I tutaj będzie podobnie, ale czy uda mu się znaleźć optymalne rozwiązanie? Niektórzy zawodnicy nieco zawodzą, ale nie na tyle, by ich odstawić, inni trochę się chcą wyróżniać, ale nie na tyle, by zaklepać sobie miejsce w wyjściowej jedenastce.
Nie pozostaje nam nic innego, jak wyczekiwać tego święta piłkarskiego. To mecz z cyklu tych, na które czeka się dwadzieścia lat. I zarówno jego przebieg, jak i wynik mogą (choć nie muszą) być momentem przełomowym w sezonie. Katowiczanie nie są bez szans, pokazali, że w piłkę grać potrafią, a Ekstraklasa nie jest taka straszna. I choć zespół ma już na koncie zwycięstwo, warto przytoczyć sytuację z sezonu 2000/01, kiedy to w pierwszych dziewięciu kolejkach piłkarze Bobo Kaczmarka nie umieli odnieść zwycięstwa (pięć remisów 0:0!), a w dziesiątej spektakularnie pokonali Legię Warszawa 1:0 po golu w doliczonym czasie gry Moussy Yahai z rzutu karnego. Sezon zakończyliśmy na ósmym miejscu.
Cieszmy się więc z tego święta, Ekstraklasa to nasza Liga Mistrzów, a teraz przyjeżdża zwycięzca ubiegłorocznej edycji. I tutaj każdy wynik jest możliwy.
Legendy Ekstraklasy, pogromca Włochów, pogromca Interu, mistrz Portugalii
Adrian Dieguez, hiszpański strzelec gola w meczu z Ajaxem (ale także samobója w pierwszym spotkaniu z Bodo), zaliczył ongiś 15 meczów w La Liga w barwach Alaves i SD Huesca, zagrał także kilkanaście meczów w Pucharze Króla, z których na pewno zapamiętał szalone spotkanie w barwach Fuenlabrady z Mallorką, kiedy to w dogrywce strzelił gola, poprawił w konkursie rzutów karnych, które jego drużyna wygrała 9:8.
Jatmir Haliti to szwedzki Kosowianin, mający za sobą jeden występ w reprezentacji. W poprzednim sezonie występował w AIK Sztokholm.
Na Transfermarkt Joao Moutinho jest już wyceniany prawie tak samo, jak jego starszy o 11 lat, nazywający się tak samo słynny rodak, występujący obecnie w Bradze (700 tys. vs 800 tys. euro). Zawodnik wcześniej występował w MLS w barwach Los Angeles FC i Orlando City, z którym zdobył Puchar USA. W Spezii rozegrał dziewięć meczów w Serie A i Serie B, ale były to raczej ogony.
Dusan Stojinović były młodzieżowy reprezentant Słowenii, w 2020 roku zdobył mistrzostwo swojego kraju w barwach NK Celje.
Tomas Silva jeszcze w zeszłym sezonie był podstawowym zawodnikiem Vizeli w portugalskiej ekstraklasie, warto jednak odnotować jego symboliczny udział w zdobyciu tytuły mistrza kraju w barwach Sportingu Lizbona, kiedy to w meczu z Maritimo w ostatniej kolejce dostał 24 minut szansy na pokazanie się fetującej publiczności.
Darko Curlinov to 25-krotny reprezentant Macedonii Północnej i autor 4 goli w kadrze. Zawodnik zagrał dwa mecze na Euro 2020 (przeciwko Ukrainie i Holandii), ale jego najważniejszym meczem być może na zawsze pozostanie historyczne zwycięstwo z Włochami na wyjeździe w barażu o Mundial 2022 (zagrał cały mecz). Jeśli chodzi o karierę klubową, zawodnik wygrywał ligi na… drugim poziomie rozgrywkowym w barwach Schalke (2021/22) i Burnley (22/23). W Bundeslidze jednak dane mu zagrać było zaledwie w 16 meczach w barwach VFB Stuttgart, a w Premiership nie wystąpił.
Nene, Portugalczyk w barwach Santa Clary zaliczył 69 meczów w portugalskiej ekstraklasie.
Aurelien Nguiamba były juniorski i młodzieżowy reprezentant Francji w Spezii zaliczył trzy występy w Serie A.
Michal Sacek to mistrz i zdobywca Pucharu Czech w barwach Sparty Praga, dla której rozegrał ponad dwieście meczów. Zawodnik pograł trochę w pucharach, notując m.in. takie wyniki jak 4:1 na wyjeździe z Celtikiem, zmierzył się także z oboma mediolańskimi klubami, a z Interem jako piłkarz prażan wygrał 3:1.
Afimico Pululu to natomiast piłkarz z Angoli, który w przeszłości grał w FC Basel (83 mecze, 5 goli), ma na koncie Puchar Szwajcarii, grał w Lidze Europy. Zaliczył też osiem występów w Bundeslidze w barwach Greuther Furth.
Jagiellonia ma w kadrze trzech zawodników, którzy mają na koncie ponad dwieście meczów w ekstraklasie. Jesus Imaz (202E, 81 goli) to wybitny snajper, który wcześniej grał w Wiśle Kraków. Gdy dodamy, że taka liczba meczów została osiągnięta w ciągu siedmiu sezonów, mamy informację, że Hiszpan po prostu gra prawie wszystko. Przez półtora sezonu grał w Wiśle Kraków, potem już przeszedł do Jagi. W karierze strzelił np. pięć goli Lechowi, siedem Legii, był też autorem kluczowego trafienia decydującego o Mistrzostwie Polski, w 90. minucie meczu w Gliwicach w przedostatniej kolejce poprzedniego sezonu. W przeszłości zawodnik grał w drugiej lidze hiszpańskiej.
Po cichu dwusetkę zebrał Jarosław Kubicki (216E, 16 goli), były piłkarz Zagłębia Lubin i Lechii Gdańsk, z którym zdobył Puchar Polski.
No i legenda Jagiellonii i Ekstraklasy, czyli Taras Romańczuk (303E, 28 goli). Urodzony na Ukrainie zawodnik w Polsce zaczynał w Legionovii, ale od 10 lat gra już w Jadze. Zawodnik pamięta mecz z 2018 w Pucharze Polski przy Bukowej, kiedy to goście wygrali 1:0 po golu w 120. minucie (swoją drogą ten mecz pamięta również Lukas Klemenz, który grał w Jagiellonii oraz Adrian Błąd – piłkarz GKS). Oprócz obecnego sezonu Taras grał w Jagą w pucharach, choćby w szalonym meczu z Rio Ave (4:4), w którym strzelił dwie bramki. Zawdonik wystąpił cztery razy w reprezentacji Polski, jedynego gola strzelając… z Ukrainą w sparingu przed Euro. Wystąpił także w dogrywce barażu z Walią oraz pierwszym meczu Euro 2024 z Holandią.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Piynciok na Arenie Katowice!
W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.
Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.
W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!
GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.
23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

Najnowsze komentarze