Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Quo vadis, GKS-ie?
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Mistrzynie Polski w piłce nożnej rozegrały szóste ligowe spotkanie w którym pokonały Rekord Bielsko-Biała 1:0 (1:0). Kolejne spotkanie drużyna rozegra w Krakowie z AZS-em UJ. Mecz rozpocznie się o godzinie 13:00, w niedzielę, piętnastego października. Piłkarki przewodzą w ligowej tabeli bez straty punktu. Piłkarze w ubiegłym tygodniu rozegrali spotkanie ligowe z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza, w którym padł remis 0:0. Kolejne spotkanie drużyna rozegra w Łęcznej z Górnikiem, w niedzielę dwudziestego drugiego października, początek meczu zaplanowano na godzinę 18:00. Media zastanawiają się nad przyczyną fatalnej postawy naszej drużyny.
Siatkarze przygotowują się do startu rozgrywek PlusLigi, w ubiegłym tygodniu zespół rozegrał dwa sparingi ze Skrą Bełchatów. W pierwszym z nich drużyna przegrała 1:3, w drugim wygrała w tym samym stosunku. Na sobotę zaplanowano sparing z Czarnymi Radom, za niecałe dwa tygodnie zostaną rozegrane pierwsze spotkania PlusLigi w sezonie 2023/24.
W ubiegłym tygodniu zespół hokeja na lodzie rozegrał dwa domowe spotkania, we wtorek z GKS-em Tychy oraz w piątek z Podhalem. W obu spotkaniach wygrała GieKSa, odpowiednio 3:1 i 6:3. W tym tygodniu drużyna rozegra dwa mecze : w piątek z GKS-em Tychy (na wyjeździe) i w niedzielę z Unią Oświęcim (w Satelicie, początek meczu o 17:00). Nasz zespół przewodzi w ligowej tabeli, do tej pory nie zaznał goryczy porażki.
PIŁKA NOŻNA
bts.rekord.com.pl – GKS Katowice – Rekord Bielsko-Biała 1:0 (1:0)
Punkty zostały przy Bukowej.
To jasne, że „rekordzistki” nie były faworytkami w starciu z aktualnymi mistrzyniami kraju, zespołem który przewodzi w tabeli bez straty punktu. Chyba podświadomie, wiedząc o rozlicznych przewagach katowiczanek, „rekordzistki” oddały gospodyniom meczu wiele, zbyt wiele terenu. Rzecz jednak w tym, ze ofensywa zawodniczek Karoliny Koch nie porywała tempem, czy pomysłowością. W defensywie bielszczanki dobrze rozczytywały zamiary GKS-u w ataku. Gorzej było przy stałych fragmentach wykonywanych przez piłkarki ze stolicy Górnego Śląska. Po jednym z rzutów z głębi pola biało-zielone zgubiły krycie, zostawiając sporo swobody Marlenie Hajduk. Pierwszy strzał defensorki GKS-u Jessica Ludwiczak zdołała sparować, gdy jednak piłka wróciła pod nogi katowiczanki, ta zrobiła z niej właściwy użytek.
W ostatnich sześciu, siedmiu minutach pierwszej odsłony podopieczne Mateusza Żebrowskiego zaatakowały nieco śmielej, przedostając się w okolice pola karnego rywalek dość prostymi środkami. Z kilku niezłych okazji strzeleckich najbliżej trafienia była Agnieszka Glinka. Po rozegraniu futbolówki przez Maję Szafran z Nicole Jendrzejczyk zawodniczka Rekordu przeniosła piłkę nad poprzeczką z ok. 10-u metrów od bramki.
Sympatycy biało-zielonych zasadnie mogli liczyć na kontynuację dobrej gry zespołu gości po wyjściu z szatni. Te zamierzenia, plany trzeba było szybko skorygować, gdy w 48. minucie, po drugiej żółtej kartce, plac gry opuściła Martyna Cygan.
Zaskakująco, katowiczanki wcale nie skorzystały na grze w liczebnej przewadze. „Rekordzistki” rozumnie, bez nerwów i dzielnie broniły się z dala od własnej bramki, a gdy była potrzeba ze skuteczną interwencją w sukurs przychodziła J. Ludwiczak. Co więcej, nie sposób było się oprzeć wrażeniu, że w równowadze, w pełnym składzie, ekipa z Cygańskiego Lasu mogłaby pokusić się o sprawienie niespodzianki.
igol.pl – Quo vadis, GKS-ie?
GKS zremisował bezbramkowo z Termaliką i leci na łeb na szyję w ligowej tabeli. To szósty mecz katowiczan bez zwycięstwa.
„Mamy kryzys, kryzys, kryzys” – brzmiał Mezo w jednym ze swoich hitów. Podobne słowa moglibyśmy obecnie usłyszeć przy Bukowej w Katowicach. GKS nie wygrał sześciu kolejnych spotkań z rzędu. Jest źle.
Na początku września pisaliśmy o GKS-ie Katowice jako drużynie, która prezentuje najładniejszy futbol w Fortuna 1 Lidze. Podopieczni Rafała Góraka po sześciu kolejkach mieli na swoim koncie 13 punktów i okupowali pozycję wicelidera rozgrywek. Ponadto GKS Katowice strzelał sporo goli, dominował rywali i grał solidnie w defensywie. Pisaliśmy wówczas, że ważnym jest by „GieKSa” nie popadła w huraoptymizm. I mieliśmy rację.
Od tego momentu katowiczanie nie wygrali żadnego meczu w lidze, doznali kilka kompromitujących porażek, zdążyli odpaść z Pucharu Polski a styl prysł niczym czar. O posadzie Rafała Góraka głośno rozprawiało się już w zeszłym sezonie. Trudno się dziwić, bowiem GKS prezentował się naprawdę kiepsko, a styl nie powalał. Wydawało się, że 50-letni szkoleniowiec dobił ze swoim zespołem do ściany i o progres będzie trudno. W mediach społecznościowych zaczęły się pojawiać wówczas informacje, że „GieKSa” rozgląda się za nowym trenerem. Plotki najczęściej mówiły o Danielu Myśliwcu – niespełna pół roku później trafił on jednak na ławkę ekstraklasowego Widzewa Łódź.
A w przypadku GKS-u wszystko zmienił derbowy mecz z Ruchem. Katowiczanie wreszcie zagrali ładnie dla oka i odnieśli korzystny rezultat. Możemy przypuszczać, że właśnie wtedy nowy prezes Górniczego Klubu Sportowego, Krzysztof Nowak, zdecydował się dać jeszcze jedną szansę Górakowi.
I w sumie jeszcze miesiąc temu myśleliśmy, że była to dobra decyzja. I zdajemy sobie sprawę, że może jeszcze za wcześnie na wydawanie wyroków, ale „GieKSa” od około pięciu spotkań prezentuje się bardzo źle. To za mało by zwalniać Rafała Góraka, choć część kibiców zaczyna tracić cierpliwość. Złe wyniki to jedno. GKS jednak znowu wygląda podobnie, jak w zeszłym sezonie. Gra bez polotu, popełnia głupie błędy, a trener regularnie myli się z doborem personalnym na poszczególne spotkania (ale do tego za chwilę wrócimy).
Największą plamą ostatnich tygodni w GKS-ie są porażki z Lechią Gdańsk i Górnikiem Zabrze. To były dwa spotkania rozgrywane po sobie. W Gdańsku podopieczni Rafała Góraka stracili bramkę już w dziewiątej minucie. Szybko odpowiedzieli, ale kabaret zaczął się dopiero w drugiej połowie. Dosłownie chwilę po gwizdku za głupi faul z boiska wyleciał Shun Sibata – druga żółta kartka. Luis Fernandez po chwili ukąsił GKS po raz drugi. A nim się obejrzeliśmy, goście grali w jeszcze większym osłabieniu liczebnym. Czerwoną kartkę dostał Jędrych. Reszta spotkania to już istna dominacja Lechii, której trudno się dziwić. Katowiczanie zostali odesłani do domu z bagażem pięciu straconych bramek. W ubiegłym sezonie podobnym wynikiem „GieKSa” przegrała z ŁKS-em. A więc zaczęła się z tego robić pewna nieprzyjemna seria.
W środku tygodnia ekipa z Bukowej miała okazję się odbić, i to przed własną publicznością. Rywalem był przedstawiciel PKO Ekstraklasy, Górnik Zabrze. Mecz przyjaźni w ramach Pucharu Polski. GKS Katowice wyszedł na to spotkanie dość odważnie, ale zapał stracił już mniej więcej po upływie kwadransa. Zabrzanie skrupulatnie punktowali błędy rywala. Skończyło się na czwórce.
Dziewięć goli straconych w dwóch kolejnych spotkaniach? Delikatnie mówiąc, nie wygląda to dobrze…Naprawdę delikatnie.
Zastanówmy się teraz przez moment – co się stało? Dlaczego GKS z najładniej grającej drużyny w 1.lidze wpadł w takie bagno? Na pewno swoją rolę w tym kryzysie odgrywają absencje. Po meczu z Podbeskidziem na dłużej wypadł Bartosz Jaroszek. Możliwości „GieKSy”, jeśli chodzi o zawodników mogących grać w linii defensywnej, są dość ograniczone. Górak musiał zatem spojrzeć w kierunku Grzegorza Janiszewskiego. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie jest to najpewniejszy człowiek w grze obronnej, a przynajmniej dotychczas nie był. Ponadto ostatnie dwa mecze przez kartkę opuścił kapitan Arkadiusz Jędrych. Z Odrą Opole nie zagrał natomiast Antoni Kozubal. A po jednym spotkaniu zdążyli już opuścić Mateusz Mak i Shun Shibata.
Problemy kadrowe jednak nie są odpowiedzią na wszystkie pytania kibiców. Rafał Górak zaczął ostatnio się mylić i zdaje się nie wyciągać odpowiednich wniosków. Pewne błędy zdarzały się już wcześniej, jak na przykład posłanie od pierwszej minuty Jakuba Araka na spotkanie z Motorem w Lublinie. Z meczu na mecz niestety jest ich jednak coraz więcej. Pierwszy? Cofnięcie Oskara Repki do trójki w obronie. Można zrozumieć, że GKS nie ma alternatyw na tej pozycji, ale Repka zanotował świetny sierpień, był nawet nominowany do tytułu zawodnika miesiąca w lidze. A w defensywie 24-latek wygląda zdecydowanie gorzej, popełnia błędy i to wychodzi już cyklicznie. Co prawda dziś z Termaliką nie zagrał źle. Właściwie tylko raz dał się ograć w fikuśny sposób. Pięć ostatnich spotkań było jednak słabych. Można zauważyć, że na tej pozycji wszelkie atuty Repki zostają wytrącone.
Po drugie, Bartosz Baranowicz był najlepszym zawodnikiem „GieKSy” w meczu z Odrą. I co robi Rafał Górak? Wysyła młodego zawodnika na ławkę i uparcie stawia na Rafała Figla. 32-latek ostatnimi czasy nie wnosi jednak nic do gry zespołu. Ba, jest jego słabym punktem. Krytykować można także zmiany przeprowadzane przez Góraka już w trakcie meczu. Są one niemalże identyczne w każdym meczu i nie pomagają drużynie. GKS nie może opierać swojej gry o dobry rezultat na Jakubie Araku czy Mateuszu Marcu.
Teraz czas na przerwę reprezentacyjną. Nie spodziewalibyśmy się jakiejś drastycznej rewolucji przy Bukowej w jej trakcie. Ale czy Rafał Górak wyciągnie wnioski?
Chcielibyśmy w to wierzyć…
sportdziennik.com – Błyskawiczny zjazd GieKSy
Jak szybko można przejść ze stanu euforii do stanu przygnębienia? Jak się okazuje, może się to stać w ciągu kilkudziesięciu dni.
Tyle wystarczyło piłkarzom GKS-u Katowice, żeby z marzeń o potencjalnym awansie, kibice zespołu zaczęli zastanawiać się, jak mogli zostać tak oszukani. Jeszcze w sierpniu, na samym początku rozgrywek, o katowickiej drużynie pisało się w samych superlatywach. Mocni ofensywnie, szczelni w obronie, zaskakujący defensywę rywala – to określenia, które pasowały do katowiczan. Tymczasem teraz jest zupełnie na odwrót. Są nieskuteczni, popełniają proste błędy, tracą bramki.
Po pierwszych sześciu spotkaniach ligowych nad GKS-em wszyscy się rozpływali. Jak słusznie zauważył niedawno na naszych łamach Marek Koniarek, został wtedy (nieco ponad miesiąc temu) napompowany balonik z naklejonym napisem „awans”. Po ostatniej wygranej w lidze (26 sierpnia) trener GKS-u Rafał Górak dziękował swojemu zespołowi za zaangażowanie. – Wigor, ogromna ikra, chęć wygrania w tym zespole jest bardzo widoczna i jest to nasz bardzo duży atut – mówił po wygranym 3:0 spotkaniu z Resovią szkoleniowiec. Od tego momentu w GieKSie następował powolny, ale widoczny, objawiający się w wynikach, spadek formy.
Jeszcze po pierwszych meczach września można było mieć wrażenie, że GKS gra dobrze. Że stara się. Że ma pomysł na to, w jaki sposób zdobyć bramkę, ale często brakuje skuteczności. Taki głosy słyszalne były przede wszystkim po remisie w Bielsku-Białej. Później przyszła porażka z Zagłębiem, po której trener GKS-u mógł właściwie tylko wzruszyć ramionami.
– Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że niekiedy drużyna, która ma zdecydowaną przewagę w meczu, spotkania nie wygrywa – stwierdził po rywalizacji z sosnowiczanami Rafał Górak. Było to w połowie września i rzeczywiście zespół z Katowic powinien ten mecz wygrać. Jednak nie zwyciężył, a o to przecież chodzi w piłce nożnej. Żeby za wszelką cenę odnieść sukces, bo to wynik zostaje w pamięci, a nie wrażenia artystyczne i piękne akcje, które bramek nie przynoszą.
Podobnie można było łudzić się, że GKS jeszcze nie jest w kryzysie, gdy przegrał 1:5 z Lechią Gdańsk. Choć wynik wydaje się drastyczny, okoliczności porażki były specyficzne. GieKSa musiała kończyć mecz w 9-osobowym składzie po czerwonych kartkach dla Shuna Shibaty i Arkadiusza Jędrycha. Według szkoleniowca przynajmniej jedna z tych kartek była niezasłużona.
Wtedy swoją złość można było wyładować na arbitrze, choć sprawa czerwonych kartek zdecydowanie nie była zero-jedynkowa. Mimo wszystko, tak jak zostało wspomniane wcześniej, w świat idzie wynik. Nie da się całej winy za przegraną zrzucić na sędziego, a przede wszystkim nie warto się na tym skupiać, gdy w trzecim meczu z rzędu traci się punkty.
Później przyszedł moment na mecz w Pucharze Polski. Do Katowic przyjechał Górnik Zabrze i niespodzianki nie było. Nie warto też zbytnio skupiać się na tym spotkaniu, bo zabrzański zespół skrzętnie wykorzystał swoje doświadczenie i pokazał, na czym polega różnica między ekstraklasą a jej zapleczem. Jednak kolejny pojedynek, ten z minionego weekendu, przeciwko Odrze Opole, przelał czarę goryczy.
Był to najgorszy mecz GKS-u w tym sezonie. I nie da się nawet znaleźć dobrego wytłumaczenia, dlaczego katowiczanie w ogóle przegrali. Porażka była zasłużona, bo zespół Rafała Góraka praktycznie przez 90 minut nie stworzył żadnego zagrożenia pod bramką rywala.
SIATKÓWKA
siatka.org – Przed PL: kolejny sezon GKS-u w ligowej szarówce?
GKS Katowice przystąpi do ósmego sezonu PlusLigi od momentu powrotu do siatkarskiej elity. Drużyna ze Śląska w minionych rozgrywkach zajęła 11. miejsce i w nadchodzących rozgrywkach celem minimum będzie znalezienie się w najlepszej dziesiątce. “GieKSę” może być jednak stać na więcej, chociaż aspiracje diametralnej zmianie nie uległy.
Dla katowickiego GKS-u nadchodzący sezon będzie już ósmym z rzędu od momentu powrotu na siatkarskie salony w rozgrywkach 2016/2017. Od tamtego momentu drużyna ze stolicy województwa śląskiego trzykrotnie kończyła rozgrywki w najlepszej ósemce. Z najlepszym tego skutkiem w roku 2020, kiedy to klub z Katowic uplasował się na szóstym miejscu. Z pewnością GKS Katowice chciałby znaleźć się w pierwszej ósemce, ale konkurencja będzie jak co roku – olbrzymia. Nie ulega jednak wątpliwości, że w Katowicach będą chcieli poprawić wynik z ubiegłych zmagań.
Jedne z najważniejszych ogniw GKS-u Katowice zdecydowały się pozostać w klubie na nadchodzący sezon. Po raz kolejny szkoleniowcem będzie Grzegorz Słaby, przed którym czwarty sezon w PlusLidze w roli I trenera. W klubie zostało w sumie siedmiu zawodników z poprzedniej odsłony zmagań.
W zespole nadal występował będzie lider – Jakub Jarosz. Zabezpieczona została pozycja libero, wszak Dawid Ogórek oraz Bartosz Mariański podjęli decyzję o kontynuowaniu współpracy. Barwy GKS-u reprezentować będzie także dwóch przyjmujących: Wiktor Mielczarek oraz Jakub Szymański. O sile ataku będzie stanowił także Damian Domagała, a na środku siatki pojawi się po raz kolejny Sebastian Adamczyk.
Do katowickiego GKS-u zawitało łącznie siedmiu nowych zawodników. Po roku przerwy do polskiej ligi wraca Łukasz Kozub, który miniony sezon spędził we francuskim Stade Poitevin Poitiers. Wraz z nim na rozegraniu ujrzymy Piotra Fenoszyna, który zadebiutuje w najwyższej klasie rozgrywkowej. Władze klubu ze stolicy województwa śląskiego miały jeszcze spore luki na pozycji środkowego i przyjmującego, stąd też na środku ujrzymy: Bartłomieja Krulickiego, Łukasza Usowicza oraz Macieja Woza. Ostatnia dwójka również stawiać będzie swoje pierwsze kroki w PlusLidze. Natomiast linię przyjęcia wzmocnią obyty Marcin Waliński wraz z reprezentantem Czech, Lukasem Vasiną.
Niekwestionowanym liderem katowickiej „GieKSy” bez wątpienia będzie Jakub Jarosz. Dla atakującego nadchodzący sezon będzie już piątym z rzędu w barwach katowickiego klubu. 36-latek jest ulubieńcem miejscowych kibiców. W poprzednim sezonie zdobył łącznie 330 punktów. Jest on bardzo doświadczonym zawodnikiem, a za potwierdzenie niech służą także punktacje z trzech poprzednich sezonów: 427, 371, 292.
Większym dorobkiem punktowym z poprzednich rozgrywek może się jednak pochwalić Jakub Szymański, który zanotował 360 oczek. Najprawdopodobniej to właśnie ten siatkarz będzie pierwszym wyborem trenera Grzegorza Słabego w kontekście linii przyjęcia.
Katowiczanie cykl meczów towarzyskich rozpoczęli od konfrontacji z beniaminkiem. Po czterech setach lepszy okazał się Exact Systems Norwid Częstochowa, który wygrał 3:1. GKS nie musiał długo czekać na pierwsze zwycięstwo, ponieważ już dzień później pewnie rozprawił się z Asseco Resovią Rzeszów, triumfując 4:0. Następnie doszło do dwumeczu z Projektem Warszawa. Za pierwszym razem 3:1 wygrała drużyna ze stolicy, zaś za drugim katowiczanie 2:1.
Formacja ze Śląska rywalizowała także w turnieju towarzyskim w Lubinie. Rozpoczęła go dobrze, bo od wygranej 3:0 z Aluronem CMC Wartą Zawiercie. W finale zmagań nie udało się jednak zrewanżować Norwidowi, gdyż ten pokonał GKS 2:1.
Jedenastą drużynę ubiegłej edycji PlusLigi czeka jeszcze dwumecz z PGE PGiEK Skrą Bełchatów w dniach 6-7 października, a także z Eneą Czarnymi Radom 12 i 13 października.
“GieKSa” w końcówce minionego sezonu rozegrała dwumecz ze Skrą Bełchatów. Katowiczanie wygrali tę rywalizację i tym samym zakończyli zmagania na jedenastym miejscu. Bezsprzecznie celem numer jeden na zbliżające się rozgrywki będzie regularne punktowanie i zakończenie ich w pierwszej dziesiątce. GKS Katowice to jednak zespół, który lubi sprawiać niespodzianki i nie można go wcale skreślać z ewentualnej walki o fazę play-off. Podopieczni trenera Słabego mogą być jednym z kandydatów do gry w ćwierćfinale mistrzostw Polski, chociaż na ten moment trzeba na to patrzeć z chłodną głową.
Katowiczanie sezon zainaugurują przed własną publicznością meczem z Treflem Gdańsk 21 października, w sobotę. Cztery dni później Ślązacy wybiorą się do Warszawy, by zmierzyć się z miejscowym Projektem (25 października, środa).
GKS podzielił się wygranymi w sparingach z PGE Skrą
Siatkarze GKS-u Katowice oraz PGE GIEK Skry Bełchatów rozegrali dwa mecze sparingowe. W pierwszym podopieczni Andrei Gardiniego wygrali 3:1, ale drugi w czterech setach na swoją korzyść rozstrzygnęła drużyna z Górnego Śląska. Bełchatowianie zaczęli mecz od prowadzenia 5:0. Szybko interweniował Grzegorz Słaby. GKS starał się wrócić do gry, ale PGE Skra kontrolowała wynik. Skutecznie na siatce prezentowali się Dawid Konarski i Bartłomiej Lipiński, a gospodarze nie znaleźli sposobu na ich powstrzymanie. W końcówce sami popełniali błędy, a ta część meczu padła łupem gości (25:16).
W drugim secie walka toczyła się cios za cios, ale as serwisowy Jakuba Szymańskiego dał nadzieję gospodarzom na wyjście na prowadzenie. Po akcji Marcina Walińskiego wciąż wynik oscylował wokół remisu (13:13). Dopiero kilka skutecznych zagrań spowodowało, że szala zaczęła przechylać się na stronę bełchatowian. Na zagrywce odpowiedzieli jednak Damian Domagała i Sebastian Adamczyk, a GKS doprowadził do wyrównanej końcówki. W niej blok przechylił szalę zwycięstwa na jego stronę (25:23).
Trzecia odsłona zaczęła się od walki punkt za punkt, ale przestój podopiecznych Grzegorza Słabego sprawił, że znaleźli się w defensywie (10:7). Rywale coraz lepiej prezentowali się na siatce. Skutecznie grali w ataku, a kiedy dołożyli blok, dyktowali warunki gry (19:12). W końcówce katowiczanom przytrafiło się kilka błędów, a Przemysław Kupka przypieczętował wygraną PGE Skry (25:17).
W czwartym secie poszła ona za ciosem, po akcji Bartłomieja Lemańskiego odskakując na 10:6. Dzięki zagrywce GKS zbliżył się na 12:13, ale na więcej nie było go stać. To bełchatowianie wygrywali przedłużone akcje, konsekwentnie krocząc do zwycięstwa. Asa serwisowego dołożył jeszcze Lemański, a goście nie oddali już zwycięstwa. Po błędzie Szymańskiego triumfowali 25:20.
GKS Katowice – PGE GIEK Skra Bełchatów 1:3 (16:25, 25:23, 17:25, 20:25)
[…] W drugi mecz lepiej weszli bełchatowianie, którzy objęli prowadzenie 6:3. Dokładali szczelne bloki, a GKS wydawał się być bezradny. Sygnał do walki dał mu Łukasz Usowicz, a po kilku zagraniach zbliżył się do rywali na 15:18. Wówczas PGE Skra wzmocniła serwis, poprawiła skuteczność na skrzydłach, dzięki czemu kontrolowała wynik. Po czapie na Marcinie Walińskim triumfowała w premierowej odsłonie (25:20).
W drugim secie przez dłuższy moment obie drużyny szły łeb w łeb, ale w ataku rozkręcali się Jakub Jarosz i Jakub Szymański, dzięki czemu do głosu zaczęli dochodzić gospodarze. Po zbiciach ze środka Usowicza wygrywali już 17:13, ale przyjezdni nie odpuszczali. Przy zagrywce Lemańskiego doprowadzili do remisu, ale końcówka należała do GKS-u, a dokładniej do Jarosza, który przechylił szalę zwycięstwa na jego stronę (25:23).
W trzeciej partii za ciosem poszli katowiczanie (4:1). Do dobrej gry na skrzydłach na środku dołączył się Usowicz, a bełchatowianie mieli coraz większe problemy ze sforsowaniem bloku rywali (11:6). PGE Skra nie potrafiła odnaleźć dobrego rytmu gry. Po kontrze Bartłomieja Krulickiego przegrywała już 10:17. W końcówce kilka razy nadziała się jeszcze na blok rywali, którzy triumfowali w tej części spotkania 25:16.
Po zbiciu Kupki w czwartego seta lepiej weszli przyjezdni (4:1). Z przewagi nie cieszyli się jednak długo, bo GKS szybko wrócił do gry. Wymiana ciosów trwała w najlepsze, ale po asie serwisowym Piotra Fenoszyna to katowiczanie zaczęli dochodzić do głosu (17:14). Zagrywką poprawił Wiktor Mielczarek, a gospodarze byli coraz bliżej zwycięstwa. W końcówce na środku pokazali się jeszcze Krulicki i Sebastian Adamczyk, a GKS zwyciężył 25:21.
GKS Katowice – PGE GIEK Skra Bełchatów 3:1 (20:25, 25:23, 25:16. 25:21)
HOKEJ
hokej.net – Mistrz lepszy od wicemistrza. GieKSa wciąż zwycięska
GKS Katowice pozostał jedyną niepokonaną drużyną w TAURON Hokej Lidze! Podopieczni Jacka Płachty w rozgrywanym awansem meczu 20. kolejki pokonali na własnym lodzie GKS Tychy 3:1.
Początek spotkania przebiegał na wzajemnym sprawdzaniu swojej dyspozycji przez obie strony widowiska. Żadna z drużyn nie parła do ataków, skupiając się na odpowiedzialnym rozegraniu krążka.
Przygotowanie do spotkania Tomáša Fučíka sprawdził Aleski Varttinen dobrymi próbami z nadgarstka.
Mecz przebiegał w nieco szarpanym rytmie, dlatego też nie obserwowaliśmy długiego posiadania krążka. W pierwszej odsłonie każda z drużyn otrzymała możliwość gry w przewadze. W tym elemencie lepiej prezentował się zespół Jacka Płachty. Głównie za sprawą swojej drugiej formacji, która nie pierwszy raz poświadczyła o swojej sile w tym elemencie hokejowego rzemiosła. W miarę upływu czasu, więcej wydarzeń obserwowaliśmy pod bramką gości. Przed świetną okazją do otwarcia wyniku stanął Grzegorz Pasiut, jednak jego indywidualną akcję zakończył Fučík, wyłuskując gumę z kija „Profesora”.
Ataki tyszan starał się napędzać Alan Łyszczarczyk, jednak John Murray do spółki ze swoimi obrońcami nie dał się zaskoczyć przebojowemu napastnikowi.
Mistrzowie Polski wychodząc na drugą tercję dali jasno do zrozumienia, że nie chcą pozostawiać wydarzeń na lodzie przypadkowi. Zdołali zamknąć gości w ich własnej tercji, wygrywając pojedynki na bandach oraz lepiej czytając krążek.
Tyszanie wyprowadzając swoje ataki, próbowali uderzać spod niebieskiej linii. Dobrym, soczystym uderzeniem popisał się Olli Kaskinen, jednak krążek John Murray zdołał odbić krążek do boku. Do coraz bardziej klarownych sytuacji dochodzili gospodarze, jednak brakowało przysłowiowej „kropki nad i” w postaci wykończenia akcji. W 37. minucie do ofensywnej akcji podłączył się Ryan Cook i pewnym strzałem z pełnego zamachu pokonał Tomáša Fučíka.
Najwięcej emocji dostarczyła kibicom trzecia odsłona. Czeski golkiper z powodu kontuzji nie wyjechał już na trzecią odsłonę, a jego miejsce zajął Kamil Lewartowski. Pierwsze sekundy okazały się chrztem bojowym dla 25-latka, bowiem gospodarze rozpoczęli tercję od przeprowadzenia szturmu na jego bramkę. Ponownie to mistrzowie Polski kontrolowali puls spotkania. Kiedy drużyna Jacka Płachty odpuszczała intensywność ataków, spotkanie zdecydowanie przygaszało. W przeciągu pierwszych minut gotowość Lewartowskiego sprawdzał Fraszko a także po odważnej indywidualnej akcji Eric Kaczyński.
W 46. minucie najpierw wykluczony został Jakub Wanacki, a trzy sekundy później do odsiadywania kary oddelegowano Barłomieja Jeziorskiego. W okresie gry w formacjach czteroosobowych próbującego napędzić kolejny atak gospodarzy Grzegorza Pasiuta naciskał Illa Korenczuk. Ambitna praca 28-letniego Ukraińca pozwoliła mu na przejęcie krążka, a następnie pokonanie Johna Murraya. Goście pomimo ciężkich momentów zdołali wrócić do rywalizacji. Zdobyta bramka przez tyszan podkręciła temperaturę spotkania.
Zaostrzająca się sytuacja na lodzie skutkowała większą ilością wykluczeń. W momencie gdy swoją kare odsiadywał jeszcze Aleksi Varttinen, obustronne wykluczenia zostały nałożone na Monto oraz Jeziorskiego, którzy zafundowali sobie nieco bezpośredniości pod bramką Murraya. Mistrzowie Polski zdołali jednak w trójkę obronić dostęp do własnej bramki. Po co nie zdołali sięgnąć podopieczni Andrieja Sidorienki sami, zostało wyszarpane przez GieKSęw końcowych minutach spotkania.
Shigeki Hitosato przyspieszył rozegranie z Ollim Iisakką. Efektem ich pracy było przeniesienie gry na drugą stronę tafli. Tam krążek trafił na kij Santeri Koponena. Przed Finem ukazała się pustabramka, której nie zdążysz zasłonić przesuwający się za akcją Lewartowski. Z tego miejsca i w takiej sytuacji 26-letni obrońca nie raczy pudłować i w 59. minucie GieKSa znów wyszła na prowadzenie. Na ostatnie sekundy z bramki został wycofany Kamil Lewartowski. Tyszanie nie zdołali jednak wykreować swojej szansy, tracąc krążek. Swoją powinność wykonał niezawodny w takich momentach Bartosz Fraszko zdobywając trzecią bramkę i stawiając pieczęć pod dziewiątym zwycięstwem GKS-u Katowice!
GieKSa na dychę!
GKS Katowice pokonał PZU Podhale Nowy Targ 6:3 i odniósł dziesiąte ligowe zwycięstwo w tym sezonie! Aby zachować status niepokonanych drużyna Jacka Płachty musiała odrabiać po raz pierwszy w tegorocznych rozgrywkach dwubramkową stratę. Przełomowe dla przebiegu spotkania okazały się wydarzenia z przełomu drugiej oraz trzeciej tercji.
Pierwsze fragmenty spotkania należały do GKS-u Katowice. Mistrzowie Polski na dobre zameldowali się w tercji Podhala. Kevina Lindskouga w ciągu pierwszych minut sprawdzili uderzeniem z prawego bulika Sam Marklundoraz Maciej Kruczek, który zafundował szwedzkiemu golkiperowi atomowe uderzenie spod niebieskiej linii. W 6. minucie na ławkę kar został oddelegowany Sam Marklund, a chwilę później krążek przed bramką dogrywał Michael Cichy, guma rykoszetem trafia na kij Phila Kissa, który zdołał umieścić ją w bramce Johna Murraya. Sytuacja podlegała jeszcze analizie wideo, w związku z ruszeniem bramki. Ostatecznie sędziowie wskazali jednak na środek tafli, uznając bramkę dla Podhala. W miarę upływu czasu katowiczanie dochodzili do coraz dogodniejszych sytuacji bramkowych, jednak nie byli w stanie pokusić się o skuteczne wykończenie. Impas mistrzów Polski trwał aż do 19. minuty, kiedy to bardzo aktywny w dzisiejszym spotkaniu Hampus Olsson dopiął swego i pokonał Kevina Lindskouga.
Drużyna Podhala rozpoczęła drugą tercję od niemal półtora minutowej gry w osłabieniu. Pomimo sporej pracy GKS-u pod bramką Lindskouga, gościom udało wybronić się osłabienie. Po wyrównaniu formacji na lodzie, grę prowadzili mistrzowie Polski. Podhale bardzo dobrze pracowało w obronie, radząc sobie z obroną kolejnego osłabienia. W 31. minucie „Szarotki” wyprowadziły atak w tercję GKS-u. Jakub Worwa wypatrzył pozostawionego bez opieki Łukasza Kamińskiego, który pewnym uderzeniem zmusił do kapitulacji Johna Murraya. W 33. minucie w odstępie siedmiu sekund sędziowie wykluczyli najpierw Aleksi Varttinena, a później Patryka Wronkę. Okres gry czterech na czterech należał do GKS-u, który skrzętnie skorzystał z większej przestrzeni na lodzie w wypracowywaniu sobie kolejnych okazji. W 37. minucie Podhale postanowiło obronić się poprzez wyprowadzenie kolejnego ciosu. Dobrze prowadzona kontra została sfinalizowana przez Michaela Cichego. GieKSa po raz pierwszy w tym sezonie została zmuszona do odrobienia dwóch bramek. Wrzeć zaczęło w ostatnich dwóch minutach drugiej tercji. Wszystko rozpoczęło się od odsiadywania kary przez Szczechurę. Olli Iisakka najszybciej zareagował na odbity przez Lindskouga krążek i stał się autorem kontaktowej bramki dla gospodarzy. Jeśli w tym momencie, ktoś był już myślami przy przerwie, to szybko został sprowadzony na do wydarzeń na lodzie. Na 56 sekund przed końcem drugiej odsłony na ławce kar zasiadł Adrian Słowakiewicz. Katowiczanie przeprowadzili szturm na bramkę Podhala. Niezwykłą determinacją wykazał się Santeri Koponen, uderzył z okolic prawego bulika, a następnie pojechał dalej na bramkę Lindskouga, znajdując się po chwili w wyborowej pozycji strzeleckiej. Na sekundę przed końcową syreną Fin zdążył umieścić krążek w bramce, wyrównując rywalizację rzutem na taśmę.
Jak mocno zakończyliśmy drugą tercję, tak równie intensywnie rozpoczęła się trzecia odsłona. 35 sekund po pierwszym wznowieniu GieKSa wyszła na prowadzenie, za sprawą przytomnie pracującego pod bramką Shigeki Hitosato. Nikt nie zamierzał kalkulować i odpuszczać walki w dzisiejszym pojedynku, czego efektem były kolejne wykluczenia. „Szarotki” przez pół minuty zmuszone były grać w podwójnym osłabieniu, a następnie kolejne 30 sekund „czterech na pięciu”. Konia z rzędem temu, kto doliczył się ile razy zmuszony interweniować był Lindskoug. Chociaż Szwed gimnastykował się jak mógł, to nie zdołał uchronić swojej drużyny przed stratą bramki. W 53. swoje drugie trafienie zanotował Hampus Olsson. W ostatnich minutach po drużynie z Nowego Targu ewidentnie było widać trudy gry w obronie. W 59. minucie goście próbowali jeszcze wrócić do gry, poprzez wycofanie z bramki Kevina Lindskouga. Ryzykowny manewr nie pozwolił na zdobycie bramki, co więcej katem „Szarotek” stał się Hampus Olsson, pieczętując zwycięstwo katowiczan.
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Piłka nożna
Górak: Brakuje nam wytrawności
Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.
Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.
Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce. Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.
Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.
To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.
Piłka nożna
Piynciok na Arenie Katowice!
W niedzielne popołudnie GieKSa podjęła u siebie Wisłę Płock, która mimo mocnego wejścia w mecz nie zdołała zatrzymać podopiecznych Rafała Góraka, która zaaplikowała im aż pięć trafień.
Już w pierwszych sekundach mocno zabiło serce przyjezdnym, nie potrafili dogadać się co do wybicia długiej piłki zagranej ze środka. Chwilę później Lukas Klemenz zgrał głową do niepilnowanego Emana Markovicia, który sam utrudnił sobie zadanie decyzją o przewrotce – wcale jednak tak dużo nie zabrakło. Po drugiej stronie Hamulić już leciał do wysoko zagranej piłki zupełnie uciekając Jędrychowi, wszystko czujnie wyjaśnił Lukas Klemenz. Napastnik doszedł do strzału głową z kolei w 7. minucie, tym razem to Pau Resta wyekspediował w bezpieczne miejsce. GieKSa nie potrafiła powstrzymać nawałnicy rzutów rożnych Wisły, choć nie przekładało się to też na szczególne zagrożenie bezpośrednio przed bramką Kobylaka. Hiszpan błysnął w 14. minucie dobrym czytaniem gry, błyskawicznie doskakując do przeciwnika za szesnastką i blokując strzał z dystansu. Chwilę później Lukas Klemenz wyprowadził nasz pierwszy atak pozycyjny, który po rajdzie Wasielewskiego rozprowadzili Marković z Wolskim i Restą. Na małej przestrzeni swoją technikę pokazał Galan, z pierwszej piłki odgrywając Markoviciowi: skrzydłowy tylko poprawił sobie piłkę i z niesamowitą rotacją ściągnął pajęczynę z bramki! W 21. minucie wślizgiem Kowalczyk rozpoczął naszą kontrę, której mocy dodał Bartosz Nowak podaniem na kilkadziesiąt metrów w przód – Wisła fizycznym, na pograniczu faulu, wariantem zmusiła szarżujących zawodników do spowolnienia gry. Dwie minuty później to pomocnik gnał na bramkę po zagraniu Markovicia z głębi naszej połowy, ostatecznie Szkurin został o krok uprzedzony przez Leszczyńskiego na skraju szesnastki. Napastnik dobrze odnalazł się też do centry Wasielewskiemu w następnej akcji, jednak nie był zadowolony z jakości podania lądującego za linią końcową. Szkurin ani myślał się poddawać, w 27. minucie po wysokim odbiorze Pau Resty chciał wypuścić techniczną asystą Markovicia i jedynie intuicyjny obrońca zdołał wystawić nogę, odbijając piłkę. W 30. minucie interweniować musiał Kobylak po strzale Sangre, wcześniej potencjalną stuprocentową okazję zablokował Arkadiusz Jędrych wygranym wyskokiem do piłki. Od razu przeszliśmy pod drugie pole karne, gdzie Bartosz Nowak wypuścił Szkurina, a ten bezczelnie dał się sfaulować Leszczyńskiemu: sędzia Kwiatkowski nie miał żadnych wątpliwości – rzut karny! Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych, mocno uderzając w stronę pozbawioną bramkarza. Chwilę później niespodziewanie mógłby dopisać sobie asystę drugiego stopnia po wybiciu głową, gdy Szkurin uprzedził obrońcę i czubkiem buta przedłużył do Markovicia. Norweg minął bramkarza, lecz uderzył w obrońcę zasłaniającego siatkę, po drugiej stronie poprawka Galana również trafiła w defensora. Bardzo mocne tempo narzucili Trójkolorowi po pierwszej bramce, ledwo minutę później uderzał Szkurin po centrze Wasielewskiego. W 41. minucie dwójkową akcję przeprowadzili dwaj Bartosze, nie udało się tego sfinalizować ani Markoviciowi, ani Wasielewskiemu.
W pierwszej minucie po zmianie stron Leszczyński zagrał wprost pod nogi Bartosza Nowaka, na jego szczęście pomocnik zupełnie nie był gotów na taki obrót spraw. W 47. minucie po piłce za obrońców od Mateusza Kowalczyka na bramkę ruszył Ilja Szkurin, przegrywając pojedynek z golkiperem. Poprawka po przechwycie i odbitym strzale Nowaka również nie zakończyła się powodzeniem. Wisła nadal nie potrafiła skutecznie załatać luk w swojej defensywie, uciekała się jedynie do blokowania strzałów. W 52. minucie Wasielewski ze Szkurinem wypuścili Markovicia, który nieco zaplątał się w drybling i przegrał pojedynek z Sangre. Od razu na drugą bramkę ruszył Hamulić, uderzając lekko obok skracającego kąt Kobylaka, a dla pewności piłkę zmierzającą w okolice słupka na wślizgu wybił jeszcze Mateusz Kowalczyk. Trzykrotnie w 60. minucie odpowiedzieć próbowała Wisła, jedynie strzał Pomorskiego przedostał się pod bramkę i tam bezproblemowo interweniował Kobylak. Kolejny raz odbijać piłkę musiał cztery minuty później, tym razem po bardzo mocnym uderzeniu Rogelja. W 71. minucie po rzucie rożnym mocno ucierpiało kilku zawodników, jednak faulu arbiter dopatrzył się tylko na Mateuszu Kowalczyku. W 73. minucie zobaczyliśmy rzut rożny, a jak rzut rożny to i bramkę – Pau Resta wykorzystał złe ustawienie defensywy i przekierował centrę Nowaka na słupek bardziej oddalony od chorągiewki. Sangre próbował jeszcze improwizować wobec złej formacji obranej przez kolegów, ale został niemalże staranowany przez Hiszpana. W 80. minucie Rogelj na pełnym sprincie powrócił do obrony, przecinając kluczowe podanie Bartlewicza i na chwilę oddalając zagrożenie. Minutę później Sekulski w kuriozalny sposób oddał piłkę pod nogi Nowaka po pressingu Resty, ten minął Leszczyńskiego prostym zwodem i wystawił Szkurinowi, który zmieścił futbolówkę pomiędzy trójką obrońców. W 85. minucie Gabriel Kobylak sparował strzał z dystansu Hiszpańskiego, dobijał ją Jurić: arbiter szybko odgwizdał jego pozycję spaloną. W ostatniej minucie Milewski krótko zgrał do Nowaka na 16. metrze, ten z pewną dozą przypadku obsłużył Jakuba Kokosińskiego – młody napastnik dopełnił formalności i umieścił meczówkę obok słupka!
GieKSa pewnie i wysoko pokonała Wisłę Płock. Teraz czekają nas trzy mecze wyjazdowe z rzędu – Zabrze, Gliwice i Lubin.
23.08.2026, Katowice
GKS Katowice – Wisła Płock 5:0 (2:0)
Bramki: Marković (16), Jędrych (33-k), Resta (73), Szkurin (81), Kokosiński (90).
GKS Katowice: Kobylak – Wasielewski (64. Jirka), Klemenz, Jędrych, Resta, Galan (74. Wdowiak) – Wolski, Kowalczyk (82. Milewski) – Marković (74. Bartlewicz), Nowak – Szkurin (82. Kokosiński).
Wisła Płock: Leszczyński – Rogelj, Haglind-Sangre, Kamiński, Silva (82. Więckowski), Kun (82. Kuczko) – Jimenez (71. Sekulski), Radwański, Pomorski (61. Hiszpański), Gallapeni – Hamulić (82. Jurić).
Kartki: Wasielewski – Galapeni.
Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 10 889.

Najnowsze komentarze