Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Niespodzianka w Szczecinie. Lider gubi punkty czyli tygodniowy przegląd mediów
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Piłkarki GieKSy w kolejnym spotkaniu rundy wiosennej sezonu 2022/23 przegrały na wyjeździe z Pogonią Szczecin 0:3 (0:0). W następnym spotkaniu drużyna zmierzy się z Górnikiem Łęczna, dziewiętnastego marca o godzinie 10:30. Najbliższy przeciwnik naszej drużyny jest obecnie liderem Orlen Ekstraklasy, na wiosnę dwa spotkania wygrał i jedno zremisował. Piłkarki spadły na drugie miejsce w tabeli, do sobotnich przeciwniczek tracą jeden punkt. Drużyna męska w 23 kolejce Fortuna I Ligi zremisowała z Sandecją Nowy Sącz 1:1 prowadząc do przerwy 1:0. Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Kolejny mecz ligowy zespół rozegra w sobotę z Resovią, na Bukowej. Początek spotkania o godzinie 20:00.
Siatkarze w minionym tygodniu rozegrali dwa spotkania ligowe, ze Stalą Nysa i Czarnymi Radom, w których wygrali po 3:0. Najbliższy mecz zespół rozegra u siebie, w czwartek z Treflem Gdańsk, o godzinie 17:30. Drużyna zajmuje dwunaste miejsce w tabeli, bez szans na awans do rundy play-off. Zespół ma do rozegrania jeszcze trzy spotkania.
Hokeiści wygrali w siódmym meczu ćwierćfinałowym z JKH GKS-em Jastrzębie 5:2 i awansowali do półfinału. W półfinale rozgrywek przeciwnikiem jest Cracovia Kraków. Drużyna zdążyła rozegrać na wyjeździe dwa spotkania, w których przegrała 2:5 oraz wygrała po dogrywce 2:1. Następne dwa mecze zostaną rozegrane w Satelicie, dzisiaj i jutro (13 i 14 marca) od godziny 18:30. Kolejne spotkanie zostały zaplanowane na 17 marca (na wyjeździe). W zależności od stanu rywalizacji zarezerwowane są terminy w dniach 19 (w Katowicach) i 21 marca (wyjazd). Do finału rozgrywek awansuje drużyna, która wygra cztery spotkania.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Niespodzianka w Szczecinie. Lider gubi punkty
Lider zawitał do Szczecina na spotkanie z tamtejszą Pogonią. Podopieczne Karoliny Koch chciały podtrzymać passę niepokonanych w tym sezonie. Szczecinianki chciały się zrewanżować za porażkę z poprzedniej rundy.
Pierwsza połowa nie dostarczyła wielu emocji. Katowiczanki zmarnowały najlepszą okazję do prowadzenia, gdy w 43. minucie Anita Turkiewicz nie wykorzystała rzutu karnego podyktowanego za faul na Klaudii Maciążce. Druga połowa rozgrzała zmarzniętą publiczność. W 52. minucie Natalia Oleszkiewicz wykorzystała błąd Joanny Olszewskiej i pokonała strzałem Kingę Seweryn. Szczecinianki poszły za ciosem wynikiem czego była druga bramka w 58. minucie bezpośrednio z rzutu wolnego przy totalnym braku komunikacji w linii obrony katowiczanek. Perfekcyjnym uderzeniem popisała się Emilia Zdunek i podwyższyła stan rywalizacji. Katowiczanki podłamane takim obrotem sprawy próbowały zmienić obraz meczu jednak póki co nie przełożyło się to na wynik. W 82. minucie ponownie Zdunek wpisuje się na listę strzelczyń, ustalając wynik spotkania. Szczecinianki w pełni zrewanżowały się GKS-owi za jesienną porażkę.
sportdziennik.com – Wiele rzeczy boli
Rozmowa z Dariuszem Wolnym, byłym piłkarzem Odry Opole i GKS Katowice.
Jaki był Marian Dziurowicz?
Dariusz WOLNY: – Różnie o nim mówiono, ale na okres jego prezesury przypadają największe sukcesy katowickiego GKS-u.
Gorzej, gdy wynik nie układał się po jego myśli…
Dariusz WOLNY: – Tak, wiem po sobie, że potrafił być mało przyjemny. Przy niekorzystnym wyniku pojawiał się z papierosem w szatni, a piłkarze wręcz chowali głowy między kolanami. Żeby tylko, prostował się nawet papier toaletowy!
Nie znałem tego powiedzenia.
Dariusz WOLNY: – Ale nie ma w nim przesady! W chwilach złości nie oszczędzał nawet Romana Szewczyka, kapitana zespołu i reprezentanta kraju! Dziurowicz był charyzmatyczną postacią, albo było się z nim, albo przeciw niemu.
Dziś zmieniły się realia.
Dariusz WOLNY: – Śmiać mi się chce, gdy widzę bałagan w GKS-e. Klubem zarządzają nieodpowiednie osoby, podejmujące fatalne decyzje. Co więcej, próbują na siłę udowodnić swe racje, choć nie mają zbyt wielkiej wiedzy o sporcie! Konsekwencje ich działań są takie, a nie inne. Od dłuższego czasu nie potrafimy wybić się ponad przeciętność, a klub ledwo dyszy. Nie wygląda to najlepiej.
Ekstraklasa to odległa przeszłość, a całkiem niedawno przydarzył się absurdalny spadek do II ligi.
Dariusz WOLNY: – Proszę nie przypominać meczu z Bytovią, bo ciężko wytłumaczyć to, co się stało. Moim zdaniem Katowicom nie zależy na ekstraklasie. To nie przypadek, że klub z tak bogatą tradycją od dłuższego czasu pałęta się po pierwszej, a przez moment drugiej lidze. I co ciekawe osoby, którym nie do końca wiodło się na Bukowej dziwnym trafem dobrze radzą sobie w innych realiach. Narzekano na tak zwaną krakowską szkołę piłki i metody trenera Moskala, tymczasem z Łódzkim Klubem Sportowym wywalczył awans do ekstraklasy! Równie krytycznie oceniano pracę Wojciecha Cygana.
Który w znacznym stopniu przyczynił się do sukcesów Rakowa.
Dariusz WOLNY: – Między innymi dzięki jego pracy Raków krok po kroku zbliża się do niewyobrażalnego. Trzeba powiedzieć jasno i wyraźnie, że obecni katowiccy decydenci nie maja większego pojęcia o piłce!
Ale honoru Katowic bronią hokeiści!
Dariusz WOLNY: – I bardzo dobrze! Uwielbiam tę dyscyplinę, jeżdżę na mecze, ale wiadomo, że piłka jest mi najbliższa. Decydując się na przejście z Odry Opole nie kierowałem się pieniędzmi. Najważniejsza była marka klubu, a przede wszystkim możliwość gry w pucharach. Słyszało się przecież o meczach GKS-u z Rangersami, czytało gazety. Nie ukrywam, że po takiej lekturze głowa mi się trochę „zapalała”. Wspaniałe czasy. A co mamy dziś? Marazm. I systematyczne osuwanie w dół. Z przykrością muszę stwierdzić, że kolejne pokolenia zaprzepaściły dorobek poprzedników.
W debiucie głowa się nie „zapaliła”?
Dariusz WOLNY: – Było to spore przeżycie. Graliśmy na Cichej z Ruchem i chyba skończyło się bezbramkowym remisem.
Idealne przetarcie!
Dariusz WOLNY: – Wyjątkowy mecz! Trafiłem do innego świata, choć w Opolu też nie było najgorzej.
To również klub z bogatą historią.
Dariusz WOLNY: – Nie da się ukryć. Mimo wszystko w czasach mojej gry balansowaliśmy pomiędzy drugą, a trzecią ligą. Nie było szans, by powalczyć o coś więcej.
Bywa pan na Bukowej?
Dariusz WOLNY: – A skąd! Wiele bym dał, by obejrzeć mecz GKS-u z Legią, czy Lechem, ale to mało prawdopodobne. Oprócz tego nikt mnie nie tam zaprasza, pomijając różne okoliczności, jak kolejne rocznice meczu z Bordeaux. Dziwnym trafem to właśnie wtedy pojawiają się wspólne zdjęcia, czy pełne emocji relacje na Facebook’u… Na co dzień nikt nie pamięta o Wolnym, Kuczu, Janoszce czy innych piłkarzach z tamtego okresu. I jakoś się kręci… Swego czasu zaapelowałem, by nie traktowano mnie jak szmacianą lalkę, bo nie pozwolę sobie na pewne zachowania. Podobnie, jak na pozorne dbanie o historię moim i kolegów kosztem.
Przykre…
Dariusz WOLNY: – Ale prawdziwe! Proszę porozmawiać z Adamem Kuczem, czy Bogdanem Pikutą. Na pewno powiedzą to samo. Gdzie te czasy, gdy ekscytowaliśmy się ekstraklasą? Dziś na Bukowej pojawia się 500-1000 osób i niewiele wskazuje, by mogło się to zmienić.
A co z nowym stadionem?
Dariusz WOLNY: – Wiem tyle, ile wszyscy. I szczerze mówiąc, trochę zaczynam się martwić. Dużo mówiło się o budowie, prezentowano makiety, ale od dłuższego czasu nastała cisza…
U sąsiadów też zaczęło się od planów.
Dariusz WOLNY: – I oby pan nie wykrakał, bo dobrze wiemy co z nich wyniknęło.
Na Śląsku nie brakuje utalentowanej młodzieży. Chyba dotarliśmy do sedna?
Dariusz WOLNY: – Otóż to. Rachunek jest prosty – pieniądz plus agent. Nigdy nie zrozumiem takiej polityki. Sprowadzamy piłkarzy z innych regionów, zapewniamy godziwe warunki, a zapominamy o chłopcach ze Śląska! Tymczasem dla wielu gra w Katowicach byłaby zaszczytem! Gdzie tu logika? Niedawno rozmawiałem z Markiem Koniarkiem. Doszliśmy do wniosku, że brak ekstraklasy w Katowicach jest skandalem. Przy takim budżecie? Ale jak powiedziałem, najwyraźniej nie wszystkim zależy na awansie. Nie ma sensu kontynuować tego wątku. Uodporniłem się na marazm, szkoda nerwów.
Na boisku też ich nie brakowało.
Dariusz WOLNY: – Oczywiście, bo podczas meczu musisz liczyć tylko na siebie. Najbardziej irytowały niewykorzystane sytuacje.
Szczególnie po meczach z Bordeaux?
Dariusz WOLNY: – Wtedy posypały się gromy! Kilka okazji miałem też z Benfiką.
A w Lizbonie Adam Kucz zdobył bramkę z rzutu różnego!
Dariusz WOLNY: – Uderzył kapitalnie, z niesamowita rotacją. Piłka zdecydowanie przekroczyła linię bramkową, co zauważyli chyba wszyscy na stadionie.
Wszyscy oprócz sędziego.
Dariusz WOLNY: – Niestety.
Znany jest pan także z pracy szkoleniowej.
Dariusz WOLNY: – W niższych ligach trenerzy maja ograniczone pole do działania. Zawodnicy pracują na zmiany, bywa, że przychodzą na trening czy mecz po nocnej zmianie. W takich warunkach ciężko osiągnąć sukces.
A po kilku nieudanych meczach zwalnia się trenera.
Dariusz WOLNY: – To kolejny paradoks. Śląskie ligi to wylęgarnia talentów. Nie brakuje fajnych zawodników, ale nikt się nimi nie interesuje! Skoro wolimy podstarzałych obcokrajowców czy najemników…
A jak wspomina pan współpracę z Marianem Dziurowiczem w roli kierownika zespołu?
Dariusz WOLNY: – Bywało ciężko. Odpowiedzialna praca, stres. No i „Magnat”! Wie pan, gdy sekretarka informowała o przyjeździe Dziurowicza, to atmosfera w klubie robiła się gęsta! Robiło się bardzo nerwowo. Pamiętam sytuację, gdy polecił mi zwołanie zawodników po treningu. A ja najzwyczajniej w świecie … zapomniałem przekazać tę informację, przez co niektórzy zdążyli wyjechać ze stadionu.
Na szczęście skończyło się na strachu, Dziurowicz nie odnotował braku kilku piłkarzy. A jeśli już mowa o prezesach, miło wspominam współpracę z posłem Hajdukiem. Pracowałem bez presji, co odbijało się na jakości moich działań. Hajduk to pozytywna postać.
A Król?
Dariusz WOLNY: – Z nim także nie było problemów, wszystko opierało się na zasadach wzajemnego szacunku. Najgorsze wspomnienia związane są z Piotrem Dziurowiczem.
Dlaczego?
Dariusz WOLNY: – To w okresie jego rządów doznałem udaru. Piotr nie miał skrupułów, aby pozbawić mnie stanowiska. Jeszcze podczas pobytu w szpitalu wręczono mi wypowiedzenie.
A czy zainteresowano się pana losem po komplikacjach z sercem?
Dariusz WOLNY: – Sytuacja była niezręczna, bo kończył mi się kontrakt. Obiecywano mecz benefisowy, a dochód miał być przeznaczony dla mnie…
Skończyło się na obietnicach?
Dariusz WOLNY: – A jak pan myśli? Zostałem sam, z bodajże trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia. Stanęło na tym, że otrzymałem posadę kierownika zespołu. Trafiłem bardzo dobrze, pod opiekę Romka Laszczyka. Przy nim uczyłem się fachu i wypłynąłem na szersze wody w roli kierownika.
Czy zastanawia się pan co by było, gdyby…? W wyniku komplikacji przerwał pan karierę w wieku zaledwie 25 lat.
Dariusz WOLNY: – Po rozegraniu 113 spotkań w lidze. Być może pobiłbym osiągnięcie Jana Furtoka? Nie ukrywam, że było to moim celem. Furtok wyjechał z Katowic po zdobyciu bodaj 77 bramek, ja zatrzymałem się na 30. Ale to dawne dzieje, z upływem lat nabrałem niezbędnego dystansu. Skupiam się na tym, co tu i teraz, stąd wiele gorzkich słów podczas rozmowy. Powoli tracę wiarę w lepsze jutro dla GKS-u. Co więcej, wydaje mi się, że moglibyśmy „wałkować” pewne tematy przez kolejną godzinę, a i tak nie znaleźlibyśmy powodów do optymizmu. Szkoda zdrowia.
Za to w Chorzowie idzie ku lepszemu!
Dariusz WOLNY: – Odradzają się aż miło, choć ostatnie lata nie były dla Ruchu udane. Od pewnego czasu wszystko tam funkcjonuje jak w zegarku.
Z byłym piłkarzem u steru!
Dariusz WOLNY: – No właśnie. Z byłym piłkarzem, czującym szatnię i znającym klub od podszewki. Seweryn Siemianowski dobrze zna futbolowe realia, więc spogląda na Ruch fachowym okiem.
SIATKÓWKA
sportdziennik.pl – Patent siatkarzy GKS-u Katowice
Szósty mecz i szóste zwycięstwo, ale dopiero drugi za trzy punkty – taki bilans ma GKS Katowice ze Stalą Nysa.
Siatkarze trenera Grzegorza Słabego mają najwyraźniej patent na zespół z Nysy. Składy drużyn się zmieniają, Stal się wzmocniła, a „GieKSa” ciągle wygrywa. Stal marzenia o wygranej musi odłożyć do następnego sezonu…
Jedni i drudzy w tym sezonie grają już zupełnie inne cele. Gospodarzom już nic nie „grozi”, zaś goście mają jeszcze nadzieję na występy w play offie. GKS od początku postawił twarde warunki i grał niezwykle agresywnie, a, co najważniejsze, skutecznie Zespół z Nysy zaprezentował się mizernie. Zawodnicy z podstawowego składu zawodzili i trener Daniel Pliński w miarę upływu czasu tracił cierpliwość. Wymieniał poszczególnych siatkarzy i w końcu przy stanie stanie 7:13 pozostało tylko dwóch z wyjściowego składu. W roli atakującego pojawiał się Japończyk Kento Miyaura, zaś w przyjęciu Rafał Buszek. Obaj dobrze się zaprezentowali i zmobilizowali kolegów do nieco lepszej gry.
Gospodarze od początku prowadzili, bo solidnie prezentowali w polu serwisowym, w bloku – obronie, a i pozostałe elementy również bez zarzutu. Gospodarze sporo punktów po kontrach i goście byli zupełnie byli bezradni. Dopiero w trzeci secie siatkarze Stali wyszli na prowadzenie 9:8. Jednak gospodarze szybko opanowali sytuację, odrobili stratę z nawiązką. Ich zwycięstwo było pewne i nie podlegało żadnej dyskusji.
MVP: Gonzalo Quiroga
GKS Katowice – PSG Stal Nysa 3:0 (25:17, 25:19, 25:19)
siatka.org – GKS Katowice nie dał szans radomianom
Trwa fatalna passa radomian we własnej hali. W ramach 27. kolejki podopieczni Pawła Woickiego dość wyraźnie przegrali z GKS-em Katowice, a jedynie w trzeciej partii postawili się zdecydowanie lepiej dysponowanym rywalom. Tym samym siatkarzom z Katowic udało się zrewanżować za porażkę z pierwszej części sezonu zasadniczego.
Na początku spotkania Wiktor Nowak często posyłał piłki do swoich środkowych (5:3). Większość akcji kończyła się w pierwszym uderzeniu. Celne zagranie po prostej Damiana Domagały i mocna zagrywka Jakuba Szymańskiego sprawiły, że GKS wyszedł na prowadzenie 9:7 i pierwszy czas wykorzystał trener Woicki. Seria została przerwana dopiero gdy Szymański zaserwował w siatkę (8:11). Katowiczanie dobrze grali w obronie i wykorzystywali nadarzające się kontrataki. Gospodarze nie potrafili znaleźć sposobu na rywali, dodatkowo nie pomagali sobie popełniając kolejne błędy (13:18). W końcówce ze zmiennym szczęściem punktował Szymański. Pojedyncze zagrania Bartosza Firszta na niewiele się zdały. Atak Domagały po skosie i kontratak Gonzalo Quirogi dały ostatnie punkty gościom.
Drugiego seta otworzył atak przez środek Marcina Kani. W kolejnych akcjach obie drużyny skuteczne zagrania przeplatały z prostymi błędami (6:7). Nie brakowało przedłużonych wymian, gdy jedną z nich katowiczanie zamknęli blokiem na Schulzu, o czas poprosił trener Woicki (8:11). Po przerwie asa dołożył Domagała. Dystans szybko się powiększał. Katowiczanie wywierali presję zagrywką, kończyli kontrataki. Po asie Quirogi było już 16:9 dla GKS-u. Po podwójnej zmianie w szeregach gospodarzy Czarni zaliczyli serię przy zagrywkach Tammemy. Przy stanie 13:17 interweniował trener Słaby. W dalszej fazie seta szkoleniowiec radomian zdecydował się na powrót Schulza i Nowaka, katowiczanie odzyskali kontrolę nad grą. Chociaż w końcówce siatkarzom GKS-u zdarzyło się popełnić kilka błędów, po celnych zagraniach Domagały wygrali 25:19.
Od asa Szymańskiego rozpoczął się trzeci set. Gospodarze głównie za sprawą zagrań Pawła Rusina starali się utrzymać kontakt punktowy z rywalami. Swoje akcje kończyli katowiccy skrzydłowi. Radomianie nie odpuszczali i po kontrataku Firszta złapali kontakt punktowy. Przy stanie 13:14 interweniował trener Słaby. Gdy blok zatrzymał atak Domagały, na tablicy wyników pojawił się remis (16:16). W kolejnych akcjach trwała walka punkt za punkt, zespoły wymieniały się celnymi zagraniami (19:19). W końcówce katowiczanie nie poradzili sobie z odbiorem zagrywki Tammemy, drugą przerwę wykorzystał szkoleniowiec GKS-u (21:20). Kolejne ataki Firszta powiększyły dystans (23:21), ale w kolejnych akcjach ponownie do głosu doszli goście i po bloku na Lemańskim o czas poprosił trener Czarnych (23:23). O zwycięstwie w tym secie zdecydowała walka na przewagi. W niej skuteczniejsi byli goście, którzy cieszyli się ze zwycięstwa po ataku po skosie Quirogi.
MVP: Jakub Szymański
Cerrad Enea Czarni Radom – GKS Katowice 0:3 (16:25, 19:25, 25:27)
HOKEJ
sportdziennik.com – GKS Katowice gra dalej!
Katowiczanie, obrońcy tytułu mistrzowskiego, pozostali w grze i w siódmym, ostatnim meczu playoffowego ćwierćfinału zdołali pokonać JKH GKS Jastrzębie.
Tym razem byli skuteczni do bólu i wypunktowali rywali, a o wszystkim zadecydowała druga odsłona, w której nie obyło się bez kontrowersji i sztab gości kierował wiele pretensji pod adresem sędziów.
Oba zespoły wystąpiły bez swoich czołowych napastników: Bartosza Fraszki oraz Tuukki Rajamakiego, ale w 1. tercji uraczyły nas znakomitym widowiskiem. Jedni i drudzy nie zamierzali się oszczędzać i od początku rozgorzała twarda walka. Pod jedną i drugą bramką było gorąco, ale gospodarze gola uzyskali w najmniej oczekiwanym momencie. Goście przebywali w tercji rywala i jeden z nich trafił krążkiem w Mateusza Bepierszcza, który popędził sam na sam z Bence Balizsem. W tej potyczce Madziar był bez szans, bowiem doświadczony napastnik rodem ze stolicy uderzył niezwykle precyzyjnie. Bepierszcz już od dłuższego czasu znajduje się w wysokiej formie i podczas meczów jest nadzwyczaj aktywny.
Po prawie 2 min był już remis. Dominik Paś wygrał wznowienie, krążka dotknął Patryk Pelaczyk i skierował do Macieja Urbanowicza. Kapitan JKH uderzył idealnie i John Murray nawet nie zdążył zareagować. W 10 min goście przeżywali trudne momenty, bowiem grali w trójkę przeciwko piątce gospodarzy. Z tej opresji wyszli obronną ręką, bo katowiczanom zabrakło nieco spokoju, jednak w 14 min błąd w ustawieniu oraz „drzemka” Balizsa sprawiły, że Brandon Magee zdołał skierować krążek do siatki. Tuż przed syreną Juraj Simek miał okazję, ale posłał krążek obok bramki. Tercja była niezwykle wyrównana i takiej gry spodziewaliśmy po przerwie.
A tymczasem, jak się później okazało, druga odsłona miała kluczowe znacznie dla końcowego rezultatu. Gospodarze potrafili wykorzystać dwie przewagi liczebne. Najpierw Magee, a potem Bepierszcz ponownie wpisali się na listę strzelców. Po bramce tego ostatniego upłynęło zaledwie 36 sek. gdy Mateusz Rompkowski podwyższył na 5:2.
Jastrzębianie wcale nie zamierzali się rezygnować. Josef Mikyska w 33 min odrobił nieco strat, ale potem nastąpiło mocno uderzenie gospodarzy. Trener Robert Kalaber oraz jego współpracownicy mieli sporo pretensji do arbitrów, którzy szczodrze rozdawali kary. Jastrzębianie zaliczyli w tej odsłonie 10 min. Osłabienia wybijały JKH z rytmu i miały istotny wpływ na rezultat w tej tercji.
Emocje i tempo akcji opadły w ostatniej odsłonie. Gospodarze nie mieli interesu, by podejmować ryzyko i atakować. Przede wszystkim szanowali krążek i starali się go wypychać z własnej strefy. Owszem, goście próbowali atakować, ale ich animusz gasł w miarę upływu czasu. Na 3:05 min trener Kalaber wycofał bramkarza, ale ten manewr przyniósł rywalom gola „do pustaka”.
GieKSa nie będzie miała wiele czasu, by zregenerować się przed rozpoczynającym się w czwartek półfinałem z Comarch Cracovią. „Pasy” już od dłuższego czasu przygotowują się do tego starcia, a zespół GKS ruszy z marszu. Zapowiada się ciekawa konfrontacja.
Dżentelmeni na tafli
W sumie zanotowaliśmy zaledwie 6 minut kar, a pierwszą dopiero w 48 minucie!
W pierwszym półfinałowym spotkaniu Comarch Cracovii z GKS-em Katowice obie drużyny grały niezwykle delikatnie i starć przy bandzie unikały jak ognia. Żadnych kuskańców, utarczek słownych, a przecież czupurnych zawodników z jednej i drugiej strony nie brakuje. Momentami odnosiło się wrażenie, że to spotkanie towarzyskie. „Pasy” wygrały, ale rywaliacja między tymi zespołami zanosi na długą, bo katowiczanie na pewno nie odpuszczą.
GKS udał się do Krakowa bez chorych: obrońcy Aleksi Varttinena oraz napastnika Bartosza Fraszki, ale pojawił się doświadczony defensor Patryk Wajda, który uporał się z urazem łokcia. Gospodarze wystąpili w najsilniejszym składzie.
Początek zdecydowanie należał do gospodarzy, którzy z impetem ruszyli na bramkę Johna Murraya. Ten jednak nie dał się zaskoczyć. A potem gra się wyrównała i katowiczanie zaczęli konstruować akcje, by zaskoczyć Roka Stojanovicia. W 10 min świetną okazję sam na sam zmarnował Mathias Lehtonen, zaś w odpowiedzi Damian Kapica popędził na bramkę GKS-u, jednak też bez efektu. W 13 min samotnie pozostawiony Martin Kasperlik przymierzył, ale też nie zmienił rezultatu. Mimo wszystko jedni i drudzy grali nieco zachowawczo, choć w strzałach było 13-10.
Scenaiusz drugiej odsłony był podobny, bowiem gospodarze rzucili się do ataku i błąd w ustawieniu katowiczan we własnej strefie sprawił, że Patryk Wronka otrzymał krążek jak na tacy i nie miał problemu ze zdobyciem gola. Jednak sporą robotę wykonali jego koledzy z ataku, Damian Kapica i Wojtech Polak, którzy szybko wymienili krążek między sobą i ten ostatni przekazał go Wronce. Po stracie gola goście mieli chwilę zapaści, ale odzyskali rytm gry, jednak nadal starali się nie forsować szybkiego temp. W 28 min „Pasy” mogły podwyższyć wynik, gdy Roman Rac był sam na sam, ale Murray czekał do końca i odbił krążek. Potem jeszcze Polak (33 min) miał okazje, ale bramkarz GKS był czujny. W końcu odsłony Jakub Wanacki z głębi lodowiska zagrał krążek na niebieską linię do Shegkiego Hitosato. Japończyk wjechał w tercję i podał do Teemu Pulkkinena, który tuż przed Stojanoviciem pewnie posłał krążek do siatki.
Ostatnia tercja rozpoczęła się od mocnego uderzenia, bo Rac zdołał pokonać Murraya, zaś w 44 min po raz kolejny spudłował. Jednak Kapica stanął na wysokości zadania i podwyższył na 3:1. Gospodarze już nie forsowali tempa, a tymczasem w 55 min Mateusz Rompkowski precyzyjnym strzałem zmniejszył rozmiary porażki i do głosu doszli goście. Jednak Jakub Wanacki powędrował do boksu kar i Vojtech Tomi zdobył cenną bramkę. Na 95 sek. przed końcową syreną trener Jacek Płachta zdecydował się na wycofanie Murraya i po 24 sek. goście stracili kolejnego gola.
Hokeiści GKS-u pewnie odczuwali trudy ćwierćfinałowej rywalizacji, ale grali ekonomicznie i starali się wykorzystać swoje szanse. Przy odrobinie szczęścia mogli się pokusić przynajmniej o jeszcze jedno trafienie.
hokej.net – Katowiczanie wyrównują stan rywalizacji. Bramka Olssona na wagę zwycięstwa!
Hokeiści GKS-u Katowice wyciągnęli wnioski po wczorajszej porażce z Comarch Cracovią 2:5 i dziś pokonali “Pasy” 2:1 po dogrywce. “Złotego” gola dla GieKSy zdobył Hampus Olsson, a teraz rywalizacja półfinałowa przenosi się do Katowic.
Szkoleniowiec „Pasów” przed tym spotkaniem nie pokusił się o zmiany w swoim składzie względem wczorajszego meczu. Inaczej było jednak w przypadku katowiczan. Ze składu wypadł Marcin Kolusz, a na jego miejsce w drugiej formacji wskoczył Robert Mrugała. Z kolei jego miejsce w czwartej piątce zajął David Lebek. Zabrakło chorych Bartosza Fraszki i Aleksiego Varttinena.
Sam początek pierwszej tercji należał do gości, którzy często zagrażali bramce Cracovii. To jednak długo nie trwało i momentalnie inicjatywę przejęli gospodarze, którzy konstruowali naprawdę groźne akcje.
Było to widać zwłaszcza…. w osłabieniu. Gdy na ławce kar przebywał Jiří Gula katowiczanie mieli problem z założeniem zamka, a więcej z gry mieli krakowianie. John Murray był na posterunku, ale musiał się sporo napocić.
Chwilę później dogodną sytuację miał Damian Kapica, który pognał samotnie lewym skrzydłem i spróbował objechać bramkę i zapewne trafić od zakrystii przy słupku, ale krążek mu uciekł. Kolejną przewagę jednak goście już wykorzystali. Pięknym i soczystym strzałem spod niebieskiej popisał się Grzegorz Pasiut, który trafił w samo okienko.
W drugą odsłonę natomiast zdecydowanie lepiej weszli natomiast katowiczanie. Widać było, że mocne słowa w szatni skierowane przez Jacka Płachtę zadziałały i było widać poprawę w grze.
Goście dużo więcej czasu spędzali w tercji Cracovii i tworzyli groźne ataki. Najgroźniejszą akcję wykreował jednak Alan Łyszczarczyk. 25-letni napastnik, który dołączył do zespołu „Pasów” przed zamknięciem okienka transferowego, urwał się katowickim obrońcom i znalazł się w sytuacji sam na sam z Johnem Murrayem. Postanowił przełożyć sobie gumę na bekhend i z prawej strony uderzyć nad lewym parkanem bramkarza, jednak „Jasiek Murarz” zachował w tej sytuacji zimną krew i zdołał obronić to uderzenie.
Chwilę później katowiczanie próbowali kilkukrotnie zagrozić krakowskiej bramce, ale dobrze spisywał się w niej Rok Stojanovič. „Pasy” również próbowały wychodzić z groźnymi kontrami, ale w pewnych momentach się gubili. Najlepszą okazję mieli w 35. minucie podczas trójkowej kontry, lecz Erik Němec za długo zwlekał z oddaniem strzału i ta akcja zakończyła się fiaskiem.
Trzecia tercja nie rozpoczęła się jednak dla gości najlepiej, gdyż momentalnie na ławkę kar powędrował Robert Mrugała. Tego faktu krakowianie jednak nie wykorzystali, bo26 sekundach po zakończeniu kary dla gości sami złapali wykluczenie.
Chwilę później ponownie na ławkę kar udali się katowiczanie i tym razem gospodarze już zdołali ją wykorzystać. Jiří Gula zagrał na drugą stronę na niebieską do Alana Łyszczarczyka, który huknął z pełnego zamachu i trafił do siatki, wykorzystując fakt, iż John Murray był zasłaniany przez Damiana Kapicę.
Obraz gry jednak znacząco się nie zmienił i wciąż inicjatywę mieli krakowianie. Spotkanie było jednak coraz ostrzejsze, a eskalacja emocji nastąpiła w 52. minucie pod bramką Murraya, w której najaktywniejsi byli Joona Monto, Brandon Magee oraz RomaRác, którzy zostali ukarani dwuminutowymi karami.
Zwycięzca nie został wyłoniony w regulaminowym czasie gry, zatem sędziowie zarządzili dogrywkę. W niej lepsi okazali się katowiczanie. Hampus Olsson na bramkę zamienił liczebną przewagę trafiając do siatki przy samym słupku.
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















Najnowsze komentarze