Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Niemiła niespodzianka

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Piłkarki przebywają na urlopach, do treningów wrócą dziewiątego stycznia. Piłkarze mają przerwę świąteczno – noworoczną, do treningów wrócą czwartego stycznia, trzy dni później rozegrają sparing z Odrą Opole. W ubiegłym tygodniu drużyna siatkarzy rozegrała spotkanie z Projektem Warszawa. Nasz zespół przegrał 0:3. Kolejny mecz siatkarze rozegrają w poniedziałek, dziewiątego stycznia z VC Barkom Każany Lwów. Podobnie jak siatkarze hokeiści ligowe rozgrywki w 2022 roku zakończyli porażkami: pierwsza z nich, wyjazdowe z GKS-em Tychy, po rzutach karnych. Kolejna porażka miała miejsce w Satecie z Cracovią 2:6. Najbliższe spotkanie zespół rozegra w ramach rozgrywek Pucharu Polski z GKS-em Tychy, jutro od godziny 20:30. Mecz zostanie rozegrany na lodowisku w Oświęcimiu.

PIŁKA NOŻNA

sportdziennik.com – Niemiła niespodzianka

GieKSa może stracić Daniela Dudzińskiego. Zagłębie Lubin póki co skróciło umowę wypożyczenia 20-letniego środkowego pomocnika, korzystając z klauzuli, jaką zapisano przy zawieraniu latem tego transferu czasowego.

– Niestety, to niemiła niespodzianka. Zagłębie „wróciło” Daniela do siebie i musimy czekać na dalsze decyzje, Jesteśmy umówieni, że będziemy jeszcze na łączach, ale na dziś patrząc na młodzieżowców mamy problem – przyznał Rafał Górak, trener pierwszoligowca z Katowic.

Dudziński jeszcze 10 dni temu wziął udział w wyjazdowym sparingu z Koroną Kielce, wygranym przez GKS 1:0, należąc do wyróżniających się postaci na boisku. Jesienią był młodzieżowcem nr 1 w zespole z Bukowej. Rozegrał 17 meczów, 10 z nich rozpoczynał w wyjściowym składzie. Nie ma za sobą szczególnie udanej rundy – patrząc na liczby, zanotował tylko 1 asystę, po rzucie rożnym przy bramce Arkadiusza Jędrycha na wagę zwycięstwa w Opolu – ale mimo wszystko mowa o zawodniku z doświadczeniem, który nawet jesienią był powoływany do reprezentacji Polski U-21 i U-20.

W tym sezonie młodzieżowcy nie odgrywają w GieKSie takiej roli, co w poprzednim, gdy status ten przysługiwał jeszcze Patrykowi Szwedzikowi, a z Lecha Poznań wypożyczony był Filip Szymczak. Wtedy obaj należeli do wyróżniających się postaci w drużynie, ciągnęli ofensywę, strzelali gole, asystowali, byli widoczni, do tego pomogli też zgarnąć premię w Pro Junior System. Teraz młodzieżowiec raczej w GKS-ie grał, bo taki jest wymóg, a nie z racji jakości. Jeśli nie uda się dojść z Zagłębiem do porozumienia, kogoś o takim statusie trzeba będzie pozyskać.

Nie licząc Dudzińskiego, mającego już nawet na koncie 8 występów w ekstraklasie, w kadrze GieKSy jesienią znajdowali się młodzieżowcy, którzy wcześniej w pierwszej lidze nie występowali. Objawieniem był Alan Bród, wychowanek akademii GKS-u, który zaczął sezon w wyjściowym składzie i to on rywalizował z Dudzińskim o miano młodzieżowca nr 1. Rokuje on świetnie, ale mimo to momentów, podczas których w jednej chwili katowiczanie mieli na boisku więcej niż jednego młodzieżowca, było jesienią jak na lekarstwo. To minuta z Zagłębiem Sosnowiec, gdy cały mecz rozegrał Dudziński, a w końcówce Bród zmienił Szwedzika, oraz 75 minut z ŁKS-em, gdy bronił Patryk Kukulski (kontuzje leczyli wtedy dwaj pozostali bramkarze), w przerwie zszedł Bród, a w 60 minucie wpuszczony został Dudziński. W razie jego odejścia, wzrosłyby automatycznie notowania nie tylko Bróda, ale też bramkarza Patryka Szczuki, będącego zmiennikiem Dawida Kudły. Jesienią 5 występów zanotował jeszcze kolejny z młodzieżowców – po Dudzińskim, Bródzie, Kukulskim i Szczuce – czyli Dawid Brzozowski. 19-latek ściągnięty z Chełmianki ma o tyle trudne zadanie, że na prawym wahadle mocną pozycję ma Marcin Wasielewski, jedna z wyróżniających się postaci zespołu minionego półrocza. Jeśli Dudziński nie wróci na Bukową, klub niespodziewanie będzie musiał ruszyć na łowy.

SIATKÓWKA

siatka.org – Komplet punktów Projektu w meczu z GKS-em

Komplet punktów w 17. kolejce PlusLigi zainkasowali siatkarze Projektu Warszawa, którzy pokonali we własnej hali GKS Katowice 3:0. Najlepszym zawodnikiem spotkania został wybrany Artur Szalpuk.

Dzięki dobrej grze blokiem warszawianie szybko uzyskali trzypunktowe prowadzenie. Jednak za sprawą Jakuba Jarosza oraz Gonzalo Quirogi ich rywale doprowadzili zaraz do remisu. Nie utrzymywał się on długo, gdyż katowiczanie utknęli w jednym ustawieniu. Przy zagrywce Jana Firleja stracili cztery punkty z rzędu, więc trener Grzegorz Słaby musiał prosić o czas. Na niewiele on się zdał, gdyż po powrocie na boisko przestrzelił Marcin Kania (8:12). To właśnie za sprawą błędów gości rosła przewaga ich przeciwników. Mogłaby być jeszcze większa, ale i oni zaczęli się mylić. Dobrze prezentowali się zwłaszcza ich lewoskrzydłowi, którzy byli skuteczni zarówno w ofensywie, jak i bloku. Po drugiej stronie siatki szybko boisko opuścił Tomas Rousseuaux kiedy dwukrotnie został ustrzelony zagrywką. Na tablicy wyników zrobiło się 19:14. Widoczna była zwłaszcza spora różnica w elemencie bloku, a miejscowi w pełni kontrolowali przebieg tego seta. Po trafieniu z krótkiej Piotra Nowakowskiego dystans wynosił już sześć ,,oczek”. W końcówce jeszcze się zwiększył i ostatecznie po asie serwisowym Kevina Tillie zawodnicy Projektu zwyciężyli do 17.

Ogromna różnica w bloku oraz ataku zadecydowała o zwycięstwie graczy stołecznego klubu. W drugim secie gra się wyrównała, a gospodarze już tak wyraźnie nie dominowali. Po skończonej kontrze przez Jakuba Jarosza to gracze Gieksy mieli dwa punkty więcej, ale sytuacja ta trwała tylko chwilę, gdyż zaraz zrobiło się po 10. Zepsute zagrywki psuły nieco jakość tego spotkania. Po naprzemiennym zdobywaniu punktów Andrzej Wrona powstrzymał Gonzalo Quirogę i było 14:12. Argentyńczyk w kolejnej akcji także przestrzelił i warszawianie rozpoczynali swoją ucieczkę. Katowiczanie mieli problem z punktowaniem przy własnej zagrywce, dlatego ciężko im przychodziło niwelować straty. Po uderzeniu Nielsa Klapwijka przewaga wynosiła już cztery ,,oczka”, ale dobre zadaniowe wejście zanotował Damian Domagała i goście zniwelowali ją do dwóch. Mieli szansę na więcej, niemniej z lewego skrzydła mylił się Quiroga i wszystko zostało zaprzepaszczone. Gospodarze nie byli aż tacy gościnni i wykorzystywali nadarzające się okazje. Po zagraniu z szóstej strefy Artur Szalpuk zakończył tą odsłonę spotkania.

Bardzo niska skuteczność lewoskrzydłowych GKS-u była ich sporym problemem. Na boisku pojawił się Wiktor Mielczarek i od razu w pierwszej akcji skończył swój atak (5:3). Przy kolejnych kontaktach z piłką było już gorzej. Także jego koledzy popełniali błędy. Po uderzeniu Piotra Nowakowskiego było 9:6. Katowiczanie bronili się jeszcze blokiem (9:9), ale chwilę później mieli problemy z zagrywką Linusa Webera (11:14). Cały czas starali się walczyć i zbliżyć do swoich przeciwników. Mieli nawet szansę na remis, ale atak z pajpa przestrzelił Mielczarek. Sytuacja ta szybko się na nich zemściła, gdyż zamiast po 17 zrobiło się 20:16. Była ona decydującą dla losów tej partii, a co za tym idzie rywalizacji. Goście utknęli bowiem w jednym ustawieniu i nie potrafili z niego ruszyć. Serwisem pogrążał ich Kevin Tillie, a dodatkowo sami przestawali wierzyć, że są w stanie jeszcze ugrać cokolwiek w tym spotkaniu. Po zagraniu Nowakowskiego mieli aż sześć meczboli. Kropkę nad ,,i” postawił najlepszy zawodnik tego spotkania, czyli Artur Szalpuk. Trzy punkty pozwoliły gospodarzom tymczasowo wskoczyć na ósme miejsce w tabeli. Przyjezdni natomiast przegrali kolejne spotkanie i z niecierpliwością czekają na powrót do gry Jakuba Szymańskiego.

Projekt Warszawa – GKS Katowice 3:0 (25:17, 25:21:, 25:19)

HOKEJ

sportdziennik.com – Tak nakazuje tradycja

Jean Dupuy jako jedyny wykorzystał karnego i tyszanie znów wygrali derby GKS-ów!

Czwarty mecz i znów decyduje jedno trafienie, bo tak nakazuje tradycja – tak mówili gospodarze, którzy już po raz trzeci wygrali w tym sezonie. Tym razem o wygranej tyszan rozstrzygnął karny. To była generalna przymiarka do półfinałowego meczu w Pucharze Polski w Oświęcimiu, gdzie należy spodziewać się podobnego scenariusza, chyba że obaj trenerzy zaskoczą jakimiś niecodziennymi rozwiązaniami na lodzie.

Juraj Szimek, 35-letni słowacki doświadczony napastnik również ze szwajcarskim obywatelstwem, niebawem pojawi się w składzie GKS-u Katowice. Ma bogatą przeszłość, bo próbował swoich sił za oceanem w zespołach AHL, a potem przez długie lata występował w Servette Genewa, Rapperswill-Jona Lakers i Kloten. Sezon rozpoczął w rodzinnym Preszowie. W 19 spotkaniach zaliczył 8 asyst, ale być może w katowickim zespole będzie skuteczniejszy. Ruch transferowy był do przewidzenia, bo wcześniej 21-letni Jakub Prokurat przeniósł się do Torunia.

Gospodarze wyjechali na rozgrzewkę w okolicznościowych, świątecznych strojach, ale potem ich wyjazd z szatni na inauguracyjną tercję się opóźniał. Ta zagadkowa sytuacja szybko się wyjaśniła, bowiem musieli zmienić bluzy na tradycyjne, bo sędziowie uznali, że ich okolicznościowe koszulki są zbliżone do strojów gości. Z tą decyzją można byłoby polemizować, ale, jak wiadomo, z sędziami się nie dyskutuje. 1. tercja była ostrożna w wykonaniu obu zespołów, jednak inicjatywa należała do gospodarzy i oni mieli kilka okazji, lecz nie potrafili skierować krążka do siatki. Jean Dupuy (10 min), Radosław Galant (12) i Christian Mroczkowski (16) mieli okazje sprawdzić umiejętności Johna Murraya. Gdy do boksu kar w 16 min powędrował Emil Bagin, gospodarze przeżywali trudne chwile. Goście niemal przez 2 min nie wychodzili w ich tercji, zaś Tomas Fuczik musiał się sporo natrudzić, by zachować „czyste” konto.

Pod koniec 1. tercji na ławę kar został odesłany Hampus Olsson i gospodarze wykorzystali szansę. Roman Szturc uderzył spod niebieskiej, a lot krążka zmienił Bartłomiej Jeziorski. Sędziowie zarządzili analizę wideo czy przypadkiem „Jezior” nie przekierował krążka z pola bramkowego. Wszystko jednak odbyło się zgodnie z zasadami. Po golu na taflę powędrowały pluszaki w ramach akcji Teddy Bear Toss dla dzieci ze śląskich domów dziecka i szpitali. A potem znów rozpoczęła się twarda walka o każdy skrawek lodu. Jedni i drudzy się nie oszczędzali, choć klarowanych sytuacji było niewiele. Shigeki Hitosato przymierzył, ale Fuczik nie dał się zaskoczyć. Z kolei Galant po raz drugi miał okazję, ale krążek po jego uderzeniach nie chce wpaść do siatki.

W końcu gościom udało się wykorzystać przewagę i Hampus Olsson doprowadził do remisu. I od tego momentu jedni i drudzy zaczęli się żwawiej poruszać po lodzie i było kilka świetnych sytuacji, by zmienić wynik. Tuż przed końcem meczu Jeziorski nie skierował krążka do pustej bramki i o wszystkim miała zadecydować dogrywka lub karne. W 62 min Alexandre Boivin miał wprost wymarzoną okazję będąc sam na sam i nie potrafił wpakować krążka do siatki. W rewanżu Grzegorz Pasiut miał szansę pokonać Fuczika. Dodatkowy czas nie rozstrzygnął i gdy na lodzie pracowała rolba, zawodnicy przygotowywali się mentalnie do ostatniego aktu. A w nim tylko Dupuy trafił do bramki i tyszanie skasowali 2 punkty!

hokej.net – Cracovia zdobyła „Satelitę” i objęła prowadzenie w tabeli!

Comarch Cracovia wygrała na wyjeździe z GKS-em Katowice. Dla aktualnych mistrzów Polski była to czwarta porażka z rzędu, natomiast krakowianie wskoczyli na pierwsze miejsce w tabeli po porażce Unii Oświęcim.

Spotkanie w katowickiej „Satelicie” od początku było wyrównane, a tempo rozgrywania akcji było wysokie, jednak przez dłuższy czas żadna z ekip nie mogła znaleźć recepty na golkipera przeciwników. W 7. minucie okazję do wyjścia na prowadzenie mieli katowiczanie, ale nie udało im się wykorzystać dwóch minut przewagi. W 13. minucie gracze Comarch Cracovii wyprowadzili znakomitą kontrę. Z pierwszym uderzeniem zawodnika „Pasów” poradził sobie John Murray, ale krążek trafił na kij Sebastiana Brynkusa, który objechał bramkę i umieścił krążek w siatce. Trafienie dodało animuszu przyjezdnym, który powoli zaczęli przejmować inicjatywę w tym spotkaniu. Drugi cios, na 18 sekund przed końcem, zadał Martin Kasperlik i krakowianie mogli zjeżdżać na pierwszą przerwę z dwubramkową zaliczką.

W drugiej odsłonie również nie mogliśmy narzekać na brak tempa, ale na pewno powody do niezadowolenia mieli mistrzowie Polski, którzy w drugiej tercji również nie potrafili pokonać Roka Stojanovič, za tow 32. minucie krakowianie trzeci raz znaleźli sposób na golkipera gospodarzy. Tym razem na listę strzelców wpisał się Roman Rác, który był we właściwym miejscu o właściwym czasie i po pierwszej udanej interwencji Murray’a wpakował gumę do siatki. Pod koniec drugiej części Radosław Sawicki wyjechał sam na sam z bramkarzem GieKSy, ale był faulowany i po chwili wykonywał rzut karny, którego nie udało mu się zamienić na trafienie.

W trzecią tercję ponownie lepiej weszli krakowianie i za sprawą Jakuba Šaura trafili do siatki gospodarzy czwarty raz. Do 49. minuty na swoje pierwsze trafienie musieli czekać katowiczanie. Matias Lehtonen okazał się najprzytomniejszy pod krakowską bramką i zdołał umieścić krążek w siatce. W 57. minucie Hampus Olsson na raty pokonał Stojanoviča i znowu zrobiło się ciekawie, aż do 58. minuty, w której to Vojtěch Tomi trafił do pustej bramki, a całą zabawę zakończył Mateusz Michalski.

Turniej Finałowy Pucharu Polski. Oto sędziowie półfinałów

Poznaliśmy arbitrów, którzy poprowadzą półfinałowe starcia Turnieju Finałowego Pucharu Polski. Odbędą się one 28 i 29 grudnia i zostaną pokazane w TVP Sport.

Obsada śląskiegopółfinału nie budzi większych emocji. Poprowadzą go Michał Baca i Paweł Kosidło, którzy w tym sezonie ustrzegli się większych wpadek.

Starcie TAURON Re-Plast Unii Oświęcim z Comarch Cracovią poprowadzą Bartosz Kaczmarek i Tomasz Radzik, którzy nie mają u oświęcimskich kibiców zbyt wysokich notowań.

Półfinał (28.12.2022)

GKS Katowice – GKS Tychy

Sędziują: Michał Baca, Paweł Kosidło (główni) – Michał Gerne, Sławomir Szachniewicz.

Obserwator: Grzegorz Porzycki

Półfinał (29.12.2022)

TAURON Re-Plast Unia Oświęcim – Comarch Cracovia

Sędziują: Tomasz Radzik, Bartosz Kaczmarek (główni) – Andrzej Nenko, Mateusz Kucharewicz (liniowi).

Obserwator: Jacek Rokicki

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Brakuje nam wytrawności

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Motor Lublin – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Misiura i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Jesteśmy rozczarowani tym, że przegraliśmy spotkanie, włącznie z powiedzeniem, że jeżeli nie możesz wygrać, to powinieneś umieć go zremisować.

Takie mam odczucia w stosunku do tego meczu. Niestety – nie jesteśmy jak na razie w stanie zagrać meczu na zero z tyłu, który dałby nam przestrzeń, żeby wywieźć z takiego spotkania remis, bo może on też nie byłby to szczyt naszych marzeń przed spotkaniem – bo przyjechaliśmy z zamiarem wygrania meczu – ale na pewno remis bardziej odwzorowywałby to, co się działo. Ale to jest nieistotne, bo ten który bramkę strzela ma tę radość, a ten, który tego nie robi – tej radości nie ma. W wielu momentach za dużo mamy rozpiętości poziomowych w spotkaniach. To mnie też trochę na razie smuci, bo powinniśmy się stać bardziej wytrawną drużyną, a tego nam brakuje. Mamy bardzo dobre momenty, kiedy gramy zgodnie z tym, co chcemy robić, a mamy też takie kiedy ta gra na różnych pozycjach w różny sposób ofensywie czy defensywie nam się łamie i powoduje bałagan, który kończy się niekiedy tak, jak się skończył przy straconej bramce. Byliśmy w posiadaniu piłki pod polem karnym przeciwnika i tej wytrawności jeszcze brakuje – tego będziemy szukać. Dziś jest masę rozczarowania i sportowej złości, ale nic tu po narzekaniu, trzeba brać się do roboty i mocno wyciągać wnioski choćby z tego, że przy czterech meczach wyjazdowych w tym sezonie cztery razy schodzimy pokonani i to nas bardzo denerwuje i jesteśmy niezadowoleni. Ale po to niekiedy takie próby są, żeby wychodzić, silniejszym. Teraz będziemy się przygotowywać do następnego spotkania, potem mamy trzy mecze z rzędu na wyjeździe. Czeka nas nie lada sprawdzian i jestem przekonany, że wyjdziemy z tego obronną ręką. Dzisiaj jest dużo złości, rozczarowania i momentów, z których z gry jesteśmy niezadowoleni.

Mariusz Misiura (trener Motoru Lublin):
Bardzo się cieszę, że wygraliśmy mecz i zdobyliśmy trzy punkty. Bo mam poczucie, że to był czwarty naprawdę dobry mecz w naszym wykonaniu i jak ten czas leci – mijają tygodnie – przygotowujesz się do czwartego spotkania, a na koncie masz jeden punkt, to zapominamy, co się wydarzyło w pierwszej czy drugiej czy trzeciej kolejce.  Wydaje mi się, że drużyna zasłużyła, żeby mieć ich więcej. Wierzę, że konsekwentną pracą i procesem będziemy budować silną drużynę.

Co do meczu to wydaje mi się, że wykreowaliśmy więcej sytuacji, na pewno w pierwszej połowie, konsekwencją tego jest bramka. Powiedzieliśmy sobie w szatni, że musimy zostawić serce i charakter. 104 minuty w takim upale to szacunek dla piłkarzy. Sami państwo siedząc na trybunach czuliście gorąco i zmęczenie.

To jest coś normalnego, że w takim upale przydarzały nam się błędy, cieszę się, że nie było z tego konsekwencji w postaci gola, ale podobało nam się nasze dążenie do strzelenia bramki. Dobre zmiany, każdy z zawodników dał impuls. Bardzo się cieszę z tych trzech punktów i idziemy dalej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga